Zdjęcia ze spotkania z "Chłopakami Anansiego" w Białołęckim Klubie Książki

Tuesday, April 26, 2011

Blog o SAAPM i zdjęcie dziecka

Neil napisał w niedzielę 17 kwietnia 2011 o 16:43



Dzisiaj jestem z Amandą w Lexington MA, przygotowujemy się na jutrzejszą historyczną rekonstrukcję momentu wystrzelenia pierwszego strzału w amerykańskiej wojnie o niepodległość (Amanda udzieliła mi lekcji historii w czasie spaceru po okolicy).
(Amanda jest dzisiaj w New York Timesie. A tutaj możecie kupić EP, o którym piszą - Performs the Hits of Radiohead on her Magical Ukulele.)

W czwartek wystąpiłem w Symphony Space na Uniwersytecie Columbia. Rozmawiał ze mną Paul Levitz. Zadawał pytania, których dotąd jeszcze nie usłyszałem - na temat branży komiksowej oraz tego, co przez lata robiłem inaczej, niż pozostali twórcy komiksów. Ta rozmowa sprawiła nam obu ogromną przyjemność.
W piątek nagrałem swoją część audiobooka Amerykańskich bogów. Jestem narratorem części "Przybycie do Ameryki", czytam też uwagi autorskie. (Wy też możecie wziąć udział w nagraniu. I powinniście posłuchać zgłoszeń i zagłosować na kogoś. Swoje nagrania przysłało już ponad 800 osób.)
Wczoraj spotkałem się ze starą znajomą, Claudią Gonson z Magnetic Fields oraz poznałem jej córeczkę Eve. Claudia zrobiła nam zdjęcie, które mi się szalenie podoba, więc je tu umieściłem.
...
Co za niedopatrzenie - minęła już połowa kwietnia, a ja jeszcze o tym nie wspomniałem...
Kwiecień to Miesiąc Świadomości i Zapobiegania Napaściom Seksualnym.

Co dwie minuty ktoś w USA pada ofiarą napaści seksualnej. (Nie wiem jak wyglądają statystyki dla reszty świata. Pewnie bardzo podobnie.)
RAINN, czyli krajowa sieć zgłaszania gwałtów, molestowania i kazirodztwa - http://www.rainn.org, to jedna z organizacji, które starają się coś w tej sprawie zrobić. Prowadzą darmowy telefon zaufania - National Sexual Assault Hotline, numer to 1.800.656.HOPE

Przez cały miesiąc, do 30 kwietnia, każda (zwolniona od podatku) wpłata na rzecz RAINN sprawi, że na konto fundacji trafi drugie tyle (do 30 000 $)
Datek można wpłacić za pośrednictwem strony donate.rainn.org.

(Tak, ja również ich wspomogę. A zyski ze sprzedaży Blueberry Girl nadal zasilają konto RAINN. A jeśli wpłacicie na ich konto ponad 250 $, dostaniecie od Neverwear.net plakat z autografem, do wyczerpania zapasów.)




(Oczywiście jeśli jest jakaś inna organizacja, którą wolelibyście wesprzeć, to jej powinniście przekazać swój datek... to ostatnie niepotrzebne zdanie dopisałem po tym, jak rok temu ludzie na Twitterze zganili mnie za popieranie RAINN zamiast ich preferowanej organizacji dobroczynnej.)
...

Pojawiło się mnóstwo artykułów i próśb o skomentowanie doniesień, że Playtone zamierza współpracować nad serialem Amerykańscy bogowie z HBO. Nie mam pojęcia skąd wzięła się ta informacja, ani kto ją podał i nie wydaje mi się, żebym mógł w tym momencie cokolwiek skomentować. Powiem tylko, że wszystko na razie wygląda bardzo obiecująco.

Dłuższy post już wkrótce. Obiecuję.

Dorośli Mieszkańcy 48 Stanów Na Kontynencie! Możecie Się Znaleźć Na Prawdziwym Audiobooku!

Neil napisał w środę 13 kwietnia 2011 o 16:28

Jestem w Chicago z okazji festiwalu ONE BOOK ONE CHICAGO.

