Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 maja 2014

Kilka słów na temat "The Sandman Companion"


Publicystyka na temat twórczości – niezależnie od tego czy chodzi o literaturę, muzykę czy też komiks – może przyjmować różne formy. Niektórzy autorzy starają się przedstawić czytelnikom dokładnie przyczyny, tło kulturowe oraz proces tworzenia, opisując czas powstawania oraz autorów i pozostałe zaangażowane osoby. Inne podejście polega na rozbudowanej analizie znaczeniowej – poszukiwaniu źródeł, inspiracji, kodów kulturowych. Często jest to zgadywanie „co autor miał na myśli” bardziej lub mniej oparte na tym, co ten rzeczywiście powiedział lub napisał. Ale można też po prostu zapytać autora wprost „jak właściwie wyglądał proces tworzenia?”.

Wydany dosyć dawno temu – bo w 1999 roku – „The Sandman Companion” to jedna z najważniejszych prób opisania szerszej publiczności tego o czym Sandman tak naprawdę jest i dlaczego jest tak ważny. Książka okazała się na tyle popularna, że jest w ciągłej sprzedaży, a DC Comics (z zachowanym szyldem Vertigo) dba o regularny dodruk egzemplarzy. Z pewnością niewielka, licząca niecałe 300 stron, nie może mierzyć się z potężnym, kilkutomowym „The Annotated Sandman”, ale jest zdecydowanie warta przeczytania. Dlaczego?

Najwięcej miejsca zajmują rozmowy autora z samym Neilem Gaimanem. Hy Bender konsekwentnie i z dużą wnikliwością wypytuje Gaimana najpierw o to, w jaki sposób zainteresował się komiksem, dlaczego sam zaczął tworzyć, jakie były jego główne inspiracje – i wreszcie – w jaki sposób trafił do DC Comics. O to, jak wraz z artystą Dave’em McKeanem najpierw stworzyli historię o zapomnianej bohaterce imieniem Czarna Orchidea, a później – jak powstała historia o Sandmanie, wywodząca się z superbohaterskich legend opowieść, która nie miała wiele wspólnego z ówczesnymi komiksami o superbohaterach.

czwartek, 6 października 2011

Ulubione odcinki Sandmana: Ramadan (recenzja)



Uwaga – tekst zawiera spoilery (oraz może zawierać śladowe ilości orzeszków ziemnych).

Właściwie ciężko jest mi wskazać, który z wszystkich regularnych odcinków „Sandmana” uważam za najlepszy. O wiele prościej byłoby wskazać jeden z zebranych tomów – i wtedy byłaby to bezapelacyjnie „Pora Mgieł”. Ale jest to całość na tyle mocna i zwarta, że w zasadzie żaden z pojedynczych w niej odcinków nie wybija się na tle reszty, nie przykuwa uwagi bardziej, niż wszystkie inne. Podobnie jest z pozostałymi tomami, w których dominuje główny wątek – historia Morfeusza oraz dzieje jego wzlotów i upadków. Zresztą te części podobają mi się o wiele bardziej, niż „luźniejsze” tomy opowiadań – „Kraina snów”, „Refleksje i przypowieści” czy „Koniec światów”. Historie tam zamieszczane jawią się jako nierówne i być może zbyt różnorodne. Ale są tam też bardzo mocne rzeczy i dlatego myśląc o najlepszych odcinkach „Sandmana”, jako jeden z nich wskazuje właśnie fragment tomu opowiadań – „Ramadan” z „Refleksji i przypowieści” (w pierwszym polskim wydaniu wchodzi w skład tomu „Sandman #11 – Refleksje i przypowieści część II”).

Podczas podróży przez stulecia, przez różne istniejące i nieistniejące krainy, mitologie i legendy, tym razem Neil Gaiman i Philip Craig Russell zabierają nas do zupełnie nowego miejsca. Wczesnośredniowieczny Bagdad, miasto wspaniałości i dziwów, kraina tysiąca i jednej opowieści zmieniających widzenie świata. Dwór legendarnego Haruna al-Raszida, na którym rozwijały się nauki, tworzono wielkie dzieła sztuki i literatury w czasach, kiedy Europa podnosiła się z zapaści w oczekiwaniu na renesans karoliński. Miejsce cudów. Mogłoby się wydawać, że władca takiego miasta może czuć się szczęśliwy, tworząc największe i najwspanialsze imperium.

Ale Harun al-Raszid nie jest szczęśliwy. Dręczony myślami o przemijaniu, o własnej śmiertelności i daremności wszystkiego, co ludzkie wobec wieczności, decyduje się na straszny i radykalny krok. Zabiera ze swego tajemnego skarbca najbardziej złowrogi i przerażający przedmiot – kulę będącą więzieniem najgorszych ifrytów i demonów – i wzywa Władcę Snów, aby dokonać z nim targu. Spacerując pośród gwaru i tłumów robiących zakupy na Suuku, kalif zdradza Morfeuszowi swoje największe marzenie. Pragnie nieśmiertelności – ale nie dla siebie, tylko dla własnego dzieła, magicznego Bagdadu – i prosi Władcę Snów o to, ażeby trwało wiecznie. Morfeusz wyraża zgodę.

I wtedy wszystko się odmienia. Łącznie ze stylem rysunku. Od samego początku historii P. Craig Russell stworzył bardzo umowne, ale bardzo sugestywne ilustracje idealnie pasujące do czasów średniowiecznego islamu i do świata „Tysiąca i jednej nocy”, z dominującymi barwami piasku i ognia. Dokładnie tak, jak wyobrażałbym sobie zilustrowanie „Niewidzialnych miast” Italo Calvino. Dopiero w momencie, kiedy zostaje zawarta umowa pomiędzy dwoma bohaterami wszystko ulega zmianie. Znika cała baśniowość, kadry stają się tradycyjnie „komiksowe”, w palecie kolorów zaczyna dominować szarość, a i liternictwo przestaje być stylizowane. Kalif al-Raszid nic nie pamiętając, powraca do swego pałacu – mocno już poszarzałego i podniszczonego, zajmować się sprawami państwa. Morfeusz zaś wypełnia swoją część umowy…

Ale gdyby cała historia zakończyła się w tym miejscu, zdecydowanie nie robiłaby tak dużego wrażenia. Dopiero poznanie finału opowieści pozwala docenić jej moc. Otóż wszystko to, co działo się wcześniej, było tylko opowiadaniem snutym przez starego muzułmanina, którego jedynym słuchaczem jest młody, kaleki chłopak. Kiedy nie ma już czym zapłacić za opowieść, starzec mówi mu, żeby wracał już do domu i nie narażał się na niebezpieczeństwa. I chłopiec rzeczywiście wraca. Pośród ruin zniszczonego miasta, kryjąc się przed kolejnymi nalotami bombowymi, przed wojskami sprzymierzeńców i wrogów, bandami terrorystów i zwyczajnych złodziei. Ale chłopiec wcale nie myśli o toczącej się wojnie. O głodzie czy o zranionej nodze. Wbrew temu, co się wokół niego dzieje chłopiec ma w głowie zupełnie inny obraz – obraz cudownego i magicznego Bagdadu swoich przodków. Czasu ifrytów i feniksów. Czasu chwały i pokoju. Scena niczym z powieści Salmana Rushdiego pokazujących, jaka jest siła ludzkiej nienawiści i jak niewiele potrzeba do zniszczenia wszystkiego dookoła. Ale istnieje też inna siła – siła opowieści, siła opowiadanych historii, które pozwalają odnaleźć sens życia. Opowieści, które w chwilach największej grozy pozwalają przetrwać i żyć dalej. Opowieści, które pozwalają budować nowe życie, gdzie na każdym rogu nie będzie już groźby zamachu czy strzelaniny. Czego wszystkim chciałbym życzyć, a autorom tej historii podziękować za pięknie opowiedziane przesłanie.

Zapewne „Sandman” nie jest przeznaczony dla dzieci. Ale takie historie dałbym do czytania dzieciom, ponieważ są tego naprawdę warte. Magiczny Bagdad na zawsze już będzie czekał w krainie snów na każdego, kto tylko tego zechce. Zaś to, czy cena nieśmiertelności nie była zbyt wielka, to już zupełnie inna kwestia.

„Ramadan” to być może najbardziej poruszająca część „Sandmana”, a na mnie zrobiła spore wrażenie. Rozumiem, że być może nie każdy przepada za poruszaniem takich tematów, ale to także dzięki nim twórczość Gaimana zyskuje dodatkowy wymiar i jest czymś, co ją dzieli od większości współczesnych historii fantastycznych. Nie wiem, czy może ktoś jeszcze ceni sobie ten odcinek?

