Zdjęcia ze spotkania z "Chłopakami Anansiego" w Białołęckim Klubie Książki

środa, 27 października 2010

Dziewięć zdjęć z życia (i jeden rysunek)

Neil napisał we wtorek 19 października 2010 o 22:03

Nie napiszę dużo o Campfire - ani o tym, co się działo, ani o tym, kto się tam pojawił, bo to było bardzo tajemnicze spotkanie.


Na początku byłem podejrzliwy. Na przełomie lat 60. i 70. naoglądałem się fantastyczno-naukowych programów telewizyjnych, gdzie zabierano grupę kreatywnych ludzi prywatnym samolotem w bliżej nieokreślone miejsce zazwyczaj po to, by poddać ich praniu mózgu albo zastąpić replikantami o złowieszczych i tragicznych w skutkach zamiarach.

Prywatny samolot. Jest. Tajemnicze miejsce. Jest.

Niedobrze.

Znaczną część podróży i pierwszy dzień na Campfire spędziłem w przekonaniu, że wszystko jest za dobre, żeby mogło być prawdziwe i że kiedy wrócę do swojego pokoju, w garderobie będzie na mnie czekał sobowtór ze srebrzystym pistoletem w dłoni...

Wszystko na to wskazywało. 'Aha!', pomyślałem, kiedy podjechały autobusy oznaczone tabliczkami THE COMPOUND ("teren zamknięty"). Spodziewałem się drutu kolczastego, ogromnych psów obronnych i że nie będzie nam dane skontaktować się z rodziną, powiadomić ich o naszym losie i przestrzec przed robotami-sobowtórami, które wrócą zamiast nas.

"Teren zamknięty" okazał się być bardzo przyjemną okoliczną restauracją.

Pozwolili nam zabrać osobę towarzyszącą i (ponieważ Amanda nadal gra w "Kabarecie", a Maddy wyjechała na wycieczkę szkolną) zabrałem swoją agentkę - Merrilee Haifetz. Nie jako agentkę, ale jako przyjaciółkę od (już) 23 lat. Bawiła się równie dobrze, co ja.


Zdjęcie: Seth Godin

Wyjechałem z Campfire z nowymi zapasami energii, podekscytowany obcowaniem ze sztuką, niecierpliwie oczekujący powrotu do pracy i szczęśliwy, że znów zabiorę się za pisanie. Spotkałem kilku starych znajomych, nawiązałem kilka nowych znajomości, dowiedziałem się wielu rzeczy o bardzo wielu rzeczach i byłem szczęśliwy.


To właśnie dwójka moich nowych znajomych: Aubrey de Grey (po lewej) i dr Sarah Marr (która prowadzi blog na http://scidoll.com). Aubrey, którego broda może spokojnie rywalizować z zarostem młodego Alana Moore'a, jest niezwykłym mówcą. Głosi on, że starzenie się powinno być traktowane jak uleczalna choroba i większość godzinnego lotu z Nowego Jorku spędziłem na zadawaniu mu trudnych pytań i słuchaniu z radością odpowiedzi. Ich strona to http://sens.org/ i mam nadzieję, że uda mi się już wkrótce napisać o Aubreyu i Sens.org nieco więcej. (A Sarah obiecała, że kiedy to zrobię, dostanę na tej stronie swój własny, specjalny link.)

A potem wróciłem do domu. (Wróciłem z podpisanym przez autora egzemplarzem Mary Ann in the Autumn Armisteada Maupina i powiedziałem mu jak wiele, moim zdaniem, Sandman zawdzięcza Tales of the City. [Opowieściom o mieście]. Teraz czytam "Mary Ann..." i strasznie mi się podoba.)

Podczas mojej nieobecności Maddy urosła jeszcze bardziej, zmieniła fryzurę i przeistoczyła się w pewną siebie młodą kobietę...


Tutaj Maddy z prawdziwym i oryginalnym tatą, który nie przeszedł prania mózgu i z pewnością nie jest sobowtórem-androidem przysłanym, aby siać zniszczenie:


Rekonwalescencja Cabala po operacjach wciąż trwa: nic już nie uciska mu kręgosłupa i znów może chodzić. Jeszcze nie może biegać, więc cały czas jest na smyczy, żeby przypadkiem nie popędził za jakimś interesującym zającem.

Wczoraj nad ranem nie mógł wstać i zaczął wyć z bólu. Nie słyszałem dotąd, żeby robił coś takiego. Wiem, że owczarki niemieckie mają niewiarygodnie wysoki próg bólu, więc musiało boleć go bardziej, niż wszystko inne do tej pory. Było bardzo źle. Przytulałem go dopóki nie udało mu się wstać o własnych siłach, potem podałem mu lekarstwo, a potem się o niego martwiłem. Wciąż się martwię i będę martwił się nadal, dopóki nie zacznie chodzić i biegać bez kłopotów.

Tymczasem Lola urosła kilka centymetrów, sporo przybrała na wadze (jestem pewien, że to z powodu zjadania obu psich porcji), jest piękna, szybka i niewiarygodnie mądra.

Ale Cabal to nadal Mój Pies, a ona, cóż, nie jest moim psem w takim samym sensie. Ona jest dobrą przyjaciółką, on - członkiem rodziny.


...

Kilka rzeczy do przypomnienia na szybko: Jeśli wiecie, czym jest W00tstock, nie musicie zaglądać na stronę http://w00tstock.net/ w poszukiwaniu wyjaśnienia. Jeśli nie wiecie, powinniście zajrzeć na http://w00tstock.net/ i przeczytać, co jest tam napisane.

2 listopada będę zastępował Willa Wheatona na Austin Texas W00tstock. Na http://www.austintheatre.org/site/Calendar/250633393?view=Detail&id=24581 jest sporo informacji na temat imprezy i zamawiania biletów. O ile wiem, rozchodzą się one niezwykle szybko. Jeśli nie chcecie oglądać mnie, będą tam też inni ludzie - utalentowani i z poczuciem humoru. A jakby tego było mało, obawiam się, że Paul and Storm prawie na pewno zaśpiewają Captain's Wife's Lament [Lament żony kapitana].

Austin. Miasto w Teksasie. Trzy dni przed Dniem Guy'a Fawkesa. Którego pewnie wcale się w Teksasie nie obchodzi.
...


W którymś momencie opowiadam o naturze prywatności oraz prowadzeniu bloga i wspominam o Amandzie, która zastanawia się nad tym samym (i chyba ostatecznie nie zgadza ze mną) na http://blog.amandapalmer.net/post/1344925312/the-mutation-of-embarrassment-art-random-thoughts-of, w notce z gatunku tych, pod którymi znajdzie się mnóstwo interesujących komentarzy.

