Zdjęcia ze spotkania z "Chłopakami Anansiego" w Białołęckim Klubie Książki

piątek, 17 marca 2017

O tłumaczeniach

Neil napisał w poniedziałek 13 marca 2017 r. o 6:01

Drogi Neilu,

Uczę przekładu na Uniwersytenie Notthingham i co roku prowadzę dodatkowe zajęcia z tłumaczeń kulturowych. Jeden tydzień zajęć przeznaczam na wykonanie przez studentów analizy i tłumaczenia zakończenia „Księgi cmentarnej”, ze szczególnym naciskiem na uchwycenie ładunku emocjonalnego, który te strony zawierają.

Większość moich studentów to ludzie dość młodzi (21-25 lat) i pracujący na języki bardzo od angielskiego oddalone (np. chiński, słoweński, rosyjski, arabski) i wielu z nich czuje dużo niepewności dotyczącej tego na co mogą sobie pozwolić, jeśli chodzi o składnię, wybory leksykalne, kolokacje itp. w tłumaczeniach literackich. Najwięcej trudności sprawia piosenka pani Owens, ponieważ próby odwzorowania rytmu i rymów tak, żeby trzymać się możliwie blisko angielskich słów, zwykle kończy się nieporadną rymowanką. Niektórzy decydują się na zastąpienie niektórych zawartych w oryginale obrazów innymi, czego efektem bywają bardzo piękne wiersze, które potrafią przypominać np. chińskie kołysanki, z rymami włącznie, podczas gdy inni tłumaczą praktycznie słowo w słowo, żeby nie ingerować w tekst oryginału.

Wiem, że różni pisarze mają różne zdania na temat tego, co wolno, a;&nbspczego nie wolno tłumaczom: Tolkien był za zachowywaniem oryginalnego brzmienia nazw, Eco wolał zachowanie scen i rytmu, ale niekoniecznie tych samych elementów i odniesień kulturowych, które zastosował. Zastanawiam się, czy mógłbyś dodać swój komentarz. Co powiedziałbyś (albo co mówiłeś) tłumaczowi pracującemu nad twoją twórczością, żeby – jak ująłeś to kiedyś w wywiadzie – sprawić, że pod koniec „Księgi cmentarnej” czytelnikowi „zakręci się łezka w oku”?

Mam nadzieję, że to przeczytasz i że znajdziesz chwilę na odpowiedź, a;&nbspchciałbym również zdradzić, że za każdym razem, kiedy zajmujemy się tym zadaniem, kiedy czytamy opis pożegnania z Nikiem, nagle na sali pojawia się całkiem sporo chusteczek.
Dziękuję za wszystko co robisz, Neil. Twoja praca naprawdę coś znaczy.

Klaus


To znakomite pytanie i nie jestem przekonany, czy można na nie jednoznacznie odpowiedzieć. Nie wydaje mi się, żeby istniały w tej kwestii jasne, sztywne zasady, może raczej zestaw warunków „jeżeli… to…”.

Co do piosenki pani Owens, chciałbym, żeby czytelnik odebrał ją jako kołysankę, jeżeli jest to możliwe do zrobienia w tłumaczeniu. Jeżeli nie, lepiej oddać ją bardziej dosłownie. Chciałbym, żeby czytelnik, niezależnie od swojego rodzimego języka, miał okazję doświadczyć wrażeń możliwie zbliżonych do doświadczenia angielskojęzycznego czytelnika czytającego po angielsku. Metrum nie musi być takie samo jak moje, rymy nie muszą być moimi rymami, ani słowa dokładnie moimi słowami, jeżeli całość jest kołysanką i przekazuje to samo.

(Najtrudniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek miałem do zrobienia jako pisarz – a;&nbspprzynajmniej zadanie, przy którem spędziłem najwięcej czasu nad najmniejszą liczbą słów – to napisanie angielskiego tekstu piosenki do motywu przewodniego z;&nbsp„Księżniczki Mononoke” i do pieśni kobiet Tatara. A nie jestem nawet pewny, czy słowa tej drugiej słychać w filmie. Wyzwanie polegało na tym, żeby oddać japoński tekst po angielsku w sposób umożliwiający zaśpiewanie go w rytm japońskich melodii.)