PS. "Ramadan" był najlepiej sprzedającym się odcinkiem "Sandmana" ze wszystkich wydanych pojedynczych zeszytów. Więcej informacji na ten temat tutaj.

niedziela, 4 lipca 2010

Death: The High Cost of Living- recenzja


Nieco inne spojrzenie. Nie odwiedzamy tutaj krainy Władcy Snów, ani też żadnej z domen jemu podobnych. Akcja nie dzieje w żadnym mniej lub bardziej nieistniejącym świecie. Nie pojawiają się tutaj żadne fantastyczne postaci, twory snów czy koszmarów, istoty dla których nie ma miejsca wśród zgiełku zwyczajnego dnia. Jeśli oczekujesz gościu opowieści o rzeczach niesamowitych, ulotnej magii czy też ludziach nieco innych od tych których zazwyczaj spotykamy, to...

...Trafiłeś doskonale. Bo to Neil Gaiman wraz z Chrisem Bachalo, Markiem Buckinghamem i Davidem McKeanem zabiera nas na opowieść o najbardziej niezwykłym zjawisku na tym i wszystkich innych światach. O czymś tak ulotnym, że wystarczy na chwilę odwrócić głowę, a już znika niczym przyduszony płomień. A jednocześnie o czymś tak wytrwałym, że niczemu jeszcze nie udało się z niego oczyścić świata. O największej z tajemnic. O życiu.

Z pozoru koncepcja z tych najbardziej trywialnych. Zamknięty w sobie szesnastoletni chłopak, wstydzący się nawet swojego imienia, dzięki „oryginalności” rodziców, którzy sądzili, że wspaniałym pomysłem będzie nazwanie jedynego syna Sexton. Rodziców, którzy jako zadeklarowani hippisi i zwolennicy ideałów rozeszli się, gdy trzeba było gonić za prawniczą karierą i wszystkimi blaskami i cieniami codzienności. Przeżywając swe wszystkie egzystencjalne dolegliwości, nie widząc żadnego sensu w niczym ani nikim, decyduje się opuścić ten żałosny padół pełen samych łez i skończyć ze sobą... Kiedy to jedno spotkanie odmieni wszystko. W żaden sposób nie zdaje sobie sprawy z tego, co go czeka, kiedy spotyka pewną niezwykłą młodą dziewczynę. Ubrana na czarno, ciemnowłosa, o niezwykle bladej cerze, nosząca na szyi srebrny krzyż egipski kryje w sobie więcej, niż by się mogło wydawać.

Tak oto rozpoczyna się niezwykła podróż po Nowym Jorku, w czasie której spotykamy przedziwną galerię postaci, w tym i również kilkoro starych znajomych... Jest Szalona Hettie, jedna z osób, o których można by powiedzieć, że przekroczyli granice obłąkania i przeszli na drugą stronę do kompletnie nieznanych lądów, potrzeb i celów życia. Jest i starszy mężczyzna nazywający się Eremitą, poszukujący władzy i mocy. Nie waha się przed niczym, co chociaż częściowo przybliżyłoby go do tego celu, przy czym kompletnie nie rozumie jak różne mogą być sposoby zdobywania i utrzymywania władzy. Spotykamy też dziewczynę w zaawansowanej ciąży, która stara się pokazać wszystkim dookoła jak to bardzo mogłaby być zbuntowana i przeciwna przeróżnym autorytetom, gdyby tylko chciała. Gdyby tylko mogła. Dziewczynę uciekającą przed demonami przeszłości do wielkiego miasta, żeby rozpocząć zupełnie inne życie i zapomnieć o wszystkim, co było kiedyś. Gdyby tylko to było możliwe... I to wcale nie są wszyscy z poznanych ludzi...

Cała ta galeria barwnych i zwyczajnych, zdumiewających i prozaicznych postaci stoi na drodze parze bohaterów podczas ich nocy nie do zapomnienia. Z jednej strony Sexton i jego młodzieńczy nihilizm, cynizm, jak i oczywiście przekonanie, że doskonale zna pobudki wszystkich ludzi dookoła, pobudki które w żaden sposób się od siebie nie różnią. Zaś z drugiej strony... Dziewczyna, którą nazywają Didi, a która sama o sobie mówi, że jest śmiercią. Starająca się przeżyć jak najwięcej, jak najmocniej uchwycić się przemijającego czasu. Ciesząca się najzwyklejszymi zdarzeniami, możliwością spędzania czasu z ludźmi. Ciesząca się wszystkim tym co ją może spotkać. Mimo tego, co ją spotkało wcześniej. Mimo tego, co nieuchronnie musi się wkrótce stać... Chyba ciężko o bardziej dobraną parę bohaterów, ciężko o lepszy dialog dwóch różnych postaw życiowych. Co z tej niezwykłej podróży wyniknie zarówno dla jednego jak i dla drugiego (oraz dla wszystkich spotykanych przez nich ludzi)? W jaki sposób zwyczajne i niezwyczajne rozmowy będą w stanie odmienić zwyczajne i niezwyczajne ludzkie życie? A wreszcie jak zakończy się ich historia, oraz kim naprawdę okaże się dziewczyna spotkana w tak niezwykłych okolicznościach? Oczywiście w żadnym wypadku nie zamierzam tutaj zdradzać zakończenia historii. Pozostaje mi tylko zachęcić do sięgnięcia po nią.

Zwłaszcza, że trzy lata temu Egmont wydał w polsce zarówno „The High Cost of Living”, jak i inną opowieść („The Time of Your Life”), w tomiku zatytułowanym po prostu „Śmierć”. Na temat polskiego wydania, tłumaczenia, etc. wypowiedzieć się nie mogę - rzecz czytałem w oryginale i znam tylko wersję angielską. Zwłaszcza, że w tej chwili nawet łatwiej kupić oryginalne wydanie, niż polować na niedostępne w znanych mi księgarniach tłumaczenie. Ale myślę, że warto to przeczytać, niezależnie od wydania. A dla fanów obrazkowych historii Gaimana to już z pewnością coś, co trzeba znać.

poniedziałek, 24 maja 2010

"Amerykańscy Bogowie" - recenzja


Skoro właśnie trwa akcja "jedna książka, jeden Twitter" poświęcona Amerykańskim bogom, to przy okazji przypomnijmy sobie, o co chodziło w tej powieści. Zapraszam do przeczytania kolejnej mojej recenzji.


„Desert Sky, dream beneath a desert sky
The rivers run but soon run dry, we need new dreams tonight
Desert Rose, dreamed I saw a desert rose
Dress torn in ribbons and in bows - like a siren she calls to me
Sleep comes like a drug, in God’s Country
Sad , crooked crosses, in God’s Country.”

Ameryka. Już od ponad dwustu lat kraj ten jednocześnie fascynuje i oczarowuje, przeraża i dziwi zarówno przybyszów ze Starego Świata, jak i osoby, które nigdy nie przeprawiły się przez Atlantyk, ale z wielkim napięciem obserwują, co też się dzieje we współczesnym caput mundi. Kraj, wydawać by się mogło zupełnie bez korzeni, tworzony przez zbitkę niemalże wszystkich narodów świata, które napływały do niego przez te wszystkie lata, szukając lepszego życia, a także przez pozostałości kultury rdzennych mieszkańców. Kraj, którego obywatele stopili się w czasem wyśmiewany, czasem chwalony, a kiedy indziej podziwiany naród. Jest to wreszcie kraj, którego kulturowymi obywatelami są jakże liczni mieszkańcy Europy, w tym i nasi rodacy. Bardzo łatwo jest wydać negatywną opinie na temat Stanów, stylu życia ich mieszkańców, wyznawanych przez nich wartości, nietrudno całkowicie odrzucić ten jeden wielki kotlet, do którego przekaz medialny sprowadza obraz tego kraju. Bardzo trudno natomiast jest zrozumieć całą wewnętrzną różnorodność, olbrzymie zróżnicowanie społeczne i kulturowe, którego na pierwszy rzut oka z dalszej odległości wcale nie widać… Dlatego też może i dobrze, że obraz Ameryki jest przedstawiany przez kogoś, kto mieszka tam na co dzień, ale tak samo jak wielu innych przybył do niej ze Starego Świata…

