Zdjęcia ze spotkania z "Chłopakami Anansiego" w Białołęckim Klubie Książki

poniedziałek, 28 maja 2012

Ostatni post na temat Kickstartera

Neil napisał w niedzielę 27 maja 2012 o 15:01


Do końca akcji Amandy na Kickstarterze zostały cztery dni.

W ciągu niecałego miesiąca zdobyła ogromne wsparcie, ustanowiła rekord w dziedzinie zbiórki funduszy na tego typu cel, znalazła się w wiadomościach na całym świecie, a teraz planuje zorganizować w czwartek na Brooklynie ogromną, transmitowaną online imprezę dla tych, którzy wspomogli zbiórkę i będą wspólnie odliczać do północy, kiedy to Kickstarter zostanie zamknięty, a ona zacznie grać.

Z pewnością wspomogło ją wystarczająco wiele osób, już dawno znacznie przekroczyła ustanowiony cel i znajduje się gdzieś w krainie poza najśmielszymi oczekiwaniami. (W chwili pisania tej notki zebrała 900% zakładanej kwoty i chyba jest na najlepszej drodze do Kickstartera wartego milion dolarów.) Ale pomyślałem, że mimo wszystko przed zakończeniem akcji dorzucę tu kilka słów, ponieważ...

W ubiegłym roku wspólnie uruchomiliśmy Kickstarter dla Wieczoru z Neilem i Amandą, aby zgromadzić środki na profesjonalne nagranie i wydanie zapisu trasy, jaką odbyliśmy w listopadzie po zachodnim wybrzeżu USA. Zebraliśmy o wiele więcej pieniędzy niż planowaliśmy, więc zrobiliśmy wszystko o wiele fajniej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Na przykład planowany dwupłytowy album rozrósł się do pięknego, trzypłytowego wydania, a potem dołożyliśmy jeszcze supersekretną bonusową płytę z bananem oraz ponad dwie dodatkowe godziny nagrania do pobrania w formie cyfrowej. Ciężko pracowaliśmy na to, żeby wszyscy nasi "inwestorzy" otrzymali w zamian coś lepszego, niż spodziewali się dołączając się do akcji.

A kiedy wszystko zostało wysłane i ludzie zaczęli zamieszczać w sieci radosne zdjęcia swoich zamówień (jak te poniżej...)



... tutaj, na Twitterze i Tumblrze zacząłem dostawać wiele wiadomości od osób zasmuconych, że nie dołączyli się do kickstarterowej zbiórki, bo ją przegapili, w ogóle o niej nie wiedzieli, zapomnieli lub akurat wtedy nie mieli pieniędzy. I pytali czy jest już za późno, żeby te rzeczy zamówić. Prawie wszystkim odpisywałem, że niestety tak, ale było za późno. Powstało tylko tyle płyt, ile zamówień złożono na Kickstarterze.

(Planujemy wydać płytę "Wieczór z Neilem i Amandą" komercyjnie, prawdopodobnie pod koniec tego roku. I będzie to ładny zestaw, ale nie taki sam, jak otrzymali zamawiający z Kickstartera. Tamten był wyjątkowy i przygotowany specjalnie dla nich.)

Standardowa wersja albumu Amandy zostanie wydana we wrześniu. Tę wersję będzie można kupić w sklepach płytowych. Ale dwupłytowy zestaw włożony w książeczkę (to niebieskie po prawej), poczwórny winyl z własnym pudełkiem, czy cokolwiek innego Amanda jeszcze wymyśli dla poszczególnych kategorii cenowych, książka z grafiką – to wszystko dostępne jest tylko na Kickstarterze. Jeżeli któraś z proponowanych nagród Was interesuje (począwszy od albumu do pobrania w wersji elektronicznej za 1$, co z pewnością wyjdzie taniej, niż na iTunes) to przypominam, że zostały Wam cztery dni na kliknięcie w link do Kickstartera i dołączenie do akcji...

...

Amanda niedawno napisała na swoim blogu i wysłała do uczestników akcji wyjaśnienie, że milion dolarów z Kickstartera wcale nie uczyni jej bogatą. Ludzie zamawiają różne rzeczy, ona je przygotuje i zrealizuje, nie wypełni milionem basenu i nie będzie się w nim pławić jak wujek Scrooge. To nie są zwolnione od podatku darowizny, to zamówienia na konkretną usługę.

Żeby wszystko było jasne:

Kickstarter powstał w celu zgromadzenia funduszy na wydanie płyty CD (dla wszystkich, nie tylko osób, które w akcji uczestniczą) oraz trasę koncertową (j.w.).

Środki z Kickstartera opłacają studio nagraniowe i koszt promocji (tak jak zrobiłaby to wytwórnia). Biznes plan nie brzmi Jak dorobić się kosztem 20 tys. ludzi tylko Niech 20 tys. ludzi wspólnie ufunduje koszt wyprodukowania, dystrybucji i promocji dostępnej dla wszystkich płyty i trasy. I dopiero na tym zarabiaj.

Gdyby zespół wziął od wytwórni pieniądze na teledyski, studio nagraniowe i promocję i potraktował je jako własny dochód zamiast zainwestować w swoją przyszłość powiedzielibyście, że są krótkowzroczni. Temu właśnie służą środki z Kickstartera: opłaceniu teledysków, promocji, projektu i wytworzenia płyty oraz trasy koncertowej. Na to są przeznaczone.
...

Tyle. To ostatni post na temat Kickstartera Amandy, chyba że będę pisał z brooklińskiego dachu po zakończeniu akcji, kiedy nowojorska policja będzie przymykać Amandę i jej Grand Theft Orchestrę. Ona twierdzi, że mają wszystkie pozwolenia wymagane w przypadku koncertu granego na dachu o północy, a nawet załatwili z policją zamknięcie i odgrodzenie ulicy. Ale ja myślę o koncercie Beatlesów na dachu budynku Apple i zastępach mundurowych, które pojawiły się, aby ich powstrzymać...



Szybki i pożyteczny post o etui do Sandmana

Neil napisał w czwartek 24 maja 2012 o 23:16


Post na szybko...

Zestaw Sandmana wraz z etui jest w przygotowaniu. Będzie w sprzedaży w listopadzie. Tak bardzo mnie to cieszy. Od bardzo dawna prosiłem DC o jego przygotowanie, więc jestem ogromnie szczęśliwy, że wreszcie powstanie. Będzie wyglądać prawie tak, jak na poniższym zdjęciu. (Jeśli przyjrzycie się uważnie zobaczycie, że ostatni tom w pudełku to nie Przebudzenie. A to dlatego, że zdjęcie zrobiono przed publikacją tego wydania Przebudzenia.)


(Pod tym linkiem można złożyć zamówienie w Amazonie: obniżyli cenę z 200 do 125$. Na innych stronach z pewnością można znaleźć podobne promocje.)

DC będzie również sprzedawać etui z niektórymi egzemplarzami Przebudzenia. Czyli jeśli posiadacie już pozostałe tomy, będziecie mogli umieścić je w etui.

Jak podaje strona Bleeding Cool sprzedawcy, którzy chcą otrzymać swoje zamówienie w listopadzie, mogą je składać do weekendu. Czyli jeżeli chcecie albo samo Przebudzenie z futerałem albo pełen zestaw Sandmana, zgłoście się do miejscowego sklepu z komiksami teraz. (Jak taki sklep znaleźć? Można skorzystać ze strony http://www.comicshoplocator.com/)

(W ostatnim wydaniu Sandmana w miękkiej oprawie kolory są takie same, jak w wydaniu Absolute, choć oczywiście brakuje wszystkich dodatkowych materiałów. Jeżeli kupiliście już 4 tomy Absolute Sandmana, możecie być z siebie dumni. Nie musicie kupować ich ponownie. Nigdy nie musicie kupować ponownie czegoś, co już posiadacie.)

niedziela, 27 maja 2012

Preambuła do fotografii


Neil napisał w poniedziałek, 21 maja 2012 o 18:49


To będzie bardzo długi wstęp do zdjęcia.

Na początku mojej znajomości z Amandą bardzo wiele czasu spędzaliśmy rozmawiając przez telefon o wielkich ważnych sprawach. Teraz już tyle przez telefon nie rozmawiamy, a kiedy się to nam zdarza – nie mówimy o sprawach sercowych czy naszym życiu, a raczej opracowujemy rozwiązania logistyczne i kombinujemy jak nagiąć czas i przestrzeń, żeby możliwie szybko znaleźć się w tym samym miejscu. Tak się po prostu składa. Ale kiedy jesteśmy razem, późną nocą, w łóżku, wciąż rozmawiamy o wielkich ważnych sprawach.

Kiedyś rozmawialiśmy przez telefon bardzo dużo. Któregoś razu powiedziałem coś o swoim życiu, o łóżkach i ich rozmiarach, a Amanda nagle ucichła. Pomyślałem, że zaczęła płakać i wydało mi się to dziwne, bo (jak sądziłem) nie powiedziałem nic na temat spraw sercowych.

