Zdjęcia ze spotkania z "Chłopakami Anansiego" w Białołęckim Klubie Książki

poniedziałek, 24 maja 2010

"Amerykańscy Bogowie" - recenzja


Skoro właśnie trwa akcja "jedna książka, jeden Twitter" poświęcona Amerykańskim bogom, to przy okazji przypomnijmy sobie, o co chodziło w tej powieści. Zapraszam do przeczytania kolejnej mojej recenzji.


„Desert Sky, dream beneath a desert sky
The rivers run but soon run dry, we need new dreams tonight
Desert Rose, dreamed I saw a desert rose
Dress torn in ribbons and in bows - like a siren she calls to me

Sleep comes like a drug, in God’s Country
Sad , crooked crosses, in God’s Country.”

Ameryka. Już od ponad dwustu lat kraj ten jednocześnie fascynuje i oczarowuje, przeraża i dziwi zarówno przybyszów ze Starego Świata, jak i osoby, które nigdy nie przeprawiły się przez Atlantyk, ale z wielkim napięciem obserwują, co też się dzieje we współczesnym caput mundi. Kraj, wydawać by się mogło zupełnie bez korzeni, tworzony przez zbitkę niemalże wszystkich narodów świata, które napływały do niego przez te wszystkie lata, szukając lepszego życia, a także przez pozostałości kultury rdzennych mieszkańców. Kraj, którego obywatele stopili się w czasem wyśmiewany, czasem chwalony, a kiedy indziej podziwiany naród. Jest to wreszcie kraj, którego kulturowymi obywatelami są jakże liczni mieszkańcy Europy, w tym i nasi rodacy. Bardzo łatwo jest wydać negatywną opinie na temat Stanów, stylu życia ich mieszkańców, wyznawanych przez nich wartości, nietrudno całkowicie odrzucić ten jeden wielki kotlet, do którego przekaz medialny sprowadza obraz tego kraju. Bardzo trudno natomiast jest zrozumieć całą wewnętrzną różnorodność, olbrzymie zróżnicowanie społeczne i kulturowe, którego na pierwszy rzut oka z dalszej odległości wcale nie widać… Dlatego też może i dobrze, że obraz Ameryki jest przedstawiany przez kogoś, kto mieszka tam na co dzień, ale tak samo jak wielu innych przybył do niej ze Starego Świata…

Wydana prawie dziesięć lat temu powieść Neila Gaimana, Amerykańscy bogowie, okazała się najpoczytniejszą i też najbardziej znaną książką tego autora, co zresztą chyba nie zmieniło się do dnia dzisiejszego. Nie sposób się temu dziwić. Opisana z niezwykłą drobiazgowością podróż przez dwie Ameryki - jedną, która jawi się jako zwyczajne, znane z wielu filmów i seriali miejsce, gdzie współistnieją ze sobą ogromne metropolie oraz świat małych miasteczek. Amerykę, którą kojarzy każdy przeciętny zjadacz chleba. Ale gdyby książka opowiadała wyłącznie o podróży Cienia przez zwyczajne miasta i miasteczka, nie byłaby godna polecenia i nie miałaby takiej wartości. Ważniejsza może jest podróż przez tę drugą Amerykę, która nie jest wystawiona na światło dzienne dla przeciętnego turysty. Amerykę mającą swoją własną historię, składającą się z historii wszystkich tych, którzy przez wieki przybywali do Nowego Świata, dobrowolnie bądź pod przymusem, szukając szansy na lepsze życie, uciekając przed demonami, czy po prostu nie mając innego wyboru. Tych wszystkich ludzi, którzy przywieźli do nowego kraju swoje marzenia, swoje nadzieje, swoje poglądy i wierzenia. Amerykę, która zazdrośnie strzeże swoich sekretów i nie pozwala nikomu z zewnątrz przeniknąć do samego sedna…

Najzwyklejsza w całym otaczającym nas galimatiasie wydaje się postać głównego bohatera. Człowiek nazywany Cieniem, to mógłby być zwyczajny chłopak z sąsiedztwa, chociaż zapewne nikt by się do niego nie przyznawał. Postać nie ujawniająca przesadnej inteligencji, za to wysoka i umięśniona, mająca zwyczajną, spokojną pracę, pozwalającą na normalne życie w jednym z amerykańskich miasteczek. Ponadto Cień jest ożeniony z przepiękną dziewczyną, dla której byłby gotów zrobić wszystko, i jak wiemy robi to na tyle skutecznie, żeby znaleźć się w sytuacji wyjściowej: warunkowo zwolnionego z więzienia stanowego, po odbyciu trzech lat z zaplanowanej kary za napad z bronią w ręku. Wydawać by się mogło, że z takiego zestawu warunków początkowych nie można ułożyć ciekawej, intelektualnej powieści. Że postać mało rozgarniętego osiłka, którego jedyną pasją jest uczenie się sztuczek z monetami i który z desperacji bierze się do czytania Herodota, nie będzie wystarczającym spoiwem powieści. Ale ostatecznie, na samym początku nic nie zapowiadało, co może się kryć w Edmundzie Dantesie…