Wydana prawie dziesięć lat temu powieść Neila Gaimana, Amerykańscy bogowie, okazała się najpoczytniejszą i też najbardziej znaną książką tego autora, co zresztą chyba nie zmieniło się do dnia dzisiejszego. Nie sposób się temu dziwić. Opisana z niezwykłą drobiazgowością podróż przez dwie Ameryki - jedną, która jawi się jako zwyczajne, znane z wielu filmów i seriali miejsce, gdzie współistnieją ze sobą ogromne metropolie oraz świat małych miasteczek. Amerykę, którą kojarzy każdy przeciętny zjadacz chleba. Ale gdyby książka opowiadała wyłącznie o podróży Cienia przez zwyczajne miasta i miasteczka, nie byłaby godna polecenia i nie miałaby takiej wartości. Ważniejsza może jest podróż przez tę drugą Amerykę, która nie jest wystawiona na światło dzienne dla przeciętnego turysty. Amerykę mającą swoją własną historię, składającą się z historii wszystkich tych, którzy przez wieki przybywali do Nowego Świata, dobrowolnie bądź pod przymusem, szukając szansy na lepsze życie, uciekając przed demonami, czy po prostu nie mając innego wyboru. Tych wszystkich ludzi, którzy przywieźli do nowego kraju swoje marzenia, swoje nadzieje, swoje poglądy i wierzenia. Amerykę, która zazdrośnie strzeże swoich sekretów i nie pozwala nikomu z zewnątrz przeniknąć do samego sedna…

Najzwyklejsza w całym otaczającym nas galimatiasie wydaje się postać głównego bohatera. Człowiek nazywany Cieniem, to mógłby być zwyczajny chłopak z sąsiedztwa, chociaż zapewne nikt by się do niego nie przyznawał. Postać nie ujawniająca przesadnej inteligencji, za to wysoka i umięśniona, mająca zwyczajną, spokojną pracę, pozwalającą na normalne życie w jednym z amerykańskich miasteczek. Ponadto Cień jest ożeniony z przepiękną dziewczyną, dla której byłby gotów zrobić wszystko, i jak wiemy robi to na tyle skutecznie, żeby znaleźć się w sytuacji wyjściowej: warunkowo zwolnionego z więzienia stanowego, po odbyciu trzech lat z zaplanowanej kary za napad z bronią w ręku. Wydawać by się mogło, że z takiego zestawu warunków początkowych nie można ułożyć ciekawej, intelektualnej powieści. Że postać mało rozgarniętego osiłka, którego jedyną pasją jest uczenie się sztuczek z monetami i który z desperacji bierze się do czytania Herodota, nie będzie wystarczającym spoiwem powieści. Ale ostatecznie, na samym początku nic nie zapowiadało, co może się kryć w Edmundzie Dantesie…

W końcu ogromne znaczenie ma tutaj to, co niezwykłe i to, co metafizyczne. Zresztą ta powieść wcale nie jest pierwszym przykładem wykorzystania przez autora nawiązań mitologicznych i przeniesienia postaci czy nawet samych schematów do współczesnego świata. Ale tutaj jest to zrobione w sposób pełniejszy. Owszem, wszyscy ci dumni bogowie nigdy by się nie przyznali, że to co się dzieje w otaczającym ich świecie ma dla nich jakiekolwiek znaczenie. Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z najsilniej wyeksponowanymi w powieści postaciami o skandynawskim czy egipskim rodowodzie, czy też z wszelkimi bożkami, duchami, leprechaunami i innymi dżinami, które mogły pojawić się wszędzie i zawsze, w tym przypadku zostają skonfrontowane z rzeczywistością. A o tym, jaka jest rzeczywistość wiary na początku naszego stulecia najlepiej przekonuje chyba scena, w której Wednesday wraz z Eostre toczą jakże ciekawą dyskusję z wielce zaangażowaną i niemalże płonącą ogniem swoich przekonań dziewczyną przedstawiającą się jako poganka i wiccanka. Epoka New Age, którą bardzo łatwo zaobserwować - wystarczy tylko wejść do pierwszej z brzegu księgarni - dla każdego ze starych, a nawet wiekowych systemów wierzeń jest naprawdę skutecznym przekleństwem. Skoro żeby zapełnić powstającą w człowieku potrzebę mistycyzmu czy też Uczestniczenia we Wspólnocie, wystarczy tylko pobieżnie zapoznać się z nie mającymi żadnych treści skrawkami ładnie brzmiących słówek, to po co robić cokolwiek innego? Zwłaszcza jeśli tradycyjnie działające, ortodoksyjne kościoły nie są w stanie dać ludziom tego, czego potrzebują, a tylko wymagają od nich życia według ściśle określonych zasad. Po co „nowocześnie myślącym” ludziom, chcącym iść z duchem czasu coś takiego? Bardzo łatwo zarzucić tutaj Gaimanowi, że w świecie przedstawionym w powieści co krok natykamy się na postaci z antycznych panteonów, na istoty, które od wielu setek lat przestały funkcjonować na płaszczyźnie religijnej, stając się jedynie bohaterami baśni, a zaledwie wspomina się tutaj o dominujących religiach judeochrześcijańskich. Ale jeśli o mnie chodzi, to wcale nie ma potrzeby, żebyśmy czytali o aniołach, diabłach czy innych mieszkańcach teologicznych zaświatów. Ważne tutaj jest samo zjawisko. Powolna śmierć starej, wiekowej wiary w zetknięciu z dniem dzisiejszym. Z jednej strony w zetknięciu z oddziałami tych „nowych bóstw” - bóstw telewizji, komputerów, telefonów komórkowych i całego ekwipunku zajmującego swoją pozycję drogą peryferyczną. Ale nie to jest największym zagrożeniem. Te „złote cielce”, jeśli wolno mi w tym przypadku użyć takiego wyrażenia, przyjdą i jeszcze szybciej odejdą, robiąc miejsce kolejnym w niekończącym się wyścigu nowego z jeszcze nowszym. To, co stanowi o sile nowych trendów, to ich aktualność, zgodność z obowiązującą modą, skrajna zdolność do adaptacji, której kosztem pada wcześniejsza tożsamość. To, co stanowi o ich sile sprawi, że nie będą się długo cieszyć swoją pozycją. Dużo gorszy od takowej konfrontacji jest właśnie New Age. Sprowadzenie sfery sacrum do kolorowego, ładnego pudełka, które jest otwierane li tylko wtedy, kiedy jest potrzebne, oraz ignorowanie wszystkich pozostałych, wydawać by się mogło, komponentów wierzeń i przekonań. W dzisiejszych czasach żaden faktyczny czy też kulturowy obywatel Ameryki nie ma czasu, żeby zastanowić się nad wartościami płynącymi z przeszłości. Po co ma to robić, skoro ma do dyspozycji wielki kocioł, z którego może brać co chce, kiedy chce i bez żadnej odpowiedzialności za to, co robi?

Ale przecież książka nie jest tylko literacką wizją wyżej zaprezentowanych problemów. Zresztą całość jest napisana na tyle sprawnie i przekonywająco, że może zainteresować osoby, które na co dzień nie są zainteresowane taką tematyką. Wtedy wystarczy, ze zainteresują się samą intrygą, niesamowitą opowieścią o podróży Cienia przez Amerykę, o jego niezwykłych towarzyszach i wrogach. W zasadzie nie ma żadnych przeszkód, żeby odczytać powieść jako przykład literatury fantasy, chociaż w takim przypadku może umknąć wiele zawartych tam treści, chociażby sens występujących w książce przerywników - autonomicznych opowieści, dziejących się czasem nawet całe stulecia przed rozpoczęciem właściwej akcji. Chociaż każda z tych opowieści, każde z tych wewnętrznych opowiadań, wydaje mi się, jest na tyle interesujące, że naprawdę nie warto ich pomijać. Przejdźmy zatem do opowieści właściwej. Moją ulubioną częścią książki jest ta dziejąca się w maleńkim miasteczku nad brzegiem jeziora. Niesamowity klimat obserwowanej oczyma kogoś obcego, niewielkiej, dość zamkniętej społeczności, która wydawać by się mogło, żyje własnym życiem, z całych sił przeciwstawiając się przemianom cywilizacyjnym. Społeczności, która skrywa małe i wielkie tajemnice, bez których nie byłaby w stanie normalnie funkcjonować. Niezwykle „filmowy” wątek, i tylko można się zastanawiać, kto najlepiej potrafiłby przenieść całość na duży ekran: David Lynch, Wim Wenders czy może jeszcze ktoś inny? Jak dla mnie cali Amerykańscy bogowie to świetny materiał na adaptację - książka jest wystarczająca kontrowersyjna, dotyka wielu nośnych dzisiaj tematów oraz ma potencjał, by przyciągnąć widza wartką akcją. Nie da się ukryć, że byłby to film o wiele trudniejszy do zrealizowania niż Gwiezdny pył czy Koralina, ale jednak do zrobienia. Nawet niekoniecznie z udziałem samego autora jako Anansiego czy Amandy Palmer w roli Laury.