Jakiś tydzień później ogłosiła na Twitterze, że pisze nową piosenkę. Po każdej zwrotce robiła sobie i publikowała zdjęcie. Wydawało się, że kibicuje jej cała społeczność Twittera.

Po kilku dniach przyjechałem do Bostonu i Amanda zagrała mi tę piosenkę na wielkim fortepianie stojącym w jej ciasnym mieszkanku. Z drobnego fragmentu mojego życia zrobiła coś zupełnie innego – historię pewnej pary, od radości do śmierci, przedstawiła jako sprawę sądową czy może śledztwo, jako serię łóżek. Płakałem, kiedy ją grała.

Poprosiła, żebym nadał piosence tytuł, skoro to ja zainspirowałem jej powstanie, a ponieważ nie chciałem wymyślać nic na siłę, nazwałem ją The Bed Song, „Piosenką łóżkową” i tak zostało.

Piosenka znajdzie się na jej nowej płycie.

Amanda zaprosiła kilkoro artystów do współpracy nad grafiką, która ma towarzyszyć jej wydaniu, a mnie zapytała, czy zrobiłbym coś do The Bed Song. Zastanawiałem się, co byłoby najodpowiedniejsze i uznałem, że seria pięciu zdjęć, ilustrujących pięć zwrotek/dowodów rzeczowych z piosenki. Uznałem również, że choć uwielbiam robić zdjęcia (aparaty lomo należą do przedmiotów, które w swej kolekcji cenię najbardziej) to nie wiem jak się zabrać za takie fotografie...

Na szczęście kilka dni później w Barrington, w Illinois, odbyło się spotkanie dla uhonorowania Gene'a Wolfe'a, na którym pojawił się mój przyjaciel Kyle Cassidy ze swą piękną żoną, aktorką Trillian Stars. Zapytałem Kyle'a, czy nie zechciałby połączyć sił: ja napisałbym scenariusz opisujący zdjęcia, tak jak robię to z kadrami komiksowymi, on by je wykonał. Kyle się zgodził. A potem powiedziałem mu, jak niewiele mamy na to czasu...

Oraz że potrzebujemy osób w różnym wieku chętnych do pozowania (poza jedną) w parach, nago i w łóżku.

Kyle, niezrażony, zabrał się do pracy.

Kyle jest niesamowitym fotografem. Wśród przyjaciół i z pomocą Twittera znaleźliśmy ochotników. Znalezienie modeli w okolicach dwudziestki, trzydziestki, czterdziestki nie było kłopotliwe... ze starszymi było trudniej. Było mi ogromnie przyjemnie, gdy moi przyjaciele Samuel R. Delaney i Mia Wolff zgodzili się zapozować do ostatniej potrzebnej nam fotografii.

Wiele spośród fotografowanych przez Kyle'a osób mówiło, że to doświadczenie odmieniło ich życie i jestem skłonny w to uwierzyć.

Fotografie wyszły przepięknie. Seria zdjęć składa się na opowieść. Byliśmy bardzo zadowoleni, z wyjątkiem faktu, że... Kyle zrobił za dużo dobrych zdjęć.

Każde z nich jest dziełem sztuki. Amanda przygotowuje już książkę zawierającą dzieła sztuki powstałe z okazji, lub inspirowane muzyką z płyty, ale bardzo zależało nam, żeby fotografie Kyle'a zostały potraktowane tak samo, jak zdjęcia które będą wystawiane w galeriach tego lata, podczas trasy koncertowej Amandy. Chcieliśmy również, żeby pokazane zostały wszystkie zdjęcia, nie tylko te pięć wybranych, które trafią do galerii i do książki.

Amanda przygotowywała właśnie akcję na Kickstarterze (http://www.kickstarter.com/projects/amandapalmer/amanda-palmer-the-new-record-art-book-and-tour). Musiała wymyślić różne rodzaje nagród odpowiednich do składek różnej wysokości. A przy odpowiednio wysokiej cenie moglibyśmy sobie pozwolić na stworzenie albumu książkowego, jaki sobie wymarzyliśmy – czegoś porównywalnego z kunsztem i wykonaniem wielkich, imponujących albumów Taschen. Choć znalazłoby się w nim o wiele mniej zdjęć, niż w wycenionym na 15 tys. dolarów albumie SUMO Helmuta Newtona (ale dzięki temu nasz nie musiałby być sprzedawany z własną półką).

I to właśnie postanowiliśmy zrobić. Powstanie najwyżej 666 albumów (dla uczczenia tego, o ile procent kickstarterowa zbiórka na Wieczór z Neilem i Amandą przekroczyła zakładany cel). Jeżeli nie będzie tylu chętnych, zrobimy ich odpowiednio mniej. Chcemy mieć po kilka egzemplarzy dla naszych modeli i dla siebie. Każdy, kto dorzuci na Kickstarterze 1000 dolarów lub więcej, też go otrzyma (czyli np. każda z osób, które zamówią domówkę z Amandą) wraz ze wszystkim, co zapewniają niższe składki.

Teraz ustalamy ostatnie szczegóły: na przykład Kyle chce, żeby pudełko (czy obwoluta) albumu była zamykana na zamek, ale musimy zdecydować jaki zamek ma to być...

Fotografie w albumie będą w tym samym rozmiarze (WIELKIM – książka ma być w rozmiarze wydanego niedawno Little Nemo, czyli w formacie gazety codziennej) i jakości (zachwycającej), co wystawiane reprodukcje. Znajdzie się tam również mój esej na temat piosenki, tego co ją zainspirowało i co oznacza ona dla mnie. Będzie scenariusz napisany dla Kyle'a i nasze e-maile. Przedrukowany zostanie tekst piosenki pisany odręcznie przez Amandę. A my albumy ponumerujemy, na wszystkich się podpiszemy i będziemy mieć nadzieję, że każdego z niewielkiej liczby nabywców album naprawdę uszczęśliwi.

Ze wszystkich artykułów z Kickstartera ten pewnie zostanie wysłany jako ostatni, bo rozmaite nieszczęścia są prawdziwą plagą tego typu projektów. Chcemy, by album był ekskluzywny, przepiękny i jedyny w swoim rodzaju, ale każdy z ekskluzywnych dodatków oznacza, że coś może pójść nie tak lub się opóźnić, że drukarnia, introligatornia czy wytwórca pudełka może nie być w stanie wykonać tego, o co prosimy, więc trzeba będzie szukać kogoś innego lub zaczekać lub odesłać coś do poprawki.

W tej chwili Kyle kończy robić zdjęcia do albumu. A kiedy o tym rozmawialiśmy, z przerażeniem zdałem sobie sprawę, że na ostatnim zdjęciu nieodwołalnie będę się musiał znaleźć ja z Amandą. Amanda dała sobie zrobić wiele rozebranych zdjęć, z tego co wiem nagość nie stanowi dla niej tabu. Ja jestem Anglikiem. Dla mnie nagość jest tabu.

Kyle zrobił nam kilka zdjęć w pokoju hotelowym, kiedy tydzień temu byliśmy w Filadelfii.
Na niektórych jesteśmy przykryci, na innych (tych przerażających – przynajmniej dla mnie) nie. Obejmując Amandę starałem się zasnąć i nie myśleć o spoglądającym na nas z wysoka obiektywie.

Nie widziałem jeszcze żadnego ze zdjęć, na których Kyle fotografował nas odkrytych. Piekielnie boję się je zobaczyć, choć jestem jednocześnie pewien, że znajdzie się wśród nich jedno odpowiednie jako finał naszego albumu i cieszę się, że jego nakład będzie tak ograniczony. Ale zdjęcie, które właśnie od Kyle'a dostałem, przedstawiające Amandę i mnie (zasypiającego) w łóżku, pod kołdrą, jest piękne.

Oto i ono. [kliknij żeby powiększyć]



Jest to również jedyne zdjęcie w kolorze. Sądzę, że umieścimy je na stronie z numerem egzemplarza, gdzie znajdą się też nasze autografy.

Za zgodą Kyle'a zamieszczam je na tym blogu.

wtorek, 22 maja 2012

Mój idol: Maurice Sendak


Wspomnienie, które Neil Gaiman napisał dla dziennika The Guardian



Mój idol: Maurice Sendak

Sendak nie pisał książek dla dzieci. Po prostu pisał książki. Jego rysunki były eleganckie, czasem wręcz urocze, ale zawsze szczere.


James Keyser/Time & Life Images

W pisarskim fachu zaczynałem jako dziennikarz i nauczyłem się wtedy, że nie powinienem poznawać swoich idoli, jeśli chcę, żeby nimi pozostali. Dlatego nigdy nawet nie starałem się znaleźć okazji, by poznać Maurice'a Sendaka.