...

I zobaczyłem wreszcie "Falafelozofię", czyli odcinek Arthura z moim udziałem. Jestem tam chodzącym, mówiącym, pisarskim czarnym kotem, który nazywa się Neil Gaiman. W USA odcinek będzie emitowany 25 października, choć pokazano go już w Australii i (chyba) Kanadzie.

Jest zabawny i uroczy i mówi rzeczy, w które wierzę. Mam nadzieję, że każde dziecko, które go obejrzy postanowi napisać własną powieść graficzną.

niedziela, 24 października 2010

Skromna propozycja (która nie wymaga, żeby kogoś zjadać)

Neil napisał w sobotę, 23 października 2010r. o 19:05

Wczoraj wieczorem leciałem samolotem do domu i pomyślałem:

Właściwie istnieje zbyt mało tradycji dawania sobie książek.

Mamy Światowy Dzień Książki, który wziął się od Dnia Don Kichota/Urodzin Cervantesa/Dnia św. Jerzego w Hiszpanii, w trakcie którego rozdaje się róże i książki, ale naprawdę, potrzebujemy więcej chwytliwych tradycji, przy których dawano by sobie książki, tradycji, które objęłyby cały świat.

I wtedy pomyślałem:

W następny weekend jest Halloween...


Tak więc:

Proponuję, żebyśmy w dzień lub w tygodniu, kiedy będzie Halloween, dawali sobie przerażające książki. Dajcie dzieciom przerażające książki, które polubią i które są dla nich odpowiednie. Dajcie dorosłym przerażające książki, które im się spodobają.

Proponuję, żeby dzieła takich autorów jak John Bellairs, Stephen King, Arthur Machen, Ramsey Campbell, M. R. James, Lisa Tuttle, Peter Straub, Daphne Du Maurier, Clive Baker i setek, setek innych zmieniły właścicieli -- książki nowe, stare, używane, książki ulubione lub nieznane. Dajcie komuś przerażającą książkę na Halloween. Sprawcie, że poczują na skórze dreszcze...

Dajcie komuś przerażającą książkę.

Jeśli nie wiecie, jakie książki są dostępne albo jaka książka byłaby odpowiednia dla osoby, której chcecie ją dać, porozmawiajcie ze sprzedawcami w księgarniach. Oni uwielbiają pomagać, przynajmniej większość z nich. (Reszta zwykle nie zostaje księgarzami na długo.) Porozmawiajcie z bibliotekarzami. (Ale nie planujcie rozdawać ich książek, chyba że zorganizują wyprzedaż biblioteczną.)

To tyle. Oto mój pomysł.

Przerażająca książka. Halloween.

Kto jest ze mną?


Neil


(A dla tych z was, którzy zaprotestują, że szczerze, nie trzeba mieć wymówki, żeby dawać sobie książki w prezencie i że robicie to cały czas i jest to dla was tak naturalne jak oddychanie -- cóż, to wspaniale i cieszę się. Pomyślcie o tym jako o okazji do podzielenia się książkami z ludźmi, którym normalnie byście ich nie dali, lub dostania książek, których inaczej moglibyście nigdy nie przeczytać.)


....


(A także, dla tych z was, którzy uważają, że każda porządna notka powinna zawierać Zdjęcia Psa: Oto cztery zdjęcia zrobione dzisiaj przez Ptasią Laskę: jedno Cabala, dwa Loli i jedno, na którym zabawiam się podkurzaczem przy ulach.)





piątek, 22 października 2010

Konsternacja Sandmanowego Zbezczeszczenia Menu

Neil napisał w piątek 15 listopada o 18:48 Weekend spędzam na BARDZO TAJEMNICZYM wyjeździe, gdzie znalazł się również każdy, kogo kiedykolwiek chciałem poznać. Niektórzy mają przygotowane prezentacje, dużo się rozmawia, a wszystko jest naprawdę wspaniałe i niewiarygodnie.

Nie jestem pewien jak wielka to tajemnica, więc póki co będę cicho. Wydaje się to tym rozsądniejsze, że cokolwiek mógłbym napisać zabrzmi jak przechwalanie się imponującymi znajomościami albo szaleństwo (poza tym, że jestem winny 20$ Luisowi Albertowi Urrei). Powiem tylko, że niewiarygodnie świetnie się bawię, dużo się uczę i kiedy tylko się nudzę (czyli bardzo rzadko) piszę coś, co może stać się opowiadaniem o duchach.

I odłożyłbym napisanie tej notki jeszcze kilka dni, ale chciałem mieć pewność, że wszyscy na czas dowiedzą się o tym:


To link to strony Comic Book Legal Defense Fund na eBayu, a właśnie trwa aukcja rysunków, które nabazgrałem podczas dorocznego spotkania programowego CBLDF. Zbezcześciłem dwie strony z notatnika oraz menu restauracji z jedzeniem na wynos.

[- Siostro moja, czy to ty?
- Hm... może? --przyp. noita]
...

Przy okazji wydania w USA "Księgi cmentarnej" w miękkiej okładce przypominam, że można obejrzeć lub posłuchać całości ZA DARMO na stronie http://www.mousecircus.com/videotour.aspx

czwartek, 21 października 2010

Osobiste asystentki i dlaczego jestem szczęściarzem

Neil napisał w sobotę 9 października 2010 o 15:52


Mam niesamowite asystentki.


Naprawdę. Jestem szczęściarzem. Po pierwsze, najważniejsze, I chyba już na zawsze, mam Lorraine, która jest moja asystentką od około 18 lat. To właśnie Lorraine.



Pojawiła się w 1992 jako znajoma znajomych, tylko po to, żeby pomóc poukładać książki na półkach w porządku alfabetycznym, niedługo po tym, jak przeprowadziłem się do USA wraz ze swoim księgozbiorem – i już została. Musiała nabyć nowe umiejętności, zmierzyć się z rzeczami, które ją przerażają (pszczoły! lotniska! marudni pisarze!) i jest absolutnie wspaniała.


Czasem słucham, jak rozmawia przez telefon z liniami lotniczymi i namawia je na zrobienie czegoś, czego nie robią, nie chcą zrobić i jeżeli nawet by chcieli, kosztowałoby mnie to tysiące, a potem kończy rozmowę i oznajmia: „wszystko załatwione, będzie cię to kosztowało dodatkowe 25$ podatku lotniskowego, ale możesz już polecieć dookoła świata przez Hobart...”. To czary.