Wczorajsza rozmowa z Audrey Niffenegger była dokładnie tak fajna, jak sądziłem. Audrey należy do moich ulubionych osób i stanowczo za rzadko się widujemy, więc okazja, żeby przez godzinę z nią pobyć i porozmawiać jest na wagę złota. (Pięć lat temu spotkaliśmy się na scenie w Sydney. A nasze następne spotkanie będzie chyba znów na scenie, w sierpniu, w Edynburgu.)

(Audrey w Green Roomie Biblioteki. Był rzeczywiście bardzo zielony.)

Na stronie Valyi świetne zdjęcia z imprezy: http://www.vdlupescu.com/journal/2011/04/one-book-one-chicago/
Widownia wypełniła sale, ludzie czekali na zewnątrz, niektórzy nie zostali wpuszczeni. (Przykro mi.)
Dziś rano opowiadałem nastolatkom o Nigdziebądź. Wieczorem, o 19, będę czytał, opowiadał i odpowiadał na pytania w Rockefeller Memorial Chapel, na Uniwersytecie Chicago. Nie będę rozdawał autografów (wczoraj podpisałem 1100 książek), ale mam nadzieję, że będę miał więcej czasu niż wczoraj na porozmawianie z ludźmi. Sala jest znacznie większa, mieści się tam ponad tysiąc osób, więc szanse na to, że przyjdziecie i nie uda się Wam mnie zobaczyć są niewielkie.
Potem trzeba wstać wcześnie rano i ruszać do Nowego Jorku na Universytet Columbia i rozmowę z Paulem Levitzem. I na spotkanie z żoną (tu wstawić uśmiechniętą twarz autora).
Czas na wielka nowinę...
(i będzie ona smutna, jeśli a) macie mniej niż 21 lat, b) nie jesteście mieszkańcami kontynentalnych Stanów Zjednoczonych, c) złożyliście śluby milczenia, d) bierzecie ślub 15 maja)
Harper Collins organizuje konkurs, w którym można wygrać udział w nagraniu Audiobooka Amerykańskich Bogów z podziałem na role. Próbka poniżej.



Szczegóły na http://neilgaiman.bookperk.com.

Zasady wyjaśniam w klipie, który można obejrzeć na stronie. Właściwie wystarczy wysłać swój plik audio. Internauci będą głosować. Wydawnictwo oceni 20 najpopularniejszych nagrań, a zwycięzca zostanie zaproszony do Nowego Jorku na nagranie swoich kwestii w przygotowywanym właśnie audiobooku. Nie wiem która rola to będzie - zostanie ona wybrana w zależności od tego, kto zwycięży.
Naprawdę mi przykro, jeśli macie mniej niż 21 lat, nie mieszkacie w USA, ślubowaliście milczenie, etc.
Kto wie, jeśli wszystko się uda, może zorganizują wersję międzynarodową?

Albo ja ogłoszę coś bardzo fajnego związanego z audiobookami, czego na razie nie wolno mi wyjawić.

Tak czy inaczej, jeśli jesteście zainteresowani - przeczytajcie dokładnie Regulamin.
...

Do końca przesłuchania Samotni (czytanej przez Hugh Dicksona) zostało mi najwyżej pięć treningów. Zastanawiam się, czego będę słuchał potem. Potrzebuję długiej książki, która łatwo dzieli się na części i nie będzie wersją okrojoną. Wszelkie sugestie mile widziane.
Dobra. Czas lecieć i czytać.

Wednesday, April 13, 2011

Jedna książka (Nigdziebądź) jedno miasto (Chicago)

Neil napisał we wtorek 12 kwietnia 2011 o 12:20

Jestem teraz w Chicago, w drodze na lunch z Genem Wolfem, a potem zmierzam do Harold Washington Library, żeby zawczasu podpisać kilka tysięcy książek.
Dziś wieczorem będę w bibliotece prowadził rozmowę z Audrey Niffenegger. Zaczyna się o 18:00, szczegóły na stronie GDZIE JEST NEIL.
Jutro o 19:00 w Rockefeller Chapel na Uniwersytecie Chicago będę opowiadał i czytał. Jeśli będziecie w okolicy, zapraszam.


Dzień później, w czwartek, będę występował z Paulem Levitzem, niegdyś wydawcą z DC Comics. Szczegóły na stronie GDZIE JEST NEIL oraz w poprzednim poście i chciałbym zamieścić link do niego, ale piszę z telefonu komórkowego.