Zakładam, że tłumacze mają w swoim arsenale potężny zbiór narzędzi do dyspozycji. Niektórzy z;&nbspmoich tłumaczy postanawiali zachować imiona postaci, a;&nbspinni zmieniali tytuły książek (po francusku „Księga cmentarna” to L'Etrange Vie de Nobody Owens – „Osobliwe życie Nika Owensa”); niektórzy zmieniali imiona postaci, zachowując tytuł książki (We francuskim wydaniu „Amerykańskich bogów”, wydanych – we Francji – jako „American Gods” pan Wednesday nosi nazwisko Voyageur [„Wędrowiec”], bo Wednesday, czyli „środa” to po francusku mercredi, a zatem Dzień Merkurego, a nie Odyna).

Nie chciałbym, żeby tłumacze wkraczali pomiędzy czytelnika a książkę. (W jednym z dawnych francuskich wydań „Gwiezdnego pyłu” tłumacz uznał, że książka jest alegorią opartą na „Wędrówce pielgrzyma” Johna Bunyana i dodał przypisy, żeby czytelnik na pewno to zrozumiał.) Nie chcę, żeby tłumaczenie zawierało błędy, które w dobie wyszukiwarek są niewybaczalne. (Ten sam francuski tłumacz myślał – i dodał stosowny przypis – że Unseelie Court [w polskim tłumaczeniu Złowrogi Dwór] to skomplikowana gra słów łącząca znaczenia prefiksu przeczącego un- oraz słów „widzieć” (see) i „kłamać” (lie), a nie część klasyfikacji elfów i wróżek.

Nigdy nie mam nic przeciwko pytaniom od tłumaczy. Czasami po prostu czegoś nie rozumieją, czasami chcą wiedzieć, która część jakiegoś zagadnienia jest dla mnie ważna. Czasami mają pytania, które ujawniają moje wpadki dostrzeżone, bo wczytują się w tekst niezwykle uważnie.

Zakładam, że dla różnych języków i różnych tłumaczy będą rzeczy łatwiejsze i;&nbsptrudniejsze do przetłumaczenia. Gry słów i;&nbspelementy właściwe językowi angielskiemu zawsze będą trudne – tu moja jedyna rada dla tłumaczy to robić, co się da i mieć świadomość, że nie wszystko da się zrobić. Ale jeżeli to możliwe, próbować oddać klimat tego, co starałem się osiągnąć.

Pomogłem?


niedziela, 5 marca 2017

Czy ja w ogóle mam albo potrzebuję immunitetu dyplomatycznego?

Neil napisał w niedzielę 26 lutego 2017 r. o 15:20

Piszę to w samolocie, w drodze do Australii, gdzie  się zaszyję i wrócę do egzystencji człowieka piszącego powieść, a życie zmieni się w nieustającą batalię człowieka z pustą kartką, człowieka z tym, co ma wydarzyć się dalej i człowieka z bohaterami jego książki, którzy mają inne zdanie na temat tego, czym powinni się teraz zajmować.

Ale czas spędzony w trasie był fascynujący. Nie zdarzało się, żebym nie był padnięty: na początku wiedziałem, że muszę wytrzymać tylko do drugiego weekendu, ale do czasu, kiedy ten nadszedł, plany się zmieniły i nagle spędzałem 36 godzin na Islandii, filmując mini-materiał dokumentalny do Amerykańskich bogów. Było wspaniale: kocham Islandię. Ale byłem zmęczony i tak naprawdę niewiele Islandii zobaczyłem.