Lorraine zapełniła swój dom przygarniętymi kotami bengalskimi, nabyła konia, grała na skrzypcach i śpiewała w wielu muzycznych tworach, dorobiła się fanklubu, odrzucała oferty zarządzania życiem innych pisarzy i organizacji, a ostatnio – zadbała o swoja kondycję. Mówi, że w całym spotkaniu Amerykańskich bogów w DOMU NA SKALE najbardziej cieszy ją myśl o trenowaniu z roller derby girls.


W tej chwili jest na pierwszych od około 12 lat wakacjach. (Wcale nie dlatego, że jestem pracodawcą z piekła rodem. Trudno jej gdziekolwiek wyjechać. Choćby dlatego, że kiedy tylko znika, jej koty robią się wyjątkowo wredne.) Ale kiedy zaproszono mnie na Octocon, konwent SF w Dublinie i musiała w moim imieniu odrzucić zaproszenie, wspomniała, że od bardzo dawna chciała pojechać do Irlandii.


Czyli w najbliższy weekend, Bajeczna Lorraine będzie gościem Octoconu. Zanim to nastąpi, będzie się przez tydzień włóczyć po Irlandii.


Efektem ubocznym dobrej kondycji fizycznej była utrata w ciągu kilku miesięcy ponad 10 kilogramów, więc ubrania Lorraine już na nią nie pasują. Ale to nie pokrzyżowało jej planów.


Odkryliśmy wspólnie, że jeśli wyleci się nie z Minneapolis, tylko z Rochester, cena biletu spada na łeb na szyję. Nie jest to specjalnie dziwne. Dziwne jest to, że Lorraine pozwala, żeby Doktor Dan, miejscowy lekarz, przewiózł ją do Rochester bardzo małym samolotem.


Lorraine nie przepada za małymi samolotami. Kiedy ja muszę gdzieś takim lecieć, jest bardzo zmartwiona i przekonana, że musi poświęcić mnóstwo czasu siłą woli utrzymując samolot w powietrzu.


Fakt, że tym razem zgodziła się sama takim lecieć bardzo mnie cieszy i nieco zastanawia. Sądzę, że w Irlandii będzie się wspaniale bawić.

(Tu post na blogu Lorraine na temat Wyjazdu do Irlandii: http://blog.fabulouslorraine.com/2010/09/ireland-well-cabal-and-ireland-ok.html

i dzisiejszy wpis: http://blog.fabulouslorraine.com/2010/10/did-i-mention-ireland.html)


Jeśli w przyszłym tygodniu będziecie na Octoconie, albo w ogóle w Irlandii pozdrówcie ją ode mnie.


Moją drugą asystentką jest Cat Mihos, AKA Kitty.

Oto ona. (Po szybkim wyszukiwaniu w grafice Google zakosiłem to zdjęcie z jej myspace'owej strony. Kiedy ja ją spotykam jest zdecydowanie bardziej ubrana.)


Nie pracuje dla mnie na pełny etat. Właściwie wcale nie jest moja asystentką. Normalnie jeździ w trasy z takimi wykonawcami jak Lady Gada czy Jonas Brothers i upewnia się, czy im i ich ekipom niczego nie brakuje. Zaprzyjaźniliśmy się siedem lat temu, kiedy pracowała dla Tori Amos i nauczyła Maddy grać w kręgle cytrynami.


Gdzieś po drodze Cat zaczęła prowadzić stronę Neverwear.net poprzez którą sprzedaje zrobione przez siebie rzeczy inspirowane moimi pracami: limitowane serie grafik, koszulki, podkładki pod myszy itp., a także własnej roboty biżuterię i magnesy z obrazkami. (W razie, gdybyście się zastanawiali - nie czerpię żadnych korzyści finansowych ze strony, a to, co normalnie stanowiłoby moje tantiema trafia do CBLDF.)


Kiedy jesteśmy w LA w tym samym czasie, Cat wozi mnie po mieści, chodzi ze mną na spotkania i ogólnie ułatwia mi życie. Tutaj Kitty pisze na swoim blogu o mojej kilkudniowej wizycie w LA: http://kittysneverwear.blogspot.com/2010/02/whirling-dervishes.html


Jest też zazwyczaj pierwszym odbiorcą przeznaczonych dla mnie przesyłek pocztowych, zdjęć z prośbą o podpisanie itd. (i kiedy rusza w półroczną trasę z Lady Gagą, niestety mogą zrobić się zaległości).


Jest wspaniała. Wyprodukowała już kilka niedużych filmów i podejrzewam, że pewnego dnia zostanie producentką filmową.


A dziś wychodzi za mąż.


Wychodzi za Drew. To jest Drew:



A to Kitty i Drew.



Dziś wieczorem jadę do Baltimore na ślub. Założę mój niesamowity czarny aksamitny i prążkowany strój wykonany przez Kambriel (co widać na http://kambriel.livejournal.com/289161.html, gdzie widać również syreny - to dla tych, któzy przegapili zdjęcia z przyjęcia opisanego w poprzedniej notce, a także na http://kylecassidy.livejournal.com/622744.html, gdzie znajdziecie wspaniałe zdjęcie przedstawiające mnie, Kyle'a Cassidy i moją córkę, nieopisaną Holly Gaiman).


Jeśli chcielibyście sprawić Cat prezent ślubny, wejdźcie na stronę Neverwear i kupcie coś fajnego. (Wkrótce podniesie ceny niektórych grafik z limitowanych serii. Zwykle robi tak, gdy nakład zaczyna się wyczerpywać, więc teraz pewnie jest najlepszy moment, żeby kupić mój wiersz "100 Słów" ilustrowany przez Jima Lee oraz "Desert Wind" ilustrowany przez Molly Crabapple.)


Na ślubie Cat przeczytam "Instrukcję". Ale zanim to nastąpi, muszę się wytwornie przyodziać.


I ogolić.


Właściwie powinienem w tym momencie skończyć pisanie i się ogolić.

wtorek, 19 października 2010

Senni łowcy

Od 13 września w księgarniach można znaleźć nowy komiks autorstwa Neila Gaimana i P. Craiga Russella (znanego z komiksowego wydania Koraliny i adaptacji opowiadania Morderstwa i tajemnice ze zbiorku Dym i lustra).

Jest to adaptacja komiksowa znanego już polskim czytelnikom opowiadania ilustrowanego, Senni łowcy, wydanego w przez wydawnictwo Egmont w ramach cyklu Obrazy grozy.
Opowiadanie ilustrowane ukazało się w serii komiksowej, gdyż w USA jest sprzedawane jako graphic novel i jest dodatkiem to głównego cyklu Sandman, choć samo w sobie nie jest komiksem.
Ten nowy tytuł jest już komiksem i adaptacją opowiadania.

