poniedziałek, 21 lutego 2011

Nadrabianie (i Prawo Do... raz jeszcze)

Neil napisał w czwartek 17 lutego 2011 o 20:27

Zorientowałem się właśnie, że nie dodałem dziś żadnej archiwalnej notki w ramach lutowej akcji urodzinowej.

I pojawiło się jeszcze kilka rzeczy...

Jestem już w domu i trochę się ociepliło. Śnieg zrobił się bardziej miękki, ale nie zaczął topnieć. Las wygląda teraz tak:









(Zdjęcia robiłem tym razem prawdziwym aparatem, a nie Nexusem-S...)


Black Phoenix Alchemy Labs przygotowało kolejne fantastyczne zapachy, które będą sprzedawać na rzecz Comic Book Legal Defense Fund:

Lepki Nietoperz O Zapachu Cytrynowym
http://www.blackphoenixalchemylab.com/stickybat.html

Herbatka Kochanków
http://www.blackphoenixtradingpost.com/teezoom-vtlovers.html

Aromat Kochanków
http://www.blackphoenixalchemylab.com/vampiretarot.html

Bill Hader podesłał mi link to tego krótkiego klipu z Saturday Night Live, który przywodzi mi na myśli wszystkie zamieszczane na blogu Marka Evaniera filmy, gdzie ludzie mówią z różnymi akcentami, choć tak naprawdę nic nie mówią. Uśmiechałem się, kiedy to oglądałem.



...

Wiele osób prosiło o przypomnienie jednego, konkretnego wpisu. Oto najdłuższa i najlepiej wyrażona prośba...

Panie Gaiman,
Chciałbym zgłosić swoją nominacje do akcji z okazji "Dziesiątej Rocznicy Bloga".

Być może ten post nie wywołuje ataku śmiechu ani nie powoduje chwilowego zaduma i powstał stosunkowo niedawno, ale naprawdę ZAWIERA coś do przekazania zarówno szalonym fanom (niezależnie od ich intencji), jak i małemu, wygłodniałemu pisarzowi, który we mnie mieszka. Mam na myśli post, który zatytułowałeś "Prawo do..." (http://journal.neilgaiman.com/2009/05/entitlement-issues.html), który jednak większość moich znajomych nazywa po prostu "George R R Martin nie jest twoja dziwką".

Ten wpis jest unikalny nie tylko dlatego, że w bezpośredni i humorystyczny sposób mówi to, wokół czego niektórzy z nas chodzili na paluszkach próbując odpowiedzieć na narzekania znajomych, klientów i przypadkowych osób komentujących nasz wybór książek. Również dlatego, że przekazał on coś bardzo istotnego (nawet jeśli nie było to zamierzone) temu pisarzowi w mojej głowie...

Wiesz kogo mam na myśli, prawda? Faceta, który ma do opowiedzenia te wszystkie historyjki, ale jest nieustannie terroryzowany przez Co Innego Do Roboty oraz I Tak Nic Z Tego Nie Będzie? Kojarzysz go? Teraz
wrzeszczy na mnie, jeśli nie usiądę z nim i nie wysłucham jego opowieści raz na jakiś czas. Bo nie chodzi o to, czy uda się zrealizować Wielki Plan ani czy nasze historyjki są Wystarczająco Dobre By Usłyszeli Je Inni. Chodzi tylko o to, że COŚ robimy i że robimy to, bo to uwielbiamy.

Właśnie tak. Będę bardzo wdzięczny, jeśli zechcesz zamieścić tamten post dla niego i dla mnie. Obaj bardzo dziękujemy... za to i za wiele, wiele innych słów, którymi się nami podzieliłeś.

Pozdrawiam
-mathew


Nie ma sprawy. Ale żeby to zamieścić, muszę zacząć od pytania, które ten post zapoczątkowało.
Prawo Do z 12 maja 2009:

Cześć Neil,

Zapisałem się ostatnio na blogu George'a RR Martina (http://grrm.livejournal.com/) z nadzieją, że będę otrzymywał z pierwszej ręki informacje na temat publikacji kolejnej części "Pieśni Lodu i Ognia". Uwielbiam ten cykl, ale od kiedy się tam zapisałem, rośnie tylko moja frustracja, bo Martin nie wspomina nawet o dacie wydania książki. Prawdę mówiąc wygląda to tak, jakby celowo unikał za wszelką cenę pisania kolejnej książki. Pojawia się przy tej okazji kilka pytań:

1. Czy wraz z nastaniem blogów, twittera i innych mediów elektronicznych odbiorcy zaczynają mieć zbyt duży wpływ na artystę i za dużo możliwości, by poddawać go krytyce? Gdybyś ogłosił przed dwoma laty rozpoczęcie pracy nad nową książką i wciąż nie dotrzymał słowa, czy myślisz że unikanie tematu na blogu sprawiłoby, że czytelnicy pomyśleliby, że jesteś "leniwy". Czy opisując na blogu swoją pracę i życie masz większy obowiązek dotrzymywania słowa i zobowiązań?

2. Kiedy pisarz tworzy cykl, jak "Pieśń Lodu i Ognia" Martina, czy ma on obowiązek zakończyć opowieść? Czy nierozsądne jest odczucie, że nie pisząc kolejnej części sagi Martin mnie zawiódł, choć to tylko od niego zależy czy i kiedy ją napisze?

Jestem bardzo ciekaw Twojego zdania.
Dzięki,
Gareth


Moje zdanie....

1) Nie.

2) Tak, przekonanie, że George "cię zawiódł" jest nierozsądne.

Słuchaj, Gareth, może nie będzie to miłe i próbowałem wymyślić, jak inaczej mogę to ująć, ale przynajmniej z mojego punktu widzenia sprawa wygląda tak:

George R.R. Martin nie jest twoją dziwką.

Dobrze być tego świadomym i dobrze przypomnieć sobie o tym, kiedy zaczynasz myśleć, że może jednak jest i powinien natychmiast zająć się pisaniem tego, co chcesz czytać.

Ludzie to nie automaty. Pisarze i inni artyści to nie automaty.

Narzekasz, że George robi inne rzeczy zamiast pisać książkę, którą chcesz przeczytać, jakbyś wraz z zakupem pierwszej części cyklu zawarł z nim kontrakt: ty płacisz dziesięć dolarów, a George będzie pracował nieustająco, aż do momentu ukończenia serii.

Nie ma takiego kontraktu. Zapłaciłeś dziesięć dolarów za książkę, którą chciałeś przeczytać i skoro chcesz wiedzieć, co będzie dalej zakładam, że ci się podobała.

Moim zdaniem największy problem z seriami jest taki, że albo czytelnicy narzekają, że wcześniejsze części były dobre, ale pisarz próbujący wydać co roku kolejną przestał dbać o jakość, albo narzekają, że choć kolejne części są wciąż bardzo dobre, wychodzą za rzadko.

Z tego właśnie powodu cieszę się, że nie jestem sam w trakcie pisania żadnej serii. Jeszcze bardziej cieszę się, że przez te dziesięć lat, kiedy pisałem serię - Sandmana - byłem jeszcze młodym, ambitnym pracoholikiem i miałem mnóstwo szczęścia (a nawet wtedy, pod sam koniec, pisanie comiesięcznego komiksu zajmowało mi pięć tygodni, ze wszystkimi problematycznymi konsekwencjami przegapionych terminów).

Znacznie bardziej wolałbym przeczytać dobra książkę napisaną przez zadowolonego pisarza. Wszystko mi jedno jak powstała.

Niektórzy pisarze potrzebują dłuższej przerwy, żeby naładować baterię, a potem piszą bardzo szybko. Niektórzy piszą około strony dziennie, piątek, świątek czy niedziela. Niektórzy pisarze w pewnym momencie tracą rozpęd i muszą coś porobić, zanim znów będą gotowi do pracy. Czasem pisarze mogą nie mieć jeszcze w głowie gotowej następnej części serii, ale mają w zanadrzu coś zupełnie innego. Wtedy piszą i wydają najpierw to, co powoduje oburzenie i żądania wyjaśnień, jak autor mógł zająć się pisaniem Książki X, skoro jego fani czekają na Książkę Y.

Pamiętam, że słyszałem kiedyś, jak rozzłoszczony redaktor komiksu opowiadał innym redaktorom o scenarzyście, który wziął kilka tygodni wolnego, żeby pomalować dom. Redaktor kilkakrotnie powtarzał, że za równowartość jego płacy spokojnie mógł kogoś zatrudnić do tego zadania i jeszcze by mu zostało. I pomyślałem sobie wtedy, choć nie powiedziałem tego głośno, "A co jeśli on chciał pomalować swój dom?"

Niedawno zawaliłem termin. Tak ostatecznie. Po raz pierwszy od 25 lat westchnąłem i powiedziałem "nie dam rady tego zrobić, nie dostaniecie mojego opowiadania". Było już mało czasu, goniły mnie jeszcze inne terminy, dopiero co zmarł mój ojciec, a w opowiadaniu na kartce też nie było życia. Podobał mi się ton, w jakim się zaczynało, ale reszta się jakoś nie składała i zamiast doprowadzać do szaleństwa redaktorów i wydawców czekających na opowiadanie, którego nigdy bym nie skończył, postanowiłem w końcu się poddać, przeprosiłem i martwiłem się, że nie potrafię już pisać.

Zająłem się kolejnym najbliższym terminem, był to scenariusz. Szło mi łatwo i przyjemnie, od dawna pisanie niczego nie sprawiało mi tyle radości, wszystkie postaci robiły dokładnie to, na co liczyłem, a sama historia była znacznie lepsza, niż mogłem sobie wymarzyć.

Czasami tak się dzieje. To nie zależy od ciebie. Za każdym razem robisz, co w twojej mocy. I próbujesz możliwie zwiększyć prawdopodobieństwo, że powstanie jakaś przyzwoita twórczość.