(Mój ulubiony moment, to kiedy jeden z reżyserów zapytał, czy mogą sfilmować, jak czytam "Amerykańskich bogów" stojąc w jakimś zaułku. Zaproponowałem, że jeśli nie mają nic przeciwko, to może zajrzymy do księgarni, a ja poprzeglądam książki. Tak właśnie zrobiłem i przy okazji podpisałem tyle książek ile zdołałem w czasie, który nam pozostał, bo spieszyliśmy się, żeby wykorzystać resztki zachodzącego lutowego słońca.)




Islandia jest naprawdę przepiękna. I gdyby nie ona, nie byłoby "Amerykańskich bogów"...

Miałem trochę wspaniałej zabawy. Wywiady radiowe dla BBC były tak różne od siebie i tak świetne. Mój występ w Royal Festival Hall też się znakomicie udał, a w przerwie obiadowej pojawiłem się na tej samej scenie jako niespodziewany gość Chrisa Riddella oraz miałem okazję poznać Posy Simmonds i natychmiast zmieniłem się w oszołomionego spotkaniem z idolką nastolatka.

Chris został jeszcze trochę, żeby porysować, podczas kiedy ja tego samego wieczora mówiłem i udzielałem wywiadu:



...

Teraz jestem w Melbourne, w Australii, jest dwa dni później i nie mam zdania, gdzie podziało się ostatnie 48 godzin. Odespałem (Amanda i Ash są w Adelaidzie, gdzie ona koncertuje), zaatakowałem górę e-maili, które na mnie czekały, spędziłem trochę czasu z chorym przyjacielem, a dzisiaj wreszcie usiadłem na trochę do pisania powieści.

"Mitologia nordycka" ukazała się 7 lutego i natychmiast trafiła na pierwsze miejsca sprzedaży w USA, Wielkiej Brytanii i Kanadzie. W drugim tygodniu spadła na drugie miejsce w Stanach, ale w Kanadzie i Wielkiej Brytanii jakoś utrzymała się na pierwszym miejscu, mimo, że w wielu księgarniach się wyprzedała. To zjawisko rozchodzenia się na pniu bardzo mnie ucieszyło i nieco zaskoczyło - moje książki zawsze się sprzedają, ale zwykle w rozsądnych ilościach i normalnym tempie, a jestem autorem bestsellerów, bo te rozsądne ilości sprzedają się bez końca. Nie zdarza się, żeby internauci opowiadali, że odwiedzili pięć księgarni i dorwali ostatni egzemplarz (albo i nie) w dużej czy małej miejscowości, gdzie mieszkają. Ludzie (znajomi, rodzina, dziennikarze, nawet Amanda) mówią, że i ja i wydawca i księgarnie musieliśmy się spodziewać takiego zainteresowania, na co ja odpowiadam, że gdybyśmy się spodziewali takiego entuzjazmu i tempa sprzedaży, od początku wydawca drukowałby więcej, a księgarnie zamówiłyby znacznie więcej książek, a ja z kolei nie ociągałbym się z jej napisaniem przez cztery lata...

Ale wtedy myślę sobie, że może ta książka okazała się tak niesamowicie popularna po części dlatego, że wyszła teraz i to był odpowiedni moment na jej publikację.

Ukazało się mnóstwo fantastycznych artykułów na jej temat i cała masa świetnych recenzji. Bardzo podobał mi się ten artykuł z the Atlantic
i ta recenzja na blogu, która moim zdaniem adekwatnie oddaje to, co usiłowałem zrobić: 

Podobała mi się recenzja Jamesa Lovegrove'a z Financial Times: 

Sarah Lyall przyszła na nowojorski występ i przeprowadziła ze mną wywiad dla New York Timesa:

A tu można mnie posłuchać w podcaście New York Times Book Review:

Michael Dirda zaczyna swoją recenzję "Mitologii nordyckiej" tak, że żołądek podchodzi mi do gardła, a i cała recenzja jest jak jazda kolejką górską (ale taka, po której cieszysz się, że do niej wsiadłeś):

I teraz zdaję sobie sprawę, że jeśli będę w dalszym ciągu linkował do wywiadów itp. pojawiających się po obu stronach Atlantyku, ten post nigdy się nie skończy...