Wbrew temu, co całkiem niedawno pisał sam autor, gdybym miał komuś polecić jedną jedyną książkę Neila Gaimana, to byliby to tylko Amerykańscy bogowie. Ze względu na rozmach kreowanego świata, zabawę konwencją na większą skalę niż gdzie indziej, za stworzenie jeszcze bardziej spójnego świata, gdzie przenika się to, co zwyczajne z tym, co pradawne i nadnaturalne, a wreszcie za zwyczajne interakcje między postaciami. Nie sądzę, żeby poza pojedynczymi przypadkami dorosły czytelnik zniechęcony taką książką mógł później z przyjemnością sięgnąć po Nigdziebądź, Chłopaków Anansiego, Sandmana lub też inne literackie czy komiksowe dzieła. Może rzeczywiście forma jest inna. Może rzeczywiście całość jest pisana innym językiem (rozumiem też, że ktoś może poczuć się urażony stosowanym, szczególnie na początku, mocno kolokwialnym słownictwem, ale zapewniam, że nie jest to reguła, a raczej konieczność wynikająca z takiego, a nie innego usytuowania głównych bohaterów). Ale przecież nie oddaliliśmy się ani na krok od tematów poruszanych w tych wszystkich pozostałych utworach. Zainteresowanie mitologią nordycką czy egipską można było przewidzieć. Jednak odgadnięcie, jak tym razem będą wyglądać odniesienia do nich, nie było już takie proste.

Pozostaje tylko pytanie, czy Gaiman rzeczywiście zdecyduje się powrócić do wykreowanego przez siebie świata, a jeśli tak (skoro we wszystkich wywiadach potwierdza takowy zamiar), to kiedy miałoby to nastąpić oraz jaką rolę w historii miałyby odgrywać dalsze dzieje Cienia. Miejsca na kontynuację autor zostawił sobie całkiem sporo, natomiast jak to miałoby wyglądać - pojęcia nie mam. I z ogromną przyjemnością się przekonam. Oby prędzej niż później.

“The highway’s jammed with broken heroes on a last chance power drive
Everybody’s out on the run tonight but there's no place left to hide
Together, Wendy, we can live with the sadness
I’ll love you with all the madness in my soul
Someday girl, I don't know when we’re gonna get to that place
Where we really want to go and we’ll walk in the sun
But till then tramps like us, baby, we were born to run”

(Podane cytaty pochodzą oczywiście z piosenek "In God's Country" U2 oraz "Born To Run" Bruce'a Springsteena.)

[Recenzja powstała w ramach współpracy z portalem Kawerna]

czwartek, 22 kwietnia 2010

"Chłopaki Anansiego"- recenzja

Przy okazji wydania przez Maga wznowienia póki co ostatniej „dorosłej” powieści Neila Gaimana - Chłopaków Anansiego w twardej oprawie (z cyklu takich, co to mają ładnie na półce wyglądać) przypomnijmy sobie tę książkę, która swą premierę na polskim rynku miała już dobre cztery lata temu.

Wyobraźmy sobie pewną opowieść. Opowieść, która dotyczy pewnego, wydawać by się mogło zupełnie zwyczajnego, przeciętnego człowieka, żyjącego we współczesnej wielkomiejskiej dżungli Londynu. Z pewnością znajdzie się wielu takich, którzy pozazdrościliby Charlesowi Nancy’emu jego życia. Dzieciństwo na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, własne mieszkanie w ładnej okolicy jednego z symboli kosmopolityzmu, piękna narzeczona, z którą już wkrótce ma wziąć ślub, wreszcie praca na niezbyt odpowiedzialnym stanowisku, ale za to dająca możliwość spokojnego życia. Posada doradcy finansowego nie zapewnia specjalnych wrażeń. Mimo to, naprawdę niejedna osoba mogłaby marzyć o takim życiu, chcąc się wyrwać ze zbyt zróżnicowanej codzienności. Tylko że sam bohater, nazywany od zawsze Grubym Charliem, wcale nie uważa, żeby jego życie było czymś godnym pozazdroszczenia. Wręcz przeciwnie. Z przerażeniem wspomina dzieciństwo spędzone w Ameryce pod okiem ojca, który imał się jedynie łowienia ryb i podrywania panienek w barze. Ojca, który przez całe dzieciństwo przyprawiał go o wstyd i śmieszność. Kocha swoją narzeczoną, ale nienawidzi jej apodyktycznej matki, która najchętniej zaplanowałaby życie swojej małej dziewczynki z dala od takich drani z niższych sfer jak Charles Nancy. Chociaż dla niego samego i tak najgorsze jest to, że jego ukochana wcale nie chce z nim sypiać… Nienawidzi również swojej pracy, w której współpracownicy zmieniają się niemalże co chwila, przez co nie ma szans z nikim zaznajomić się bliżej. Nie mówiąc już o despotycznym szefie, który kieruje wszystkim żelazną ręką. Tak, na kilka lat przed trzydziestymi urodzinami bohater wcale nie ma poczucia spełnionego życia. Pełny kompleksów, niechętny do wprowedzenia jakichkolwiek zmian w swoim życiu, przybity po śmierci matki, przeżywa szereg szarych dni bez nadziei na jakąkolwiek odmianę…

I wtedy wszystko się zmienia. Okazuje się, że Gruby Charlie miał brata. Kogoś kompletnie innego niż on sam. Przebojowego mężczyznę, który potrafi zadbać o siebie. Człowieka zupełnie beztroskiego, traktującego życie jak niekończącą się zabawę, uważającego, że nie warto zatrzymywać się na dłużej w jednym miejscu, skoro jest jeszcze tyle do zrobienia i zobaczenia. Człowieka, za którym kobiety po prostu szaleją, ale dla którego wszelkie związki to tylko krótkie przygody… I taki oto człowiek pojawia się w życiu Charliego, niszcząc je całkowicie. Podszywając się pod niego, najpierw zaczyna podrywać i uwodzić jego narzeczoną, a kończy na tym, że po zadarciu z despotycznym szefem, wywołuje zemstę z oskarżeniami o malwersację finansowe. O tak, z tego może być niezła awantura.

Właściwie to dość prostą historię obrał sobie autor za kanwę powieści. Ot, taka komediowa obyczajówka, która jeśli tylko jest rzetelnie i profesjonalnie przeprowadzona, może czytelnikowi dostarczyć uśmiechu, kilku niezwykle cennych obserwacji społecznych, a czasami może nawet zaskoczyć przez dodawanie kolejnych wątków albo zmuszanie bohaterów do robienia zupełnie nieoczekiwanych rzeczy… Ale nie sądzę, żeby można było z tego wyciągnąć więcej… Natomiast tutaj…

W Chłopakach Anansiego przytoczone przeze mnie początkowe perypetie głównego bohatera służą zaledwie jako szkielet całej opowieści, który następnie jest owijany poszczególnymi warstwami, niemalże całkowicie zmieniającymi wymowę całego utworu. Powieść zaczyna się bardzo pratchettowo, chociaż właściwie zupełnie omija tematykę, która interesowała Pratchetta przy pisaniu powieści (chyba z wyjątkiem samych Opowieści i ich wpływu na ludzi i zbiorowości, ale sam Gaiman niespecjalnie rozwinął ten wątek), mam za to wrażenie, że autor posłużył się taką konwencją, żeby zacząć od mocnego aspektu komicznego i w ten sposób poprowadzić resztę swojej książki. Powiem nawet więcej - mam wrażenie, że książka byłaby równie dobra, gdybyśmy pozostali tylko przy tej komediowo-obyczajowej wykładni. Gdyby Spider był po prostu zaginionym bratem, który z bliżej nie przedstawionych czytelnikowi powodów nie wiedział, że ma w Anglii rodzinę i nie mógł wcześniej się skontaktować z „ukochanym braciszkiem”. Gdyby ojciec obu postaci był rzeczywiście jedynie starym lubieżnikiem, lubiącym sobie wypić, robić szkolne kawały wszystkim dookoła, nie plamiąc się przez całe swoje życie czymś tak ordynarnym i niegodnym jak praca. Gdyby cztery starsze panie, żyjące w małym amerykańskim miasteczku, patrzące ze zgrozą na to, co się dzieje z dzisiejszym światem, biadolące nad upływem czasu, chociaż widać po nich, że wciąż nie powiedziały swojego ostatniego słowa były wyłącznie… hmm… czterema starszymi paniami, żyjącymi w małym amerykańskim miasteczku, patrzącymi ze zgrozą na to co się dzieje z dzisiejszym światem, biadolącymi nad upływem czasu, chociaż widać po nich, że jeszcze mają co nieco do powiedzenia. A tak, mamy tutaj dodane kolejne warstwy…