W końcu ogromne znaczenie ma tutaj to, co niezwykłe i to, co metafizyczne. Zresztą ta powieść wcale nie jest pierwszym przykładem wykorzystania przez autora nawiązań mitologicznych i przeniesienia postaci czy nawet samych schematów do współczesnego świata. Ale tutaj jest to zrobione w sposób pełniejszy. Owszem, wszyscy ci dumni bogowie nigdy by się nie przyznali, że to co się dzieje w otaczającym ich świecie ma dla nich jakiekolwiek znaczenie. Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z najsilniej wyeksponowanymi w powieści postaciami o skandynawskim czy egipskim rodowodzie, czy też z wszelkimi bożkami, duchami, leprechaunami i innymi dżinami, które mogły pojawić się wszędzie i zawsze, w tym przypadku zostają skonfrontowane z rzeczywistością. A o tym, jaka jest rzeczywistość wiary na początku naszego stulecia najlepiej przekonuje chyba scena, w której Wednesday wraz z Eostre toczą jakże ciekawą dyskusję z wielce zaangażowaną i niemalże płonącą ogniem swoich przekonań dziewczyną przedstawiającą się jako poganka i wiccanka. Epoka New Age, którą bardzo łatwo zaobserwować - wystarczy tylko wejść do pierwszej z brzegu księgarni - dla każdego ze starych, a nawet wiekowych systemów wierzeń jest naprawdę skutecznym przekleństwem. Skoro żeby zapełnić powstającą w człowieku potrzebę mistycyzmu czy też Uczestniczenia we Wspólnocie, wystarczy tylko pobieżnie zapoznać się z nie mającymi żadnych treści skrawkami ładnie brzmiących słówek, to po co robić cokolwiek innego? Zwłaszcza jeśli tradycyjnie działające, ortodoksyjne kościoły nie są w stanie dać ludziom tego, czego potrzebują, a tylko wymagają od nich życia według ściśle określonych zasad. Po co „nowocześnie myślącym” ludziom, chcącym iść z duchem czasu coś takiego? Bardzo łatwo zarzucić tutaj Gaimanowi, że w świecie przedstawionym w powieści co krok natykamy się na postaci z antycznych panteonów, na istoty, które od wielu setek lat przestały funkcjonować na płaszczyźnie religijnej, stając się jedynie bohaterami baśni, a zaledwie wspomina się tutaj o dominujących religiach judeochrześcijańskich. Ale jeśli o mnie chodzi, to wcale nie ma potrzeby, żebyśmy czytali o aniołach, diabłach czy innych mieszkańcach teologicznych zaświatów. Ważne tutaj jest samo zjawisko. Powolna śmierć starej, wiekowej wiary w zetknięciu z dniem dzisiejszym. Z jednej strony w zetknięciu z oddziałami tych „nowych bóstw” - bóstw telewizji, komputerów, telefonów komórkowych i całego ekwipunku zajmującego swoją pozycję drogą peryferyczną. Ale nie to jest największym zagrożeniem. Te „złote cielce”, jeśli wolno mi w tym przypadku użyć takiego wyrażenia, przyjdą i jeszcze szybciej odejdą, robiąc miejsce kolejnym w niekończącym się wyścigu nowego z jeszcze nowszym. To, co stanowi o sile nowych trendów, to ich aktualność, zgodność z obowiązującą modą, skrajna zdolność do adaptacji, której kosztem pada wcześniejsza tożsamość. To, co stanowi o ich sile sprawi, że nie będą się długo cieszyć swoją pozycją. Dużo gorszy od takowej konfrontacji jest właśnie New Age. Sprowadzenie sfery sacrum do kolorowego, ładnego pudełka, które jest otwierane li tylko wtedy, kiedy jest potrzebne, oraz ignorowanie wszystkich pozostałych, wydawać by się mogło, komponentów wierzeń i przekonań. W dzisiejszych czasach żaden faktyczny czy też kulturowy obywatel Ameryki nie ma czasu, żeby zastanowić się nad wartościami płynącymi z przeszłości. Po co ma to robić, skoro ma do dyspozycji wielki kocioł, z którego może brać co chce, kiedy chce i bez żadnej odpowiedzialności za to, co robi?

Ale przecież książka nie jest tylko literacką wizją wyżej zaprezentowanych problemów. Zresztą całość jest napisana na tyle sprawnie i przekonywająco, że może zainteresować osoby, które na co dzień nie są zainteresowane taką tematyką. Wtedy wystarczy, ze zainteresują się samą intrygą, niesamowitą opowieścią o podróży Cienia przez Amerykę, o jego niezwykłych towarzyszach i wrogach. W zasadzie nie ma żadnych przeszkód, żeby odczytać powieść jako przykład literatury fantasy, chociaż w takim przypadku może umknąć wiele zawartych tam treści, chociażby sens występujących w książce przerywników - autonomicznych opowieści, dziejących się czasem nawet całe stulecia przed rozpoczęciem właściwej akcji. Chociaż każda z tych opowieści, każde z tych wewnętrznych opowiadań, wydaje mi się, jest na tyle interesujące, że naprawdę nie warto ich pomijać. Przejdźmy zatem do opowieści właściwej. Moją ulubioną częścią książki jest ta dziejąca się w maleńkim miasteczku nad brzegiem jeziora. Niesamowity klimat obserwowanej oczyma kogoś obcego, niewielkiej, dość zamkniętej społeczności, która wydawać by się mogło, żyje własnym życiem, z całych sił przeciwstawiając się przemianom cywilizacyjnym. Społeczności, która skrywa małe i wielkie tajemnice, bez których nie byłaby w stanie normalnie funkcjonować. Niezwykle „filmowy” wątek, i tylko można się zastanawiać, kto najlepiej potrafiłby przenieść całość na duży ekran: David Lynch, Wim Wenders czy może jeszcze ktoś inny? Jak dla mnie cali Amerykańscy bogowie to świetny materiał na adaptację - książka jest wystarczająca kontrowersyjna, dotyka wielu nośnych dzisiaj tematów oraz ma potencjał, by przyciągnąć widza wartką akcją. Nie da się ukryć, że byłby to film o wiele trudniejszy do zrealizowania niż Gwiezdny pył czy Koralina, ale jednak do zrobienia. Nawet niekoniecznie z udziałem samego autora jako Anansiego czy Amandy Palmer w roli Laury.