Nie mogę nawet zamieścić linku do zamieszczonego właśnie przez BBC zdjęcia z planu Doctora Who, na którym jestem jam Suranne Jones i Matt Smith. Ale zamieszczę. Wiecie, że tak.


Postscriptum. Ha! Odkryłem jak można to zrobić z telefonu. Ktoś zapytał, czy czy się skurczyłem i musiałem wyjaśnić, że nie, po prostu zdjęcie zostało zrobione pod kątem dla dramatycznego efektu.


Sunday, April 10, 2011

Jeżeli dziś jest czwartek to muszę być w domu

NEIL napisał w czwartek 7 kwietnia 2011 o 17:17


Cześć.
Gdzie mnie nie było. Ze Szkocji pojechałem do Londynu (kuszetką. Nikogo nie zamordowano, więc kochająca Agatę Christie część mnie była nieco zawiedziona), gdzie zrobiłem śniadanie z moja córką, Holly, zjadłem śniadanie z Mitchem Bennem (jego podcastu z komediowymi piosenkami trzeba koniecznie posłuchać) potem poleciałem na chwilę do domu, zdążyłem uściskać Maddy i wyprowadzić psy na spacer, a następnie poleciałem do San Francisco.
Zjadłem kolację z Chabonami, a następnego ranka wstałem bardzo wcześnie, popracowałem przez godzinę (to wczesne wstawanie może nie być zasługą siły charakteru, raczej wciąż funkcjonowałem według brytyjskiego czasu) i poszedłem na śniadanie.
Wyglądający dość brytyjsko dżentelmen spojrzał na mnie i zapytał: "jesteś Neil?" i przyznałem, że owszem. To był aktor Mark Sheppard. Przysiadłem się do jego stolika i wkrótce dołączyli do nas reżyser Toby Haynes oraz Nerdist Chris Hardwick.

I gadaliśmy i gadaliśmy. W pewnym momencie nastąpił kryzys, bo nie podobał mi się klip z mojego odcinka Doctora Who, który miał zostać pokazany. Dostałem od BBC pozwolenie na pokazanie innego fragmentu, ale nie wiedzieliśmy jak to zrobić. W końcu powiedziałem, że mam go na pamięci podręcznej, wróciłem do pokoju hotelowego i zacząłem go szukać, zachwycając się jednocześnie uczuciem życia w przyszłości.

Wzięliśmy udział w panelu dyskusyjnym. Świetnie się bawiliśmy.



Udzieliliśmy mnóstwa wywiadów. Ogłoszono już tytuł mojego odcinka, więc przynajmniej o tym wolno mi było mówić, byle nie wdawać się w szczegóły. Pewnie i tak powiedziałem za dużo.
Tutaj dla zainteresowanych cała dyskusja:


Najbardziej podobało mi się zadane około 16 minuty pytanie, co powiedziałbym osobie zmartwionej, że ma 47 lat zaległości w oglądaniu Doctora Who. Odpowiedziałem:
“Słuchaj, jest taka niebieska budka telefoniczna. W środku jest większa, niż na zewnątrz. Może podróżować w czasie i przestrzeni i czasem nawet trafia tam, gdzie powinna była. A kiedy już się gdzieś pojawi, wychodzi z niej facet, który nazywa się Doktorem i jeśli będzie się działo coś złego, on będzie próbował temu zaradzić i prawdopodobnie mu się uda, bo jest obłędny. A teraz siadaj, bądź cicho i obejrzyj Blink."


Toby, Mark, ja. Dlaczego wyglądamy na tak bardzo zadowolonych z siebie?

Później, po południu, szedłem z Markiem Sheppardem Geary Street i entuzjastycznie śpiewaliśmy "This is What We Find" Iana Dury'ego, ale ponieważ było to w San Francisco, to nikt nawet nie zwrócił na nas uwagi.

Następnego dnia wstałem o 4:30, poleciałem do LA na spotkanie w sprawie tajemniczego projektu adaptacji Amerykańskich bogów. Rezultaty przerosły moje najśmielsze oczekiwania. (Wiem, że nic Wam to nie mówi i naprawdę chciałbym wyjaśnić o co chodzi, ale nie mogę pisnąć ani słowa dopóki wszystko nie będzie gotowe i to nie ja będę ogłaszał nowiny.) Potem kolejne spotkania. Wcześnie wróciłem do kolejnego hotelu przy lotnisku, poszedłem do kolejnej cholernej siłowni hotelowej i jestem już na 47 rozdziale Samotni. Potem poleciałem do domu...
I tu właśnie teraz jestem. Śnieg jeszcze do końca nie stopniał, ale jest już dość ciepło, słonecznie i jest też bardzo, bardzo dużo błota, czyli słowami E E Cummingsa jest kałużocudownie.