A więc macie okładkę niedawnego dodatku Australian Sunday: nie dajcie się zwieść podanej dacie 1977.


...

W temacie publicznych wystąpień: Na podstronie Gdzie jest Neil znajdziecie list miejsc,w których się w tym roku pojawię. Z wydarzeń zaplanowanych na wiosnę, Seattle jest wyprzedane, tak samo jak Santa Rosa i Boston, Costa Mesa jest prawie wyprzedana, Mesa, AZ schodzi szybko i jest jeszcze... wciąż bardzo, bardzo dużo biletów do San Diego.

Nie wiem dlaczego tak jest. Jeśli jednak mielibyście ochotę przyjść i zobaczyć jak opowiadam i czytam i odpowiadam na pytania i takie tam, a nie dostaniecie biletu na żaden z pozostałych wieczorów, San Diego jest oddalone o zaledwie dwie godziny jazdy pociągiem od LA, a w pociągu mają nawet WiFi, i to niecałe trzy godziny samolotem ze Seattle. I póki co, są wolne miejsca. ("San Diego. Więcej nić ComicCon.")

Mam też wieści na temat jedynego wystąpienia w okolicach Nowego Jorku: odbędzie się 15 kwietnia w Bard College, gdzie jestem wykładowcą. Będzie w całości poświęcone "Amerykańskim bogom", a rozmawiać ze mną będzie mój specjalny gość, producent wykonawczy i jeden z showrunerów serialu, Bryan Fuller. Mamy nadzieję pokazać wam tego wieczora co nieco na dużym ekranie. W końcu to będzie zaledwie dwa tygodnie przed premierą pierwszego odcinka.

Dla członków społeczności Bard wstęp jest wolny, bilet dla reszty świata kosztuje 25$. Szczegóły tutaj:
...

Co mi przypomina:

Mamy już datę premiery AMERYKAŃSKICH BOGÓW: pierwszy odcinek pierwszej serii zostanie wyemitowany w USA przez stację Starz 30 kwietnia i będzie go można oglądać również cyfrowo, na kanale Starz w Amazon Prime.



Poza Stanami będzie można oglądać "Amerykańskich bogów" na Amazon Prime Video od 1 maja.

...

Najważniejsza wieść ze wszystkich, ważniejsza nawet i bardziej ekscytująca niż Międzynarodowy Bestseller Numer Jeden czy wspaniały serial telewizyjny na podstawie mojej książki jest następująca:
zostałem mianowany Ambasadorem Dobrej Woli ONZ ds. Uchodźców. Mam nawet świadectwo. (Jest niebieskie i wielkości paszportu.) Nie wiem co to naprawdę oznacza: zamierzam kontynuować pracę, którą wykonuję od 2013 roku, żeby zwracać uwagę opinii publicznej na uchodźców, szerzyć świadomość oraz informacje i im pomagać.

Byłem zawiedziony, kiedy się dowiedziałem, że nie przysługuje mi się immunitet dyplomatyczny od mandatów za złe parkowanie.*

Tutaj jest ogłoszenie z wywiadu podczas facebookowej transmisji na żywo, w której rozmawia ze mną Jonathan Ross, a ja odpowiadam na pytania od oglądających. Wywiad zaczyna się od ok. 4:30.







*Żart. Kiepski żart. Ambasadorzy Dobrej Woli ONZ sami opłacają swoje mandaty za parkowanie, bilety lotnicze, pobyty w hotelach etc.