Za informację dziękujemy Krzysztofowi Cuberowi, a naszych czytelników zapraszamy do odwiedzenia jego bloga na temat powieści graficznych.

poniedziałek, 18 października 2010

Potężny Post z pociągu

Neil napisał w czwartek 7 października 2010 o 10:27

Kolejny dziwaczny tydzień.

Wcale nie zły. Po prostu dziwaczny. Nadal mam zaległości w pisaniu i jeżdżę tam i z powrotem pomiędzy Bostonem i Nowym Jorkiem.

W piątek dotarłem do Nowego Jorku w samą porę, żeby zobaczyć, jak Michael Chabon i Zadie Smith czytali swoje rzeczy na Festiwalu New Yorkera, na który tam przyjechałem. Prawie narobiłem sobie wstydu, bo podczas czytania Michaela prawie zemdlałem, ale udało mi się jakoś utrzymać na nogach (było blisko i to długa historia). Oto za ciemne zdjęcie Michaela i Zadie zrobione po zakończeniu.


Pokój w hotelu, który zarezerwował dla mnie New Yorker, miał najlepszy widok na świecie, nawet z wanny:


W sobotę poszedłem na darmowe lody z Danielem Handlerem (jak ogłaszałem na blogu wcześniej). Miałem nadzieję spotkać pisarza nazwiskiem Lemony Snicket, ale niestety coś tajemniczego go zatrzymało i pan Handler pojawił się jako jego przedstawiciel.

Poniższe zdjęcie upamiętnia to wydarzenie. Ja stoję po lewej stronie. Pan Handler trzyma lody.

Od czasu zrobienia tego zdjęcia zdążyłem pójść do fryzjera.

Potem spotkałem się z Holly i przeuroczą Claudią Gonson oraz jej prześliczną nowo narodzoną córeczką Eve. Następnie zjedliśmy sushi (wszyscy oprócz Eve) i poszliśmy do sklepu Evolution, gdzie kupiłem replikę czaszki ptaka Dodo.

Czaszka dodo miała być prezentem urodzinowym dla Hrabiny Cynthii Von Buhler. Hrabina jest ilustratorką i artystką, która również czasem wyprawia przyjęcia. Tego wieczora miało odbyć się jej przyjęcie urodzinowe i postanowiła przy tej okazji uczcić również moje i Amandy zaręczyny.

Były tam martwe syreny i karuzela na dachu.

Nigdy przedtem nie byłem na takim przyjęciu i nie spodziewam się, żebym jeszcze kiedyś miał okazję. Jeżeli można osiągnąć mistrzostwo w urządzaniu przyjęć, Cynthia (która wystąpiła jako syrena, najpierw w wannie, a następnie noszona w łożu) jest mistrzynią.

Następnego ranka Dana Goodyear przeprowadzała ze mną wywiad na Festiwalu New Yorkera i było to bardzo przyjemne doświadczenie. (Skrót można przeczytać na stronie Entertainment Weekly http://shelf-life.ew.com/2010/10/06/5584/).

A potem powrót do Bostonu. Teraz siedzę w pociągu, znów w drodze do Nowego Jorku, żeby wziąć udział w imprezie promującej antologię Best American Comics 2010, którą współredagowałem.


...

Dzisiejszego ranka dowiedziałem się, że jestem jedną ze 175 osób nominowanych do nagrody im. Astrid Lindgren: http://alma.se/en/Nominations/Candidates/2011-eng/

Nie znam wszystkich pozostałych 175 nominowanych, ale nazwiska, które rozpoznaję sprawiają, że czuję się jednocześnie szczęśliwy i zupełnie niegodny trafienia na tę listę. (Jest tam Quentin Blake. I David Almond.)

(Przy okazji - Dave McKean dał mi egzemplarz Slog's Dad, opowiadania Davida Almonda, które zilustrował; jest wzruszające, piękne i to jedno z tych opowiadań, które zostają w pamięci na długo i skłaniaja do myślenia. Oto recenzja na blogu FPI.)

(A Dave McKean udzielił wywiadu na Bookslut na temat wznowienia Cages: http://www.bookslut.com/features/2010_10_016702.php)
...

W USA jest już dostępne wydanie Księgi cmentarnej w miękkiej oprawie. Ciągle zapominam o tym napisać. Na dowód - link do AMAZONU. A tutaj link do księgarni Indiebound, jeśli chcecie kupić w księgarni innej, niż sieciowa.

A jeśli wolicie ją tylko wypożyczyć - oto lista bibliotek publicznych w USA.
...

To przyszło dziś rano ze szkoły Hurricane Intermediate.

Pracujemy w publicznej bibliotece dla młodzieży szkolnej - 6 i 7 klasy. Przyszedł do nas uczeń z książką "Gwiezdny pył" i pokazał, że pada tam słowo "k***a". Jeśli nie chcecie, żeby wasi uczniowie czytali takie rzeczy, nie kupujcie tej książki do swojej biblioteki, czy domu.

Bardzo mądra rada. Nie jestem jednak pewien, dlaczego nie powinno się kupować książki do swojego domu, jeśli nie chce się, żeby uczniowie to czytali. Nie mam też pojęcia, dlaczego wysłaliście to do mnie. Ale jest to z pewnością jeden z powodów, dla których "Gwiezdny pył" nie jest lekturą dla 6 klasy. To powieść dla dorosłych, która zdobyła nagrodę YALSA jako książka dla dorosłych, która podoba się młodzieży i w USA została wydana ponownie jako powieść dla młodzieży, ale nigdy jako książka dla dzieci.

A skoro jesteśmy w temacie denerwowania i obrażania:

jedno zdanie w Księdze cmentarnej brzmiało "masowe mogiły to dobre miejsce żeby coś przekąsić". to obraża Chińczyków

Wiem, że jesteś tylko dla zabawy, ale nie mogę tego znieść!


Odpisałem i wyjaśniłem, że
w oryginale zdanie brzmi „Doły zarazy to świetne żarcie". Czy istnieją chińskie doły zarazy? I czy możesz mi wyjaśnić w jaki sposób obraża to Chińczyków? Nie chciałbym nieumyślnie ich obrażać i chętnie dowiem się, dlaczego było to obraźliwe.