Zobaczmy, co mnie jeszcze czeka...
Powinniście mieć oko na stronę GDZIE JEST NEIL bo staramy się, żeby była na bieżąco uaktualniana. Ale tutaj umieszczam rzeczy, które jeszcze się na niej nie znalazły...




25 kwietnia... to wydarzenie jest tak nieprawdopodobne, że wydaje mi się, iż tylko je sobie wyobraziłem. Ben Folds, Amanda Palmer (aka moja dziewczyna), Damian Kulash (z OK Go, widziany ostatnio na scenie Fitzgerald Theatre, kiedy śpiewał ze mną "Happy Together" podczas odcinka WITS Johna Hodgmana) i ja w przeciągu jednego dnia, z pomocą Twittera i szaleństwa napiszemy i nagramy 8 piosenek. A 26 kwietnia wszyscy będziemy o tym opowiadać i wykonywać te piosenki. A wszystko z okazji Re-Think Festival w Berklee w Bostonie.


27 kwietnia, znów w Symphony Space, odbędzie się Selected Shorts. Bilety na tę imprezę są już niestety wyprzedane, ale jeśli wierzyć informacjom ze strony, będą jeszcze dostępne wejściówki. Ale w końcu wszystko będzie można usłyszeć w radio. Cztery opowiadania, z których dwa przeczytam ja, a dwa ktoś inny.
24 czerwca możecie zobaczyć mnie, gospodarza wieczoru Johna Moe i muzycznego gościa Josha Rittera w WITS w Fitzgerald Theatre w St Paul. Bilety i szczegóły na http://minnesota.publicradio.org/radio/programs/wits/

Dobra. Skoro to wszystko mam już z głowy, czas trochę popracować. Oto zamieszczone przed chwilą nagranie z mojego występu dla The Moth w 2007 roku, żebyście za mną nie tęsknili:


Saturday, April 9, 2011

Chwileczkę, pomyślałem, gdybym przeczytał coś takiego w książce, zacząłbym się martwić

Neil napisał we wtorek 29 marca 2011 o 15:58

Zdjęcie truchła zająca i orłów w tajemniczych okolicznościach zniknęło z mojego komputera, więc zamiast niego - krowy, które przyglądają mi się, kiedy jeżdżę na rowerze.



Najlepsza, zupełnie nie zmyślona rozmowa, w jakiej dzisiaj uczestniczyłem:

Scena: Gdzieś na północy Szkocji. W samochodzie. George to miejscowy, a ja podwożę go do domu.

Ja: Wiesz, George, myślę, że w tamtym lesie mają gniazdo orły przednie. Często widywałem w okolicy parę - te, które jadły tamtego królika - i wydaje się, że zawsze wracają do lasu w okolice czarnego domu na wzgórzu. Zauważyłem, że oba przesiadują na tamtych drzewach...

George: To możliwe, Neil. Nikt by im tam nie przeszkadzał. Właściciele domu pochodzą z południa, ale przestali przyjeżdżać, kiedy zorientowali się, że jest nawiedzony. (Orientuje się, że mógł powiedzieć coś nieodpowiedniego. Postanawia dorzucić coś w lżejszym tonie.) Przynajmniej twój dom nie jest nawiedzony.

Ja: Nie. Ale jest przeklęty.

George: Nie przejmowałbym się tym zbytnio. (Pauza. Kontynuuje, życzliwie.) Dopóki nie postanowisz zapisać domu swojemu synowi, nikomu nic się nie stanie.

Mój syn, Michael. Póki co nie przeklęty.

PS: Nie mam pewności jak długo pozostanę na pierwszym miejscu listy 140 Użytkowników Twittera Których Trzeba Śledzić magazynu TIME. Pewnie niezbyt długo, ale głosując na mnie możecie powstrzymać Sarę Palin przed dotarciem na sam jej szczyt:
http://www.time.com/time/specials/packages/article/0,28804,2058946_2059139_2059131,00.html

PPS: Te czarno-białe zdjęcia ilustrują moje wyobrażenie baśni znacznie lepiej, niż wszystko, co do tej pory widziałem: http://www.evilsunday.com/disturbing-fairy-tale-black-white-photos/

Życie. Głównie o Dianie.