A czasami - i dotyczy to zarówno pisarzy, jak i czytelników - zdarza się życie. Ludzie wokół chorują lub umierają. Zakochujesz się lub odkochujesz. Przeprowadzasz się. Przyjeżdża do ciebie ciotka. Pięć lat temu zgodziłeś się wystąpić gdzieś na drugim końcu świata i nagle okazuje się, że to już. Wychodzi twoja książka, krytycy głośno wyrażają swoją dezaprobatę i po prostu nie masz ochoty pisać następnej. Twój kot nauczył się lewitować, więc sprawa ta musi zostać szczegółowo zbadana i udokumentowana. W sadzie, między jabłonkami, są jelenie. Uderza piorun i spala się zarówno twój dysk twardy, jak i zapasowy...

A życie jest dla pisarzy korzystne. Choćby dlatego, że z niego czerpiemy nasz surowiec. Lubimy się zatrzymać i nieco mu poprzyglądać.

Zw względów ekonomicznych mało który z nas może pozwolić sobie na pisanie powieści na 5000 stron, podzielenie jej na kawałki i wydawanie ich rok po roku. Pisarze tworzący opowieści długie lub takie, które - jak Sandman - rozrastają się w miarę pisania, muszą więc pisać i wydawać na bieżąco.

A jeśli czekasz na kolejną część długiej serii, czy to George'a, czy Pata Rothfussa, czy kogokolwiek innego...

Poczekaj. Przeczytaj raz jeszcze poprzednią książkę. Przeczytaj coś innego. Pożyj trochę. Miej nadzieję, że pisarz, na którego książkę czekasz pisze, a nie umiera albo znajduje się w podobnie dramatycznej sytuacji. A jeśli maluje dom - jego prawo.

A na przyszłość, Gareth, jeśli usłyszysz jak ktoś narzeka, że George R. R. Martin robi cokolwiek poza pisaniem książki, na którą ten ktoś czeka, wyjaśnij im grzeczniej niż ja to zrobiłem na początku prosty i niezaprzeczalny fakt: George R. R. Martin nie pracuje dla was.

Jeśli komuś przeszkadza użyty język, odsyłam do drugiej części tego wpisu: http://neilgaiman-pl.blogspot.com/2010/01/zoe.html. Wkleiłbym ją, ale śmierć Zoe jest jeszcze świeża w mojej pamięci.

sobota, 19 lutego 2011

Co robiłem w Nowym Jorku z dygresją na temat fitnessu i zamyślania się z dala od piłki

Neil napisał w czwartek 17 lutego 2011 o 10:13
Spędziłem właśnie dwa dni w Nowym Jorku. Piszę to w samolocie powrotnym do domu.

Pierwszego dnia wraz z moją asystentką Lorraine i przyjaciółką Anną Schuleit (niezwykłą artystką) żeby obejrzeć występ Sarah Jones w Nuyorican Poets Cafe. Sarah - a raczej dwie z jej postaci - przeprowadziły na scenie wywiad ze mną.

Uwielbiam to, co robi Sarah, zwłaszcza dlatego, że jestem pisarzem, w którego głowie dość często mieszka po kilka postaci (moje ulubione zazwyczaj same się pisały. Np. zawsze lubiłem Malignę, bo wystarczyło podsunąć jej jedną linijkę tekstu, a potem siedzieć cicho i słuchać.) W głowie Sarah też mieszka kilka postaci a ona użycza im nie tylko słów, ale całego swojego ciała, żeby przekonać się, co mówią i myślą. Część jej występów ma przygotowany scenariusz, ale sporo, w tym najlepsze fragmenty, to improwizacja, np. odpowiadanie na pytania publiczności i rozmowa ze mną.

Nuyorican is MALEŃKI -- mieści się tam ok. 200 osób, a obydwa występy były wyprzedane. Ostatni z tych eksperymentalnych spektakli odbędzie się 28 lutego. Gościem, z którym Sarah przeprowadzi wywiad będzie DJ Spooky. Żałuję, że mnie tam nie będzie.

Strona Sarah to http://sarahjonesonline.com/

Przedstawienie jest już wyprzedane, ale zostało jeszcze kilka wejściówek. Największe szanse macie, jeśli będziecie uważnie obserwować strone intenetową Sarah i sprawdzać, czy nie przeniesie spektaklu w inne, większe miejsce. Mam nadzieję, że tak właśnie zrobi.

(Sarah, Annę, a przy okazji Paula Millera AKA DJ Spooky podczas tajemniczego wyjazdu do Campfire w ubiegłym roku. Poznałem tam bardzo wielu nowych przyjaciół.)

Wczorajszy dzień zacząłem od czegoś, co mi się nie zdarza: wyszedłem z hotelu, przeszedłem przez ulicę i poszedłem do New York Health and Racquet Club, które służy jako hotelowe centrum fitness. I przez 45 minut ćwiczyłem słuchając Samotni.

Cały ten pomysł ze zrzucaniem zbędnych kilogramów i trenowaniem kondycji pojawił się, kiedy zacząłem szukać sposobu, aby jak najdłużej utrzymać dobrą kondycję. Widziałem, jak moi dziadkowie zmieniali się w schorowanych staruszków. Mój ojciec umarł niespodziewanie w wieku 75 lat, ale był niezwykle zdrowy i do końca świetnie się trzymał, nigdy nie chorował. I zdałem sobie sprawę, że nie chcę skończyć, jak dziadkowie, więc zrobiłem to, co robię zawsze, gdy chcę się czegoś dowiedzieć i zacząłem czytać.

Wszędzie było napisane to samo: zrzuć zbędną wagę i ćwicz regularnie. Energiczne ćwiczenia przez pół godziny dziennie dają najlepsze efekty. To wydaje się logiczne: mój tata biegał lub pływał codziennie, aż do swojego ostatniego dnia.

Nie przepadam za ćwiczeniami. W szkole dzieciaki dzieliły się na te, które są "dobre w sporcie i te, które nie są. Ja byłem zdecydowanie w tej drugiej grupie. Kiedy trzeba było wybierać osoby do drużyny, na koniec zostawał naprawdę gruby dzieciak, chłopak w okularach grubych niczym denka od butelek, dzieciak z szyną na nodze i ja. I to mnie wybierano na samym końcu. Zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo dzięki temu znajdowałem się daleko od centrum wydarzeń i miałem mnóstwo czasu na wymyślanie w głowie historii. Czasem jednak do rzeczywistości brutalnie przywracało mnie uderzenie w twarz skórzaną piłką do nogi.

Jedną z najlepszych rzeczy w byciu dorosłym i niechodzeniu do szkoły wydawało mi się to, że nikt nie zmuszał mnie do uprawiania sportu.

(Jestem przekonany, że mój całkowity brak zainteresowania i podstawowych umiejętności grania w cokolwiek bardzo rozczarował mojego ojca, który m. in. w wojsku trenował boks i grał w rugby w reprezentacji hrabstwa. I cieszę się bardzo, że odkryłem to dopiero po wielu latach, kiedy zobaczyłem jak wiele radości i dumy czerpie z faktu, sprawia mu to, że mój dwunastoletni syn grał w hokeja.)

Ale naprawdę lubię życie. I lubię cieszyć się dobrym zdrowiem. Mam pięćdziesiątkę na karku i biorąc pod uwagę, że jestem prowadzącym siedzący tryb życia pisarzem, który z natury unika ćwiczeń jak diabeł wody święconej - naprawdę świetnie się trzymam. Ale mam świadomość, że być może nie potrwa to długo. Wyniki moich corocznych badań były coraz gorsze. Zaczynałem czuć się staro i zrzędliwie. I chociaż starzenie się jest jednym z przywilejów życia ludzkiego i nie mam nic przeciwko niemu, postanowiłem coś z tym zrobić. Nie chcę nawet robić nic niedorzecznego, np. farbować włosy, żeby udawać młodszego niż jestem. (Jakieś dziesięć lat temu miałem dość tego, że w każdym wywiadzie pisano o moim "chłopięcym wyglądzie" i zafarbowałem pasmo włosów na siwo. Ale potem uznałem, że to niedorzeczne i pozwoliłem, żeby odrosło w naturalnym kolorze.) Czuję, że zapracowałem na każdą swoją zmarszczkę i na każdy siwy włos. Jestem z nimi bardzo szczęśliwy.

Ale przez ostatnią połowę czy ćwierć czy ile życia mi jeszcze zostało, chciałbym być w dobrej formie. Przynajmniej na tyle, na ile jestem w stanie to kontrolować.

Odchudzanie się, dbanie o siebie, rozsądniejsze i zdrowsze jedzenie oraz ćwiczenia do tej pory się sprawdzają. Wszystkie badania, których wyniki zbliżały się do niebezpiecznych poziomów są znów w normie.

Dlatego postanowiłem napisać o tym aż tyle. Pozostawić jakieś znak, powiedzieć wszystkim, że to robię. Oznajmić całemu światu.

... i zszedłem na ten temat, bo opisywałem wczorajszy dzień. Właśnie. Rano - ćwiczenia. Potem lunch, a po południu spotkanie w związku z bardzo fajną książką, którą prawdopodobnie zostanie wydana w 2014, ale nie zostało to jeszcze ogłoszone, więc nic więcej nie mogę na razie zdradzić.

(Przerwałem pisanie tej notki, żeby napisać list miłosny do mojej żony, która jest teraz w Nowej Zelandii i za którą bardzo tęsknię. Zobaczę się z nią 13 marca, na zakończenie jej trasy koncertowej po antypodach i już odliczam dni. Gotowe. Już wracam.)

Wieczorem byłem w teatrze.

Elyse Marshall była moim wydawcą w Harper Childrens przez ostatnie dwa i pół roku, od czasu wydania Księgi cmentarnej. Zawsze była uprzejma, rozsądna, kompetentna, godna zaufania, szybko się uczyła, chętnie doradzała i dobrze się z nią pracowało. Przez lata współpracowałem z wieloma znakomitymi wydawcami, ale Elyse była najlepsza z nich wszystkich.