Czytanie George'a Reynoldsa w samolocie

Neil napisał w niedzielę, 12 lutego 2017 r. o 1:17

Krótka refleksja przy okazji lektury "Wagnera Wilkołaka" George'a W M Reynoldsa
[wydanego w 1846 - przyp. noita]

Zupełnie oczywistym, niepodważalnym i niepozostawiającym najmniejszych wątpliwości, najdroższy czytelniku, wydał mi się fakt, że ta osoba, ten zacny gentleman o poczciwym sercu i wejrzeniu, autor rzeczonej opowieści, mężczyzna o włosach przyprószonych siwizną znamionującą wiele zim spędzonych na tym łez padole, a pomimo tego odznaczający się rumianym obliczem i usposobieniem chłopca nie starszego niż trzynaście wiosen, chłopca gotowego wyruszyć na przygodę w letni poranek z kieszeniami wypełnionymi szklanymi kulkami, o tak, a może nawet również kilkoma figurkami zwierząt, które razem składałyby się na istną Arkę Noego, ów jegomość, o którym mówię, osoba ta, ten czcigodny, szlachetny i staroświecki starzec, a jednak duchem młodzieniec, otrzymywał, bezdyskusyjnie i niezaprzeczalnie, jako że nikt nie mógł i nie może zadać temu kłamu z czystym sumieniem i szczerym sercem, powiadam wam, ten mężczyzna płacę i wynagrodzenie za swoją mozolną pracę otrzymywał od słowa.

środa, 8 lutego 2017

Najdłuższy dzień

Neil napisał w środę 8 lutego 2017 r. o 6:11

Siedzę w samolocie do LA, gdzie przesiądę się do innego i polecę do Nowego Jorku. Mój budzik zadzwonił w Hobart na Tasmanii o 4 rano 8 lutego. (Byłem w Muzeum MONA, gdzie Amanda będzie występować. Być może są ładniejsze miejsca na spędzenie nocy niż pawilony MONA i lepsze miejsca niż restauracja Source w Muzeum i może istnieją też efektowniejsze muzeo-galerio-kryjówki złoczyńców z Jamesa Bonda, ale ja takich jeszcze nie widziałem.) Wyląduję w Nowym Jorku około szóstej po południu 8 lutego, jakieś 30 godzin po wyruszeniu w drogę.

Wczoraj, choć kiedy to piszę może nadal trwać dzisiaj, był lub jest dzień premiery „Mitologii nordyckiej”. Wygląda, że trafiła wprost na pierwsze miejsce listy bestsellerów Amazon 
(na http://www.bit.ly/NorseMythology), co bardzo mnie zaskoczyło. Nie żebym narzekał. Ale wolałbym cieszyć się tym wśród bliskich, zamiast siedzieć w ciemności na pokładzie samolotu.

Wraz z rodziną i pracownikami Bookend Trust wybraliśmy się do schroniska Bonorong Animal Sanctuary na Tasmanii. Jeżeli jesteście w okolicy, odwiedźcie je. Przyjmują ranne ptaki i inne zwierzęta, opatrują je, a potem – jeśli to możliwe – starają się wypuścić je na wolność. Myśmy karmili kolczatkę, paszczaka australijskiego, lotopałankę, wombata i całe mnóstwo kangurów…


Pojawiło się kilka artykułów o mitologii nordyckiej. Przemiły zamieszczono w Guardianie, choć z niepotrzebnie skandalizującym nagłówkiem (na który, sądząc po komentarzach, wiele osób się złapało) https://www.theguardian.com/books/2017/feb/04/neil-gaiman-interview-books
Samolotowy Internet zaczyna szwankować, więc zamieszczę ten wpis i spróbuję uciąć sobie drzemkę. To będzie długi dzień.

Dziękuję wszystkim, którzy kupili „Mitologię nordycką”. Dziękuję wszystkim, którym się podobała i którzy polecili ją innym… Dziękuję!


wtorek, 31 stycznia 2017

Mitologia nordycka i Studnia Mimira

Na podstawie wywiadu z audycji Drive Richarda Glovera, 31.01.2017
http://www.abc.net.au/radio/sydney/programs/drive/neil-gaiman/8227584

Richard Glover: Wyobraźcie sobie, że dostajecie magiczny młot. Niezniszczalny, nigdy nie chybia celu, zawsze wraca jak magiczny bumerang i zmienia wielkość w zależności od potrzeb. Takie właściwości ma młot Thora, opisany w jednej z wielu opowieści zawartych w „Mitologii nordyckiej” Neila Gaimana, który jest dziś naszym gościem.