Wbrew temu, co całkiem niedawno pisał sam autor, gdybym miał komuś polecić jedną jedyną książkę Neila Gaimana, to byliby to tylko Amerykańscy bogowie. Ze względu na rozmach kreowanego świata, zabawę konwencją na większą skalę niż gdzie indziej, za stworzenie jeszcze bardziej spójnego świata, gdzie przenika się to, co zwyczajne z tym, co pradawne i nadnaturalne, a wreszcie za zwyczajne interakcje między postaciami. Nie sądzę, żeby poza pojedynczymi przypadkami dorosły czytelnik zniechęcony taką książką mógł później z przyjemnością sięgnąć po Nigdziebądź, Chłopaków Anansiego, Sandmana lub też inne literackie czy komiksowe dzieła. Może rzeczywiście forma jest inna. Może rzeczywiście całość jest pisana innym językiem (rozumiem też, że ktoś może poczuć się urażony stosowanym, szczególnie na początku, mocno kolokwialnym słownictwem, ale zapewniam, że nie jest to reguła, a raczej konieczność wynikająca z takiego, a nie innego usytuowania głównych bohaterów). Ale przecież nie oddaliliśmy się ani na krok od tematów poruszanych w tych wszystkich pozostałych utworach. Zainteresowanie mitologią nordycką czy egipską można było przewidzieć. Jednak odgadnięcie, jak tym razem będą wyglądać odniesienia do nich, nie było już takie proste.

Pozostaje tylko pytanie, czy Gaiman rzeczywiście zdecyduje się powrócić do wykreowanego przez siebie świata, a jeśli tak (skoro we wszystkich wywiadach potwierdza takowy zamiar), to kiedy miałoby to nastąpić oraz jaką rolę w historii miałyby odgrywać dalsze dzieje Cienia. Miejsca na kontynuację autor zostawił sobie całkiem sporo, natomiast jak to miałoby wyglądać - pojęcia nie mam. I z ogromną przyjemnością się przekonam. Oby prędzej niż później.

“The highway’s jammed with broken heroes on a last chance power drive
Everybody’s out on the run tonight but there's no place left to hide
Together, Wendy, we can live with the sadness
I’ll love you with all the madness in my soul
Someday girl, I don't know when we’re gonna get to that place
Where we really want to go and we’ll walk in the sun
But till then tramps like us, baby, we were born to run”

(Podane cytaty pochodzą oczywiście z piosenek "In God's Country" U2 oraz "Born To Run" Bruce'a Springsteena.)

[Recenzja powstała w ramach współpracy z portalem Kawerna]

czwartek, 20 maja 2010

Kiedy byliśmy bardzo młodzi

Neil napisał w sobotę, 15 maja 2010 r. o 15:29

Sprzed siedemnastu lat: odcinek Prisoners of Gravity (Więźniowie grawitacji) na temat Sandmana, w którym występuję bardzo młody ja, a także Mike Dringenberg, Jill Thompson, Charles Vess, P. Craig Russell, Karen Berger, Kelley Jones i Harlan Ellison.

Jakość obrazu nie jest najlepsza. Czasami marzy mi się kolekcja DVD, w której zebrane zostałyby wszystkie odcinki Prisoners of Gravity. Nawet ten o nagrodach, którego nigdy nie powtórzyli.



(Dziękuję @MewNeko za link.)

Jedna książka, jeden Twitter, jeden Zadumany Pisarz, jeden Zabłąkany Bohater

Neil napisał w piątek, 14 maja 2010 r. o 06:01


Na Twitterze klub czytelniczy 1B1T (Jedna książka, jeden Twitter) zaczął swoją ogólnoświatową, klubowoczytelniczą akcję. Członkowie czytają Amerykańskich bogów i rozmawiają o nich rozdział po rozdziale, używając tagów, by ułatwić sobie dyskusję - Rozdział Pierwszy to #1b1t_1c, Rozdział Drugi to #1b1t_2c, a całą konwersację można od razu przeczytać na (na przykład) http://tweetgrid.com/search?q=%231b1t_1c .

Zaglądam tam od czasu do czasu od samego początku - nawet nie próbuję śledzić dyskusji, ale jestem pod wrażeniem inteligencji i głębi, które ludzie wnoszą do rozmowy.

Jednak właśnie natknąłem się na dziwny problem natury etycznej.

Kliknąłem na link do wpisu na Wikipedii na temat, hm, czegoś w Amerykańskich bogach. Przeczytałem wpis o czymś, co sam wymyśliłem (ponieważ pasowało, ponieważ się komponowało i ponieważ nie sądziłem, by ktokolwiek miał coś przeciwko), który zawierał odnośnik do książki, w której pisano o rzeczy, którą wymyśliłem. Książka została napisana parę lat po wydaniu Amerykańskich bogów, a jej autor jawnie skopiował parę informacji z mojej książki.

Ostatnim razem, kiedy sprawdzałem wpis na Wikipedii parę lat temu, dokładnie zaznaczał, że rzecz o którą chodzi zrodziła się w Amerykańskich bogach. Teraz wszelkie odniesienia do mnie i do Amerykańskich bogów zniknęły. W końcu teraz umieszczony został link do książki źródłowej. A coś, co wymyśliłem, stało się pod każdym względem faktem.

Zastanawiałem się, czy to naprawić. Musiałbym napisać notkę, która wyjaśniałaby, co dokładnie wymyśliłem, a czego nie, by ktoś mógł poprawić wpis, a jako źródło podać link do bloga. (Nie mogę po prostu poprawić wpisu na Wikipedii. To tak nie działa: ktoś by po prostu przywrócił pierwotną wersję, odrzucił zmianę jako "niepotwierdzoną informację" lub zwrócił uwagę, że jest podana jest książka źródłowa. Musiałbym zacytować rozdział i fragmenty tutaj na blogu lub w książce, by dać wpisowi na Wikipedii coś, do czego mógłby odsyłać.)