A teraz odchodzi, dostała propozycję lepszej pracy w wydawnictwie Penguin i postanowiła ją przyjąć. To strata moja i Harpers Children, a zysk pisarzy związanych z Penguinem.

Odegrałem się na niej za to, że mnie opuszcza i śmiertelnie ją przeraziłem.

Co prawda, całkiem jej się to podobało. I nie chodziło wyłącznie o strach.

Od dnia premiery chciałem obejrzeć sztukę PLAY DEAD. ["udawaj martwego" lub wydawana psom komenda "zdechł pies"] Teller (mniejsza, spokojniejsza część duetu Penn and Teller) to mój znajomy. Uwielbiam to, co pisze i jego wyczucie dramatyzmu. Sztukę PLAY DEAD napisał wspólnie z Toddem Robbinsem, który także w niej występuje.

To pokaz strachów.

To przerażający spektakl grany w niewielkim teatrze w Greenwich Village, w którym mężczyzna w białym garniturze (przynajmniej na początku spektaklu jest biały) staje przed publicznością i mrozi krew w ich żyłach. Czasami gasną światła. Pojawia się magia i iluzje. Leje się krew.

(Mnie wyciągnięto z widowni na scenę, postawiono przed przezroczystą tabliczką ouija i przezroczystą plastikową deseczką i widziałem jak się porusza i pokazuje rzeczy, których nie miała prawa wiedzieć.)

To naprawdę wspaniały spektakl (trwa 85 minut, bez przerwy). Myślę, że warto go zobaczyć z ukochaną osobą albo dobrym przyjacielem. W którymś momencie prawdopodobnie ktoś będzie się do was tulił albo złapie za rękę, jeśli to nie wy pierwsi zaczniecie się do kogoś tulić...

A Elyse ostatecznie wybaczyła mi cały ten strach, bo przedstawienie bardzo jej się podobało (jest bardzo krwawe, ale to również kawał świetnej rozrywki, jest też bardzo pouczające i przezabawne.)

Przeszkadzała mi jedynie grupka pań, które nie rozumiały, że jeśli ktoś na scenie mówi, powinno się zamilczeć.

W tym klipie Todd Robbins opowiada o spektaklu:

Bądź moją walentynką i wspomnienie o bardzo tłustym kocie.

Dziś zaczęła się odwilż. To pierwszy od początku zimy dzień, kiedy temperatura wspięła się powyżej zera: jest słonecznie i wspaniale. Pod koniec dnia gdzieniegdzie widać było spod śniegu trawę. Trawę! I przed nami jeszcze kilka takich dni.

Jutro wybieram się do Nowego Jorku na kilka spotkań (a we wtorek będę gościem niewiarygodnie utalentowanej Sarah Jones w Nuyorican. Zwykłe bilety są już wyprzedane, ale mogło zostać jeszcze kilka wejściówek) i to dobrze, bo obchodzenie walentynek, kiedy moja nowa żona jest po drugiej stronie globu wcale mi się nie uśmiecha. Czułbym się samotny. Dziwnie jest myśleć, że kiedy wrócę, śniegu może już nie być.

(Z drugiej strony, w tej części kraju niespodziewana burza śnieżna jest całkiem możliwa i kiedy wrócę może na mnie czekać świeża, półmetrowa warstwa śniegu.)

Jest luty. Wiem, że to jeszcze nie wiosna. Ale miło byłoby powitać kilka cieplejszych dni. (A mówiąc "cieplejsze" mam na myśli temperaturę powyżej zera.)


Chciałem napisać, że "nawet psy mają powoli dość śniegu", ale to nieprawda. Loli nigdy nie znudzi się nurkowanie w zaspach, a Cabal nadal lubi gryźć śnieg podczas spacerów.

Takie ślady Lola zostawia w śniegu: Po lewej widać jej uszy...



...
Walentynkowy prezent dla świata zamieściłem na http://www.last.fm/music/Neil+Gaiman/_/Harlequin+Valentine. Bardzo proszę. (Na Last.Fm jest jeszcze wiele innych nagrań, a oryginalne płyty wciąż można kupić na stronie DreamHaven Books, albo ściągnąć z Audible.com)

Neil,
Nie wiem czy słyszałeś kiedyś o Joshu Ritterze, ale napisał on najbardziej uroczą i najsmutniejszą na świecie piosenkę o mumii, która się budzi i zakochuje w pani archeolog, która ją bada. W klipie występują lalki i wydawało mi się, że może przypaść ci to do gustu:
http://www.youtube.com/watch?v=KXBI2_zH9Js

Całusy,
Tracey


Bardzo lubię Josha Rittera. "Girl in the War" [Dziewczyna na wojnie] była jedną z moich ulubionych piosenek w 2006 roku. A ten teledysk jest znakomity i tak doskonale pasuje do walentynek. Taniec samotności i wiecznego życia w wykonaniu wzruszających marionetek. Doskonałe.


A w ramach kontynuacji serii Największych Hitów Dziesięciolecia (a przynajmniej Postów Najbardziej Lubianych przez czytelników):

Cześć Neil!
Mój ulubiony wpis to ten o nie strzyżeniu kotów za pomocą maszynki do przystrzygania brody...
Mary Roane


A tak. Post o Furball, mojej kotce. Tęsknię za nią...

Z 31 maja 2001: http://journal.neilgaiman.com/2001/05/american-gods-blog-post-66.html

Ludzie często podchodzą do mnie i mówią: "Jako popularny pisarz, który wiele już wydał i w domu ma piwnicę pełną rozmaitych nagród, z których większość wymaga porządnego wyczyszczenia, na pewno masz jakieś mądre rady do przekazania światu."

Owszem, mam.

Brzmią one następująco.

Jeśli jesteście posiadaczami 11-kilogramowej trójkolorowej kotki, której sierść się sfilcowała i tworzy teraz złowieszcze dready, nie wkładajcie nowych baterii to starej maszynki do przycinania brody i nie próbujcie kotki ostrzyc. Wystraszycie tylko kota i narobicie bałaganu. Istnieją zawodowcy, którzy za niewielką opłatą z radością się tym zajmą. Zostawcie im to zadanie.

(To było publiczne ogłoszenie w imieniu kotki Furball, która aktualnie prawdopodobnie ukrywa się na strychu w stanie potężnego wstrząsu psychicznego.)


a skoro już to wstawiłem...

Z 6 listopada 2002: http://journal.neilgaiman.com/2002/11/furball-is-astonishingly-fat-cat.asp

Furball to niesamowicie tłusta kotka. Jest tak gruba, że większość ludzi na jej widok zaczyna żartować ("To właściwie kot, czy dynia? Ten kot jest tak gruby, że może służyć za poduszkę! Nie mówię, że jest tłusta, ale no cóż, w sumie to jest..." itd.) Ma długą sierść, która jest mieszanką białej, czarnej oraz rudej i wygląda nieco jak trójkolorowy mors. Do wielu umiejętności, jakie opanowała należy m. in. przekonywanie przypadkowych osób, że nie była karmiona od wielu tygodni oraz przekonywanie naiwnych ptaków śpiewających, że tak gruby i okrągły kot nie ma szans podskoczyć na tyle wysoko, by stanowić zagrożenie.

Z powodu swoich kształtów Furball siada na krześle czy sofie na tylnych łapach i wygląda trochę jak człowiek, co może być nieprzyjemnym widokiem. Z tego samego powodu nie jest w stanie zawsze dokładnie się wyczyścić. Stąd dready.

Dzisiaj zacisnąłem zęby, zakasałem rękawy i ja umyłem. W umywalce.

Kiedy się wyprostowała i próbowała zatopić pazury w lustrze nad umywalką i uciec uśmiechnąłem się tylko i kontynuowałem kąpiel. Wiedziałem, że choć kocie pazury potrafią dokonywać rzeczy niezwykłych, na lustrze w łazience nie mają przyczepności, a już na pewno niedawno przycinane pazury nie pozwolą małemu tłuściochowi na wspięcie się po szkle i ucieczkę.

Nikt jednak nie wyjaśnił tych faktów kotce, więc wspięła się ona po pionowym lustrze.

Kiedyś dojdę, jak to zrobiła.

środa, 16 lutego 2011

W którym dwie rzeczy robię po raz pierwszy w życiu i napotykamy nietoperze

Neil napisał w sobotę 13 stycznia 2011 o 1:35 Dwie rzeczy zrobiłem dziś po raz pierwszy w życiu.

1) Ćwiczyłem w rytm Dickensa.

Zdałem sobie sprawę, że nie ćwiczę, bo mnie to nudzi. Dlatego w moim przypadku sprawdzają się rzeczy typu Wii. Jest ciekawiej, kiedy ktoś mówi do mnie z ekranu. Ale nie lubię czytać podczas ćwiczeń, bo zwalniam, żeby przewracać strony. Nie lubię też oglądać telewizji. Dziś rano postanowiłem założyć sobie konto na stronie Audible (to bardzo łatwe, wystarczy ten sam e-mail, co w Amazonie i hasło) i ściągnąłem Samotnię, powieść Charlesa Dickensa, za którą zabierałem się już kilkakrotnie, zawsze mi się podobała, ale nigdy nie udało mi się jej skończyć.

W słuchanej przeze mnie wersji każdy rozdział trwa 16 minut.

32 minuty ostrego treningu na maszynie do ćwiczeń minęły zupełnie niepostrzeżenie. Coś wspaniałego.

Opowiedziełem o tym mojej żonie, która chwilowo przebywa na antypodach. Brzmiała trochę, jakby chciała mnie wyśmiać za to, że ćwiczę w rytm Dickensa (a nie muzyki), ale tego nie zrobiła, być może dlatego, że wspomniałem jak drażliwą kwestię stanowią moje ćwiczenia i że powinna mnie do nich zachęcać.