Spotykanie pisarzy i artystów twarzą w twarz jest znacznie przereklamowane. Po raz pierwszy zetknąłem się z Sendakiem w wieku 10 czy 11 lat. Moja młodsza siostra nie umiała jeszcze czytać, a ja wycyganiłem od rodziców dodatkowe kieszonkowe na książki pod warunkiem, że będę jej czytał. Czytałem jej Edwarda Goreya, Heatha Robinsona i książkę z bardzo interesującą okładką, której tytuł brzmiał In the Night Kitchen.
Był to sen opowiedziany w komiksowych kadrach, choć często jeden potrafił zająć całą stronę. (Minęły lata zanim odkryłem inspirowane Sendakiem rysunki Winsora McCaya w Little Nemo in Slumberland.) Byłem zachwycony grzeszną nagością głównego bohatera, Mickeya, uwielbiałem dziwacznych kucharzy, którzy wyglądali wszyscy jak Oliver Hardy, uwielbiałem przedziwne rymy i to, że opowieść aż chciało się czytać raz po raz. Teraz równie wielką przyjemność sprawia mi wiedza, że ta książka nadal jest na liście najczęściej zakazywanych książek stworzonej przez Stowarzyszenie Bibliotek Amerykańskich. Bo przerażała dorosłych.

Kupiłem i przeczytałem wszystkie książki Sendaka własnym dzieciom, znalazłem gdzieś zabawkę Dzikiego Stwora, kiedy takie rzeczy były jeszcze rzadkie, a potem okazało się, że Outside Over There, niepokojąca opowieść o dziewczynce, której braciszek zostaje porwany przez gobliny, została ulubioną książką mojej córki Holly.

Zmarły w tym tygodniu Maurice Sendak nie pisał książek dla dzieci. Po prostu pisał książki. Jego rysunki były eleganckie, czasem wręcz urocze, ale zawsze szczere. Był mądry i nigdy nie traktował swoich czytelników protekcjonalnie, niezależnie czy były to dzieci czy dorośli. Łapczywie czytałem każdy przeprowadzony z nim wywiad: był zrzędliwym, genialnym, żydowskim nonkonformistą i z wiekiem nie złagodniał. Ale przecież nigdy nie pisał łagodnych rzeczy. Jego ujawnienie się jako homoseksualista w 2008 roku, w wieku 80 lat, było ostatecznym przejawem jego uczciwości.

Jedna z wypowiedzi Sendaka stanowi motto mojej następnej książki:
„Pamiętam swoje dzieciństwo bardzo wyraźnie. Wiedziałem o potwornych rzeczach. Ale wiedziałem też, że nie wolno mi się z tym zdradzić przed dorosłymi. To by ich przeraziło.”

poniedziałek, 21 maja 2012

Niepodobieństwo dalekosiężnej postaci o głowie w kształcie piłki golfowej, dłuto dzierżącej...

Neil napisał w poniedziałek 21 maja 2012 o 3:49

Ucieszyło mnie to, jak wiele osób obejrzało i podało dalej link do mojego przemówienia do studentów.

Jeżeli wolicie przeczytać, na stronie UArts znajdziecie transkrypcję. [U nas już wkrótce  przyp. noita]

Z Filadelfii pociągiem pojechałem do Arlington, gdzie w weekend miały zostać wręczone nagrody Nebula. Nie byłem nominowany do Nebuli, ale razem z reżyserem Richardem Clarkiem otrzymałem nominację do nagrody Raya Bradbury'ego za odcinek Doctora Who, pt. "Żona Doktora".

(Już raz byłem nominowany do tej nagrody, w 1998, za angielska listę dialogową do Księżniczki Mononoke. I przegrałem.)

Tym razem miałem nadzieję, ale nie uważałem nas wcale za pewnik: wszystkie inne nominacje dostały hollywoodzkie filmy, w tym O północy w Paryżu i Kod nieśmiertelności. Ale pomyślałem, że skoro jestem w okolicy i będę miał tam wielu przyjaciół, którzy będą mi współczuć ewentualnej przegranej oraz przebaczą wygraną, to może być całkiem fajna wyprawa.

Pojechałem. Ceremonia była wspaniała. Nagrodę Wielkiego Mistrza otrzymała Connie Willis, a ja nie posiadałem się z dumy i radości.

Nagroda nazwana na cześć Raya Bradbury'ego jest wyjątkowa: na książce stoi postać w stroju płetwonurka z "piłką golfową" ze starej maszyny do pisania zamiast głowy i trzyma w młotek oraz dłuto, którym rzeźbi smutną i wesołą maskę teatralną w ustawionej obok piramidzie. Jest jedyna w swoim rodzaju.

I owszem, Richard i ja (i Doctor Who) zwyciężyliśmy. Podziękowałem wszystkim: Richardowi, niesamowitej ekipie filmowej, Stevenowi Moffatowi, a potem Verity Labert i Sydneyowi Newmanowi, którzy prawie pół wieku temu wsadzili starego, marudnego podróżnika w czasie do policyjnej budki telefonicznej i wysłali w podróż w czasie i przestrzeni.

Zdjęcie poniżej przedstawia pojedynek na nagrody Bradbury pomiędzy mną a Johnem Scalzi.


Dziś rano poleciałem do domu. Postawiłem swoją nagrodę nad biurkiem, obok nagrody Jima Hensona za kreatywność, i otoczyłem malutkimi pacynkami...

niedziela, 20 maja 2012

Zaufaj mi, jestem Doktorem* (*Honorowym, Sztuk Pięknych)

Neil napisał w piątek, 18 maja 2012 o 10:58

To wydarzenie zasługuje na własny wpis na blogu, ale biegam teraz jak opętany, więc chwilowo wrzucam tylko przemówienie do studentów kończących Uniwersytet Sztuk w Filadelfii. Zawarłem w nim wszystko, co moim zdaniem osoba rozpoczynająca obecnie karierę w dziedzinie sztuki powinna wiedzieć.



środa, 9 maja 2012

Maurice Sendak: "Kanibale i psychole"

Neil napisał w środę 9 maja 2012 o 2:51

Pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem książkę Maurice'a Sendaka. Była to In The Night Kitchen ["W nocnej kuchni"]. Miałem jedenaście lub dwanaście lat i dostawałem od rodziców niewielkie kieszonkowe, za które mogłem kupować książki mojej najmłodszej siostrze, pod warunkiem, że będę jej czytał, bo sama jeszcze nie potrafiła. Uwielbiałem książki i czytanie ich na głos. In The Night Kitchen wyzwalała, naruszała normy i spełniała marzenia: rozumiałem nagość, nie mogłem zrozumieć dlaczego wszyscy kucharze wyglądali jak Oliver Hardy, ale  byłem tym faktem zachwycony. Po latach natknąłem się na [komiks] Little Nemo in Slumberland ["Mały Nemo w Krainie Snu"] i natychmiast przypomniało mi się In The Night Kitchen.

Już jako rodzic czytałem swoim dzieciom Gdzie mieszkają dzikie stwory, ale dla Holly ulubioną książka Sendaka była Outside Over There ["Tam, na zewnątrz". Książka ta zainspirowała film Labirynt Jima Hensona z 1986 z Davidem Bowiem w roli głównej - przyp. noita.] Musiałem czytać ją jej setki, a może i tysiące razy, zachwycając się oszczędnością słów Sendaka, jego okrucieństwem i jego rysunkami.

To, co w jego książkach najbardziej kochałem i co najbardziej na mnie oddziaływało to poczucie, że w swoich książkach Sendak nikomu nic nie zawdzięcza, nie ma w nich obcych wpływów. Jego jedynym obowiązkiem było pozostanie wiernym książce, aby była ona prawdziwa. Napisane przez niego kwestie mogą być słodkie i urocze, ale szczerość znacznie przewyższa tę słodycz.

Nigdy go nie poznałem, choć mam znajomych, którzy z nim współpracowali i takich, którzy się z nim przyjaźnili. Nigdy nie chciałem go poznać. Czytałem jego książki – właściwie przeczytałem je wszystkie – i wywiady, których udzielał. Był tak bardzo marudny i tak bardzo mądry, taki rozsądny i tak głęboko oddany każdej ze swoich książek. Napisał kilka bardzo osobistych książek, które były publikowane, a potem zakazywane, a zostały pokochane przez dzieci, które się na nich wychowywały. (In The Night Kitchen znalazła się na 24. miejscu listy książek najczęściej zakazywanych w amerykańskich bibliotekach w ciągu ostatniego dziesięciolecia.)

Kiedy usłyszałem dziś rano, że Maurice Sendak nie żyję, za pośrednictwem Twittera poprosiłem New Yorkera o udostępnienie dwustronicowego komiksu, który art spiegelman i Marice Sendak stworzyli wspólnie w 1993 roku. Zgodzili się, za co jestem bardzo wdzięczny.