To, czy nazwiemy te kolejne warstwy „fantastyką”, czy też „realizmem magicznym” zależy tylko od naszego uznania. Można by sądzić, że cała symbolika utworu, wywodząca się od prehistorycznych opowieści obejmujących współżycie ludzi z całym otaczającym ich światem zwierzęcym, mająca stworzyć postać boga Anansiego, służy nadaniu całej historii o wiele bardziej poważnych i ponadczasowych wartości. Już we wcześniejszych książkach autora (z kulminacją w postaci Amerykańskich Bogów) sporo miejsca zostało poświęcone takim tematom jak sama istota opowieści, czy też relacje pomiędzy wiarą, tradycją, a współczesnym modelem życia naszego społeczeństwa. Jednakże Chłopaki Anansiego to książka, którą prędzej przyrównałbym do Nigdziebądź, niż Bogów. Oczywiście nie jest to jednoznaczne z negatywną oceną dzieła. Tylko że. Jeśli po póki co ostatniej „dorosłej” powieści Neila Gaimana ktoś będzie spodziewał się chwilami zabawnej, chwilami przejmującej, a chwilami pouczającej opowieści, okraszonej szczyptą magii i niesamowitości - w takim przypadku myślę, że powinien być zadowolony, a wręcz otrzyma więcej niż się spodziewał. Gorzej natomiast, jeśli ktoś oczekiwał co najmniej powtórki z Amerykańskich bogów. Tutaj taki czytelnik może być zawiedziony, bowiem ta zabawna historia w sposób tylko fragmentaryczny korzysta z zasobnych pokładów mitologicznych i kulturoznawczych, do których pisarz odwołał się wcześniej. Po prostu sama opowieść wymusza podejście do tych tematów z lekkością i przymrużeniem oka, dlatego chwilami można mieć wrażenie, że cała powieść jest po prostu tym wszystkim przeładowana, a chociażby nawiązania do pisarstwa Kafki robią wrażenie zupełnie nie na miejscu.

Moja dość umiarkowana recepcja powieści również będzie wynikać z czegoś innego. Za dwa lata minie cała dekada od wydania Amerykańskich bogów, póki co zdecydowanie najważniejszego epickiego dzieła pisarza. W przeciągu tych dziesięciu lat z pewnością nie możemy narzekać na dopływ jego twórczości. Otrzymaliśmy kilka innych książek, chociaż głównie skierowanych do młodszego czytelnika, ale za to dość dobrze ocenionych przez szeroką publiczność. Mieliśmy też wiele głośnych dzieł komiksowych, które nawet ukazują się na naszym, dość marnym, rynku komiksowym. Wreszcie Neil Gaiman okazał się postacią wkraczającą nawet w świat filmu i kto wie, czy wkrótce nie doczekamy się jakiegoś pełnometrażowego obrazu w całości wyreżyserowanego przez niego. Natomiast w temacie powieści… no właśnie. Po prostu nie chciałbym, żeby Amerykańscy bogowie pozostali najlepszą książką, którą napisał, ale żeby pojawiły się kolejne pozycje, które będą mogły z nią śmiało konkurować. Czego życzę sobie i wszystkim czytelnikom.

I jeszcze kilka słów na temat samego tłumaczenia. Zwykle praca pani Braiter nie budzi moich zastrzeżeń (oczywiście na tyle, na ile jestem w stanie to zauważyć bez znajomości oryginałów, ale chyba każdy jest w stanie dostrzec marne tłumaczenie, czytając przełożony tekst), natomiast tutaj jedna rzecz budzi moją wątpliwość. Jako że bohaterami są postaci dość mocno umuzykalnione, w tekście pojawia się mnóstwo odwołań do wykonawców i tytułów muzyki popularnej. Oczywiście rozumiem, że polski czytelnik nie musi znać wielu standardów muzyki anglosaskiej, natomiast jestem wielkim zwolennikiem utrzymania pewnej stałości w tłumaczeniu. Albo podajemy tytuły piosenek w oryginale, albo ich polskie odpowiedniki. Kiedy w tekście widnieje raz jedna wersja, a raz druga, naprawdę nie wygląda to dobrze. Nie mówiąc już o wszystkich odnośnikach do popkultury w samych wypowiedziach bohaterów, ale to już jest niestety nie do przełożenia na inny język i tylko czytanie tekstu w oryginale pozwoli nam dotrzeć do wszystkich znaczeń przemyślanych przez autora.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

"Odd i Lodowi Olbrzymi"- recenzja

Chłopaków Anansiego, pojawił się tylko materiał przeznaczony dla zdecydowanie młodszych odbiorców (chociaż nie pozbawiony wartości również dla starszych). Najpierw omawiana w poprzednim moim tekście Księga cmentarna, a teraz rzecz zupełnie najświeższa (chociaż na przetłumaczenie i polskie wydanie czytelnicy musieli czekać całe dwa lata - tym razem wydawnictwo MAG niespecjalnie się postarało, żeby być na bieżąco z nowościami książkowymi). Zresztą to właśnie wydanie Odda i Lodowych Olbrzymów (na równi z drugim wydaniem Chłopaków Anansiego) stało się pretekstem (bo co było prawdziwym powodem, to chyba wszyscy, którzy czytują kolejne wpisy pojawiające się na tej stronie doskonale wiedzą) do spotkania z autorem w warszawskim Empiku.
„Dorośli” czytelnicy Neila Gaimana mogą się poczuć niepocieszeni ostatnimi napisanymi przez niego książkami. Od czasu wydanych całe pięć lat temu

Mam nadzieję, że wszyscy zostali już ostrzeżeni. Odd i Lodowi Olbrzymi to zdecydowanie książka dla czytelników młodszych i to raczej takich, do których był skierowany prosty język Koraliny niż bardziej skomplikowany fabularnie i językowo świat Księgi cmentarnej. Całość jest króciutka - nie przekracza rozmiarów typowej nowelki czy też rozbudowanego opowiadania - ma zaledwie osiem rozdziałów rozpisanych na sto cztery strony, przy czym na każdy rozdział przypada jedna kolorowa ilustracja wielkości jednej strony. Dlatego też dorosły czytelnik może nie być zachwycony wydaniem całych trzydziestu złotych na kolejną książkę Gaimana, którą przeczyta dosłownie w parę chwil. Ale nikt nie może mieć pretensji, biorąc się za literaturę adresowana do zupełnie innego odbiorcy.