2) Poszedłem na zawody roller derby.

Powodem jest dyskusja na Twitterze o Kawach Nazwanych Na Cześć Pisarzy w Indonezji, w wyniku której ktoś nazwał kawę moim imieniem. W wyniku tego zdarzenia, kiedy pojechałem do Indianapolis odebrać Nagrodę Literacką im. Kurta Vonneguta Jra, zabrałem kilka zawodniczek Naptown Roller Girls wraz z osobami towarzyszącymi na kolację. (To wina przede wszystkim mojej ówczesnej narzeczonej, Amandy Palmer. Rzuciła coś w stylu: "jeździsz na te wszystkie imprezy, ale w ogóle nikogo nowego nie poznajesz", a ja odpowiedziałem coś w stylu "Ha. A właśnie że cała drużyna wrotkarska przyjdzie obejrzeć moje wystąpienie w Indianapolis." I Amanda odrzekła, "No dobrze, ale musisz się z nimi jeszcze zadawać". I było w tym tyle racji, że kiedy tylko się rozłączyliśmy, powiedziałem mojej asystentce Lorraine, żeby zapytała zawodniczki, czy miałyby ochotę wybrać się ze mną na kolację.)

Lorraine poznała Joan of Dark (która zrobiła ową kawę, robiła na drutach Octokociaki z Koraliny, które stały się maskotką drużyny i zapytała, czy mogę zdobyć dla nich bilety na Wykład Biblioteczny, który odbywał się przed moim spotkaniem z czytelnikami i była gospodynią kolacji), zaprzyjaźniła się z nią oraz całą drużyną Naptown Roller Girls, dzięki czemu wyrobiła wspaniałą kondycję, bardzo straciła na wadze i postanowiła dostać się do miejscowej drużyny roller derby.

Joan of Dark przyjechała w ubiegły weekend, żeby zobaczyć się z Lorraine i obejrzeć zawody: Naptown Roller Girls Third Alarm team vs. The Chippewa Valley Roller Girls.

W ostatniej chwili sam siebie zaskoczyłem i zapytałem, czy mogę iść z nimi. Kiedy lecieliśmy razem samolotem, Lorraine miała książkę na temat tego sportu, a skończyły mi się wtedy rzeczy do czytania i byłem ciekaw jak to, co przeczytałem wypada w porównaniu z rzeczywistością.

Joan of Dark była moim komentatorem, więc wiedziałem rzeczywiście co się dzieję i przepychanie się między sobą dużej ilości pięknych kobiet na wrotkach miało jakikolwiek sens.

Bawiliśmy się wspaniale. Bardzo zaimponowały mi umiejętności, spryt, taktyka i czasami brutalność obu drużyn oraz nieustająco rozśmieszający widzów spiker Matt, a także znakomita Miss Dee Lovely (która zaśpiewała "Gwiaździsty sztandar").




Lorraine po lewej, Joan of Dark po prawej.



A na tym zdjęciu ja z drużyną Naptown. Zdjęcie autorstwa Kelly McCullough. Studium z czerwonymi oczami. (Chciałbym mieć zdjęcie również z drużyną Chippewa Valley, ale otoczyli ją już wtedy przyjaciele i kibice.)

Mam nadzieję, że Lorraine uda się dostać do drużyny.

...właściwie to znalazłoby się jeszcze kilka rzeczy, które dzisiaj robiłem po raz pierwszy w życiu, na przykład składanie urządzenia do ćwiczeń [inversion table- proponowana przez polskich fanów fitness nazwa to... nietoperz ;) - przyp. noita] czy przyrządzenie w miarę jadalnej polenty z zimnej owsianki z prosa. Ale dwie rzeczy, które opisałem były najfajniejsze.

...

A co powiecie na kilka nietoperzy przy okazji serii największych hitów dziesięciolecia?

Squeaky pisze,

mój ulubiony wpis to ten z lepkim nietoperzem o zapachu cytrynowym. nadal mnie śmieszy. na biurku w pracy mam przylepioną wygniecioną karteczkę. jest na niej napisane "lepki nietoperz o zapachu cytrynowym" i kiedy raz na jakiś czas rzucę na nią okiem, zawsze się uśmiecham.

i

Jeden z moich ulubionych postów na blogu to ten o cytrynowo pachnącym nietoperzu, który przykleił się do lepu na muchy... Zastanawiam się, czy kiedyś znalazłeś/zeskanowałeś rysunek Maddy.
Cześć, tak przy okazji... Nietoperz Tori!


Nie znalazłem go.

Oto rzeczony post z lutego 2007: "Z ODLEGŁEJ PRZESZŁOŚCI" http://journal.neilgaiman.com/2007/02/from-distant-past.html

Zanim powstał ten blog zamieszkiwałem inne miejsca, do których dostęp możliwy był jedynie za pośrednictwem modemu. Najpierw na Compuserve, potem na Genie, następnie na Well bywałem i odpowiadałem na pytania. Nie mam pojęcia, czy zachowały się jakieś archiwa Compuserve albo tematów z Genie, ale z przyjemnością donoszę, że Well nadal istnieje, a ja wpadam tam co parę lat, udzielam wywiadu i przez kilka tygodni siedzę na inkwell.vue. To wspaniałe miejsce, które dostępne jest dla wszystkich: http://www.well.com/conf/inkwell.vue/

Przy okazji wywiadu na temat Rzeczy ulotnych, który się właśnie zaczął, czytałem post z 20 czerwca 2000 napisany podczas tworzenia Amerykańskich bogów. Zamieszczam go tutaj ponieważ a) znacznie więcej podobnych fajnych rzeczy można znaleźć na Well, w dyskusjach, w których uczestniczyłem (pierwsza, tu druga, tu trzecia) oraz b) jeśli jakakolwiek opowieść nadaje się na ten blog, to właśnie ta.

...w ubiegłym tygodniu Maddy obudziła mnie wcześnie rano.

"Tatusiu," powiedziała. "Na oknie w kuchni jest nietoperz."

"Grumphle," odpowiedziałem i z powrotem zasnąłem.

Niedługo później znów mnie obudziła. "Narysowałam nietoperza na oknie w kuchni" powiedziała i pokazała mi swój rysunek. Maddy bardzo dobrze rysuje jak na pięciolatkę. Był to schematyczny rysunek kuchennych okien, a na jednym z nich widniał nietoperz.

"Bardzo ładnie, kochanie" powiedziałem. I znów zasnąłem.

Kiedy wreszcie zszedłem na dół...

Zamiast wiszących lepów na muchy nasze okna na parterze wyklejone są kawałkami przezroczystej taśmy jeden na sześć cali. Kiedy zbierze się na nich dużo much, odklejamy je z okna i wyrzucamy.

Do jednego z nich przykleił się nietoperz. Mordkę miał zwróconą do wnętrza pomieszczenia. "Chyba nie żyje" powiedziała moja asystentka Lorraine.

Odkleiłem taśmę z okna. Nietoperz na mnie nasyczał.

"Nie," powiedziałem."Nic mu nie jest. Przykleił się tylko."

Powstało pytanie: jak odkleja się nietoperza (wraz ze skórą i futerkiem) od lepu na muchy. Na szczęście jestem zdobywcą nagrody imienia Brama Stokera. Po tym jak odpadły drzwi (por. wcześniejszy fragment dyskusji) kupiłem cytrynowy rozpuszczalnik, żeby usunąć klej i ponownie przytwierdzić drzwi.

Potraktowałem więc niepocieszonego nietoperza cytrynowym rozpuszczalnikiem i za pomocą gałązki pomogłem mu wdrapać się na gazetę, którą następnie umieściłem na szczycie stosu drewna. Pachnący cytrusowo, lepki nietoperz wczołgał się pomiędzy polana. Przy odrobinie szczęścia następnej nocy będzie jak nowy...


Oczywiście gdyby coś takiego wydarzyło się teraz, zeskanowałbym ten rysunek. (Zastanawiam się, czy uda mi się go kiedyś znaleźć.)

(A tak przy okazji, pojawiły się plotki o pojawieniu się perfum Lepki Nietoperz o Zapachu Cytrynowym z Black Phoenix Alchemy Lab. Miejcie oko na ich stronę...)

Oczywiście nie była to jedyna notka na temat nietoperzy, jaka pojawiła się na blogu. W maju 2007 zamieściłem notkę pt. "Przeprosiny i krótki filmik"...




I jeszcze to. Ktoś poprosił na Twitterze o zamieszczenie tego wpisu, kiedy tylko wspomniałem o akcji wspominkowej. Z czwartku 13 sierpnia 2009, "Pod Nietoperzami i Gwiazdami"

Wiem.

Tyle spraw mam do opisania i zamknięcia tutaj, tyle się dzieję, a ja nie zdążyłem wam jeszcze opowiedzieć co robiłem na Worldconie w poniedziałek, ani jak potem poleciałem do Toronto, żeby spotkać się z Tori Amos i zobaczyć jej koncert, po raz pierwszy od czasu tamtego w Budapeszcie, ani o jej córce Tash i epickim konkursie na wąsiska, który przeprowadziła wśród ekipy...

Ale zamiast którejkolwiek z tych rzeczy, zabrałem Cabala i jego najlepszego przyjaciela Frecka (psa, który najwyraźniej u nas nocuje) do ogrodu, położyłem się na ziemi na plecach i zacząłem gapić się w bezchmurne niebo. Dokładnie w chwili, gdy pomyślałem „Przecież wcale nie muszę zobaczyć meteorytów, okazja, żeby zwyczajnie, spokojnie pogapić się na gwiazdy wystarczy” – ziuu i ziuu, dwa przepiękne meteoryty przeleciały nisko po niebie, ciągnąc za sobą iskrzące się ogony, a ja zrobiłem „ooooch”, jakby to był specjalny, doskonały pokaz sztucznych ogni przygotowany wyłącznie dla mnie.