Po kliknięciu na poniższy obrazek pokaże się całość w powiększeniu:


Podczas czytania tego komiksu zdałem sobie sprawę z czegoś bardzo dziwnego: zawiera on właściwie to samo, co starałem się wyrazić tydzień temu w Chicago podczas wykładu im. Zeny Sutherland. Tylko że to, co mi zajęło trzydzieści pięć minut i prawie pięć tysięcy słów, art i Maurice zdołali zawrzeć w jedenastu kadrach.


***
[tekst udostępnionego przez New Yorkera komiksu]

NA ŚMIETNISKU

art spiegelman odwiedza Maurice'a Sendaka w jego sielankowym domu w Connecticut, gdzie uznany rysownik ukończył niedawno „Wszyscy mieszkamy na śmietnisku z Jackiem i Guyem”, książkę dla dzieci o bezdomnych dzieciakach mieszkających na wysypisku...

MS: ...i nie musiałem poprawiać choćby jednego rysunku w „Śmietnisku”. Po prostu – BACH – i od początku do końca gotowe. Rysowałem jedną ilustrację dziennie, jak kiedy miałem 12 lat...

as: Zazdroszczę! Ja do każdego rysunku robię ze 20 szkiców, a wszystko z przerażeniem, że ludzie wreszcie odkryją mój straszliwy sekret: nie umiem rysować!

MS: Moje życie też tak wyglądało, nic tylko Sturm und Drang! Przyjaciele ode mnie uciekali mówiąc „on nie pisze książki, tylko buduje trumnę!”
Ale mam to już za sobą. Mam 65 lat i teraz będzie już z górki. Teraz wszystko podporządkowuję przyjemności.

Ma to związek z młodymi znajomymi umierającymi na AIDS... ze studiowaniem Melville'a...

Ilustruję teraz jego najbardziej MESSHUGAH książkę, „Pierre”...

as: Pracujesz nad książką dla dorosłych?

MS: Książki dla dzieci... książki dla dorosłych... to tylko marketing. Książka to książka.

as: Może i tak. Ale kiedy rodzice dają małym dzieciom do przeczytania „Mausa”, mój komiks o Auschwitz, moim zdaniem to maltretowanie...
Chcę chronić swoje dzieci!

Kiedy moją 6-letnią córkę Nadję zapytano czym się zajmuję, odpowiedziała „tatuś rysuje myszki”!

MS: Art, dzieci nie ochronisz... One i tak wszystko wiedzą!

Dam ci przykład... Mój znajomy niedawno stracił żonę, a na pogrzebie jego córeczka zapytała go wprost: „Dlaczego nie ożenisz się z panną Taką-a-Taką?” Ojciec popatrzył na nią jakby była czarownicą!

...a ona jest po prostu jak każde dziecko, które ma codzienne potrzeby i desperacko walczy, by były zaspokojone, niezależnie od okoliczności.

Ludzie mówią „Panie Sendak, tak bardzo chciałabym mieć kontakt ze swoim wewnętrznym dzieckiem, jak pan!”. Zupełnie jakby było takie urocze i swawolne, jak Piotruś Pan.

Dzieciństwo to kanibale i psychole wymiotujący ci prosto w twarz!

Odpowiadam „Ależ pani jest z nim w kontakcie: jest pani okropna dla własnych dzieci, traktuje męża jak byle co, kłamie, jest pani samolubna...
To właśnie jest pani wewnętrzne dziecko!”

W rzeczywistości dzieciństwo jest głębokie i przebogate. To kluczowy, tajemniczy i głęboko istotny okres. Swoje dzieciństwo pamiętam bardzo wyraźnie...

Wiedziałem potworne rzeczy... 
Ale wiedziałem też, że nie mogę pozwolić, by dorośli się o tym dowiedzieli...

To by ich przeraziło.

Wyjątkowo ekscytujący tydzień

Neil napisał w niedzielę 6 maja 2012 o 15:04

W ubiegłym roku wziąłem udział w nagraniu odcinka programu This American Life o przygodach. Czytałem wspomnienie na temat swoich przygód, a właściwie na temat tego, że praktycznie ich nie miewam.

Ale nie był to tekst, który pierwotnie napisałem, bo najpierw napisałem opowiadanie. A właściwie to właśnie był tekst, który napisałem na początku. Ira Glass dostał moje osobiste wspomnienia i nie był pewien, czy się nadają i wolał opowiadanie, więc napisałem opowiadanie. Ale producenci programu wybrali wspomnienia i go przegłosowali, więc ostatecznie to właśnie nagrałem.

Ira Glass był jednak bardzo zadowolony z mojego opowiadania i wspomniał Dave'owi Eggarsowi, że mam opowiadanie, którego nikt nie widział, a jemu się bardzo podobało. Dave Eggars zwrócił się do mojego agenta i zapytał, czy mógłbym je dać do McSweeney's. A ja cieszyłem się po prostu, że nie zostanie ono na zawsze zapomniane (choć ja zdążyłem już zapomnieć o jego istnieniu i nigdzie go nie wysyłałem, więc kurzyło się gdzieś na dysku twardym). Nie byłem pewien, czy się do czegokolwiek nadaje, więc Dave musiał mnie kilkakrotnie szturchnąć, żebym mu je wysłał. Nazwałem je Adventure Story ["Opowiadaniem przygodowym"].

Po wysłaniu opowiadania Dave'owi, znów o nim zapomniałem. A potem pocztą przyszło to:


Otworzyłem. I pomyślałem, moje opowiadanie znalazło się w McSweeney's!

Z niejakim zdenerwowaniem przeczytałem je w druku i pomyślałem sobie, jest dobre.

To wydanie magazynu McSweeney's jest świetne. Komiksowa wkładka Jasona Jagela, Topsy Turvey, jest wspaniała, a ogólny poziom literacki - jak zwykle - znakomity z różnorodnymi i mocnymi tekstami (znajdująca się w drugiej części opowieść o tygodniu spędzonym w Rwandzie czy literatura, która zainspirowała rewolucję w Egipcie...), a wszystko przepięknie wydane.

Swój egzemplarz możecie zamówić na:

Jestem naprawdę szczęśliwy, dumny i zachwycony, że się w tam znalazłem. Dziękuję Ci, Ira Glas.

...



Opowiedziłem dla New York Timesa o książkach, które czytuję itp. (Wspaniały błękitny portret autorstwa Jillian Tamaki pochodzi z tego artykułu.) (Wycięli z niego fragment, w którym opisywałem jak prezydent Obama opowiada o prostytutce pożerającej faceta i to nie ustami, tylko wręcz przeciwnie, co z perspektywy czasu wydaje się rozsądne, ale przez to ten kawałek nie jest już równie zabawny.)

Wolisz książki, które sprawiają że się śmiejesz, czy takie, które sprawiają, że płaczesz? Takie, które cię czegoś uczą, czy taki które cię rozpraszają?

Tak.
Moment, czy te rzeczy muszą się wzajemnie wykluczać? Czy książka musi powodować tylko jedno albo drugie? Najchętniej przeczytałbym książkę, która zawiera wszystko: śmiech, łzy, naukę i rozrywkę. A jeszcze chętniej przeczytałbym taką, której stronice ledwo są w stanie utrzymać napięcie pomiędzy tymi wszystkimi rzeczami.


Resztę można przeczytać na:

...

Zbiórka Amandy na Kickstarterze okazała się ogromnym sukcesem. W tej chwili jest to największy muzyczny sukces w historii Kickstartera. W ciągu sześciu dni udało jej się pozyskać 10 tysięcy osób i zebrać ponad 555 tysięcy dolarów na wydanie albumu, książki i zorganizowanie światowej trasy koncertowej zespołu.


Wiecie, jak rośnie bambus? Rolnik umieszcza bambusowy pęd pod ziemią, podlewa i dba o niego przez trzy lata. Nie widać, żeby cokolwiek rosło, ale rolnik nie ustaje w wysiłkach, dogląda niewidocznej rośliny wierząc, że wszystko dobrze się skończy. Kiedy bambus wreszcie wydostanie się ponad powierzchnię ziemi, może rosnąć w tempie nawet dziewięciu metrów na miesiąc. Tak wygląda moja akcja na Kickstarterze. Te dane nie dziwią mnie ani trochę. Ustaliłam nasz cel na 100 tysięcy z nadzieją, że osiągniemy go szybko i z nadzieją, że uda się nam go znacznie przekroczyć.

Od 2009 roku, kiedy opuściłam wytwórnię RoadRunner doglądam bambusowego lasu, jaki tworzą moi fani. Każda osoba, z którą rozmawiam przy rozdawaniu autografów, każda wymiana zdań w sieci (czasem kilka dziennie), każdy otrzymany od fanów link do klipu czy galerii zdjęć, które z zainteresowaniem śledzę, każde obce łóżko, na którym pozwolili mi przenocować... wszystkie te interakcje doprowadziły do tej chwili, kiedy postanowiłam bezpośrednio poprosić o pomoc w sfinansowaniu albumu. Poprosić WSZYSTKICH. Poprosić swoich biednych fanów o dolara, a jeśli tego nie mogą - o rozpowszechnianie linku do akcji. Poprosić bogatych fanów o pożyczenie takiej sumy, z jaką mogą się w tej chwili rozstać.