Neil Gaiman: Ten młot jest fantastyczny, a najwspanialsze jest to, że Thor go otrzymał, bo Loki – naczelny psotmistrz wśród bogów – z powodu, który nigdy nie został dostatecznie wyjaśniony – ogolił głowę żony Thora. Pewnego dnia piękna Sif obudziła się zupełnie łysa, więc Thor kazał Lokiemu naprawić szkodę. Ten z kolei chciał podstępem skłonić karły do zrobienie peruki dla Sif.

RG: A przy okazji powstało całe mnóstwo magicznych przedmiotów.


NG: Tak, bo Loki postanowił zrobić z tego ogromny konkurs, po czym próbował przeszkodzić współzawodniczącym karłom – Brokkurowi i Atriemu*. Dlatego trzonek młota Thora jest nieco przykrótki – z powodu sabotażu Lokiego.

RG: A właśnie, nordyccy bogowie niekoniecznie miewają dobre zamiary, jak bóg w tradycji chrześcijańskiej. Czasami, choć nieczęsto, da się ich lubić. Ale bardzo często są zdradzieccy, a Loki to wręcz uosobienie chaosu.

NG: On ciągle mąci, czasami z korzystnym skutkiem. Ale w miarę rozwoju całej historii zarówno opowieści, jak i on sam, robią się coraz bardziej mroczne i ponure. Ostatecznie doprowadza do Ragnaroku, końca wszystkiego.
Ale uwielbiam fakt, że bogowie nie są dobrzy. Niekoniecznie są źli, po prostu postępują zgodnie ze swoją naturą. Czasami ich interesy zderzają się ze sobą.
Na przykład Thor jest potężny, ma magiczny młot o niesamowitej mocy, nie chciałbyś stanąć mu na przeszkodzie. Ale jednocześnie nie jest szczególnie bystry. Nie był bogiem inteligencji, raczej bogiem walenia w różne rzeczy i to wyraźnie widać.
Z kolei Loki jest niewiarygodnie mądry, ale jego inteligencja równie często wpędza bogów w tarapaty, co z nich wyciąga.

RG: Podczas lektury można łatwo dostrzec coś, o czym pisał Joseph Campbell: wszędzie natykamy się na motywy obecne i w baśniach braci Grimm i rdzennych australijskich mitach o stworzeniu świata i Biblii. Opisałeś historię stworzenia zupełnie różną od tradycji chrześcijańskiej, która zaczyna się od okropnej śmierci, ale za chwilę mamy praktycznie historię Adama i Ewy: dwa kawałki drewna, z których powstaje kobieta i mężczyzna. W dodatku mają imiona, które brzmią całkiem podobnie.

NG: Ask i Embla – czyli jesion i wiąz, bo z tych drzew właśnie stworzono ludzi.
Nie dowiemy się ile zapożyczania, podróżowania i opowiadania miało miejsce w historii świata. Bo mity nordyckie, kiedy jeszcze nie były mitologią, tylko potężnymi opowieściami o wierzeniach, były opowiadane w tym samym czasie, co opowieści żydowskie, przedchrześcijańskie.
A ludzie podróżowali. Niedawno przeczytałem w „Guardianie” znakomity artykuł o badaniu metalu, z którego powstawały miecze wikingów. Okazało się, że te najlepsze pochodzą z Afganistanu. To daje pojęcie o zasięgu podróży. A wraz z ludźmi podróżują opowieści.

RG: Ale zwolennicy tezy Campbella zwracają też uwagę na niesamowite zbieżności pomiędzy opowieściami ludów, które – z tego, co wiemy - nie podróżowały. Istnieją podobieństwa pomiędzy mitami rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej i Australii a Europejskimi.
Campbell twierdzi, że to coś tkwiącego w człowieku. Tak jakby wszyscy ludzie byli instrumentami nastrojonymi w tej samej tonacji.