Były też nietoperze: poszarpane łaty cichej czerni na tle głębokiej, nocnej purpury usianego gwiazdami nieba.

Amanda zwróciła uwagę, że zawsze mam tendencję to robienia następnej rzeczy, czy w trakcie robienia czegoś – do myślenia o kolejnych rzeczach, które mam w planach, oraz że powinienem bardziej wczuć się w chwilę i nią cieszyć i ma rację. Więc leżałem tam i patrzyłem na gwiazdy i nietoperze i liczyłem spadające gwiazdy.

Naliczyłem w sumie dwadzieścia osiem. Jakieś dziesięć z nich miało ogony. Niektóre były tylko smugami światła, inne śmigającymi maleńkimi punkcikami. Kilka miało pełen zestaw magicznych, złoto-żółtych efektów specjalnych.

Wydawało mi się, że leżałem tam 20 minut. Kiedy wróciłem, okazało się, że trwało to grubo ponad godzinę.

I są jeszcze rzeczy, które muszę dziś przeczytać albo obejrzeć. Ale obejrzałem dwadzieścia osiem spadających gwiazd i nie przeszkadzało mi, że nie mogłem wymyślić żadnego życzenia, a powietrze było rześkie, a nietoperze ciche, a ja mógłbym tak patrzeć w niebo bez końca.

wtorek, 15 lutego 2011

Znów Śmierć i darmowy dostęp

Neil napisał w sobotę 12 lutego 2011 o 12:02


Dr Sketchy's to zdaniem New York Timesa, "skrzyżowanie zajęć rysunku z natury i kabaretu new-wave", które odbywają się w wielu miastach na całym świecie. Pomysłodawczynią jest znakomita Molly Crabapple (która zrobiła ilustrację do wiersza "Pustynny Wiatr" dostępną w sklepie Neverwear). W ubiegłym tygodniu zorganizowała w Nowym Jorku wieczór inspirowany Nieskończonymi, a zebranym rysownikom pozowały postaci z Sandmana: Śmierć, Maligna i Pożądanie.

Johnny Blazes był niesamowitym Pożądaniem.



Tess Aquarium odgrywała Malignę.



A Stoya była Śmiercią, na widok której można było... paść trupem.



Zdjęcia autorstwa niewiarygodnie utalentowanej Lauren Goldberg.

Więcej zdjęć i relacja z wieczoru, nie mówiąc o zdjęciach szkicujących artystów, można znaleźć na stronie http://www.drsketchy.com/site/comments/endless_love, z której właśnie podkradłem wszystkie zdjęcia.

...

Jestem patronem Open Rights Group.

W ubiegłym roku przeprowadzili ze mną wywiad w pokoju hotelowym w Londynie. Jego fragment zamieszczono na stronie http://zine.openrightsgroup.org/features/2011/video:-an-interview-with-neil-gaiman oraz na YouTube.

Opowiadam w nim o prawach autorskich, o błędnych przekonaniach dotyczących praw w sieci oraz o moich obserwacjach dotyczących tego jak piractwo może stać się akcją promocyjną.

Interesujące jak w ciągu ostatnich kilku dni ten klip zyskał na popularności.

Nie wkleję go tutaj - zajrzyjcie na stronę Open Rights Group i obejrzyjcie sami. Jako Patron powinienem dbać o zapraszanie gości na ich stronę.

Pomyślałem, że przy okazji przypomnę (takie wklejanie przeszłych wpisów to świetna zabawa) fragmenty wpisów na temat Udostępniania Za Darmo. Wszystkie są oznaczone etykietą "książka za darmo": http://neilgaiman-pl.blogspot.com/search/label/ksi%C4%85%C5%BCka%20za%20darmo

Sytuacja była taka, że z okazji 7. urodzin bloga zamieściliśmy w sieci na miesiąc książkę do czytania za darmo. (Odbyło się głosowanie i Amerykańscy bogowie zdobyli gigantyczną przewagę.)

Z "Natury darmowego dostępu" z 29 lutego 2008: http://neilgaiman-pl.blogspot.com/2008/03/natura-darmowego-dostpu.html


Rozmawiam w tej chwili z Harper Collins na temat tego jak sprawić, żeby czytanie Amerykańskich Bogów w sieci uczynić bardziej przyjemnym. A także na temat tego, jak rozdawać książkę w taki sposób, aby uszczęśliwić zarówno Harper Collins, jak i, powiedzmy, Cory'ego Doctorowa.

Zaskoczyły mnie e-maile od osób oskarżających mnie o szkodzenie innym autorom przez rozdawanie czegokolwiek, ponieważ według nich rozdawanie bestsellera za darmo jest obniżaniem jego wartości itp. Uważam, że to trochę głupie.

Lubię rozdawać. Uważam, że to rozsądne. Podoba mi się na przykład, że można przeczytać pierwszą część Sandmana na stronie DC Comics. (Jest tutaj: http://www.dccomics.com/media/excerpts/1696_1.pdf.) (Jednakże z powodów znanych tylko DC dwie ostatnie strony zostały zamieszczone w złej kolejności). Na http://www.neilgaiman.com/p/Cool%20Stuff/Short%20Stories jest pięć opowiadań i właśnie zdałem sobie sprawę, po przegrzebaniu strony, że umieściłem przez lata na blogu więcej esejów niż w sekcji esejów , o wiele więcej plików dźwiękowych niż kiedykolwiek pojawiło się w sekcji audio (mimo to na http://www.last.fm/music/Neil+Gaiman jest dużo darmowych plików)

Podczas jednego z wywiadów dziennikarz powiedział mi coś w stylu "Oczywiście prawdziwy wydawca nie rozdawałby prawdziwych książek", a ja odpowiedziałem, że wydawca "Autostopem przez galaktykę" Douglasa Adamsa rozdał 3 tys. kopii tej książki poprzez reklamę w Rolling Stone: "zapisz się i otrzymaj swoją książkę za darmo". Chcieli, aby "Autostopem przez galaktykę" rozprzestrzeniło się po kampusach, chcieli, żeby ludzie czytali ją i opowiadali o niej innym. Wciąż najlepszą reklamą dla książki jest informacja z pierwszej ręki.

Tak właśnie ludzie wynajdują nowych pisarzy już od ponad stu lat. Ktoś powiedział "Czytałem to. Dobre. Myślę, że ci się spodoba. Proszę, możesz pożyczyć.". Ktoś inny bierze książkę, czyta ją i w taki sposób może powiedzieć "ha! znalazłem nowego pisarza".

Biblioteki są bardzo pożyteczne: nie powinno się płacić za każdą książkę, którą się przeczyta.

Jestem jednym z pisarzy mających szczęście i możliwość utrzymania się z tego, co napisali. Jeśli przez rozdawanie mojej książki nie mógłbym już utrzymać się z pisania i musiał znaleźć prawdziwą pracę - albo inni pisarze mieliby mniejszą szansę utrzymać się ze swojej pracy - nie robiłbym tego.

Jak próbowałem wyjaśnić w wywiadzie dla Guardiana, problemem nie jest to, że książki się rozdaje, albo to, że ludzie czytają książki, za które nie zapłacili. Problemem jest to, że większość ludzi nie czyta dla przyjemności.

Z 3 marca 2008, "Więcej na temat darmowego i takie tam " http://neilgaiman-pl.blogspot.com/2008/03/wicej-na-temat-darmowych-i-takie-tam.html


Właśnie to dostałem i pomyślałem, że zasługuje na dłuższą odpowiedź...

Witam Panie Gaiman:
Jako księgarz jestem nieco zaskoczony pańskim niedawnym komentarzem na temat darmowych książek i ściągania z HarperCollins. Gdy mówi pan "problemem nie jest to, że książki się rozdaje, albo to, że ludzie czytają książki, za które nie zapłacili. Problemem jest to, że większość ludzi nie czyta dla przyjemności." chyba pan zapomina, że wszyscy księgarze mają nadzieję sprzedać pana książkę zarówno czytelnikom, jak i tym, którzy nimi nie są. Nasza sytuacja jest tym lepsza, im więcej spośród tych drugich staje się czytelnikami, ale nie przetrwamy jeżeli czytelnicy udadzą się gdzie indziej. Nie jestem zupełnie przeciwny darmowemu dostępowi do literatury - wierzę mocno, że im więcej ludzi czyta, tym więcej ludzie czytają - ale jeśli my, niezależni sprzedawcy, mamy przetrwać musimy zostać uwzględnieni gdzieś w tym równaniu. Sądzę również, że jako niezależni sprzedawcy nie mamy PRAWA istnieć, że nasz czas już przeminął albo właśnie mija, ale byłoby miło, gdyby udało nam się pozostać. Wierzę, że możemy - i służymy bardzo ważnemu celowi. Dziękuję. Nie wyczuwam, żeby miał pan osobiście coś przeciwko sprzedawcom książek, chcę tylko aby wiedział pan jak ten komentarz może zostać przez niektórych zrozumiany.
Don Muller
Old Harbor Books
201 Lincoln Street
Sitka, Alaska 99835

Witaj Don,
Ja widzę to nie jako "albo dostaną to za darmo albo pójdą kupić to u Ciebie", ale jako "Skąd biorą się ludzie, którzy przychodzą i kupują książki, dzięki którym kręci się Twój biznes?"

Sprzedawane przed Ciebie książki podlegają pewnej liczbie "podań dalej". Kupuje je jedna osoba. Potem zostają przekazane kolejnym. Ci kolejni mogą autora polubić lub nie.

Jeżeli go polubią mogą pojawić się w Twojej księgarni i kupić kilka tytułów dostępnych aktualnie w miękkiej oprawie albo tę książkę, która im się spodobała, aby móc ją przeczytać ponownie. Tego właśnie chcesz.