A oni mi pomagają, bo wiedzą, że dobrze to wykorzystam. Bo mnie ZNAJĄ.

...

Pojechałem do Chicago wygłosić tegoroczny wykład z cyklu im. Zeny Sutherland. Zena była redaktorką, recenzentką i wypływową postacią w świecie literatury dziecięcej. Żałuję, że nie było mi dane jej poznać. Wszyscy, którzy ją znali mówią, że była niesamowita i opisują ja tak, że jestem niezwykle dumny z tego, że jestem tegorocznym mówcą. (Tutaj jest internetowy nekrolog Zeny.)

(Pierwszy wykład z tego cyklu wygłosił Maurice Sendak. Kolejny – Lloyd Alexander. Owszem, czułem się bardzo onieśmielony.)

Mój wykład nosił tytuł


„Czym do #$%^&* w ogóle jest książka dla dzieci?”


co z mównicy czytałem jako „Czym do [bardzo brzydkie słowo] w ogóle jest książka dla dzieci?”. Mówiłem między innymi, że

Dzieci stanowią stosunkowo bezsilną mniejszość i jak wszystkie ciemiężone grupy społeczne, o swoich ciemiężcach wiedzą więcej, niż owi ciemiężcy o nich. Wiedza jest walutą, a wiedza umożliwiająca rozszyfrowanie języka, motywacji i zachowania wrogich sił, od których zależy czy będzie się miało jedzenie, dach nad głową i czy będzie się szczęśliwym, to wiedza najcenniejsza.

Dzieci są ogromnie zainteresowane zachowaniem dorosłych. Chcą się o nas jak najwięcej dowiedzieć.

Jednak ich zainteresowanie mechaniką i specyfiką zachowania dorosłych jest ograniczone. Bo często wydaje się im zbyt odpychające lub po prostu nudne. Pijak na chodniku nie jest rzeczą, którą chce się zobaczyć i nie chce się należeć do tego świata, więc odwraca się wzrok.

Dzieci potrafią odwracać wzrok bardzo dobrze.


... opowiedziałem też jak w wieku lat ośmiu zostałem prawie wyrzucony ze szkoły za opowiedzenie koledze z klasy nieprzyzwoitego dowcipu, który usłyszałem od jakiegoś dzieciaka po drodze do domu. Było tam też dużo rozważań na temat tego, co czytają dzieci i dlaczego oraz jak pisarze mogę zdecydować, czy piszą książkę dla dzieci czy dla dorosłych.

Na jesieni wykład znajdzie się w The Horn Book.

...

I na tym etapie bez wątpienia jesteście już przekonani, że to był ekscytujący tydzień. I macie racje. To był najbardziej ekscytujący tydzień w historii. Ponieważ...

osadziłem rój w ulu!

Wyszedłem na spacer z psami. Usłyszałem cichutkie bzyczenie i wydawało się, że dochodzi z drzewa. Przyjrzałem się uważniej i... rój pszczół bzyczał wysoko w koronie drzewa szakłaku...



Kiedy w ulu robi się ciasno, albo po prostu nadchodzi odpowiednia pora, pszczoły zaczynają się kłębić. Trzy czwarte ula wraz z królową wyruszają na poszukiwanie nowego domu, a pozostałe pszczoły wychowują sobie nową królową w starym gnieździe.

Roje pszczół są przerażające. Pewnie każdy kiedyś taki widział. Są również stosunkowo niegroźne: kiedy pszczoły się kłębią nie znaczy to, że są w złym humorze i nie mają zamiaru nikogo użądlić, bo maja pełno miodu i użądlenie byłoby dla nich fizycznie trudne. Chcą po prostu znaleźć nowe miejsce do życia.

Przygotowałem pusty ul. Włożyłem do niego kilka plastrów miodu zabranych z ula, który bez trudu taką stratę przetrwa.


Udało mi się to z pomocą dwójki przyjaciół: Hansa, który ściął drzewo, kiedy uznaliśmy, że jest za wysokie do wspinania się po drabinie, oraz pisarza Kelly'ego McCullougha, który zobaczył moje tweety i uznał, że osadzanie ula będzie milszym zajęciem niż pisanie i robienie korekty owego popołudnia.

(To jest Hans. Przypomina mniej pomarańczową i skalistą, mniej żydowską i bardziej środkowo-zachodnią wersję Bena Grimma.)

Hans ściął drzewo (i dobrze, bo szakłak to nic dobrego [m. in. wypiera rodzime gatunki - przyp. noita]). Kelly pomagał i zaproponował, żebym zaśpiewał „jestem małą ciemną chmurką” z Kubusia Puchatka, bo może to pomoże. Zaśpiewałem. I pomogło. Złapałem rój w kartonowe pudło, gdy drzewo spadało, i razem z Kellym przenieśliśmy go do jego nowego domu i umieściliśmy pszczoły w ulu.

Chociaż byłem praktycznie pewny, że nie straciliśmy królowej podczas upadku drzewa, umieściłem w pustym ulu ramę z komórkami królowej pszczół rosyjskich (są większe niż zwykłe komórki z jajami i larwami, wyglądają jak orzeszki) gotowymi do wyklucia. Jeśli królowa usłyszy, że inna się wykluwa, bo prostu ją użądli. Jeśli tego nie zrobi, królowa się wykluje i ul ma nową królową.


(Magia zdjęcia panoramicznego: Kelly po obu stronach nowego ula jednocześnie.)



Psy spokojnie siedziały podczas całego procesu. Mają już za sobą doświadczenia z pszczołami.

sobota, 5 maja 2012

Wszystkiego najlepszego, Amando oraz Przyszłość Muzyki


Neil napisał w poniedziałek, 30 kwietnia 2012 o 12:05


To czyni mnie bardzo szczęśliwym:



To taki uroczy, zabawny klip. Nawet jeśli nie interesuje Was moja żona i jej twórczość, powinniście kliknąć i go obejrzeć.

Jej zbiórka na Kickstarterze rozpoczęła się dziś o 7 rano i już osiągnęła 93% zamierzonego celu, głównie dzięki osobom, które traktują ją jak przedsprzedaż limitowanej wersji albumu na CD. (Biorąc pod uwagę liczbę osób, która żałowała, że nie zamówiła w ten sposób CD z Wieczoru z Neilem Gaimanem i Amandą Palmer – który dzięki Kickstarterowej zbiórce mógł stać się trzypłytowym zestawem ze specjalną, dodatkową nie-mającą-zostać-nigdy-wydaną płytą CD – wcale się nie dziwię. Uwielbiam to, że Kickstarter pozwala jego użytkownikom jednocześnie stać się patronami sztuki i bezpośrednio wspierać tworzenie i produkcję rzeczy, które chcą mieć, bez pośredników.)




Co więcej, dziś są jej urodziny.

Wczoraj obejrzałem porywający układ taneczny inspirowany Księgą cmentarną w wykonaniu studentów Harvarda i był to jeden z najbardziej uroczych, zapadających w pamięć i pokrzepiających spektakli, jakie miałem okazję oglądać, a także wspaniały wstęp do obchodów urodzin Amandy.

Dziś spędzamy spokojny dzień we dwoje. Za parę minut wychodzimy, żeby napić się soku i pospacerować w słońcu.

Piszę teraz przemówienie, które wygłoszę w przyszłym tygodniu w Chicago. Jego roboczy tytuł to „Czym do [bardzo brzydkie słowo] w ogóle jest książka dla dzieci?”. Traktuje właśnie literaturze dziecięcej. Książka, którą właśnie piszę sprawiła, że bez przerwy zastanawiam się, czym właściwie literatura dziecięca jest. Bohater mojej książki ma siedem lat, jest w niej magia i przerażenie, ale nie wydaje mi się, żeby była ona  dla dzieci, a postawy i treści w niej zawarte są bardzo dorosłe.

Tak czy inaczej, mam sporo zaległości do nadrobienia na blogu. Mam nadzieję, że podobał się Wam wywiad ze Stephenem Kingiem.

piątek, 4 maja 2012

Popularni pisarze: wywiad ze Stephenem Kingiem


Neil napisał w sobotę 28 kwietnia 2012 o 12:42


Wywiad ze Stephenem Kingiem przeprowadziłem dla brytyjskiego Sunday Times Magazine. Został opublikowany kilka tygodni temu. Dostęp do strony Timesa jest płatny, więc pomyślałem, że zamieszczę tutaj pierwotną wersję wywiadu. (To jest wersja surowa, nieco dłuższa niż opublikowana.)