Może i nie jestem znawcą literatury dziecięcej. Dużo bardziej interesuje mnie gra autorów z tradycją i specyfiką baśniowego świata, a także wszelkie próby dostosowania konwencji do dzisiejszego czytelnika i przystosowanie przedstawionego świata do realiów czasów ponowoczesności. Taką grę możemy oglądać chociażby w powieściach Waltera Moersa, ale przecież doskonałym na to przekładem będzie zarówno Koralina, jak i Księga cmentarna. I chociażby dlatego Odd… jawi się jako opowieść zupełnie inna od tych dwóch poprzednich. Przedstawione w nim realia nie mają nic wspólnego z rozpędzonym, skurczonym do rozmiarów jednej wioski światem początków dwudziestego pierwszego wieku. Przenosimy się w przestrzeni do mroźnych rejonów Skandynawii. Wprawdzie w tekście nie ma żadnych wskazówek (a przynajmniej takich, które pomogłyby komuś, kto nie jest specjalistą od przedmiotów użytkowych ludów północy żyjących w wiekach średnich, chociaż nie sądzę, żeby autor zostawił jakieś niespodzianki na takim poziomie odczytania tekstu), ale przyjąć możemy, że akcja dzieje się gdzieś pomiędzy siódmym a jedenastym wiekiem naszej ery. Świat, który natychmiast rozpoznają wszyscy miłośnicy serii przygód Gwiezdnego Dziecka. Świat wojowniczych Normanów, dzielących czas między ucztowanie, ciężką pracę związaną z przystosowaniem do życia najmroźniejszych rejonów Midgardu a podróże turystyczno-grabieżcze od wybrzeży Irlandii po wyspy Morza Śródziemnego. Oraz równoległy do niego świat Asgardu, teren wiecznych wojen między drużyną Asów a straszliwymi Lodowymi Olbrzymami. I oto pomiędzy tymi dwoma światami znajduje się mały chłopiec, który nie dość, że nie jest największym wojownikiem w historii, to jeszcze kuleje na prawą nogę…

Opowieść prosta, korzystająca z tych wszystkich motywów, które występowały tłumnie nie tylko we wszelkich wcześniejszych historiach korzystających z mitologii wikingów, i mająca pozytywne zakończenie, które pozwala czytelnikom przygotować się na kolejne przygody dzielnego Odda (zresztą autor już zapowiada, że ma w planach kolejne opowieści, w których chce wysłać rosnącego chłopca do jeszcze bardziej odległych krain. Najpierw do Jerozolimy, a później do Afganistanu. Kto wie, może rzeczywiście będziemy mieli takie ogromne spektrum różnych krain, jak u innego chłopca wychowywanego przez wikingów…) Za to posiadająca dwa wielkie atuty. Po pierwsze, sam świat normańskich bogów. Chociaż znany na całym świecie, to jednak nie aż tak bardzo wyeksploatowany przez popkulturę, jak chociażby analogiczny świat greckiej mitologii. Nie sądzę, żeby było u nas wielu dziecięcych czytelników, którzy wcześniej zetknęli się z historią Lokiego i różnymi sztuczkami podejmowanymi przez Lodowych Olbrzymów, które miały na celu zdobycie najpiękniejszej z kobiet, bogini Freyi. Nie mówiąc już o historii takich arcyważnych przedmiotów jak chociażby Mjollnir, młot Thora. A po drugie, duża lekkość, z jaką historia jest przeprowadzona od początku do końca. Zresztą kto wie, czy za jakieś dwadzieścia-trzydzieści lat twórczość Gaimana nie będzie kojarzona tylko i wyłącznie z pisaniem książek dziecięcych, natomiast jego książki dla dorosłych czy twórczość komiksowa nie będzie postrzegana tylko jako dodatek (bardziej lub mniej wartościowy). Różnie to może być, ale z pewnością wśród pisarzy krążących wokół baśniowych toposów ta twórczość Gaimana z pewnością zasługuje na uwagę.

Przy każdej książce dla młodszych czytelników, której akcja ma miejsce w innych realiach niż te nasze, współczesne, trzeba rozważyć pewien dylemat. Czy cała treść książki powinna być miła, piękna i przyjemna, żeby nie urazić wszystkich nadwrażliwych zwolenników tak zwanej political correctness? Czy też może książka nie powinna zakłamywać rzeczywistości i nie pokazywać świata takim, jakim z pewnością nie jest? Czy udawanie, że cała brutalność otaczającego nas świata nie istnieje i chronienie dziecka przed bardziej gwałtownymi scenami (do których może mieć w dzisiejszych czasach dostęp w każdej chwili, dzięki otaczającym nas ze wszystkich stron globalnym mediom) nie jest czasem szkodzeniem rozwojowym? Nie chcę się tutaj zagłębiać się w ten bardzo szeroki temat, ale muszę powiedzieć, że autorowi udało się wybrnąć z tej kwestii w zadowalającym stopniu. Nie sądzę, żeby kogokolwiek raziło kalectwo głównego bohatera - takie ujęcie sprawy może być tylko uznane za zaletę książki. Tak samo jak rzecz najbardziej kontrowersyjna - początkowy opis życia i zajęć mieszkańców normańskiej wioski również został ujęty z zachowaniem odpowiedniego dystansu, ale na szczęście nie ma wrażenia, że całość wykastrowano i wylano dziecko z kąpielą, prezentując lud wikingów jako niemalże hippisów i ekologów żyjących w całkowitej harmonii z otaczającym ich światem. Takie podejście byłoby już całkowicie niestrawne.

Na koniec, jeszcze kilka słów na temat oprawy. Tym razem mamy wykazane autorstwo wszystkich ilustracji - ponownie zajął się nimi Irek Konior. I muszę powiedzieć, że podobają mi się one o wiele bardziej niż te z Księgi Cmentarnej, może ze względu na to, że tym razem są kolorowe, ale też dlatego, że taki prosty, schematyczny rysunek lepiej mi pasuje do obranej tutaj konwencji, niż do bardziej wieloznacznej Księgi. Chociaż można się tutaj po raz kolejny zastanowić, czemu polski wydawca nie zdecydował się na użycie rysunków z edycji anglojęzycznej…

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

"Księga cmentarna"- recenzja

Pierwszą rzeczą, którą chciałbym na tych łamach omówić, będzie pozycja w miarę nowa (wydana w połowie 2008 roku i dość szybko przełożona na polski przez Paulinę Braiter) Wprawdzie z genezą jej powstania oraz pierwotnym konceptem utworu można było się zapoznać, czytając poprzednie wypowiedzi autora, to jednak podczas ostatniego spotkania z nim w warszawskim Empiku, padło o to pytanie z sali. I tak oto jeszcze raz mogliśmy posłuchać historii, sięgającej aż do połowy lat osiemdziesiątych. Wówczas mały synek państwa Gaiman nie chciał rozstawać się ze swoją ulubioną zabawką - rowerkiem trójkołowym - i ze względu na problemy, jakie to stwarzało, pisarz wychodził z nim na spacery na mały stary cmentarz znajdujący się w pobliżu ich domostwa. Miejsce ciche, spokojne, gdzie mógł mieć oko na małego Mike’a i jednocześnie pracować. Wtedy też miał pojawić się pomysł stworzenia opowieści na wzór Księgi dżungli Josepha Rudyarda Kiplinga - historii o małym chłopcu, który zamiast trafić do afrykańskiego buszu i być wychowywanym przez jego rdzennych mieszkańców, trafia w o wiele bardziej „angielskie” miejsce. Ma być nim typowy stary (a wręcz bardzo stary) cmentarz, na którym oczywiście pojawiają się zjawy pochowanych tam osób. To właśnie one zajmą się wychowywaniem dziecka…

Zanim jednak całość powieści została ukończona, w wydanym również i u nas zbiorku opowiadań M jak Magia* (a jeszcze wcześniej w kompilacji zatytułowanej Dark Alchemy: Magical Tales from the Masters of Modern Fantasy) mogliśmy znaleźć opowiadanie Nagrobek dla Wiedźmy, które stanowi jeden z rozdziałów całej opowieści. Ponieważ nie miałem owej antologii w rękach, więc nie wiem, czy zaistniały jakieś zmiany w treści czy formie tekstu.** Natomiast wszystkie pozostałe rozdziały stanowią jak najbardziej premierowy materiał, stanowiący kolejną powieść „dziecięcą” po wydanej z dużym sukcesem sześć lat wcześniej Koralinie. I w tym miejscu może paść bardzo konkretne pytanie: czy dorosły czytelnik, niekoniecznie zainteresowany prozą z założenia skierowaną do młodszych, powinien po taką książkę sięgnąć. Bardzo chciałbym do tego zachęcić. Jedyny problem leży tutaj w podstawowej, często leżącej pod poziomem świadomości umowie, którą każdy czytelnik nawiązuje z autorem poprzez czytany tekst. Chodzi mianowicie o zrozumienie i zaakceptowanie przyjętej przez autora konwencji. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że po twórczość Neila Gaimana sięgają zwolennicy skrajnego realizmu w literaturze, tacy, którzy nie dopuszczają żadnych odstępstw od rzeczywistej wizji świata. A przecież nawet sięgając po jak najbardziej „dorosłą” powieść, jaką byli przecież Amerykańscy bogowie, należało zaakceptować użytą tam konwencje i styl. Jeśli tylko przejdziemy, nawet niechętnie, przez ten etap, będzie można zauważyć, że w książce zawarte są wartości, które mogą zainteresować czytającego bez względu na swój wiek. Oczywiście, tylko pod warunkiem, że zdecydujemy się na zrobienie pierwszego kroku do świata wyobraźni…