NG: Zgadzam się, tworzenie opowieści mamy we krwi.
To tak jak z psami i wilkoworami tasmańskimi. Na pierwszy rzut oka wyglądają tak samo. Dopiero kiedy przyjrzymy się bliżej, widać dziwaczne różnice. To po prostu równoległa ewolucja. Kiedy potrzebny jest pies, natura dostarcza odpowiednio „psie” stworzenie.

RG: Chcę jeszcze zapytać o twoje dzieciństwo i jak w ogóle natknąłeś się na materiał, który tak mocno wpłynął na twoją twórczość. Ale najpierw opowiedz nam coś. Te historie mają być przecież opowiadane.

NG: Tak! I cieszy mnie myśl, że mogą być opowiadane przy świecach, przy ognisku, w zimne noce… Może w Australii nie macie ich za wiele, ale powinno wystarczyć.

RG: Tu zasiadamy i snujemy opowieści wokół klimatyzatora…

NG: Przeczytam bardzo krótkie opowiadanie:  Studnia Mimira [proszę klikać, opowiadanko po polsku!]



RG: Aż ciarki chodzą po plecach!
To ciekawe, że można odnaleźć w nim ten sam motyw poświęcenia, który leży u podstaw tradycji chrześcijańskiej. Opowieść jest inna, ale i w historii ukrzyżowania Jezusa i tutaj chodzi o oddanie części siebie, żeby uzyskać coś w zamian.

NG: Dokładnie tak. A paralele pomiędzy Odynem a Jezusem są przedziwne. Chrystus wisi na krzyżu i zostaje raniony włócznią centuriona. Odyn wiesza się na drzewie świata, Yggdrasilu, jako ofiara złożona samemu sobie i pozostaje tam przez 9 dni. Jego bok też zostaje przebity włócznią. Po tym czasie schodzi z drzewa wypełniony mądrością i zrozumieniem świata.
To niewiarygodne, jak te opowieści wciąż rezonują. Chciałem je przedstawić na sposób współczesny i aktualny.
Pytałeś o moje dzieciństwo. Natknąłem się na tę mitologię w brytyjskich przedrukach komiksów Marvela (Mighty Thor). Pomyślałem, że są super i chciałem dowiedzieć się więcej, więc sięgnąłem po „Mity skandynawskie” Rogera Lancelyna Greena. Tam miałem Thora i Lokiego oraz ich przygody w krainie olbrzymów: np. kiedy spędzili noc w dziwacznej chacie, która potem okazała się rękawiczką olbrzyma. To było bardzo dziwaczne i bardzo ciekawe. Kiedy wróciłem do tych historii jako dorosły uznałem, że choć są pięknie napisane to bardzo się zestarzały. A warto przestawić je współcześnie, jakby opowiadało się o ludziach, na których mógłbyś się natknąć w pubie. Jaki jest Loki? Nie można mu ufać, a kiedy się napije staje się naprawdę niebezpieczny.

RG: Co cię pociąga w tym magicznym świecie? Ta mitologia inspirowała nie tylko ciebie i każdy, kto czytał książki twoje, czy Tolkiena, albo chociaż widział filmy o Władcy Pierścieni, zna świat, w którym króluje magia… Ale można też powiedzieć: to nie jest prawdziwy świat i nie wierzę w takie zmyślenia.
Wyjaśnij, co cię fascynujące w świecie, gdzie drzewa chodzą, a pierścienie jarzą się mocą?

NG: W tej chwili widzę wiele elementów mitologii, które zakradają się do prawdziwego świata i to bardzo dziwne uczucie. Jedna z historii, którą nazwałem „Mistrz murarski”, opowiada o ogromnym murze, który bogowie chcą wznieść wokół Asgardu, żeby zastąpić drogę olbrzymom. Szczególnie teraz jest to uderzająco aktualny motyw. Jeszcze bardziej niż kiedy o tym pisałem.
Wszystko zmierza do Ragnaroku.