Nie param się już dziennikarstwem i był to dla mnie przede wszystkim pretekst, żeby pojechać w lutym na Florydę i spędzić dzień w towarzystwie bardzo miłych ludzi, których zbyt rzadko widuję.

Mam nadzieję, że Wam się spodoba.

Dopisek: Sunday Times poprosił, żebym dopisał coś krótkiego na temat siebie i Kinga, więc napisałem to:

„Najważniejszej rzeczy od Stephena Kinga nauczyłem się jeszcze jako nastolatek, czytając jego zbiór esejów na temat horroru i pisarstwa pt. Danse Macabre. Wyjaśnia on tam, że jeśli napiszesz zaledwie stronę dziennie, zaledwie 300 słów, po roku będziesz miał powieść. To było ogromnie pokrzepiające – nagle coś ogromnego i niemożliwego stało się dziwnie łatwe. Jako dorosły tak właśnie pisałem książki, na pisanie których nie miałem czasu, jak choćby Koralinę.
Przy okazji tego spotkania ze Stephenem Kingiem zwróciłem uwagę na to, jak swobodnie czuje się on w tym, co robi. Nie słyszy się już o zakończeniu kariery, rzuceniu pisania, nie słychać sugestii, że może skończy z tym wszystkim zanim zacznie się powtarzać. Lubi pisanie o wiele bardziej, niż jakąkolwiek inną pracę, którą mógłby wykonywać i nie wydaje się skłonny z nią kończyć. Chyba, że ktoś przystawiłby mu do głowy pistolet.”



Po raz pierwszy spotkałem Stephena Kinga w Bostonie w 1992 roku. Siedziałem w jego pokoju hotelowym, poznałem jego żonę Tabithę (do której w rozmowie zwraca się „Tabby”) i nastoletnich wówczas synów Joego i Owena. Rozmawialiśmy o pisaniu i pisarzach, o fanach i o sławie.

Gdybym miał przeżyć swoje życie raz jeszcze, mówił King, wszystko zrobiłbym tak samo. Nawet te złe momenty. Ale nie nakręciłbym reklamy telewizyjnej „Czy wiesz kim jestem?” dla American Express. Po tej reklamie cała Ameryka wiedziała, jak wyglądam.

Był wysoki i ciemnowłosy, a Joe i Owen wyglądali jak dużo młodsze kopie swego ojca, prosto z maszyny do klonowania.

Kiedy spotkałem Kinga po raz kolejny, w 2002, wyciągnął mnie na scenę, żebym zagrał na milirtonie razem z Rock Bottom Remainders. Zespół był skleconą naprędce zbieraniną pisarzy, którzy potrafili na czymś grać i śpiewać lub – jak w przypadku pisarki Amy Tan – wcielić się w rolę dominy śpiewającej These Boots Are Made For Walkin' Nancy Sinatry.

Po występie rozmawialiśmy w ciasnej łazience na tyłach teatru, bo tylko tam King mógł ukradkiem zapalić papierosa. Był wtedy siwy i wydawał mi się bardzo kruchy. Dopiero wracał do formy po długiej hospitalizacji spowodowanej potrąceniem przez jakiegoś idiotę w vanie i infekcjach, których nabawił się w szpitalu. Narzekał na ból przy schodzeniu po schodach. Martwiłem się wtedy o niego.

A teraz, kolejne dziesięć lat później, kiedy widzę jak King wychodzi z parkingu na Sarasota Key, aby mnie powitać, wygląda dobrze. Nie jest już wątły. Ma 64 lata, a wygląda młodziej, niż dziesięć lat temu.

Dom Kinga w Bangor w stanie Maine jest okazały i gotycki. Wiem to, choć nigdy tam nie byłem. Widziałem zdjęcia w internecie. Ten dom wygląda dokładnie, jak miejsce, w którym powinien mieszkać i pracować ktoś taki, jak Stephen King. Ma nietoperze z kutego żelaza i gargulce na bramie.

Dom Stephena Kinga na wyspie u wybrzeży Florydy, niedaleko Sarasoty, jest paskudny. Samo miasto to wąski paseczek lądu upstrzony wielkimi domami (Ten należał do Johna Gotti, dowiaduję się, gdy mijamy jeden z ogromnych, białych budynków, otoczony wysokim murem. Nazywamy go Morderczą posiadłością). Brzydota domu Kinga nie jest nawet rozczulająca. To podłużny klocek z betonu i szkła, wygląda jak ogromne pudełko po butach. Tabby wyjaśnia, że zbudował je konstruktor centrów handlowych z materiałów, z których takie centra budowano. Wygląda jak McPosiadłość zbudowana według pomysłu Apple store i nie jest to piękna wizja. Ale kiedy już znajdziesz się w środku, szklane ściany ukazują doskonały widok na plaże i morze, gargantuiczne wrota z niebieskiego metalu rozpływają się w nicość i gwiazdy w kącie ogrodu, a wewnątrz budynku znajdują obrazy, rzeźby i – co najważniejsze – gabinet Kinga. Stoją w nim dwa biurka. Jedno z nich ładne i z widokiem, a drugie – niepozorne, zastawione komputerem, przy którym tyłem do okna stoi sfatygowane, zdezelowane krzesło.

Przy tym właśnie biurku King siada codziennie i pisze. Obecnie pracuje nad książką Joyland, powieścią o seryjnym zabójcy w parku rozrywki. Za oknem widać fragment ogrodzonego terenu, po którym olbrzymi afrykański żółw pustynny przechadza się niczym ogromny wędrujący kamień.

Ze Stephenem Kingiem zetknąłem się po raz pierwszy na długo zanim spotkałem go osobiście. Było to na londyńskim dworcu East Croydon około roku 1975. Miałem czternaście lat. Znalazłem książkę z całkowicie czarną okładką. Jej tytuł brzmiał Miasteczko Salem. To była druga powieść Kinga, o pierwszej, króciutkiej powieści Carry o nastolatce z paranormalnymi zdolnościami, nie wiedziałem. Nie położyłem się spać, dopóki nie skończyłem czytać Miasteczka Salem, byłem zachwycony dickensowskim portretem małego amerykańskiego miasteczka unicestwionego z powodu pojawienia się wampira. I nie był to miły wampir, tylko wampir z prawdziwego zdarzenia. Skrzyżowanie Draculi z Peyton Place. Potem kupowałem każdą nową książkę Kinga. Niektóre były wspaniałe, inne nie. Ale nic nie szkodzi. Ufałem mu.

King zaczął pisać Carrie, ale ją porzucił. Tabby King wyciągnęła ją z kosza, przeczytała i zachęciła męża do jej skończenia. Byli biedni, a potem King sprzedał Carrie i wszystko się zmieniło. A on pisał dalej.

W drodze na Florydę przesłuchałem trwający ponad 30 godzin audiobook 11/22/63, powieści Kinga o podróżach w czasie. Opowiada ona o licealnym nauczycielu angielskiego (King był nim, gdy pisał Carrie), który z 2011 trafia do roku 1958 poprzez tunel czasoprzestrzenny mieszczący się magazynie dawnej restauracji, z misją uratowania Johna F. Kennedy'ego od kuli Lee Harveya Oswalda.

Jak zwykle u Kinga, opowieść sprawia, że chcesz wiedzieć co dokładnie stanie się dalej. Zawiera elementy horroru, ale stanowią one właściwie przyprawę dla opowieści, która jest po części dokładną w najdrobniejszych szczegółach powieścią historyczną, po części historią miłosną, a na pewno rozważaniami na temat natury czasu i przeszłości.

Biorąc pod uwagę zakres kariery Kinga trudno jest opisać cokolwiek, co robi, jako anomalię. King działa na granicy literatury popularnej, zahaczając czasami o literaturę faktu. Jego kariera (Większość pisarzy nie miewa kariery. My po prostu piszemy kolejne książki.) jest osobliwie odporna na krytykę. Jest popularnym powieściopisarzem, co niegdyś, a może i nadal, stanowi opis autora konkretnego typu książek: książek, które za poświęcony im czas odwdzięczą się przyjemnością czytania i fabułą, jak dzieła Johna D. MacDonalda (11/22/63 jest ukłonem Kinga w jego stronę.) Ale jest nie tylko popularnym powieściopisarzem. Wydaje się, że niezależnie od tego, co napisze, zawsze będzie autorem horrorów. Zastanawiam się, czy to go frustruje.

Nie. Mam rodzinę, która ma się dobrze. Wystarcza nam pieniędzy na jedzenie i kupowanie innych rzeczy. Wczoraj mieliśmy spotkanie Fundacji Kinga (to prywatna fundacja przeznaczająca środki na rozmaite cele charytatywne). Stephanie, moja szwagierka, wszystko organizuje, a my wspólnie siadamy i przekazujemy pieniądze. To dopiero jest frustrujące. Co roku przeznaczamy taką samą ilość pieniędzy na inny cel... to jak wrzucanie ich do studni bez dna. To jest frustrujące.