Otrzymałem następującą odpowiedź

Przykro mi, bo książka którą czytałem była przetłumaczona na chiński, bo zdanie któe napisałęś jako "Doły zarazy to świetne żarcie" przetłumaczone na chiński znaczy, że "dziesięć tysięcy ludzi zostało zatorturowanych na śmierć i pochowanych w dołach" i to zdarzyło się w latach 1910 i trzydziestych kiedy rząd Chin był wtedy bardzo słaby i kraj był skolonizowany przez różne zachodnie państwa i Japonię, nasz rząd nie mógł chronić swoich obywateli, więc robotnicy w fabrykach, któe inwestowane przez inne państwa tacy jak górnicy zginęło wielu w tamtym czasie!
Ale teraz wiem, że to wina tłumacza, nie twoja.
Chińskie tłumaczenie poniżej pokazuje:
"Doły zarazy to świetne żarcie" które ja tłumaczę po chińsku jest “鼠疫坑很好吃” i nie jest obraźliwe
a tłumaczenie w książce, gdzie tłumacz napisał "万人坑很好吃" jest obraźliwe.


Ach tak. Przepraszam wszystkich urażonych chińskich czytelników (choć zważywszy, że ten blog jest zazwyczaj blokowany przez Wielką Chińską Zaporę Sieciową nie wiem, czy ktokolwiek z nich to przeczyta).

Na stronie http://americanindiansinchildrensliterature.blogspot.com/2010/04/what-neil-gaiman-said.html Debbie Reese bardzo słusznie wypomniała mi coś wyjątkowo głupiego i obraźliwego, co zdarzyło mi się powiedzieć w tym roku, kiedy ktoś z Amerykańskiego Stowarzyszenia Bibliotek zapytał mnie, dlaczego nie umieściłem akcji "Księgi cmentarnej" w USA. Wydaje mi się, że odpowiedziałem myśląc jak pisarz, a nie jak osoba udzielająca wywiadu: próbowałem opisać jak przedstawiały się potencjalne postaci książki na cmentarzu w europejskim stylu w małym amerykańskim miasteczku (podobnym do brytyjskiego miasteczka z "Księgi"). Pamiętam, że przyszło mi wtedy do głowy, że powiedziałem coś niezmiernie głupiego, ale kiedy udzielasz wywiadu i palniesz jakąś głupotę, idziesz dalej.

Pierwszy post Deb nieco wyprowadził mnie z równowagi (bo czytałem to powtarzające sobie, że "przecież WIADOMO, że zupełnie nie o to mi chodziło") i bez sensu narzekałem na twitterze, ale kiedy (za namową Pam Noles) spojrzałem raz jeszcze na to, co dokładnie powiedziałem, zrozumiałem, że ludzie mieli rację. Z moich słów wynikało, że jestem przekonany iż a) USA było terenem praktycznie niezamieszkanym przed przybyciem białych kolonistów w XVII wieku lub/i że b) pomniejszam powagę rzezi jaką dokonano na rdzennych mieszkańcach Ameryki Północnej albo c) Indianie to nieistotny epizod w historii obu Ameryk. (Żadnej z tych rzeczy nie miałem zamiaru sugerować. Ale wiadomo, jak to jest z zamiarami.) A wyrażenia "martwi Indianie" nie sposób użyć nie przywołując, celowo lub nie, powiedzenia "dobry Indianin to martwy Indianin".

Pytano mnie, jakbym się czuł, gdyby w tym miejscu wywiadu pojawiło się zdanie "kilku martwych Żydów", co wywołało we mnie dodatkowo poczucie winy, bo jedną z rzeczy, których najbardziej mi w "Księdze cmentarnej" zabrakło to Żydzi na cmentarzu. Chciałem ich tam jakoś pomieścić, ale historia nie chciała się zgodzić ze zwyczajami pogrzebowymi.

Prawdopodobnie powinienem napisać opowiadanie powiązane z "Księgą cmentarną", w którym występowaliby ukradkiem pochowani Żydzi oraz jacyś martwi Indianie Amerykańscy bardzo daleko od ojczyzny.

W każdym razie serdecznie przepraszam wszystkich, szczególnie Debbie Reese.

Siostra przysłała mi "Księgę cmentarną" do przeczytania na Halloween. Właśnie skończyłam. Wszystko mi się podobało, dopóki nie doszłam do "dodatków" na końcu książki.
Dlaczego musiałeś koniecznie wspomnieć Stephena Colberta w podziękowaniach przy okazji odbierania Medalu Newberry? Teraz został on na zawsze uwieczniony w druku z tyłu książki. Wielka szkoda. Twoje opowieści będą wciąż żywe na długo po tym, jak on zostanie zapomniany. Powinieneś więcej myśleć o przyszłości zanim zaśmiecisz swoje przemówienia, a przede wszystkim książki wspominając gwiazdy jednego sezonu.

Dlaczego. Cóż. Bo chciałem? Bo mój syn ucieszył się, że wystąpiłem w tym programie, a radość dziecka nie trwa tylko jeden sezon? Bo podziękowanie za Medal Newberry wygłaszałem w 2009 roku, więc jest w nim mowa o wydarzeniach z 2009 roku? Bo Stephen Colbert cytuje z pamięci opis Toma Bombadila autorstwa J.R.R. Tolkiena?

Oto link do odcinka programu Colbert Report, o którym mowa. Sprawdź, czy zmienisz zdanie, niepocieszony nadawco listu. Nie byłem wtedy w najlepszej formie (i miałem na sobie garnitur, w którym dopiero co byłem na pogrzebie Ojca), a on był bardzo miły.


The Colbert ReportMon - Thurs 11:30pm / 10:30c
Neil Gaiman
www.colbertnation.com
Colbert Report Full Episodes2010 ElectionMarch to Keep Fear Alive


Jedna z rzeczy, które podobają mi się najbardziej w Twojej twórczości to poczucie, że do każdego opowiadania masz opracowany gotowy, kompletny świat. Próbowałem stworzyć w głowie taki świat od miesięcy i jeśli wkrótce tego nie zapiszę, wspomniana głowa eksploduje. Mój problem polega jednak na tym, że nie wiem, od czego zacząć. Kiedy zaczynasz pracować nad opowiadaniem osadzonym w zupełnie nowym świecie od czego najłatwiej jest Ci zacząć?

Zacznij od opowiadania. Zawsze zaczynaj od opowiadania. (Chyba że jesteś Lud in the Mist.) Świat jest po to, żeby historia miała się gdzie wydarzyć. Tu i teraz, nie trzeba opowiadać historii świata, żeby rozpocząć opowiadanie o czymś, co wydarzyło się na Wyspie Man. Piszesz opowiadanie i pozwalasz tłu oraz historii przebijać się tam, gdzie to konieczne. To samo dotyczy światów, które sam wymyślasz.