Ale tak naprawdę, prawdopodobnie jest w tym wszystkim bardzo przydatna lekcja na temat faktów. Poza tym, całkiem podoba mi się myśl, że coś, co wymyśliłem, wywędrowało z książki i przedostało się do prawdziwego świata. No i to bardzo pasuje akurat do tej książki.

Tak więc moje pytanie etyczne brzmi...

...powinienem to rozgłosić? Co wy byście zrobili?

...








Małe PS To nie ma nic wspólnego z resztą tej notki:
http://blog.amandapalmer.net/post/597142273/vancouver-portland-seattle-we-are-coming-for  to notka Amany Palmer zawierająca zdjęcia z występów, które odbyły się do tej pory, listę terminów trasy po Stanach (rozpoczynającej się w poniedziałek od Vanouveru/Seattle/Portlandu) i inne.
A także, jeśli będziecie mieć szczęście, Sxip może zagra na Sxipenspielu, który zrobiliśmy dla niego z okazji urodzin.


środa, 19 maja 2010

Polityczne zagrywki - w szklance wody

Neil napisał we wtorek 11 maja 2010 o 10:46

Wyjechałem żeby pisać z dala od Internetu, ale właśnie dowiedziałem się, że zostałem użyty (z tego co wiem po raz pierwszy w swojej karierze) do prowadzenia politycznych rozgrywek, łącznie z Zadawaniem Pytań i w ogóle.

A zatem, żeby wszyscy byli na bieżąco:

Jakiś miesiąc temu poproszono mnie o wystąpienie
w niedzielne popołudnie w bibliotece publicznej w Stillwater. Zaproszenie dostałem za pośrednictwem agencji Greater Talent, która zajmuje się organizowaniem moich spotkań z czytelnikami. Poproszono mnie o wygłoszenie godzinnego wystąpienia, które miało być transmitowane w Publicznym Radio. Miało to być pierwsze z serii wystąpień miejscowych pisarzy w bibliotekach bliźniaczych miast [aglomeracji Minneapolis-Saint Paul].

Każdy, kto czytał dział FAQ (który powstał w 2002, stąd aluzja do Clintona) albo czytuje czasem ten blog wie, że jeśli chce mi zapłacić, żebym gdzieś przyjechał i coś poopowiadał (a niektórzy tak robią), będzie to dużo kosztować. Nie trochę. Naprawdę dużo.

Głównym powodem dla którego zatrudniłem taką agencję dziesięć lat temu był nadmiar podobnych propozycji. A wystąpienia odciągają mnie od mojego podstawowego zajęcia, którym jest pisanie. Zamiast odmawiać, ustaliliśmy bardzo wysoka cenę. Nie tak wysoką, jakiej zażądałby Tony Blair, czy Sarah Palin (kiedy ostatnio o nich czytałem, było to odpowiednio 400 000 i 150 000 $). Ale stanowię górna granicę
tego, co trzeba zapłacić pisarzowi żeby gdzieś pojechał zamiast siedzieć w domu i pracować, bo tak naprawdę wcale nie chce zrobić kariery jako mówca podczas publicznych wystąpień.

Czyli jeśli chcecie żebym przyjechał i wystąpił, będzie to bardzo dużo kosztować.

Większość imprez w których biorę udział: wystąpień, wykładów i czytania widowni to darmowe występy, często również akcje charytatywne. (Na przykład w przeddzień wystąpienia w Stillwater byłem w Chicago i występowałem przed 1600 osobami, który zapłaciły nawet 250$ za bilet wstępu, a wszystko poszło na konto Comic Book Legal Defense Fund. Relacja z imprezy jest na http://www.bleedingcool.com/2010/04/18/neil-gaiman-at-c2e2/)

Właśnie. I poproszono mnie o wystąpienie w Stillwater, zaproponowano 40 000 $. Odpowiedziałem, że "to okropnie duża suma jak na taką małą bibliotekę".

"To nie biblioteka płaci. To Legacy Fund zajmujący się rozdziałem funduszy z podatków w Minnesocie, który pozwala podmiejskim bibliotekom sfinansować wizyty pisarzy, na które inaczej nie mogłyby sobie pozwolić. Muszą wykorzystać wszystkie środki do końca miesiąca, bo nie przejdą one na kolejny rok."

“Aha.”


Wydawało mi się to dość jasne. Biblioteka miała już zarezerwowane terminy spotkań z innymi pisarzami. Zostało im tyle pieniędzy, że z radością zapłacili moja stawkę. Tych pieniędzy nie można było przeznaczyć na inny cel, więc albo dostałbym je ja, albo by przepadły. A co najważniejsze - data bardzo mi odpowiadała. Tydzień później musiałbym odmówić, bo miałem w planach pisanie. Ale że i tak miałem być w Chicago, to się zgodziłem.

Sądzę, że takie pieniądze, niespodziewane, które właściwie spadają z nieba, najlepiej wykorzystać w Szlachetnym Celu, więc powiadomiłem kilka potrzebujących fundacji (jedna zajmuje się pomocą społeczną druga jest związana z bibliotekami i czytelnictwem), że po odliczeniu prowizji agentów resztę sumy przekażę im. I więcej się nad tym nie zastanawiałem. (Nie lubię opowiadać o tym ile zarabiam, bo byłem głodującym dziennikarzem wystarczająco długo, żeby wiedzieć jak to jest być bez grosza przy duszy oraz zazdrościć i czuć niechęć do tych, którzy mają pieniądze. Ale jeśli zastanawiacie się jak mogę lekką ręką pozbyć się takiej sumy, odpowiadam: zarabiam pisaniem. Sprzedaję mnóstwo książek w kilkudziesięciu krajach na całym świecie. Piszę scenariusze, czasem współprodukuję filmy, sprzedaję prawa do filmów na podstawie moich książek i opowiadań. "Księga cmentarna" spędziła na liście bestsellerów New York Timesa ponad rok. W tym tygodniu ukazała się "Instrukcja" i od razu trafiła na 4. miejsce. W ubiegłym roku były miesiące, kiedy na liście znajdowały się jednocześnie cztery różne moje książki. Jak mówiłem - jestem pisarzem i zarabiam na tym, co napiszę.)