Nigdy nie myślałem o sobie jako o autorze horrorów. To inni tak o mnie myślą. A ja sam nigdy nic na ten temat nie mówiłem. Tabby i ja na początku nie mieliśmy nic i byliśmy przerażeni, że zostaniemy z niczym. Więc jeśli ktoś chciał mówić „jesteś tym a tym”, nie przeszkadzało nam to, dopóki książki się sprzedawały. Myślałem sobie, że będę siedział cicho i pisał to, co chcę pisać. Coś takiego, jak opisujesz zdarzyło mi się po raz pierwszy, kiedy pracowałem nad książką Cztery pory roku. Był to zbiór opowiadań, które pisałem jak wszystkie inne: przyszedł mi do głowy pomysł i postanowiłem go zapisać. Była tam więzienna opowieść „Rita Hayworth i skazani na Shawshank”, było opowiadanie inspirowane moim dzieciństwem pt. „Ciało” oraz opowieść o dzieciaku, który odkrywa nazistę – „Uczeń szatana”. Wysłałem je do wydawnictwa Viking, w którym moim redaktorem przez długie lata był John Williams. To znakomity redaktor, zawsze przyjmował moje teksty tak, jak były i nie chciał ich na siłę zmieniać. Wysłałem mu Cztery pory roku [w oryginale „Different seasons”, czyli „Różne pory” - przyp.noita], a on odpowiedział, że nazwałem je „porami roku”, a napisałem tylko trzy. Więc dopisałem jeszcze jedno, „Metodę oddychania”, i książka była gotowa. Dostałem najlepsze recenzje w życiu. I wtedy po raz pierwszy ludzie pomyśleli „ to coś więcej, niż tylko horrory”.
Któregoś dnia byłem w supermarkecie i podeszła do mnie starsza kobieta z rodzaju tych, które powiedzą ci bez ogródek, co myślą. Powiedziała „Wiem, kim pan jest, pisze pan horrory. Nie czytam pana książek, ale szanuję pana prawo do ich pisania. Po prostu wolę bardziej życiowe historie, jak tych Skazanych na Shawshank.” Powiedziałem jej, że ja to napisałem. A ona odpowiedziała „Nieprawda” i sobie poszła.

To się zdarza bez przerwy. Tak było, kiedy King wydał Misery, opowieść o toksycznych fanach. Tak samo było przy okazji Worka kości, gotyckiej opowieści o duchach z pisarzem w roli głównej, która miejscami nawiązuje do Rebeki Daphne De Maurier. Tak samo było, gdy przyznano mu Medal Narodowej Fundacji Książki za wkład w literaturę amerykańską.

Nie rozmawiamy w wielkim, betonowym, pudełkowym domu. Siedzimy nad basenem należącym do mniejszego domu przy tej samej ulicy, który Kingowie kupili dla odwiedzających ich gości. Zatrzymał się tam Joe King, piszący pod pseudonimem Joe Hill. Nadal jest podobny do ojca, choć nie wygląda już jak jego klon i sam odniósł ogromny sukces jako autor książek i powieści graficznych. Wszędzie zabiera ze sobą iPada. Joe i ja przyjaźnimy się.

W powieści Worek kości Stephen King umieścił pisarza, który przestał pisać nowe rzeczy, ale wciąż publikuje nagromadzone książki. Zastanawiam się, jak długo wydawcy Kinga mogliby utrzymać jego śmierć w tajemnicy.

King uśmiecha się. Pomysł na pisarza z Worka kości przyszedł mi do głowy dawno temu, kiedy usłyszałem, że Danielle Steele pisała trzy książki rocznie, a wydawała tylko dwie. Wiedziałem też, że Agatha Christie zachomikowała kilka książek na zwieńczenie swej kariery pisarskiej. Gdybym umarł teraz i wszyscy utrzymywali tę wiadomość w tajemnicy, książek starczyłoby do 2013 roku. Jest już gotowa kolejna powieść z cyklu Mroczna Wieża, Wiatr przez dziurkę od klucza, która zostanie wkrótce wydana. Gotowy jest też Doktor Sen. Czyli co byłoby gotowe, jeśli przejechałaby mnie, jak Margaret Mitchell, taksówka? Nie skończyłbym Joyland, ale Joe mógłby ją skończyć bez najmniejszego problemu. Jego styl trudno odróżnić od mojego, a jego pomysły są lepsze, niż moje. Joe rzuca pomysłami, jak sypiące iskrami fajerwerki. Ja chciałbym zwolnić tempo. Mój agent targuje się z wydawcą o książkę Doktor Sen, która jest kontynuacją Lśnienia, bo długo nie chciałem pokazać im rękopisu. Potrzebowałem chwili oddechu.

Dlaczego postanowił napisać kontynuację Lśnienia? Nie mówię mu, jak bardzo ta książka mnie przeraziła, kiedy miałem szesnaście lat, ani jak uwielbiałem, a jednocześnie byłem zawiedziony filmem Kubricka.

Napisałem ją, bo było to już bardzo męczące. Powiedz tylko, że wracasz do książki, która była kiedyś niezwykle popularna i chcesz napisać kontynuację. Ludzie będą kojarzyć książkę, którą czytali jako dzieciaki. Dzieciakom wydawała się naprawdę przerażająca, a kiedy jako dorośli przeczytają sequel mogą pomyśleć, że nie jest równie dobry. Wyzwanie polega na tym, żeby uczynić ją równie dobrą – albo zupełnie inną. Jest z czym się mierzyć. To nie lada wyzwanie.

Chciałem napisać Doktora Sna, bo chciałem przekonać się, co stanie się z Dannym Torrence'em kiedy dorośnie. A wiedziałem, że będzie pił, bo jego ojciec był pijakiem. W Lśnieniu brakowało mi tego, że Jack Torrence był zatwardziałym, wytrawnym pijakiem, który nigdy nie próbował korzystać z grup wsparcia typu Anonimowych Alkoholików. Pomyślałem sobie, no dobrze, zacznę od Danny'ego Torrence'a w wieku lat czterdziestu. Będzie jednym z tych facetów, którzy zarzekają się, że „nigdy nie będę jak mój ojciec, nigdy nie będę się nad nikim znęcał jak mój ojciec”, a potem kiedy mają 37 czy 38 lat zdają sobie sprawę, że są pijakami. Potem zacząłem się zastanawiać, jakie życie wiedzie ktoś taki? Na pewno imał się różnych źle płatnych zajęć, wylądował w więzieniu, a teraz pracuje jako dozorca w hospicjum. Bardzo chciałem umieścić go w hospicjum, bo ze względu na lśnienie może pomagać ludziom przechodzić na drugą stronę. Nazywają go „Doktor Sen” i wiedzą, że trzeba go zawołać, gdy do pokoju wejdzie kot i usiądzie na czyimś łóżku. Pisałem o facecie, który jeździ autobusem, jada w McDonaldzie, a przy wyjątkowych okazjach w Red Lobster. Nie o kimś, kto bywa w Sardi's. [ekskluzywna nowojorska restauracja – przyp.noita]

Stephen i Tabitha poznali się wśród regałów bibliotecznych Uniwersytetu Maine w 1967 roku i pobrali w 1971. On po otrzymaniu dyplomu nie dostał posady nauczycielskiej, więc pracował w przemysłowej pralni, na stacji benzynowej i jako dozorca. Skromny dochód co jakiś czas uzupełniał honorariami za opowiadania, zwykle horrory, sprzedawane magazynom dla mężczyzn w stylu Cavalier. Byli biedni jak myszy kościelne. Mieszkali w przyczepie, a King pisał na prowizorycznym biurku zainstalowanym pomiędzy zmywarką i suszarką. Wszystko zmieniło się w 1973, kiedy na sprzedaży Carrie zarobił 200 tys. dolarów. Jestem ciekaw, kiedy King przestał martwić się o pieniądze.

Zastanawia się chwilę. W 1985. Wówczas Tabby od dłuższego czasu rozumiała, że nie musimy się już martwić o te rzeczy. Ja nie. Byłem przekonany, że w końcu odbiorą mi te pieniądze i z trójką dzieci będę musiał znów zamieszkać w wynajętym domu, że to wszystko jest zbyt piękne, by było prawdziwe. W okolicach roku 1985 zacząłem się rozluźniać i myśleć „jest dobrze, wszystko będzie dobrze.”

Ale nawet teraz to wszystko (ruchem ręki wskazuje basen, dom gościnny, wyspy i liczne McPosiadłości w okolicy) jest dla mnie bardzo dziwne, choć mieszkam tu tylko przez trzy miesiące w roku. W Maine mieszkamy w jednym z najbiedniejszych hrabstw. Wielu spośród ludzi, których widujemy i z którymi się zadajemy zarabia wycinaniem drzew, wywozem śmieci itp. Nie próbuję pokazać, że się z nimi utożsamiam, ale jestem zwykłym facetem i po prostu mam taki jeden talent, z którego korzystam.