W przeciwieństwie bowiem do Koraliny, która była jak najbardziej utrzymana w baśniowej konwencji, Księga cmentarna taką typową baśnią nie jest. Czy może raczej: jest n i e t y l k o utworem baśniowym. Jedną z rzeczy, za które najbardziej cenię sobie pisarstwo Gaimana, jest jego styl. Charakterystyczny, od razu rozpoznawalny (a także kopiowany i niemalże plagiatowany przez wielu, także naszych rodzimych autorów), zawierający w sobie odpowiednie proporcje dynamizmu, szeroko rozumianego romantyzmu, a także świadomość tego, że potencjalny czytelnik pragnie czarującej opowieści, dla której może poświęcić swój jakże cenny czas. Oznacza to też, że ciężko w takim przypadku mówić o konkretnym gatunku, który autor reprezentuje. Wprawdzie u nas jest dość powszechne traktuje się Gaimana jako pisarza fantasy (na ile ma na to wpływ sam wydawca - MAG - i prezentowanie jego książek z wielkim napisem „Andrzej Sapkowski przedstawia” to zupełnie inna sprawa), ale nie mogę się do końca z tym zgodzić. W przypadku Księgi cmentarnej, można ją oczywiście odczytać jako powieść fantasy. W końcu cała galeria postaci nadnaturalnych, mówiących czasem ludzkim językiem i powstrzymujących się od picia krwi, to jeden z najważniejszych (chyba) wyznaczników takiej literatury. Zresztą też i wszystkie niesamowite przygody Nikta Owensa jak najbardziej się w nią wpisują. Ale przecież równie dobrze można to odnieść do baśni. I ten cały korowód postaci rozmaitych, jak i pewną schematyczność zachowań (chociaż w klasycznej baśni z pewnością nie mielibyśmy do czynienia z tak barwnymi i niejednoznacznymi w ocenie postaciami jak chociażby Silas czy nawet Liza i Scarlett), aż wreszcie to, jak bardzo determinują one wygląd całej opowieści, od początku (na wiele lat przed urodzeniem specjalnego dziecka) aż do chwili, kiedy kończą się jedne historie, a zaczynają kolejne. I z pewnością książka zawiera wszystko to, co baśń zawierać powinna - elementy tajemniczości i grozy, wiele niedopowiedzeń, zostawiających naprawdę sporo miejsca dla własnej wyobraźni (na przykład każdy może samodzielnie próbować odpowiedzieć na pytanie, kim naprawdę są niektóre z postaci), a nawet fragmenty idealne do tego, żeby je odśpiewać. (A nawet jeśli ktoś tego nie zrobi, to proszę sobie tylko wyobrazić, jaka muzyka musiała towarzyszyć bohaterom podczas sceny tańca!). Ale sposobów odczytań, poza tymi dwoma najbardziej oczywistymi, może być więcej.

Na pewno mamy tutaj do czynienia z bildungsroman. Powieść jest podzielona na szereg epizodów - bowiem każdy rozdział odpowiada innemu okresowi młodości naszego bohatera. Począwszy od okresu poniemowlęcego, kiedy to Nikt zostaje przygarnięty przez swoich nowych opiekunów, możemy obserwować jak małe dziecko nieświadome swoich czynów stopniowo rośnie, nabiera odwagi, rozumu, umiejętności, aż staje się młodzieńcem powoli zaczynającym obserwować przemijanie odchodzącego świata. Inną wykładnią może być powieść grozy, gdzie tajemnica goni tajemnicę. Bo przecież mamy tutaj tajemne stowarzyszenie, które niczym TRES w paryskim Conservatoire des Arts et Métiers nie cofnie się przed niczym, żeby zrealizować swoje nieprzeniknione i mroczne cele. Pojawiają się również postaci, których przeszłość nigdy nie zostanie do końca wyjaśniona, a których tożsamość możemy poskładać z porozrzucanych elementów. Nie wspominając już o takich elementach, które tradycyjnie łączą się ze światem po tamtej stronie, jak Znikanie, wzbudzanie Grozy czy też wędrowanie w snach. Tak samo możemy tutaj mówić o powieści postmodernistycznej - bo przecież czym innym jest wyjście od znanego wszystkim, nie tylko z Księgi dżungli, motywu dziecka przygarniętego przez innych (zresztą, czytając uważnie, można dostrzec dużo więcej analogii pomiędzy tymi dwiema książkami), aby dopasować go do współczesnych realiów i dodać do tego wiele innych elementów, na przykład z opowieści traktujących o wieku szkolnym i dylematach z nim związanych, wciąż mrugając do czytelnika, podsuwając mu jakże wiele motywów, które nie zawsze są takie oczywiste do odczytania.

Tylko że każdy z tych elementów rozpatrywany osobno, każda pojedyncza przyjęta konwencja nie jest ani niczym oryginalnym, ani niczym wyjątkowym. Powieści łączących opowieści wieku dziecięcego z przygodami nie zawsze mieszczącymi się w świecie jawy i przyziemnego realizmu napisano już naprawdę wiele. Tak samo jak powstało mnóstwo opowieści o duchach, a więc w tym kontekście książka również niespecjalnie się wyróżnia. Natomiast to, co stanowi o sile Księgi cmentarnej jest lekkość, z jaką narracja przechodzi od jednego punktu do drugiego. Wszystko następuje po sobie naturalnie i nie ma żadnych zgrzytów przy łączeniu pozornie sprzecznych ze sobą elementów. A wszystko to polane zostało nieco baśniowym, a też i bardzo tajemniczym sosem. Ma to oczywiście swoje wady - przyjęcie takiej konwencji pociąga ze sobą konieczny rozwój wypadków i wielu może rozczarować to, do czego będzie dążyć rozwój akcji. Ale tego nie da się ukniknąć w opowieści skierowanej do młodszych czytelników. Bo w końcu najważniejsza w tym wszystkim jest ciekawa opowieść, którą z pewnością możemy tutaj znaleźć. Taka opowieść, którą niegdyś o późnej porze, czy to przy świecach, czy to przy kominku, opowiadano sobie w trakcie zimowych wieczorów. A jeśli chodzi o sztukę opowiadania, to Neil Gaiman naprawdę potrafi to robić, o czym mogliśmy się przekonać przy lekturze wszystkich jego poprzednich historii. Dlatego też serdecznie zachęcam do przeczytania Księgi cmentarnej - właśnie jako uroczej opowieści, pełnej magii i niesamowitości. Bo jeśli ktoś oczekuje kolejnej podróży przez krainy ciała i umysłu, ze spojrzeniem z szerszej perspektywy na dzisiejszy świat, jaką mógł odnaleźć w Amerykańskich bogach, może się mocno rozczarować- to nie jest ten typ literatury.

I na koniec jeszcze kilka słów na temat polskiego wydania książki. Zapewne, idąc za ciosem, wkrótce pojawi się drugie wydanie, w dużym formacie i z obwolutą, przypominające drugie wydania Amerykańskich bogów i Chłopaków Anansiego. Ale póki co mamy do czynienia z bardzo ładnie wyglądającym paperbackiem. Szkoda tylko, że wydawca nie postarał się o podanie tego, kto jest autorem zamieszczonych w środku ilustracji. Mamy tylko informację, że za okładkę odpowiada Irek Konior. Z tego co wiem, jest on autorem wszystkich ilustracji w książce, co może wprowadzić ludzi w błąd - zwłaszcza że autorem szaty graficznej wydania anglojęzycznego był etatowy współpracownik Gaimana, Dave McKean. Natomiast czemu w naszym kraju nastąpiła taka zmiana - nie mam pojęcia. Niby mała rzecz, ale z pewnością warta odnotowania.
T.

* Możemy ją również znaleźć w wydanej w 2009r. przez Wydawnictwo Rebis antologii Czarnoksiężnicy wraz z tekstami m.in. Tada Williamsa czy Orsona Scotta Carda.