Występ był fajny, widownia mieszcząca 500 osób był wypełniona po brzegi i było to o wiele bardziej kameralne spotkanie, niż te w Wielkich Miastach dla 1500 czy 1600 osób, w których uczestniczyłem poprzedniego dnia. Przez godzinę mówiłem. Przez godzinę odpowiadałem na pytania publiczności. Przez dwie kolejne kręciłem się, witałem, pozowałem do zdjęć i ogólnie starałem się zamienić słowo z każdym, kto przyszedł. A kiedy wszyscy się rozeszli, ja też poszedłem do domu.

Legacy Fund, czyli fundusz, z którego mi zapłacono służy do finansowania parków, muzeów oraz sztuki i są to pieniądze z podatków. To Istotna Kwestia Polityczna. Co oznacza, że Zapłacenie Pisarzowi Dużej Sumy Z Funduszu musiało stać się Istotną Kwestią Polityczną.

Zobaczyłem wzmiankę na ten temat na blogu o szkolnych bibliotekach [School Library Journal] i tam odpowiedziałem:

Oczywiście często występuje za darmo. Dzień wcześniej brałem udział w trzygodzinnym spotkaniu pro bono dla CBLDF w Chicago, było tam 1600 osób, które zapłacili za wstęp 250$.
Cztery dni wcześniej odbył się "wieczór z Neilem Gaimanem", internetowa rozmowa z biblioteką publiczną w Jessamine, też nieodpłatnie, bo poprosili, a był to Narodowy Tydzień Bibliotek (choć w ramach podziękowania przysłali mi wspaniały kosz łakoci).

Tak naprawdę za większość moich występów i spotkań nie dostaję pieniędzy.

Ale jeśli chcecie mnie "zamówić", jest to bardzo drogie.

Sporo sobie liczę i robię to specjalnie. Wyjaśnienie z działu FAQ na mojej stronie:

"Jak sprawić, żeby Neil Gaiman pojawił się w mojej szkole/na konwencie/ innej imprezie?"

Skontaktuj się z Lisą Bransdorf z Greater Talent Network. Powiedz jej, że chcesz, żeby Neil gdzieś przyjechał. Niech powie ci ile to kosztuje. Niech powtórzy, na wypadek gdybyś źle usłyszał. Wtedy powiedz jej, że za taką sumę mógłbyś zaprosić Billa Clintona. Niech ci odpowie, że za taka sumę Bill Clinton nie pojawiłby się nawet na dziesięć minut, ale owszem, liczy sobie niemało.

Z drugiej strony jestem naprawdę zapracowany i powinienem pisać, więc cena, która plasuje się gdzieś pomiędzy absurdalnie wysoką, a astronomicznie wysoką pozwala zniechęcić tych, którzy koniecznie chcą mnie gdzieś sprowadzić. Gdybym nie odmawiał tyle razy, z pewnością mógłbym jeździć i występować na pełen etat."

W tym konkretnym przypadku nikt nawet nie spytał, czy zgodziłbym się wystąpić za mniej. (Czasem się zgadzam. Zazwyczaj tylko jeśli chodzi o biblioteki.) Zanim się zgodziłem zapewniono mnie, że moja opłata nie będzie pochodziła z systemu finansowania bibliotek, tylko z 200 milionowego funduszu z podatków. To było wspaniałe popołudnie. A wczoraj publiczne radio w Minnesocie wyemitowało w całości godzinne występ (bez części z odpowiadaniem na pytania).

I choć nie sądzę, że powinno to kogokolwiek obchodzić to powiem, że kiedy trafiają mi się takie pieniądze, to przekazuję je dalej. W tym przepadku 25% przekażę fundacji zajmującej się pomocą społeczną i ofiarom przemocy, a pozostałe 75% charytatywnemu programowi wsparcia dla pisarzy i bibliotek.


http://www.libraryjournal.com/blog/1010000101/post/1620054162.html

I myślałem, że na tym się skończy.


Ale od tamtego czasu historia urosła. Trafiła na pierwszą stronę miejskiego wydania Minneapolis Star Tribune. (Nikt z gazety nie próbował się skontaktować ze mną, moją asystentką czy agentem i nie poprosił o wypowiedź, co jest nieco przygnębiające, skoro mają mój adres e-mail i numer telefonu po wielu wcześniej udzielonych wywiadach.)


(Najwyraźniej Star Tribune jest przeciwna istnieniu Legacy Fund i jej zdaniem pieniądze powinno się przeznaczyć na budowę stadionu, która w całości wyniesie 790 milionów dolarów, również tu http://blogs.citypages.com/blotter/2010/05/neil_gaimans_sp.php oraz http://www.minnpost.com/artsarena/2010/05/07/18007/in_defense_of_libraries_both_home_and_public)


Chce więc skomentować wszystkie te artykuły w jednym miejscu:


Jak mogę usprawiedliwić żądanie 45 000 za wystąpienie?

Przerażające jest to, że (losowy wybór prawdziwych przykładów z ostatnich kilku lat) jeśli jesteś agencją reklamową albo działem R&D międzynarodowego koncernu samochodowego, zażyczę sobie jeszcze więcej. A ludzie i tak płacą, z radością.