Nic nie nudzi mnie bardziej, niż Nowy Jork i kolacja w supermodnej restauracji, gdzie musisz siedzieć i czekać przez cholerne trzy godziny. No wiesz, zamawia się drinki przed jedzeniem, wino po, trzydaniowy posiłek, potem jeszcze kawa, ktoś poprosi o pieprzoną francuską prasę i inne tego typu bzdury. Dla mnie to, co naprawdę dobre, to przejażdżka do Waffle House, by zamówić jajecznicę i gofry. Kiedy mijam po drodze pierwsze miejsce, gdzie podają gofry – wiem, że jestem na południu. To jest naprawdę dobre.

Płacą mi absurdalną ilość pieniędzy, zauważa King, za coś, co robiłbym za darmo.

Kiedy Stephen King miał cztery lata jego ojciec wyszedł po papierosy i już nigdy nie wrócił,więc samotnie wychowywała go matka. Steve i Tabby mają trójkę dzieci: Naomi, która jest unitariańską pastor i sprawia pieczę nad swoją cyfrową parafią oraz Joego i Owena, którzy obaj są pisarzami. Joe kończy trzecią powieść, a pierwsza powieść Owena wyjdzie w 2013.

Rozmyślam o dystansie i o zmianach. Czy łatwo jest pisać o ludziach wykonujących prace fizyczne w 2012 roku?

Jest zdecydowanie trudniej. Kiedy pisałem Carrie i Miasteczko Salem sam byłem o krok od zarabiania siłą własnych mięśni. Ale prawdą jest również – i Joe wkrótce to odkryje – że kiedy masz małe dzieci, znaczniej łatwiej jest o takich dzieciach pisać, bo przyglądasz się im i masz je w pobliżu na okrągło.
Ale twoje dzieci dorastają. Trudniej mi pisać o dwunastoletniej dziewczynce w Doktorze Śnie, niż o pięcioletnim Dannym ze Lśnienia, bo jako model Danny'ego służył mi Joe. Nie chodzi mi o to, że Joe ma zdolność lśnienia, jak Danny, ale wiedziałem kim jest, jak się bawi, co chciałby robić itd. Ale koniec końców chodzi o to, że jeśli Ty możesz wymyślić te wszystkie bajeczne rzeczy, które wydarzyły się w Amerykańskich bogach, a ja mogę wymyślić Magiczne Drzwi, to z pewnością mogę też ruszyć głową i wyobrazić sobie, jak to jest pracować fizycznie przez dziesięć godzin dziennie.

Teraz robimy to, co zwykli robić pisarze: rozmawiamy o swoim rzemiośle, o tym jak robimy to, co robimy, o tym jak zmyślamy dla zarobku i z powołania. Jego następna książka, Wiatr przez dziurkę od klucza, należy do cyklu Mroczna wieża, który King zaczął obmyślać jeszcze jako nastolatek. Ukończenie cyklu zajęło mu lata i dokonał tego dzięki namowom swych asystentek, Marshy i Julie, które miały dosyć odpowiadania na listy fanów pytających, kiedy opowieść zostanie doprowadzona do końca.

Teraz, kiedy historia została ukończona, King zastanawia się jak bardzo może ją poprawić, spoglądając na cały cykl jakby była to jedna bardzo długa powieść. Czy może napisać kolejną wersję? Ma taką nadzieję. Obecnie Stephen King jest postacią w piątej i szóstej części Mrocznej wieży, a prawdziwy, nie-książkowy pisarz Stephen King zastanawia się, czy usunąć tę postać z kolejnej wersji książki.

Opowiedziałem mu, jak osobliwie toczyły się moje przygotowania do opowiadania, nad którym ostatnio pracowałem, bo kiedy zacząłem szukać potrzebnych informacji, z fabularnego punktu widzenia wszystko już na mnie czekało. Stephen kiwa głową ze zrozumieniem.

Dokładnie – wystarczy, że się rozejrzysz i wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Najwyraźniej coś takiego przydarzyło mi się, kiedy Ralph, mój ówczesny agent, powiedział „To trochę szaleństwo, ale masz może pomysł na powieść, którą można by publikować w odcinkach, jak Dickens?”, a ja miałem w głowie opowieść, która walczyła, żeby wydostać się na zewnątrz. I to była Zielona mila. Wiedziałem od razu, że jeśli mam to zrobić, muszę się w tej historii zanurzyć. Zacząłem pisać i trzymałem się na bezpieczną odległość od daty publikacji [kolejnego fragmentu]. Ponieważ...
Steve waha się, próbuje wyjaśnić to tak, żeby nie zabrzmiało głupio. Za każdym razem, kiedy czegoś potrzebowałem, to coś już na mnie czekało.

Kiedy John Coffey trafia do więzienia ma zostać stracony za zamordowanie dwóch dziewczynek. Wiedziałem, że tego nie zrobił, ale nie wiedziałem, że facet, który to zrobił znajduje się w tym samym więzieniu i nie wiedziałem jak do tego doszło, ale kiedy zacząłem pisać – wszystko już na mnie czekało. Po prostu po to sięgnąłem. Wszystko złożyło się z jedną całość, tak jakby istniało już wcześniej.

Nigdy nie myślę o opowiadaniach jak o czymś zrobionym, dla mnie są to zawsze rzeczy znalezione. Tak jakby można wyciągnąć je z ziemi, podnieść z podłogi. Ktoś mi kiedyś powiedział, że w ten sposób bagatelizuję własną kreatywność. Być może, a być może nie. A teraz mam nierozwiązany problem w opowiadaniu, nad którym pracuję. Ale nie jest to problem, który nie daje mi spać po nocach. Mam przeczucie, że kiedy nadejdzie odpowiedni moment, rozwiązanie będzie na mnie czekało...

King pisze codziennie. Kiedy nie pisze, jest nieszczęśliwy. Kiedy pisze, świat jest dobrym miejscem, więc pisze. To proste. Siadam do pisania około ósmej piętnaście rano, pracuję do za piętnaście dwunasta i przez ten czas, to wszystko jest prawdziwe. A potem po prostu się odłączam. Zwykle udaje mi się napisać około 1200 – 1500 słów, to około sześciu stron. Chcę, żeby te sześć stron urosło do pełnej książki.

Zaczynam objaśniać Kingowi swoją teorię: kiedy w odległej przyszłości ludzie będą chcieli dowiedzieć się, jak żyło się między rokiem 1973, a obecnym, odpowiedzi będą szukać u Kinga. Bo w mistrzowski sposób potrafi on przenieść świat, który widzi na karty książki. Powstanie i odejście kaset wideo, pojawienie się Google i smartfonów. To wszystko jest u Kinga, pod warstwą potworów i ciemności, i to wszystko sprawia, że są one bardziej realne.

King jest pełen optymizmu. Wiesz, że nie sposób przewidzieć co przetrwa próbę czasu, a co nie. Kurt Vonnegut kiedyś powiedział, że za 200 lat, kiedy ludzie będą się chcieli przekonać jak żyło się w XX wieku, sięgną do Johna D. McDonalda, ale ja nie jestem o tym przekonany. Wydaje się, że już o nim zapomniano. Ale ja sam staram się przeczytać jakąś jego powieść za każdym razem, kiedy tu przyjeżdżam.

Przerwy w mojej rozmowie ze Stephenem Kingiem wypełniają wzmianki o pisarzach. I zdaję sobie nagle sprawę, że każdy z nich jest, lub był, popularnym autorem dzieł czytanych – z ogromną przyjemnością – przez miliony.

Wiesz, co jest najdziwniejsze? W ubiegłym tygodniu byłem na targach książki w Savannah... Zdarza mi się to coraz częściej. Wyszedłem na scenę i dostałem owację na stojąco, to było nieco przerażające... bo oznacza, że albo zostałeś ikoną kultury albo oklaskują fakt, że jeszcze żyjesz.

Opowiadam mu o pierwszej owacji na stojąco, jaką widziałem w Ameryce. To była owacja dla Julie Andrews podczas próbnych spektakli Victor/Victoria w Minneapolis. To nie był szczególnie dobry występ, ale dostała owację na stojąco za to, że była Julie Andrews.

Ale dla nas jest to bardzo niebezpieczne. Wolałbym, żeby ludzie lubili moje prace, niż mnie samego.

A co z nagrodami za całokształt twórczości?

Wręczanie mi ich sprawia ludziom ogromną przyjemność. Wszystkie te nagrody trafiają do składziku, ale oni o tym nie wiedzą.

W tym momencie pojawia się Tabby King mówiąc, że czas na obiad, a po chwili dodaje, że w większym domu ogromny afrykański żółw pustynny właśnie próbował zgwałcić kamień.
 
Copyright 2009
Original theme by WP Themes Creator, modified by VARALI, main graphics by KUNDAGI