Pociąg dojeżdża na stację Penn.

Co oznacza, że zdążę już tylko wspomnieć o Najważniejszej Wiadomości na Dziś - być może odkryto przyczynę masowego ginięcia pszczół:

poniedziałek, 11 października 2010

Książki zakazane i Antynoble

Neil napisał w czwartek 30 września 2010 o 23:27

Mamy TYDZIEŃ KSIĄŻEK ZAKAZANYCH!

Przydałaby się Wam lista powieści graficznych do przeczytania? The Huffington Post zamieścił zestawienie dziesięciu najbardziej kontrowersyjnych pozycji czytelniczych...
http://www.huffingtonpost.com/american-library-association/banned-books-2010-graphic-novels_b_740726.html#s145730

Lista może okazać się pewnym zaskoczeniem.
...

Dziś miałem okazję znaleźć się na ceremonii rozdania Antynobli. Zasiadłem w rzędzie siedmiu krzeseł, z których sześć podpisanych było LAUREAT NAGRODY NOBLA, a tylko jedno NEIL GAIMAN i dziki temu czułem się jednocześnie zadowolony i (w najlepszym, praktycznie pocieszającym sensie tego słowa) nieznaczący.




Antynoble są prześmieszne, wspaniałe i istnieją na granicy nauki i bzdury.

Wygłosiłem 24-sekundową mowę (a po niej 7 sekund streszczenia) na temat Identyfikacji Pisarza. Tematem przewodnim wieczoru były bakterie. Kiedy tylko pojawi się nagranie wideo z wieczoru, zamieszczę tutaj link do niego i będziecie mogli zobaczyć, co powiedziałem. (I jak szybko.)
...

Dobra. Czas do łóżka. (Ach. Jeśli będziecie spędzać sobotę w Nowym Jorku, Lemonu Snickett chce zaprosić was na lody:
http://www.publishersweekly.com/pw/by-topic/childrens/childrens-book-news/article/44661-three-words-free-ice-cream.html)

środa, 6 października 2010

MAG planuje wydać antologię "Stories" w przyszłym roku.




Antologia zawierająca opowiadania takich autorów jak Lawrence Block, Joyce Carol Oates, Joe Hill, Jodi Picoult, Chuck Palahniuk, Walter Mosley, Stewart O'Nan, Peter Straub, Joanne Harris, czy też samego Gaimana, ukazała się niedawno w języku angielskim, a o pracy nad jej redagowaniem mogliśmy posłuchać na kwietniowym spotkaniu z autorem. W Polsce ukaże się nakładem nakładem dotychczasowego wydawcy pisarza, wydawnictwa MAG.

sobota, 2 października 2010

Tydzień w zdjęciach

Neil napisał w środę 29 września 2010 o 13:50 Wstałem dziś rano wyjątkowo wcześnie, żeby napisać post i pierwszy poranny e-mail przyszedł od Stevena Moffata, z prośbą o napisanie paru słów na temat powstania mojego odcinka do miesięcznika Doctor Who Monthly, więc napisałem i tak przepadł mi czas na pisanie bloga.

Zamiast dobrze przemyślanego omówienia ostatnich 10 dni, będę kontynuował to, co zacząłem wczoraj, w zdjęciach.

Oto Liam McKean, syn Dave'a i Clare McKeanów. Stoi obok Rzeczy w Ogrodzie, dziwnego, artystycznego i trochę przerażającego tworu autorstwa jego siostry Yolandy.

Spędziłem u McKeanów cudowny dzień. Zbieraliśmy jeżyny i jabłka w ich sadzie.


To jest Clare, w trakcie zbierania jeżyn. Myśl, że znam ich przeszło ćwierć wieku jest zarazem straszna i wspaniała.

Poniżej Dave właśnie skończył jeść lunch w restauracji George in Rye. Wyjeżdżając zgodziłem się napisać mu książkę dla dzieci pt. CAŁE SZCZĘŚCIE MLEKO.

Przez przypadek zostawiłem u nich w domu mnóstwo rzeczy służących do ładowania telefonów, więc mnie nie zapomną.




Na noc zatrzymałem się u mojej córki Holly (za zdjęciu ze strategicznie zamkniętymi oczami) i jej współlokatorki, mojej przerażającej chrześnicy Hayley Campbell, córki Eddiego i Anne Campbellów z Brisbane.
To przypadkowo nastrojowe czarno-białe zdjęcie Thei Gilmore i Nigela Stoniera ze studia Radio 2 w Manchesterze powstało następnego wieczora. Thea wydała właśnie nowy, naprawdę świetny album Murphy's Heart, możecie posłuchać fragmentów na http://www.theagilmore.net/welcome.cfm.
Stamtąd pojechałem do Bristolu, gdzie spotkałem się z Dianą Wynne Jones, z przelotnym udziałem specjalnego gościa, Robin McKinley. (Na blogu Robin możecie przeczytać jej relację ze spotkania: http://robinmckinleysblog.com/2010/09/23/fame-sort-of/)
Kiedy odwiedzałem ją ostatnio, Diana nie była w zbyt dobrej formie. Tym razem była o wiele bardziej energiczna i radosna. Pisze kolejną książkę i ma już plany na jeszcze następną. Wciąż jest jedną z moich ulubionych osób na świecie.

Dwójka starych przyjaciół: Terry Pratchett i ja umówiliśmy się na sushi w Cardiff następnego wieczoru, z Tajemniczych Powodów, Których Jeszcze Nie Wyjawimy. Na zdjęciu wznosimy szampanem toast za Coś, o czym jeszcze Nic Nie Wiadomo.



Następnego dnia był Doctor Who. Zazwyczaj scenarzyści nie mają na planie nic do roboty, poza nadeptywaniem na różne rzeczy i wchodzeniem innym w drogę, ale zgodziłem się udzielić wywiadu dla Doctor Who Confidential, więc potraktowano mnie wyjątkowo i wolno mi było robić to, co scenarzyści uwielbiają, a czego normalnie robić nie wolno.

Zakradam się do magazynu rekwizytów, żeby znaleźć Daleka, do którego można się przytulić. (Na szczęście nie trafiłem na żadne płaczące anioły).

Podobał mi się wywiad przeprowadzany przez Charliego McDonnella na schodach TARDIS-a (http://charliemcdonnell.com/an-explanation/)

Podobała mi się kradzież TARDIS-a i wyruszenie w podróż przez nieskończone wymiary czasu i przestrzeni, by zwalczać zło, gdziekolwiek się pojawi...