Kiedy przyjechałeś do naszej biblioteki, zapłacono ci znacznie mniej.

Zgadza się. Greater Talent Agency wie, że często opuszczam cenę dla bibliotek. W tym przypadku nikt o to nie poprosił.


Dlaczego nie wykorzystano tych pieniędzy na ufundowanie jakiejś małej biblioteki w okolicy? Albo na pensje dla bibliotekarzy? Albo nie wydano ich na książki? albo na Czynienie Dobra? Czy nie ograbiasz bibliotek przyjmując takie oferty?

Pieniądze pochodziły z funduszu przeznaczonego konkretnie na taki cel. Wyjaśnienie z Boing Boing: http://www.boingboing.net/2010/05/10/neil-gaimans-awesome.html:

Pieniądze pochodzą z grantu na programy spotkań takie, jak to. Nie można za nie kupić książek i nie można ich wypłacić pracownikom bibliotek. Fundusze te zostały przyznane w październiku 2009 i należy je wydać przed końcem czerwca 2010, inaczej zostaną odebrane. To spotkanie miało z wielka pompą rozpocząć program spotkań i nadać mu rozgłos, wzbudzić zainteresowanie."


Tak, ale to państwowe pieniądze.

Zdecydowanie tak. Idea jest taka, żeby zapraszać pisarzy i płacić im za pojawienie się. I żeby dzięki temu ludzie zaczęli dyskutować o książkach, ich autorach i bibliotekach. Póki co, działa.

A co na to ja? Moim zdaniem niewydane pieniądze z funduszu powinny być pozostawiane bibliotekom na kolejne lata.


Ale mogło przyjść tylko 500 osób!

Jasne. Gdyby spotkanie zostało zorganizowane w piątkowy wieczór w Minneapolis z pewnością zwracałbym się do kilku tysięcy osób (tak było kiedy byłem tam ostatnio). Ale cała ta akcja polega właśnie na przybliżaniu pisarzy czytelnikom z przedmieść, a nie na organizowaniu kolejnych imprez w centrum miasta. Prawie 500 osób na 500-osobowej widowni w pierwsza pogodną niedzielę lata to całkiem przyzwoity wynik jak na Stillwater. (Gdyby przyszło więcej, nie mieliby gdzie usiąść.) Spotkanie zostało wyemitowane - i wciąż jest do odsłuchania - na stronie MPR, dzięki czemu słuchało go wiele tysięcy ludzi w całym stanie i na świecie.


(Jest tutaj, wraz z interesującymi komentarzami: http://minnesota.publicradio.org/collections/special/columns/news_cut/archive/2010/05/second_takes_on_gaimans_fee.shtml


Nie jesteś nawet miejscowym pisarzem! Mieszkasz 230 mil od Stillwater w Green Lake w Wisconsin! Tak napisali na blogu, który rozgłosił całą historię.

Nigdy nie byłem w Green Lake. Mieszkam o pół godziny jazdy od Stillwater. Najwyraźniej kiedy ludzie zamierzają cię użyć do politycznych zagrywek zaczynają kłamać.


45 000 dolarów? Dla autora książek SF? Nigdy o tobie nie słyszałem.

Nic nie szkodzi. Ja o tobie też nie.

....

Równie interesujące, komentarze Cory'ego Doctorowa w dyskusji na Boing Boing http://www.boingboing.net/2010/05/10/neil-gaimans-awesome.html#comment-784346


A skoro już przy tym jesteśmy - recenzja "Instrukcji" z Publishers Weekly, która cieszy mnie szczególnie ze względu na pochwały ilustracji Charlesa Vessa oraz to, że kończy się słowami "dla czytelników w każdym wieku":


Instrukcja

Neil Gaiman, ilustracje Charles Vess, Harper, $14.99 (32 s) ISBN 978-0-06-196030-7

"Dotknij drewnianej furtki w nigdy wcześniej niewidzianym murze" zachęca wiersz Gaimana, który po raz pierwszy pojawił się z zbiorze A Wolf at the Door (2000) [Wilk pod drzwiami], a teraz odrodził się wydany w formie niewielkiej, przepięknie ilustrowanej książeczki. Chodzący na dwóch nogach kot z puszystym ogonem, ubrany w strój godny Robin Hooda wkracza do świata baśni pełnego mniej i bardziej subtelnych aluzji do znanych postaci i opowieści. Drzwi chatki prowadzą do korytarza zbudowanego z dramatycznych łuków, gdzie jego towarzyszem stanie się kot ze zranioną łapą ("jeśli jakaś istota powie ci, że jest głodna, nakarm ją. Jeśli powie ci, że jest brudna, umyj ją.") Wędrowcy podążają naprzód, trafiają do zamku zamieszkanego przez trzy uwiezione księżniczki ("nie ufaj najmłodszej. Idź dalej"), spotykają widmowego przewoźnika i inne stworzenia. Ilustracje Vessa przywołują jego wcześniejszą współpracę z Gaimanem przy "Blueberry girl": eleganckie, kręte linie, splątana winorośl, smugi dymu, smocze ogony i kompozycje, które tworzą kameralną atmosferę. Młodzi czytelnicy będą zachwycać się chimerycznymi wyobrażeniami stworów, natomiast starsi wielbiciele twórczości Gaimana powinni wychwycić, że wskazówki ze świata baśni mogą okazać się przydatne także w świecie realnym. Dla czytelników w każdym wieku. (Maj)

sobota, 8 maja 2010

Co robiłem z okazji Narodowego Tygodnia Bibliotecznego (część druga) (i inne rzeczy)

Neil napisał w poniedziałek 3 maja 2010 o 8:45

Jutro rozpoczyna się akcja Jedna Książka Jeden Twitter. Tu artykuł z Guardiana na jej temat.