Neil napisał w niedzielę 27 marca 2011 o 2:45


Jestem w tej chwili w Wielkiej Brytanii, z dala od cywilizacji. Pracuję nad Małpą i na kilka dni znikam z sieci.

Przyjechałem załatwić trzy sprawy: spędzić dzień z BBC w ramach promocji napisanego przeze mnie odcinka Doctora Who, spotkać się z Hilary Bevan Jones, wspaniałą producentką filmową, z którą współpracuję od lat, aby omówić z nią kilka kwestii i odwiedzić Dianę Wynne Jones.

Cały czwartek udzielałem wywiadów na temat Doctora Who. Większość przebiegała następująco:

Oni: "Czy możesz zdradzić nam tytuł odcinka?"
Ja: "Nie."

To był miły, ale chwilami frustrujący dzień.


(To zdjęcie Diany Wynne Jones pochodzi mniej więcej z czasów, kiedy ją poznałem.)

Przyjaźniłem się z Dianą od 1985, ale zostałem jej fanem po przeczytaniu w 1978 w wieku 17 lat Zaczarowanego życia. Nasza przyjaźń bardzo mnie cieszyła i sądzę, że ją również. Była najzabawniejszą, najmądrzejszą, najbystrzejszą i najbardziej zawziętą osobą, jaką poznałem, a przy okazji wspaniałą, magiczną i niezwykle praktyczną kobietą, która miała swoje zdanie na każdy temat. Pisała najlepsze książki o czarach i najwspanialsze, pełne wnikliwych obserwacji listy. Nienawidziła telefonów, ale kiedy dzwoniłem zawsze chętnie ze mną rozmawiała, choć z pewną obawą, jakby spodziewała się, że w każdej chwili słuchawka może wybuchnąć w jej ręku.
Przygarnęła mnie, kiedy jako 24-latek pisywałem do czasopism o wątpliwej reputacji i przez kolejne 25 lat była ze mnie dumna, gdy pisałem rzeczy, które przypadły jej do gustu (nawet jeśli mnie samemu się nie podobały. Wtedy mówiła mi, co o tym myśli, a jej zdanie i krytyka były zawsze trafne, precyzyjne i szczere; a kiedy mówiła "Taa-aak... Chyba trochę tu narozrabiałeś" to zazwyczaj miała rację. Dlatego jej uznanie znaczyło dla mnie naprawdę bardzo wiele).

Była niesamowitą pisarką. Najbardziej niesamowita była łatwość, z jaką wszystko jej przychodziło (niewykluczone, że na pisarzach robi to znacznie większe wrażenie, niż na przeciętnym odbiorcy, który po prostu zakłada, że pisarze to czarodzieje. Ale ci z nas, którzy zarabiają na życie pisaniem wiedzą, jak trudno jest zrobić to, co jej się udawało.) Porządne, często złośliwe postaci, natchnione i dość nieprawdopodobne fabuły oraz oszałamiające zakończenia.

(A tak przy okazji, jej twórczość znakomicie nadaje się do czytania na głos, co odkryłem czytając jej książki moim dzieciom. Nie tylko pięknie brzmią, ale rozwiązania, które czytane w samotności mogły dziwić, na głos okazują się jasne i elegancko skonstruowane. "Dzieci są znacznie uważniejszymi czytelnikami," mawiała. "Dzieciom nie trzeba wszystkiego powtarzać. Dorosłym musisz, bo nie uważają jak należy.")

Zadedykowała mi swoją książkę Hexwood [wiedźmi las] i dodała, że książka zainspirowana została przez coś, co kiedyś powiedziałem na temat tego, jak wielkie wewnątrz są Brytyjskie Lasy. A ja w ramach podziękowania napisałem dla niej wiersz.