Wybaczcie. Powiedziałem to na głos? Miałem na myśli robienie sobie zdjęć na planie TARDIS-a.

Pożegnałem się z reżyserem Richardem Clarkiem i niesamowitym Mattem Smithem (dzięki któremu nawet moje drętwe dialogi brzmią dobrze) i wyjechałem z Cardiff ostatnim pociągiem, spóźniłem się na pociąg do Heathrow, więc zrzuciłem się na taksówkę z lekarzem z Grecji, który jechał ze Swansea i też nie zdążył na pociąg. Kilka godzin snu i poleciałem do Bostonu...

Gdzie w niedzielny wieczór pracowałem jako członek ekipy technicznej Evelyn Evelyn podczas ich występu Super Music Friends na koncercie z serii Yo Gabba Gabba! przeznaczonych dla publiczności złożonej głównie z trzylatków i ich rodziców.

Wykonali piosenkę "Elephant Elephant", której kukiełkową wersję można obejrzeć tutaj.

Podoba mi się to ich zdjęcie zrobione w garderobie Wang Theatre...
Potem poszedłem do Biblioteki Publicznej Bostonu, gdzie Karen Hesse, Jerry Spinelli, Grace Lin i ja otrzymaliśmy tytuł Literary Lights for Children [Światło Literatury Dziecięcej] . http://www.bpl.org/general/associates/literarylightschildren.htm

To była wspaniałą uroczystość, pełno entuzjastycznych dzieciaków, a potem podpisywałem książki. Przemawiałem jako ostatni, a zanim nadeszła moja kolej, Jerry,Karen i Grace powiedzieli już wszystko, co było do powiedzenia, więc mówiłem o tym, jak istotne jest, aby śnić na jawie i dlaczego warto, a nawet powinno się dość często gapić za okno.


Moja przyszła teściowa, Kate, urządziła w poniedziałkowy wieczór przyjęcia zaręczynowe dla mnie i Amandy. To bardzo miłe z jej strony. Było świetnie i spotkałem mnóstwo sąsiadów, przyjaciół i krewnych Amandy. Przyjechało też trochę mojej rodziny, żeby było sprawiedliwie.(Tutaj opis ostatnich kilku dni z punktu widzenia Amandy.)

Wczoraj wreszcie udało mi się zobaczyc Amandę w Kabarecie w reżyserii Stevena Bogarta w ART Theatre. Nie będę się rozwodził nad tym, jak wspaniałe to było, szczególnie że ostatnie bilety rozeszły się jeszcze przed pojawieniem się pierwszych entuzjastycznych recenzji. Ale to było mistrzostwo. Zniknęło wszystko, do czego miałem wątpliwości oglądając próby miesiąc temu.

Po Kabarecie odbył się jeszcze Late Night Cabaret (Nocny Kabaret Amandy), eksperymentalny spektakl z udziałem niezwykłego artysty zwanego Meow Meow, a następnie samej Amandy. Niestety nie mam żadnych zdjęć dokumentujących, jak Meow Meow unosił się na ramionach tłumu.

Tu są komentarze prasowe z jej strony: są co najmniej niewystarczające.

Meow Meow, akompaniuje Lance Horne.

Amanda i Meow Meow wykonują w duecie "Fake Plastic Trees".

Late Night Cabaret odbędzie się ponownie, dzisiaj, a nawet więcej - bilety są tanie i można je zdobyć na https://www.ovationtix.com/trs/pe/8419705 do 8:30 lub przed wejściem. Możecie zechcieć zabrać ze sobą kwiaty, aby je rzucać podczas wspaniałego wejścia Meow Meow. Jeśli mieszkacie w okolicy Bostonu, przybywajcie. Jak mawiał Kot z Cheshire, tam mnie zobaczycie.


Tymczasowy post pielgrzymi, ze zdjęciami

Neil napisał w czwartek 23 września 2010 o at 5:28 Dziś i jutro jestem w Cardiff. Doctor Who Confidential przeprowadzi ze mną wywiad, a ja zamierzam teraz ukraść TARDIS aby podróżować w czasie i przestrzeni zwalczając zło gdziekolwiek je napotkam powałęsać się po planie filmowym i nie wyglądać podejrzanie.

Ostatnie kilka dni spędziłem na nadrabianiu zaległości w spotkaniach z przyjaciółmi. Problem z mieszkaniem w Ameryce polega na tym, że niektórych ludzi nie widuję tak często, jakbym chciał.

W Derbyshire Peak District widziałem się z Colinem Greenlandem i Susanną Clarke


W ich wiosce jest staw z kaczkami.

Tu pokazuję Colinowi supernowoczesne urządzenie zwane Aparatem Fotograficznym, Który Jest Również Telefonem.


Poszliśmy do pubu. Pod Trzema Jelenimi Łbami. Najlepszy pub w historii. Wszędzie psy, a także 300-letni zmumifikowany kot. Powyżej szyld pubu.

Stamtąd pojechałem do Kentu, do Dave'a i Clare McKean. Mieli jeżyny i syna imieniem Liam oraz Rzecz w Ogrodzie, którą zrobiła ich córka Yolanda.

A teraz... coś się psuje (albo Blogger albo hotelowy internet) i zdjęcia nie chcą się ładować, więc skończę na tym, a resztę zamieszczę jutro. Do tego czasu zdążę ukraść TARDIS zjeść obiad z Terrym Pratchettem i dowiedzieć się, co u niego słychać.

piątek, 1 października 2010

rozmaitość rzeczy

Neil napisał w czwartek, 16 września 2010 o 7:01

Zobaczmy, czy to działa...

Ostatnio odzywałem się z Walii, gdzie byłem na czytanej próbie Doctora Who. A potem zniknąłem z powierzchni ziemi, żeby zbierać śliwki.

Nadal jestem poza światem. Kiedy tu trafiłem, byłem wyczerpany - sądzę, że nawet bardziej, niż mi się wydawało. Za dużo podróży, za dużo rzeczy, które nigdy się nie zatrzymują, za dużo posiłków w drodze. Czułem się stary, trzeszczący i zmęczony.

Pierwszy tydzień zabrało mi nadrabianie zaległości w spaniu, rozsądnym jedzeniu przyrządzonych własnoręcznie posiłków, głównie z warzyw, owoców i świeżo złowionych ryb (dzięki uprzejmości sąsiadów, którzy wdrapywali się na wzgórze, pukali w okno i zostawiali świeże makrele i inne ryby. Ja dawałem im torby śliwek). Dużo spacerowałem. Potem zdobyłem rower i zacząłem wypuszczać się na codzienne przejażdżki, na początku dwie mile dziennie, a potem, kiedy mi się spodobało, sześć i dziesięć. Małym Nexusem 1, który mam w telefonie robiłem zdjęcia mijanym po drodze rzeczom, a potem sklejałem je programem Hugin.