Powiedzcie o tym innym. Jeśli używacie Twittera, śledźcie @1b1t2010 i odkopcie swój egzemplarz Amerykańskich bogów. Pamiętajcie, że http://frowl.org/gods to doskonała ściągawka z geografii i bogów z Amerykańskich bogów. I pamiętajcie, że jak w przypadku czytelniczych akcji obejmujących całe miasta - nie ma tu żadnych zasad. Jedna Książka Jeden Twitter zaczyna się jutro, ale możecie zacząć czytać kiedy tylko Wam się podoba i w dowolnym momencie dołączać do dyskusji.

Postaram się odpowiadać na pytania. Być może spróbuję czasem urządzić "Dobrze, teraz odpowiem na wszystkie pytania oznaczone #1b#t, czas start!"

Pojawiły się nominacje do nagród Locus 2010: http://www.locusmag.com/News/2010/04/locus-awards-finalists.html

[Neil jest nominowany za "An Invocation of Incuriosity" (Inwokacja obojętności), opowiadanie z antologii "Songs of the Dying Earth" (Pieśni umierającej Ziemi), która jest hołdem dla twórczości Jacka Vance'a, a w szczególności dla cyklu "Umierająca Ziemia" - przyp. noita]

.....

jestem w Kolonii, właśnie teraz, kiedy piszę te słowa.

A więc w przedostatnim blogu pojechałem do Indianapolis i dostałem nagrodę literacką im. Kurta Vonneguta Jra. Potem bardzo wcześnie rano wstałem i poleciałem do Chicago.

W Chicago odbywał się konwent, C2E2, a mnie poproszono o udział w pierwszym Wieczorze z Neilem Gaimanem organizowanym przez CBLDF od czasów Last Angel Tour dziesięć lat temu.

I zgodziłem się. To był dziwny, długi dzień: ludzie płacili za bilety do 250$ (te "bilety marzeń" sprzedawało CBLDF i ich posiadacze dostawali także autografy) a na widowni było w sumie 1600 osób.

Musiałem podpisać dla CBLDF parę tysięcy rzeczy, a najfajniejsze z nich to grafiki "In Reilig Oran"autorstwa Tony'ego Harrisa. Udzieliłem kilku wywiadów telewizyjnych (i wyglądałem przy tym na nieco bardziej zmęczonego i znękanego, niż zazwyczaj) na różne tematy, od wolności słowa do prywatności w internecie.


Przedstawił mnie Jim Lee.

Czytałem opowiadania. Czytałem wiersze. Mieliśmy przerwę. Odpowiadałem na pytania. Jeszcze trochę poczytałem. Powiedziałem "dobranoc" ponad godzinę po planowym zakończeniu. Było nieźle i choć nie brakowało potknięć, udało nam się zebrać dziesiątki tysięcy dolarów na cele CBLDF. I to jest dobre.

Cat Mihos pomogła mi pisząc o tym; podobnie Valya Lupescu napisał o wszystkim.

Czy wspominałem, że CBLDF ma śliczną nową stronę? http://cbldf.org/


Wstałem rano znów o wiele za wcześnie i poleciałem do Minneapolis, gdzie Cat i ja spotkaliśmy się z Lorraine i dwoma psami, a potem zawiozła nas do Stillwater.

...........

Teraz jestem w Antwerpii. Próbuję żonglować e-mailami, pisaniem na blogu itp. najlepiej jak potrafię. Na szczęście to, co teraz piszę, zapisuję w notatniku, więc nie jestem zależny od bezprzewodowego internetu ani od komputerów. Pisanie wygląda mniej więcej tak:

To ja w Berlinie kilka dni temu, pisze podczas krótkiej przerwy. Nie mam najmniejszego pojęcia co robią moje włosy.
...

Występ w audytorium liceum w Stillwater był świetny. Był transmitowany przez publiczne Radio Minnesota w całości (nie licząc odpowiadania na pytania publiczności po wykładzie) i można go posłuchać po kliknięciu na aplikację na tej stronie. Albo na tej, ufundowanej przez Podatników Stanu Minnesota, z podatku obrotowego.


Ups. Zaraz stracę dostęp do Internetu. Zamieszczę na razie tyle, a potem dokończę. Chyba z Pragi. (Ale zanim pójdę napiszę, że podsunięto mi to jakiś czas temu, a czas już prawię dobiegł końca: to link do strony Kickstarter, gdzie piszą o filmie The Rainbow Boy [Tęczowy Chłopiec/ Syn Tęczy]. Żeby ukończyć zdjęcia musza w 6 dni zebrać 6000$. Dotąd udało im się zebrać 9000$.
Obsada The Rainbow Boy to wyłacznie Indianie Navajo, wielu z nich nigdy wcześniej nie miało do czynienia z aktorstwem. Ok. 60 młodych Navajo poniżej 25 roku życia bierze udział w tworzeniu filmu jako aktorzy, statyści i członkowie ekipy filmowej. Większość zdjęć oraz montaż zwiastuna zakończono w listopadzie 2009.

Link to http://www.kickstarter.com/projects/normanpatrickbrown/the-rainbow-boy-a-prophetic-navajo-story-about-hu. Można dołożyć nawet jedynie 15$.

środa, 5 maja 2010

Namiastka

Neil napisał w czwartek, 29 kwietnia 2010 o 10:20

To właściwie nie jest kolejny post. No może jest, ale to raczej namiastka, dopóki nie trafi mi się wolna godzina, żeby napisać prawdziwy następny post - ten, który z Chicago i CBLDF zabierze mnie do Stillwater i do Anglii, z wulkanami itp po drodze.