(Moment, na pewno uda mi się go znaleźć. Tu jest.)
Pewien kotek, który w Kilkenny śpi zwinięty w kłębek, dostał pełną miseczkę mleczka
A w dalekim zamku wśród ciernistych chaszczy księżniczka śni swój przepiękny sen
Pewien pies na Alasce tańczy radośnie na stercie mamucich kości
Ale ja mam (zadedykowany mi) Hexwood Diany Wynne Jones
Pewna aktorka kurczowo ściska swojego Oscara (i roni kilka odpowiednich do okazji łez radości)
Pewien machiaweliczny złoczyńca uknuł doskonale demoniczny plan
Są czarodzieje w kryształowych zamkach i królowie na złoconych tronach
Ale ja mam Hexwood, który zadedykowała - mi! - Diana Wynne Jones
Pewien rybak złowił dziś doskonałą rybę,
Pewne dziecko z Luton otworzyło butelkę z dżinnem i spełniło się jego życzenie,
Ludziom żyjącym w domach ze szkła udało się wypędzić kamienie,
Ale ja mam swój Hexwood, który Diana Wynne Jones zadedykowała właśnie mi.

Pojawiam się również, w nieco zmienionej postaci, na stronach powieści Deep Secret [głęboki sekret], a kiedyś Diana powiedziała mi, że młody Chrestomanci w Dziewięciu Żywotach Christophera Chanta również był nieco wzorowany na mnie. Jestem bardzo dumny z obydwu tych rzeczy, nawet jeśli większość osób po przeczytaniu Deep Secret pyta mnie, czy naprawdę zjadłem dwa śniadania praktycznie przez sen i mówię im, że tak.

Otóż Diana, która (z radością i ogromną przyjemnością) paliła, zachorowała na raka płuc. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżałem do Wielkiej Brytanii, wpadałem do niej i jej męża Johna na obiad. Przygotowywał go i pomagał im w domu Dave Devereux, a czasem pojawiał się tam także nasz wspólny znajomy Tom Abba. Za każdym razem starałem się upewnić, że powiedziałem Dianie wszystko, co miałem jej do powiedzenia, w razie gdybym miał już jej nie zobaczyć, bo najgorsze są te rzeczy, których nie zdążyliśmy powiedzieć.





(Dwa zdjęcia Diany z września ubiegłego roku. Właśnie postanowiła za radą lekarzy przerwać chemioterapię, bo w ogóle jej nie pomagała. Kiedy po raz pierwszy zamieściłem jedno z nich, podpisałem je Diana Wynne Jones w swojej kuchni wygląda dziś świątobliwie. Zagadkowa ulotka pochodzi z 1987.)



(Zdjęcie z naszej wspólnej wycieczki we wrześniu 2010. Wydaje mi się, że zdjęcie zrobił Robin McKinley)

Miałem zamiar odwiedzić ją wczoraj w Bristolu razem z moja córką, Holly. Ale w piątek rano zadzwonił do mnie Dave Devereux, żeby powiedzieć, że już czas i że powinienem przyjechać natychmiast. Zadzwoniłem do Hilary Bevan Jones, przeprosiłem (okazała się bardzo wyrozumiała, tak samo jak inne umówione ze mną osoby) i pojechałem do Bristolu.

Napisałem tamtego dnia list do przyjaciela i jeśli nie macie nic przeciwko, to chciałbym tutaj przytoczyć jego fragment.

Diana jest w hospicjum. Jest tam bardzo pięknie, a personel jest wspaniały - pomocny, uprzejmy i w odróżnieniu od innych miejsc, człowiek nie ma nigdy poczucia, że zawraca im głowę.

Przed wejściem spotkałem jej rodzinę. Ostrzegli mnie, że jest bardzo słaba i bardzo się zmieniła.

Podano jej morfinę i oddychała ciężko, jakby musiała walczyć o każdy oddech. Usiadłem przy niej. Przyszło mi do głowy określenie "wydać ostatni dech...", bo każdy jej oddech mógł być ostatnim. Ale nie przestawała oddychać. Powiedziałem jej, że chcesz się pożegnać. Jej włosy były jeszcze bielsze i zdawała się znacznie szczuplejsza, ale wcale tak bardzo się nie zmieniła. Miałem jednak wrażenie, że było jej jakby mniej, jakby osobę, którą znałem i ciężko oddychającą postać w łóżku dzieliła jakaś odległość. Odnosiło się również wrażenie, a właściwie była to pewność, że już nie otworzy oczu i nie przemówi. Że to sen ostateczny i że wkrótce jej oddech się zatrzyma.