Tak samo jak księgarz, który uważa bibliotekę za wroga, bo ludzie chodzą tam czytać - za darmo! - to, co on sprzedaje zapomina, że biblioteki skupiają osoby które lubią i czerpią przyjemność z książek, stanowią jego klientelę i rozpowszechniają wiedzę na temat ulubionych pisarzy i książek wśród innych ludzi, którzy mogą po prostu iść i je kupić.

Jeżeli czytelnik trafi (za darmo - w bibliotece, w internecie, pożyczając od znajomego albo na parapecie) na pisarza, którego naprawdę polubi, a ów pisarz wydaje właśnie nowiutką książkę w twardej oprawie, istnieje duża szansa, że taki czytelnik wstąpi do Twojej księgarni i nabędzie nowiutkie wydanie w twardej oprawie. Tego właśnie chcesz. Naprawdę chcesz, żeby zdarzało się to często, bo na przepięknych nowiutkich wydaniach w twardej oprawie zarobisz więcej, niż kiedykolwiek na miękkich oprawach (a prawdopodobnie więcej, niż na czymkolwiek innym w całej księgarni).

Nie wierzę, że istnieje ktoś, kto może pozwolić sobie na egzemplarz "Amerykańskich bogów" i nie kupi go (lub innej mojej książki), bo w sieci jest dostępny za nic. (Przynajmniej nie w tej chwili.) Myślę, że znacznie bardziej prawdopodobne jest iż niektórym czytającym online przypadnie do gustu autor i kupią więcej książek. Co jest dobrą wiadomością dla właścicieli księgarni.

(Pamiętajcie, że jeden na czterech dorosłych nie przeczytał w ubiegłym roku ani jednej książki. Spośród tych, którzy twierdzą, że czytali mediana (wartość powyżej i poniżej której znalazło się po połowie) wyniosła dziewięć książek dla kobiet i pięć dla mężczyzn. Liczby wskazują również, że najwięcej czytają ludzie po studiach, a osoby po 50 czytają więcej, niż młodsi. Co oznacza, że będziesz potrzebował sposobu, aby zachęcić młodych czytelników do książek. Oraz że jeżeli komuś spodobają się "Amerykańscy bogowie" i postanowi kupić u Ciebie wszystkie moje książki będzie ich więcej, niż większość Amerykanów przeczyta w roku.

Myślę, że bardzo prawdopodobne jest, że ktoś kto przeczytał w sieci i polubił "Amerykańskich bogów" w okolicy 30 września postanowi udać się do Twojej księgarni lub jakiejś innej i zabulić $17.99 za egzemplarz "Księgi cmentarnej" w twardej okładce.

W moim pojęciu to nie jest zabieranie pieniędzy z kieszeni księgarzy.

(Kradnąc metaforę Cory'ego Doctorowa, to jest raczej jak nasionka dmuchawca, niż jak ssaki. Ssak wydaje na świat kilkoro potomków wymagających znacznych środków. Dmuchawiec produkuje niesamowicie dużo nasion, bo dla niego koszt jest niewielki, ale te, które wypuszczą pędy, wyrosną.)

Ale ja nie zawsze rozumiem księgarzy.

Old Harbor Books wygląda wspaniale -- http://litsite.alaska.edu/akbooksellers/oldharbor.html
-- i wygląda na miejsce, które jest zaangażowane w zdobywanie czytelników i tworzenie czytelniczej społeczności. Moja (świętej pamięci) lokalna księgarnia była urządzona tak, że łatwiej było przejść się dookoła i z niej wyjść, niż znaleźć i kupić książkę. Sprzedawca przez większość czasu siedział przy kasie, grał w internetowe szachy, był raczej mało pomocny, nieco gburowaty, a klienci byli dla niego utrapieniem (dla mnie był miły, bo jestem mną, ale mimo wszystko). Nie miewał w ogóle bestsellerów w miękkiej okładce, bo ludzie "mogą zawsze pojechać sobie po nie do Wal-Marta" a kiedy sklep ostatecznie zamknięto kartka na drzwiach głosiła, że do ruiny doprowadził ich Amazon.com, podczas gdy wyraźnie tak nie było. Wydaje mi się, że nie potrafili zwabić ludzi do księgarni (do tego służą te bestsellery) a tym, którzy nawet tam trafili nie dostarczali specjalnie miłych wrażeń...

Ale zboczyłem z tematu...

Tak czy inaczej (prawdopodobnie się powtarzam) to jest eksperyment. Harper Collins będzie obserwował przez następne miesiące liczby. Jeżeli sprzedaż "Amerykańskich bogów" lub wszystkich innych moich książek drastycznie spadnie - więcej tego nie zrobią. Jeśli natomiast "Amerykańscy bogowie" będą sprzedawać się lepiej, jeśli inne moje książki także poprawią swoje miejsce w statystykach Bookscan to myślę, że Ty i inni księgarze będą sprzedawać więcej i wtedy nie będziecie mieli o co się martwić.

Pamiętaj, że wydawcy nie zarabiają na ściąganiu książek za darmo lub ich darmowym udostępnianiu w internecie. Tak jak Ty ( i jak ja) zarabiają na sprzedaży książek.

To, czego chcemy wszyscy to sprzedać więcej książek. Czytelnikom, nie-czytelnikom i tym, którym się wydawało, że to nie w ich guście.

Poza tym, przychodzi mnóstwo listów tego typu:

Żadnego pytania - chciałem tylko dać Ci znać, że po przeczytaniu w sieci 200 stron Twoich "Amerykańskich bogów" po prostu musiałem pójść i kupić książkę.
Świetna rzecz!

co być może sprawi, że poczujesz się lepiej...


Z 5 marca 2008, "króciutki przypis do darmowego dostępu": http://neilgaiman-pl.blogspot.com/2008/03/krciutki-przypis-do-darmowego-dostpu.html

Darmowe książki. Zacząłem wspominać czasy, kiedy stosowaliśmy tę zasadę do papierowych książek - rozdawanie za darmo, żeby popularyzować pisarza albo ideę a nawet pomijając złodziei (pamiętajcie, w Wielkiej Brytanii do listy "czterech autorów którzy sami znikają z półek i nie zapomnijcie o powieściach graficznych" można dodać Terry'ego Pratchetta) zostaje choćby Dzień Darmowego Komiksu. A zanim pojawił się Dzień Darmowego Komiksu był już zeszyt 8. "Sandmana".

Był rok 1989. Napisałem "Sandmana" #8, Mike Dringenberg go narysował, a dział redakcji i marketingu w DC Comics były do niego bardzo entuzjastycznie nastawione. Zebrałem trzy strony cytatów z pisarzy fantasy i horrorów na temat "Sandmana", napisałem "The Story So Far" ["Opowieść do tej pory"]. DC Comics dodrukowało zeszyt 8 "Sandmana" i wysłało każdemu sprzedawcy za darmo o 25% więcej egzemplarzy, niż zamawiali i mogli z nimi zrobić co tylko chcieli.

Niektóre sklepy po prostu je sprzedały.

Mądrzejsze je rozdawały. Niektóre z mądrzejszych sklepów nawet napisały do DC z prośba o więcej. I te, które je rozdawały to te same, które rok później nie miały większego problemu ze sprzedaniem swoim klientom "Sandmanów" w miękkiej okładce. A następnie "Sandmanów" w twardej oprawie. A niektóre z nich sprzedają teraz "The Absolute Sandman".

(kilka osób napisało informują, że tom 3 "ABSOLUTE SANDMAN" jest już na stronie Amazon z dodatkową 5% zniżką za wcześniejsze zamówienie, co daje w sumie 42% niższą cenę.

W każdym razie nikt nie narzekał, że obniżamy ceny innych komiksów, albo że to marksizm w akcji, albo że to zrujnuje detalicznych sprzedawców komiksów. Chodziło o poszerzenie grona czytelników, o przekonanie ludzi, że spokojnie można spróbować czegoś nowego.

(właśnie dzwoniłem do Briana Hibbsa z Comix Experience, który naklejki z nazwą i adresem swojego sklepu nalepiał na darmowe komiksy i potem zostawiał je u fryzjerów, w autobusach i gdziekolwiek jeszcze mógł w stylu bookcrossingu - powiedział, że rozdał około 400 egzemplarzy "Sandmana #8" i wróciło do niego 100 czytelników, którzy od tej pory kupowali u niego wszystkie numery "Sandmana" i wydania zbiorcze, niektórzy teraz zamawiają u niego "Absolute Sandman". A potem dodał, że ci ludzie kupowali nie tylko "Sandmana", ale wielu z nich odkryło komiks w ogóle i kupowali wszystko...)

Wyniki umieszczenia za darmo na miesiąc AMERYKAŃSKICH BOGÓW przyszły w sierpniu. Sprzedaż moich książek - i to wszystkich tytułów - w niezależnych księgarniach wzrosła znacznie w czasie, kiedy Amerykańscy bogowie byli dostępni za darmo. Sprzedało się więcej egzemplarzy Amerykańskich bogów. I więcej wszystkich innych książek. A kiedy zdjęliśmy książkę ze strony, sprzedaż wróciła do poziomu sprzed akcji.

....

A jeśli doczytaliście do tego momentu, mogę Wam powiedzieć, że postanowiłem utrzymać dobrą formę i dobry stan zdrowia, więc wypróbowuję nowy program Wii Yoga and Pilates i naprawdę mi się on podoba. (Robiłem ćwiczenia z jogi na Wii Fit, ale to nie to samo, co Ćwiczenie Jogi Z Amandą Palmer. A ten program bardziej to przypomina. "Spociłeś się?" zapytała Amanda podejrzliwie, kiedy opowiadałem jej o tym przez telefon i odpowiedziałem, że Owszem, spociłem się.)