W tej chwili gonią mnie terminy, co oznacza, że nie działo się zbyt wiele poza pisaniem i przypalaniem jedzenia. Zaczynam być naprawdę dobry w przypalaniu jedzenia. Głównie pieczonych jabłek, bo mogę je wrzucić do Agi (wielkiego, metalowego, działającego bez przerwy pieca, który jest tu, gdzie teraz mieszkam sam) i zapominam o nich do momentu, aż zrobią się czarne i wtedy trzeba je zdrapywać z wnętrza naczynia.

Odcinek Doctora Who, który napisałem Już Nie Z Myślą O Końcu Pierwszej Serii Jedenastego Doktora Ale O Początku Drugiej Serii Jedenastego Doktora dokończyłem wczoraj i odesłałem wyższej instancji

"Księga Cmentarna" została nominowana do Carnegie Medal. A Chris Riddell otrzymał nominację do Kate Greenway Medal za ilustracje do niej, co czyni z "Księgi cmentarnej" pierwszą od 30 lat książkę nominowaną do obu tych nagród. (Żeby jeszcze skomplikować sprawę, konkurentem Chrisa jest Dave McKean nominowany do nagrody Greenway z naszą wspólną książkę "Crazy Hair".)

Tu są nominacje do Carnegie Medali komentarze jurorów: http://www.carnegiegreenaway.org.uk/pressdesk/press.php?release=press_carnegie_2010_shortlistcomments.htm

Jestem także coraz lepszy w wypędzaniu owiec z ogródka.

Z innych wieści - zakończyło się głosowanie na Jedną Książkę na Jednym Twitterze.

Jeff Howe z Crowdsourcing wyjaśnia zamysł tutaj, na stronie z ankietą:

Tym, którzy dopiero do nas dołączyli wyjaśniam, że One Book, One Twitter (#1b1t) [jedna książka, jeden Twitter] to przedsięwzięcie, które ma zachęcic wszystkich użytkowników Twittera do przeczytania tego lata tej samej książki. Zazwyczaj takie wielkie programy czytelnicze organizowane są w określonym miejscu. Seattle rozpoczęło modę na wspólne czytanie w 1998, kiedy tłumy mieszkańców miasta sięgnęły po "Słodkie jutro" Russella Banksa. Kilka lat później, w Chicago czytano "Zabić drozda".

To Wielkie Czytanie będzie zorganizowane wokół Twittera i do diabła z ograniczeniami geograficznymi. Przez ostatnie kilka tygodni ludzie z całego świata wybierali sześć książek na listę do ostatecznego głosowania.
Dokładniejsze wyjaśnienia znalazły się na stronie http://www.huffingtonpost.com/jeff-howe/what-if-everyone-on-twitt_b_545080.html.

Nie rozgłaszałem tego za bardzo, bo kiedy napisałem o akcji po raz pierwszy, niektórzy twierdzili, że zachęcam do głosowania na siebie (choć już wtedy "Amerykańscy bogowie" byli na prowadzeniu). Chciałem, żeby było jasne, że nie staram się zbierać głosów, ani w czasie nominacji, ani w późniejszym głosowaniu. Ale uważam, że Jedna Książka Jeden Twitter to wspaniały pomysł, taki ogólnoświatowy klub czytelniczy.

Głosowanie zakończyło się kilka godzin temu i zwyciężyli "Amerykańscy bogowie", więc już wolno mi o tym pisać. Jako autor jestem trochę zadowolony, a trochę nie, bo ta książka bardzo dzieli ludzi. Niektórzy ją uwielbiają, niektórzy tak jakby lubią, a niektórzy zupełnie jej nie znoszą. (Dla kontrastu z powiedzmy "Księgą cmentarną", którą niektórzy uwielbiają, niektórzy lubią i dość nieznaczna ilość osób jej nie znosi.) Nie jest to książka, która poleciłbym każdemu, bo ludzie, którzy nie znają mojej twórczości i znienawdzą "Amerykańskich bogów" (a którym mogły spodobać się "Gwiezdny pył", "Księga cmentarna" czy "Sandman") pewnie nie będą już chcieli mieć z nią nic wspólnego.

(Na stronie Amazon.com, "Amerykańscy bogowie" dostali 535 oceny na 4 lub 5 gwiazdek oraz 128 recenzji z 1 lub 2 gwiazdami: czyli co piątej osobie naprawdę się nie spodobali. Za to "Księga cmentarna" ma 321 recenzje z 4 i 5 gwiazdami i tylko 31 z 1 lub 2 - dziesięć do jednego.)

Ale tak wyszło i bardzo się cieszę, że mam udział w uruchomieniu tak nowego przedsięwzięcia i zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby pomóc. Dzisiaj oznacza to upewnienie się, że wydawcy "Amerykańskich bogów" na całym świecie dowiedzą się o akcji, a przez następne kilka miesięcy - wysyłanie poprzez Twitter przeprosin tym, którzy utknęli, poczuli się urażeni albo będą bardzo, ale to bardzo zagubieni w czasie lektury.

A kiedy czytanie dobiegnie końca, jeśli Crowdsourcing i czytelnicy będą chcieli, mogę udzielić jakiegoś twitterowego wywiadu i odpowiadać na pytania ograniczając się do 140 znaków.

A Dwa Dni Temu wyszła "INSTRUKCJA".

I jeśli przegapiliście, to jest link do strony ze wspaniałym klipem przygotowanym przez Brady'ego Halla dla HarperChildrens ze szkiców i gotowych ilustracji Charlesa Vessa z moim nagraniem wiersza z audiobooka "Rzeczy ulotnych".

Dobra. Wracam do pracy. Porządny post wkrótce. Z pytaniami, odpowiedziami i wszystkim co trzeba.
 
Copyright 2009
Original theme by WP Themes Creator, modified by VARALI, main graphics by KUNDAGI