** Wiemy już, jakie zmiany zachodzą pomiędzy poszczególnymi wersjami opowiadania. Varali porównała obie wersje i wynotowała, co następuje:

Opowiadanie zawarte w zbiorze M jak magia to słowo w słowo fragment Księgi cmentarnej. Natomiast wersja z antologii Czarnoksiężnicy została przetłumaczona przez Jarosława Rybskiego, więc siłą rzeczy różni się od tłumaczenia pani Braiter. Nie są to jednak różnice zasadnicze, wynikają głównie z faktu wykonania tłumaczenia przez dwie różne osoby. Wypiszę Ci jednak parę rzeczy, które mogą Cię zainteresować -- jeśli będziesz chciał, możesz się do nich odnieść w recenzji, jak nie, to też nic się nie stanie:

przekład by pani Braiter:
1. Tytuł: Nagrobek dla wiedźmy
2. Nobody przetłumaczony jako Nik
3. nieprzetłumaczona nazwa Potter's Field
4. Sleer przetłumaczony jako Swij

przekład by pan Rybski:
1. Tytuł: Nagrobek dla czarownicy
2. Nobody przetłumaczony jako Bod
3. Potter's Field przetłumaczone jako pole garncarza
4. Sleer przetłumaczony jako Ślizgun


Uwaga! Różnica w treści obydwu wersji - brak dwóch króciutkich fragmentów, które jednoznacznie odwołują się do reszty akcji "Księgi cmentarnej" (obydwa dotyczą Jacka). Są to: kawałek rozmowy między Bolgerem i Hustingsem oraz moment, gdy Nik/Bod znajduje wizytówkę Jacka. Dla samego opowiadania nie są istotne, więc decyzja o ich usunięciu była jak najbardziej usprawiedliwiona. Poza tym brakuje jednego fragmentu zdania o nagrobku niejakiej Liberty Roach w drodze na pole garncarza (ale to też właściwie tylko szczegół). Innych różnic w tekście jako takim nie wyłapałam.

Ogólnie Rybski zdecydowanie bardziej stylizuje język wypowiedzi bohaterów, szczególnie duchów, na zamierzchły (wszelkie 'jeśliś', 'jam', 'a juści'), czasami, jak to facet, bywa też trochę bardziej dosadny ('bolał go tyłek' por. u Braiter: 'piekły go pośladki'). Prawdę mówiąc bardziej podobało mi się tłumaczenie Pauliny Braiter, jest napisane fajniejszym, literackim językiem, podczas gdy u Rybskiego w niektórych miejscach wyczuwa się bezpośrednie tłumaczenie wyrażeń z angielskiego -- ale to też tylko drobiazgi, na które pewnie nawet nie zwróciłabym uwagi, gdybym nie robiła porównania z inną wersją. Co do reszty różnic, to już kwestia gustu, który przekład podoba się bardziej.

poniedziałek, 29 marca 2010

Blogowa niespodzianka

Wizyta Neila i Amandy niestety już za nami. Aby umilić Wam oczekiwanie na kolejny przyjazd pisarza do naszego kraju, przygotowałyśmy dla Was niespodziankę - otwieramy na naszym blogu nowy dział o dość jednoznacznej nazwie Recenzje. Z tej okazji witamy w naszej ekipie Tomka Kozłowskiego, któremu teraz oddaję głos :-)

Dobry wieczór państwu, mam zaszczyt zadebiutować na łamach bloga tym krótkim tekstem, aby się przedstawić i wyjaśnić, co ja właściwie tutaj robię. Nazywam się Tomasz Kozłowski i aktualnie jestem dumnym studentem Uniwersytetu Łódzkiego. Zaproszono mnie do współtworzenia tej, w zasadzie jedynej polskiej strony internetowej poświęconej twórczości Neila Gaimana, żebym poprowadził nowo powstający dział z publicystyką, obejmujący recenzje i opinie na temat dzieł naszego szacownego patrona. Znajdzie się tam miejsce zarówno dla powieści, książek dla dzieci, opowiadań, komiksów, jak i być może również innych mediów. Ale najpierw kilka słów o tym, jak wyglądała moja przygoda z twórczością tego pisarza.

Nazwisko „Gaiman” pierwszy raz poznałem w połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy redaktor wydawnictwa TM-Semic (pamięta ktoś jeszcze te wspaniałe czasy, kiedy co miesiąc ukazywało się kilka podwójnych zeszytów z regularnymi seriami Marvela, DC, Image, a czasem nawet i Dark Horse’a?), Arkadiusz Wróblewski, promował najciekawsze jego zdaniem zagraniczne filmy, seriale oraz komiksy. Wśród nich znalazło się oczywiście miejsce dla „Sandmana” i „Śmierci”. Czytelnicy mieli nawet okazję poznać streszczenia poszczególnych odcinków, które bez sprowadzania zza granicy mogli ujrzeć w ojczystym języku dopiero po kilku latach. Kto pamięta, jak skutecznym promotorem był Wróblewski, nie zdziwi się, że to właśnie on obudził we mnie chęć zapoznania się z tą twórczością (równie skutecznie promował nadawane wówczas w Dwójce odcinki „Z archiwum X” czy też dwie serie seriali ze świata Star Treka: „Deep Space Nine”  i „Voyager”, również emitowane u nas). Ale komiksy musiały nieco poczekać, chociaż jak pamiętamy, TM-Semic wydał gościnne udziały Gaimana w serii „Spawn” (numer 5/97) oraz w „Batmanie” (seria „Wydania Specjalne” 1/97). Potem pojawiły się powieści. Pierwszą, którą przeczytałem, był oczywiście „Dobry omen” (ten sam egzemplarz, podpisany przez obu autorów, który czytelnicy naszej strony mogą zobaczyć w relacji z ostatniego spotkania z autorem w Warszawie). Czytałem go w dużej części z rozpędu po pochłanianych w ilościach hurtowych kolejnych częściach pratchettowego Świata Dysku. Musiało jednak minąć kilka lat, żebym w końcu zabrał się za czytanie powieści „tego drugiego autora”, który w „Dobrym omenie”, mimo że był to jego debiut w większej formie literackiej, wniósł naprawdę wiele do stylu, sposobu narracji, a przede wszystkim do sfery pomysłów i wyobraźni. Lektura „Nigdziebądź” była niezwykle urzekającym doświadczeniem - zostałem dosłownie zaczarowany - a od „Amerykańskich Bogów”, dzieła, które na chwilę obecną pozostaje dla mnie, ale pewnie także i dla wielu, najbardziej esencjonalnym dziełem pisarza, poleciało już szybciej, przez rozmaite dymy, lustra, cmentarze, koraliny książkowe i filmowe, które doprowadziły mnie pewnego jakże chłodnego marcowego dnia do warszawskiego Empiku…

Sama możliwość poznania osoby, z której dorobkiem twórczym obcujemy przez całe lata, zawsze pozostawia niezatarte wrażenie. Zwłaszcza że wszyscy zdajemy sobie sprawę, że istnieją twórcy z różnych branż, dla których spotkania z fanami to prawdziwy dopust boży. Unikają ich jak tylko się da, a jeśli już są do nich zmuszeni, to z najwyższą niechęcią mazną jakiś szlaczek na przygotowanym do podpisu materiale. Dlatego też jestem pod wrażeniem, że nawet w konfrontacji z takim Dzikim Tłumem, jaki wypełnił niemalże cały Empik, Gaiman okazał się przemiłym, uśmiechniętym (zwłaszcza mogąc odnieść się do tego, co wcześniej napisał Pratchett w dedykacji „Dobrego omenu”) człowiekiem. I chociaż moja rozmowa z nim trwała zaledwie chwilę, to wiem, że teraz zupełnie inaczej będę odbierał treści jego książek - nawet tych, które wcześniej nieraz przeczytałem. Nie są one już tak anonimowe, teraz potrafię dostrzec za nimi piszącego autora, a nie tylko zwielokrotnionego narratora chowającego się za kolejnymi parawanami powieści czasów postmodernizmu.

Pomyśleć też, że gdyby nie to, że byłem gdzieś w środku tej wielkiej kolejki i z samego Empiku udało mi się wyjść około godziny dwudziestej, nigdy nie zdecydowałbym się wracać do domu ostatnim dziennym pociągiem relacji Warszawa-Łódź. Wtedy też nigdy bym nie poznał Ewy wraz z jej świtą - dziewczyny wracały jeszcze z koncertu Amandy Palmer. I gdyby nie to, nie byłoby mnie tutaj teraz, nie pisałbym tych słów, a plany rozwoju strony pewnie też wyglądałyby inaczej. Tak więc uważajcie na to, kogo spotykacie w mrocznych czeluściach warszawskiego Dworca Centralnego, bo może to mieć naprawdę nieoczekiwane konsekwencje. Zapraszam również do dalszej lektury pojawiających się na stronie treści, autorstwa zarówno mojego, jak i naszych wspaniałych, pięknych, utalentowanych, inteligentnych i uroczych tłumaczek.

T.