Wyszedłem i usiadłem w poczekalni obok Toma Abby. Rozmawialiśmy o Dianie i obaj trochę płakaliśmy.

Potem razem z Tomem wróciliśmy do sali i jeszcze trochę przy niej posiedzieliśmy.

Myślałem o tym, że mam jeszcze napisać przedmowę do "Dogsbody" i zastanawiałem się którą gwiazdą byłaby Diana, gdyby była gwiazdą.

Pożegnałem się raz jeszcze.

Wychodząc minąłem się z jej synem, Mickeyem, który zajął miejsce przy jej łóżku. Porozmawiałem z rodziną. Po raz pierwszy spotkałem siostry Diany, choć wiele już o nich słyszałem.

Resztę dnia spędziłem z jej rodziną: z Johnem i jej siostrą Isobel oraz Mickeyem (z którym dzieliłem pokój na World Fantasy Conie w 1988), zjedliśmy chiński bristolski obiad i rozmawialiśmy o wielu sprawach.

Obiecałem Johnowi, że będę go odwiedzać za każdym razem, kiedy będę w Bristolu i zamierzam obietnicy dotrzymać.

Jest ciężko. Ale cieszę się, że to zrobiłem. Powiedzieli mi, że Diana się ucieszyła na wieść, że przyjeżdżam i może w jakiś sposób mnie słyszała i wiedziała, że tam byłem.

Tego wieczora bardzo długo się nie kładłem, bo chciałem porozmawiać z Amandą o tym, co się stało i po tej rozmowie poczułem się lepiej.

Rano obudził mnie telefon od Dave'a z wiadomością, że Diana zmarła w nocy.

Wieść szybko się rozniosła, ktoś zdążył umieścić na jej stronie w Wikipedii datę śmierci.

Na Twitterze napisałem:

Spoczywaj w pokoju, Diano Wynne Jones. Błyszczałaś niczym gwiazda. Byłaś najzabawniejszą, najmądrzejszą pisarką i najwspaniajszą przyjaciółką. Będzie mi Ciebie brakowało.

Zaczynają pojawiać się piękne wspomnienia o Dianie, to napisane przez Emmę Bull szczególnie mi się podobało. (Moja rodzina leciała do Minneapolis tym samym samolotem, co Diana i o nim właśnie pisze Emma. Diana mówiła zawsze, że ciąży nad nią jakaś podróżnicza klątwa i naprawdę uwierzyłem jej dopiero, kiedy odpadły drzwi w samolocie.)

Czułem zarówno smutek, jak i szczęście. Bo miałem szczęście, że było mi dane ją poznać i miałem szczęście, że pożegnałem się z nią w piątek zamiast czekać do soboty. Miałem szczęście, że była moją przyjaciółką.

Bardzo, bardzo mi jej brakuje. Mam kilkoro fantastycznych przyjaciół. Są w moim życiu ludzie wspaniali i barwni i absolutnie cudowni, którzy ulepszają świat tylko przez to, że tu są. Ale Diana Wynne Jones była tylko jedna i dzięki niej świat stał się lepszym miejscem.

- - -


Irr podjęła się zrymowania dziękczynnego wierszyka i uprzejmie pozwoliła na zamieszczenie swojej wersji:


Pewien kotek w Kilkenny dostał miskę mleka - zwinięty w kłębek śpi
A księżniczka w zamku, co cierniem porasta, swój przepiękny sen śni
Pewien pies na Alasce na stercie mamucich kości wpadł w radosny pląs
A ja mam (zadedykowany mi) Hexwood Diane Wynne Jones

Pewna aktorka ściska statuetkę (i pochlipuje z radości stosownej do chwili)
Pewien machiaweliczny złoczyńca doskonale podłą intrygę uknuł bez fatygi
Magowie w kryształowych pałacach, królowie na złotych tronach – quelle élégance!
Ale ja mam z dedykacją – dla mnie! – Hexwood Diane Wynne Jones

Pewien rybak dziś wśród morskich fal złapał rybę jak marzenie
Pewne dziecko w Luton uwolniło dżina, który spełnił jego życzenie
Ludzie w szklanych domach powiedzieli kamieniom precz stąd!
A ja mam, z dedykacją dla mnie, Hexwood Diane Wynne Jones
 
Copyright 2009
Original theme by WP Themes Creator, modified by VARALI, main graphics by KUNDAGI