Teraz częściej biegamz psami w śniegowcach, niż spaceruję. One to uwielbiają, a i mnie zaczyna to sprawiać przyjemność.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Dlaczego Neil został patronem Open Rights Group

Objęcie przez Neila Gaimana honorowego patronatu nad Open Rights Group oraz jego wypowiedzi na temat piractwa i udostępniania treści w sieci odbiły się szerokim echem nawet w polskim Internecie: napisał o tym serwis eKsiążki.org, a na Wykop.pl wywiązała się obszerna dyskusja na ten sam temat.

A co takiego Neil powiedział?

Czym jest Open Rights Group:



Witajcie, nazywam się Neil Gaiman i jestem pisarzem. Tworzę literaturę piękną, fantasy i scenariusze filmowe. Piszę o teraźniejszości i o przeszłości, o miejscach, które są i których nie ma, piszę o przyszłości. Jestem tutaj, aby opowiedzieć Wam o Open Rights Group.
Każdy z nas codziennie korzysta z technologii cyfrowej. Nawet gdybyśmy chcieli, nie sposób uciec przed Internetem. Żyjemy w świecie telefonów, sieci WWW, Twittera - w świecie cyfrowym - i musimy zadbać, aby nasze prawa obywatelskie istniały również w nim. Open Rights Group walczy o Wasze swobody obywatelskie i prawa, które często uznajemy za oczywiste w sieci i w komunikacji elektronicznej. Żeby nikt ich Wam nie odbierał. Po to właśnie powstała ta organizacja i tym się zajmuje. Lobbuje, umożliwia nawiązywanie kontaktów i jest centralą informacyjną. Ostrzega o pojawiających się na horyzoncie problemach i sytuacjach, które mogę stać się niebezpieczne. Wskazuje złe przepisy i projekty ustaw, pomaga sprawić, aby takie projekty nie weszły w życie. Tym właśnie zajmuje się Open Rights Group i dlatego powinniście do niej dołączyć. Ja zostałem patronem organizacji, bo wierzę w to, co ORG reprezentuje.
Powinniście dołączyć do Open Rights Group, bo chroni ona Wasze swobody w świecie cyfrowym i jeśli nie staniecie się częścią tych działań, możecie je utracić. Możecie stracić swobody i inne prawa, których istnienia nawet nie podejrzewacie.
Open Rights Group to społeczność złożona z ludzi, którym zależy na zachowaniu Waszych swobód i praw w Internecie i uważam, że powinniście zostać jej częścią.


O piractwie i prawach autorskich w sieci:




Gdy pojawił się Internet bardzo się złościłem, że zaczęto umieszczać moje opowiadania, moje wiersze i inne rzeczy w sieci. Trwałem w mylnym przekonaniu, że jeśli ludzie umieszczają moje rzeczy w sieci bez pozwolenia, a ja nie każę im tego usunąć, stracę prawa autorskie, co nie jest prawdą. Złościłem się, bo wydawało mi się, że to piractwo i coś złego. A potem zauważyłem dwie rzeczy, o wiele istotniejsze. Jedną z nich jest to, że w miejscach, gdzie najczęściej publikowano moje dzieła bez pozwolenia - szczególnie w Rosji, gdzie ludzie tłumaczyli moje rzeczy na rosyjski i umieszczali w sieci - sprzedawałem coraz więcej książek. Ludzie odkrywali moją twórczość dzięki piractwu. A potem kupowali prawdziwe książki. I kiedy moje książki wychodziły w Rosji, sprzedawało się ich znacznie więcej. To było niezwykłe i przeprowadziłem kilka eksperymentów.
Niektóre nie były proste, musiałem np. przekonać mojego wydawcę do umieszczenia książki w Internecie za darmo. "Amerykańskich bogów", którzy wciąż bardzo dobrze się sprzedawali, na miesiąc umieściliśmy na stronie wydawnictwa do czytania i pobrania za darmo. Okazało się, że podczas kolejnego miesiąca sprzedaż moich książek w niezależnych księgarniach (bo tylko w ten sposób mierzyliśmy i liczyliśmy) wzrosła o 300%.
Zdałem sobie sprawę, że z powodu udostępniania książek ich sprzedaż wcale się nie zmniejsza. I kiedy wypowiadam się publicznie na ten temat, ludzie pytają: "no dobrze, ale sprzedaż moich książek spada z powodu kopiowania i piractwa". Zacząłem więc zadawać pytania publiczności i prosić o odpowiedź przez podniesienie ręki. Zapytałem: "Czy macie ulubionego pisarza?" Odpowiedzieli, że tak. "Dobrze. Niech podniesie rękę każdy, kto odkrył swojego ulubionego pisarza dzięki pożyczonej książce. A teraz niech podniosą ręce ci, którzy odkryli swojego ulubionego pisarza wchodząc do księgarni i sięgając po książkę." Ta druga grupa stanowi co najwyżej 5-10% widowni. Mało która osoba kupiła pierwszą książkę swojego ulubionego pisarza, którego teraz cenią najbardziej, kupują wszystko, co tylko wyda, nawet wydania w twardej oprawie. Ktoś dał im ją w prezencie albo pożyczył. Nie zapłacili za nią, a mimo to odkryli ulubionego pisarza. Pomyślałem wtedy, że o to właśnie chodzi, o pożyczanie książek.
I nie wolno postrzegać tego jako straty i spadku sprzedaży. Osoby, które nie kupują twoich książek nie robią tego, bo można je znaleźć za darmo. Udostępnianie jest tak naprawdę reklamą, docieraniem do szerszej publiczności, zaistnieniem w miejscach, gdzie dotąd o tobie nie słyszano.
Kiedy to zrozumiałem, zacząłem zupełnie inaczej patrzeć na prawa autorskie i funkcje Internetu. Największą zaletą sieci jest umożliwianie ludziom usłyszenia, przeczytania i obejrzenia rzeczy, których inaczej nigdy nie mogliby zobaczyć. Myślę, że ogólnie rzecz biorąc, to niewiarygodnie dobra rzecz.

Powrót donosowo wsadzanych kociaków na przebudzenie

Neil napisał w piątek, 11 lutego 2011 o 17:04

Przychodzi do mnie mnóstwo świetnych propozycji postów z historii bloga, o których zapomniałem.

Zupełnie zapomniałem o tym poście, który stał się nawet inspiracją do stworzenia komiksu Nice Hair (Nice Hair był komiksem o kimś, kto nie do końca jest mną, mieszkającym z Timem i Grubym Bobem, którzy, hm, też mają włosy trochę jak ja.)

Cześć Panie Neilu,

chciałem tylko zaproponować mój ulubiony wpis na blogu. To z pewnością post zatytułowany 'Donosowo wsadzane kociaki na przebudzenie' (http://journal.neilgaiman.com/2003/08/nasally-inserted-wake-up-kittens.asp) - samo to wyrażenie bawi mnie za każdym razem, gdy o nim myślę. Przeczytałem tę notkę ładnych parę razy i za każdym razem chichoczę, kiedy sobie to wyobrażam.

Pozdrawiam i trzymaj tak dalej!
 (A, i jeszcze, jestem jednym z 50 ludzi, którzy składają się, żeby ściągnąć Amandę do Melbourne na jedno popołudnie w marcu. Strasznie mnie to cieszy.)

Nathan

Proszę bardzo...

Donosowo wsadzane kociaki na przebudzenie
Neil napisał o 2:39


Wygląda na to, że wszystko znów działa - dzięki wszystkim, którzy pomogli zidentyfikować problemy.

Tak więc szybki nocny post, pisany obok śpiącego-na-mojej-klawiaturze pręgowanego kociaka średniej wielkości, który nosi dumne imię Kapitan Morgan. Wygląda trochę jak Buddy-który-przepadł, jako że jest trochę brązowy i trochę paskowany. Jakiś miesiąc temu Lorraine znalazła go krążącego żałośnie koło domu. On i Kokos, kociak Maddy, od razu stali się nierozłączni. Kapitan Morgan to kociak o przemiłym usposobieniu, który ma tylko jedną przywarę.

Czeka aż zaśniesz, po czym wdrapuje się na twoje łóżko i próbuje wsadzić się do twojego nosa.

To się nigdy nie udaje, jako że masywny kociak jest znacznie większy od wnętrza nozdrza, ale mimo to on próbuje dopóki nie otworzysz oka, nie podniesiesz go i nie opuścisz na podłogę. Wtedy z powrotem wskakuje na łóżko i znów próbuje wsadzić swoją głowę do twojego nozdrza. Tak więc bezceremonialnie zrzucasz go na podłogę i zakopujesz twarz w poduszki; a on zakrada się na łóżko i czeka cierpliwie aż zaśniejsz i przewrócisz się lub po prostu podniesiesz głowę, by wziąć oddech, i ni stąd, ni zowąd, mały brązowy kot znów cierpliwie próbuje wepchnąć swoją głowę do twojego nosa.

Prędzej czy później budzi cię na tyle, że wstajesz, wynosisz go na korytarz, zamykasz dokładnie drzwi, upewniając się, że jest po drugiej stronie, i resztę nocy spokojnie przesypiasz.

Opowiedziałem dziś o tym osobliwym nawyku mojej asystentce Lorraine w ten swobodny sposób, który się stosuje, kiedy nie chce się zostać uznanym za szaleńca. "Ee, Kapitan Morgan próbuje wepchnąć mi się do nosa, kiedy śpię", powiedziałem jej. Na jej twarzy pojawił się wyraz ulgi. "Tak, mi też to robi", powiedziała, "Myślę, że nikt go nigdy porządnie nie oduczył picia mleka matki."

Przypuszczam, że to możliwe, chociaż myślałem, że złe odstawienie od mleka matki kończy się u kota ssaniem i żuciem różnych rzeczy, a nie wyszukanymi fantazjami o byciu donosowo wsadzaną małą mokrą mordką.

Czasami boję się, że pewnej nocy się nie obudzę, a on odniesie sukces w swojej dziwacznej misji i rano tylko koniuszek ogona wystający z nosa będzie dla mnie znakiem, że on kiedykolwiek istniał.