Interesująca skała.
Podczas pierwszej z dziesięciomilowych przejażdżek zdałem sobie sprawę, o czym będzie opowiadać następna historia prozą, którą chcę napisać. I że znam historię, a przynajmniej wystarczającą jej część, ale nie wiem kto ją opowiada, kto ją widzi, jak jest opowiadana. Może będzie musiała skakać w przód i w tył, a różne osoby będą opowiadać różne jej rozdziały, fragmenty w pamiętnikach i tak dalej. Kiedy pojawia się pomysł i wiesz, że jest wielki, ma podstawę i nikt nie opowiedział tego przed tobą - to niewiarygodnie dodaje otuchy. I wiesz, że jeśli tylko wszystkie elementy układanki trafią na swoje miejsce zanim zasiądziesz do pisania, fabuła rozwinie się sama. To ułożenie tych elementów stanowi trudność.

Może jeszcze minąć trochę czasu zanim będę gotów rozpocząć pisanie tej historii. Jest jeszcze sporo do przemyślenia. Ale to będzie chyba następna duża opowieść.

A gdzieś w międzyczasie schudłem jakieś 4 kilo, przestałem trzeszczeć, czuć się stary i wyczerpany podróżowaniem, zacząłem się uśmiechać i napisałem parę rzeczy, na które czekano. Nie napisałem więcej rzeczy, na które czekano, ale nie jest mi z tym źle: wszystko w końcu zostanie napisane.

W sobotę zakończyłem żywot pustelnika i ruszyłem w drogę. Pod koniec tygodnia będę w Walii, żeby zobaczyć pierwsze kilka dni kręcenia mojego odcinka i udzielę wywiadu dla
Doctor Who Confidential.

Wieści z domu:

1) Cabal przeszedł operację, która miała zlikwidować nacisk na jego kręgosłup, który powodował problemy z chodzeniem. Dochodzi do siebie. Wciąż się martwię. Rozmawiamy przez Skype'a. A przynajmniej ja mówię do niego, a on próbuje zrozumieć skąd dobiega mój głos. Lorraine spisała się wspaniale siedząc przy nim i pilnując wszystkiego, tak samo jak Hans Leśnik - jestem im bardzo wdzięczny. Teraz czekamy. Lorraine zamieszcza wszystkie wieści na swoim blogu http://blog.fabulouslorraine.com.

2) 25 października będę w odcinku Arthura na PBS. Gram pisarza nazwiskiem Neil Gaiman.



Jestem pisarzem, który jest kotem. Można być jednym i drugim jednocześnie.


3) Maddy Gaiman zdała egzamin na prawo jazdy. Wszystkie moje dzieci potrafią prowadzić samochód. Ulp.

4) Trwa aukcja na eBay'u za pośrednictwem http://www.twitchange.com/, zbierane są pieniądze na sierociniec na Haiti. W aukcji bierze udział mnóstwo osób, które o tobie napiszą/prześlą dalej/będą śledzić was na twitterze, jeśli ją wygracie. Lots of people taking part who will mention/retweet/follow you on Twitter if you win the auction. Obiecałem też, że do zwycięzcy aukcji "megapack" zadzwonię i przeczytam im wiersz lub opowiadanie. Jest to prosty i rozsądny sposób na pomoc w zebraniu funduszy na szczytny cel. Pełna lista osób oferujących swoje usługi (w tym Stephen Fry, Nathan Fillion i Rainn Wilson) jest na http://bit.ly/twitchanges....

I możecie licytować na mnie albo sprawdzić jak idzie aukcja na http://bit.ly/ebayneil

5) Matthew Cheney pisał o Sandmanie, co tydzień, rozdział po rozdziale. Tu są linki do pierwszych 8 odcinków - całość Preludiów i nokturnów: http://gestaltmash.com/2010/09/sandman-meditations-preludes-and-nocturnes-cheat-sheet/, a Dom lalki zaczyna się od http://gestaltmash.com/2010/09/sandman-meditations-tales-in-the-sand/

6) Na stronie TOR zamieścili moje opowiadanie "Smak goryczy", które pierwotnie ukazało się w zbiorze Nalo Hopkinsona Mojo: Conjure Stories, a następnie w Rzeczach ulotnych: http://www.tor.com/stories/2010/09/bitter-grounds.

Ilustracja to obraz Ricka Berry'ego zrobiony z obrazu, który on, ja i moja znajoma SuperKate pewnej nocy namalowaliśmy w jego studio (pisze o tym tutaj, zdjęcia robiłem ja).


7) Nie, to już wszystko. Tylko sześć rzeczy. Nie ma siódmej. To jak tęcza, gdzie zmienili purpurowy na indygo i fiolet tylko po to, żeby było ciekawiej.

Informacje na temat festiwalu New Yorkera. Oraz wspinanie się na drzewa.

Neil napisał we wtorek, 7 września 2010 o 13:16

Już wiadomo. W niedzielę 3 października o 13:00 przy okazji New Yorker Festival Dana Goodyear przeprowadzi ze mną wywiad.

Cały program festiwalu jest na stronie http://www.newyorker.com/festival/schedule/glance

Sprzedaż biletów rozpocznie się w piątek w południe czasu wschodniego. Informacje na http://www.newyorker.com/festival/tickets. Ciężko tu połączyć się z Internetem, więc raczej nie uda mi się wam o tym przypomnieć.

Jestem zawiedziony, że nie uda mi się zobaczyć Iana Fraziera i Malolma Gladwella, bo obaj występują w tym samym czasie, co ja. Nie jestem pewien, czy dotrę do Nowego Jorku na czas, by zobaczyć Michaela Chabona i Zadie Smith w piątkowy wieczór, ale będę się starał. Na pewno chcę zobaczyć w niedzielę panel Live From New York SNL (macha do Billa Hadera i Setha Myersa).

Co więcej, film "Gwiezdny pył" wreszcie wyszedł w wersji Blu-Ray.


A wczoraj wspiąłem się na drzewo i nazrywałem całą torbę śliwek. Myślę, że częściej powinienem wspinać się na drzewa. Już przyrządziłem/zjadłem większość śliwek. Jutro znów wejdę na drzewo. Zależnie od tego, jak będzie mi szło pisanie, zejdę z niego lub nie.

 
Copyright 2009
Original theme by WP Themes Creator, modified by VARALI, main graphics by KUNDAGI