Co wcale nie jest tym, co chciałem napisać, siadając do tej notki - myślałem, że po prostu wstawię garść ciekawych linków przed pójściem spać...


A tu jeden z wyżej wspomnianych komiksów.


Uwielbiałem Kapitana Morgana. Po prostu się rozumieliśmy. Lubiłem go, a on mnie. Przyjaźniliśmy się przez parę lat do momentu, kiedy potrącił go samochód. Został pochowany pod kamieniem na Cmentarzu Zwieżąt obok altany w moim ogrodzie. Wykopałem dół, pochowałem go, powiedziałem o nim coś miłego i szczerego i pożegnałem się.

To niezła zabawa

Neil napisał w czwartek 10 lutego 2011 o 14:26
Z okazji dziesiątych urodzin będziemy przypominać niektóre z licznych wielkich przebojów. (Przysyłajcie propozycje swoich ulubionych postów przez FAQ. Albo Twittera albo Facebook, ale FAQ to najpewniejszy sposób. Niektóre z wiadomości z Twittera czytam, ale nie dałbym rady przeczytać wszystkich, a Facebooka czytam bardzo wybiórczo.)

Poniższy fragment pochodzi z http://journal.neilgaiman.com/2005/12/skippy-show.html. Różni się znacznie od innych wpisów dodawanych na bloga. Chyba jest najgłupszy ze wszystkich... (Mnie się podobał, ale dostałem smutny list od człowieka, którego dziewczyna pisała scenariusze dla programu Disneya i była moją fanką.)

W dzisiejszym USA Today wyczytałem, że Krzysia zastąpi "dziewczynka-chłopczyca", bo bardziej odpowiada dzisiejszej młodzieży. http://www.usatoday.com/life/television/news/2005-12-06-winnie-the-pooh_x.htm. Niewątpliwie Disney przeprowadził wiele badań rynku w tej sprawie. W artykule można przeczytać, że "Nawet u nas w firmie na początku budziło to zdziwienie, ale wszyscy czujemy, że te ponadczasowe postaci potrzebują oddechu, który może zapewnić im jedynie wprowadzenie nowej bohaterki", powiedziała Nancy Kanter z Disney Channel.

Po pięciu latach pisania bloga jesteśmy na www.neilgaiman.com boleśnie świadomi, że autor w średnim wieku plotący jakieś bzdury na temat pisania zniechęca do siebie całe nowe pokolenie czytelników. Potrzebujemy świeżego powiewu, zupełnie jak Kubuś Puchatek. Dlatego pozostałą część tej wiadomości napisze Skippy, fikcyjna sześciolatka, chłopczyca i przy okazji geniusz komputerowy, pojawi się również kilka uroczych i wpadających w ucho powiedzonek.



Neil--Szybkie pytanie o bilety na imprezę 92Y, szczególnie ważne dla biednych studentów (w tym dla mnie). Dzwoniłem wczoraj, żeby dowiedzieć się o zniżkowe bilety dla studentów (12,50 $) i powiedziano mi, że nie ma ich w przedsprzedaży. Można kupić je wyłącznie w kasie na godzinę przed rozpoczęciem. Pomyślałem, że ta informacja przyda się też innym czytelnikom. Do zobaczenia w styczniu, Circus

Dzięęęęęęki, Circus. Sądzę, że wszystkich nas czegoś to nauczyło. Buziaki!

W zachodniej Pennsylvanii od 19 do 16 lipca 2006 odbędą się warsztaty pisanie SF/Fantasy/Horroru dla młodych pisarzy. Ostateczny termin nadsyłania rękopisów to 31 marca. W tym roku gośćmi specjalnymi będą Wen Spencer, Timothy Zahn, Dora Goss i Tamora Pierce oraz inni pisarze. Dwudziestu uczniów (w wieku 14-19) zostanie przyjętych na podstawie zgłoszonych opowiadań. Jeśli opłata wynosząca 900 $ stanowi dla kogoś problem, może uda się zorganizować stypendia. To będą piąte warsztaty. Więcej szczegółów na stronie http://alpha.spellcaster.org

Jeeeej. Gdybym nie miała sześciu lat i nie była postacią fikcyjną, poleciałabym tam w mgnieniu oka. A niech to.

Byłem trzeciego na podpisywaniu w Dreamhaven i kiedy ktoś zapytał "I co dalej?" wspomniałeś o wielu rzeczach, o których dotąd nie słyszałem, ale nie powiedziałeś ani słowa o następnym zbiorze opowiadań. Zastanawiam się, czy jest coś nowego w tym temacie.

Heeeej, pan Neil mówi, że będzie nosił tytuł Rzeczy ulotne i zostanie wydany pod koniec przyszłego roku, a on i redaktorka z Morrow, pani Jennifer Brehl pracują nad składaniem, układaniem i wynajdywaniem opowiadań, o których zapomnieli i kombinują w jakiej kolejności je poukładać. Jejuńciu, żebyście mogli usłyszeć jak się sprzeczają o to, co ma gdzie być! Poprosiłam Blinky'ego, mój śliczniutki komputer, żeby ułożył je w kolejności i zrobił to w ciągu milisekundy. Ale czy oni kiedykolwiek mnie słuchają? No jasne, że nie. Buziaki!

Drogi Neilu, na twojej stronie FAQ znalazłem link do Greater Talent Network. Przypomniał mi się fragment autobiografii Jamesa Michenera, w której opowiada o pracy mówcy i o tym, jak bardzo jej nienawidził (najwyraźniej uważał, że Agencja była w rzeczywistości skąpa). Zastanawiałem się, czy tobie publiczne przemawianie sprawia więcej radości i czy nie przeszkadza ci powtarzanie tych samych podstawowych tematów. Pozdrawiam, Paul Barnier, Australia

Pan Neil podpisał kontrakt z Greater Talent Network przede wszystkim po to, by zaproszenie go na publiczne wystąpienie kosztowało astronomiczną kwotę, a jeśli nikt nie będzie go nigdzie ściągał, będzie mógł zostać w domu, żeby pisać śmieszne historyjki. Ale jak już wystąpi... jejuńciu, każda pogadanka jest inna, bo pan Neil nie pamięta, co mówił poprzednio. Chciałabym, żeby Greater Talent Network mnie zaproponował kontrakt, zrobiliby wtedy śliczne lalki, które wyglądałyby jak ja i zabawkowe Komputery Blinky.

Hej Neil, kiedy oglądałem twoje zdjęcia z drugiego coś mi przyszło do głowy. Nie obraź się... ale wyglądają, jakbyś pozował do zdjęć reklamowych :) Czy weszło ci to już w krew? Wycelowany obiektyw na dwunastej... przyjąć pozycję! Pozdrawiam, Mick

Znudziło mi się pisanie o panu Neilu. Pogadajmy o mnie. Jestem zabawna, urocza i przesłodka, zupełnie nie jak ten stary maruda, co zawsze wygląda jakby pozował do zdjęć reklalamowych. Wiecie komu powinni robić zdjęcia? Zgadza się! Mi! Skippy! Hurra! Buziaki!

Cześć, wybacz że zawracam ci głowę takim bzdurnym pytaniem (sprawdzałam w FAQ czy już na nie nie odpowiadałeś), ale dlaczego mieszkasz w Minnesocie? Nie chciałabym być nieuprzejma (i tak naprawdę nie oczekuję odpowiedzi), ale czy to miejsce dostarcza ci inspiracji? Zawsze wyobrażałam sobie, że najbardziej popularni pisarze/artyści mieszkają tam, gdzie zawsze jest ciepło, słonecznie i tropikalnie. Wiem, to niemądre. Dzięki. Trzymaj się. Pozdrawiam, Celeste

On lubi po prostu trzymać się na uboczu. Powtarzam mu wciąż, jedź do Hollywood. Tam są największe szychy. Ale nie słucha. Albo chociaż gdzieś, gdzie rosną palmy. Nie słucha. Siedzi na tym mrozie, ogląda z Maddy Doctora Who (właśnie oglądają odcinek Boom Town). Jejuńciu. Ale z niego stary maruda. Za tydzień wyjeżdża, więc Blinky i ja, oraz cała banda nowych postaci, przejmujemy całkowitą władzę nad tym dziennikiem. Będzie tu Johnnie Wesolutka Sokowirówka, Minko Magiczna Norka i Beppo Chłopiec Popcorn. Buziaki!
...

Otóż to. Dziękuję ci, Skippy. Chwilowo przebywam w limbo, czekając na odpowiedź, czy lecę jutro do UK na spotkania dotyczące scenariuszy. Jakie to dziwne. A rzecz, która zastanawia mnie najbardziej w sprawie umieszczania przez Sony
na płytach CD podejrzanej treści, która instalowała się potem na komputerach to: co w tym czasie robiły programy antywirusowe? Ciesze się, że nie tylko mnie to zastanowiło.

A dobra wieść na dziś dotyczy tego, że CBGB dostało dzierżawę na kolejny rok: http://www.ny1.com/ny1/content/index.jsp?stid=1&aid=55477 .



CBGB już nie istnieje, ale zanim zniknęło, udało mi się przeczytać na tamtejszej scenie "Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach". I jest to opowiadanie pełne muzyki z lat 70.

A jeśli zastanawiacie się, co stało się z nowszym modelem Krzysia - Wikipedia twierdzi, iż:

Darby [w polskiej wersji programu - Tosia -przyp.noita]
Darby to sześcioletnia rudowłosa dziewczynka z programu Moi przyjaciele - Tygrys i Kubuś. Głos Darby podkłada Chloë Moretz (w USA) i Kimberlea Berg (w UK). Jej ulubione powiedzonka to "Czas w drogę" oraz "Detektywi, hip hip hurra!" Z odcinka "Zaklęty w żabę" wiemy, że przyjaźni się z Krzysiem.