RG: Do zagłady, końca świata.

NG: A tak nie powinno być, z nadejściem Ragnaroku należy walczyć, wszelkich katastroficznych scenariuszy należy unikać. Z jednej strony takie opowieści pozwalają uciec. To niekoniecznie eskapizm, ale opowieści mogą dać fantastyczne schronienie. Pozwalają też przechylić rzeczywistości o powiedzmy 45 stopni – i pokazać zupełnie inny kąt widzenia rzeczy, które wydają ci się znajome.
W wydanym 20 lat temu „Nigdziebądź” chciałem mówić o bezdomnych na ulicach Londynu i innych wielkich miast, którzy stają się niewidzialni. Gdybym po prostu napisał o bezdomności, powieść trafiłaby tylko do zainteresowanych tematem.
A jeżeli zrobię z tego dziwną przygodę w Londynie Pod ze złoczyńcami i potworami, możesz wziąć udział w tej przygodzie, ale być może po lekturze pomyślisz o ludziach, którzy są „niewidzialni”, bo udajesz, że ich nie dostrzegasz.
W ten sposób można mówić o rzeczach trudnych do przełknięcia. I zwracać uwagę na rzeczywistość w sposób, który nie byłby możliwy, gdybym po prostu wpychał tę rzeczywistość na siłę.

RG: W przypadku tej książki ciężkie może być to, że nordyccy bogowie sami są winni własnej zagłady.

NG: Dokładnie. Podróż w kierunku Ragnaroku jest fascynująca. Przez pierwsze pół książki nawet przyjemnie się czyta o przygodach Lokiego, podziwia się jego błyskotliwość. Co prawda rozrabia, ale jest niegrzecznym chłopcem, a nie siłą zła.
Nagle akcja się zmienia, Loki planuje morderstwo Baldura, stara się przeszkodzić w jego wskrzeszeniu, to on jest inżynierem końca świata.
Wtedy myślisz sobie: czasami ludzie nie są po prostu złośliwi, tylko naprawdę mają zgubne intencje.

RG: To ciekawe, że w każdym z opowiadań można odnaleźć zalążek tego zniszczenia.

NG: Starałem się skonstruować książkę w ten sposób. Kiedy pisałem, wróciłem do Eddy młodszej Snorriego Sturlusona, która powstała na Islandii tysiąc lat temu, i do Eddy starszej, która jest zbiorem poematów. Starałem się oprzeć na tym, jak te historie były opowiadane tysiąc lat temu.
Ale można poczuć, że w każdej z nich jest zapowiedź tego zmierzania ku zagładzie.
Chciałem zrobić z tego przewijający się motyw, taką dziwną mandalę. Niby jest to zbiór mitów, ale mam nadzieję, że po lekturze wszystkich wrażenie będzie podobne do przeczytania powieści.
To nie jest powieść, ale ta książka zabiera cię ze sobą w przedziwną podróż.



RG: Zostawmy ziarna zniszczenia. Wygląda na to, że opuszczasz swoją amerykańską ojczyznę i przenosisz się do nas? Dostaliście z żoną wizę na 5 lat?

NG: Tak, Amanda zaraziła mnie miłością do Australii. Kiedy się poznaliśmy, spędzała tu zimy. Kiedy przyjechaliśmy tu razem po raz pierwszy, występowała w Operze w Sydney i wyciągnęła mnie na scenę, żebym przeczytał wiersz z okazji Dnia Australii – o lokalnej megafaunie.

RG: Nie lubimy jej tutaj za piosenkę o Vegemite, ale mów dalej.

NG: Ale ja uwielbiam Vegemite! I dlatego ona ze mnie kpi w tej piosence.
Amanda ma teraz rezydencję artystyczną w Melbourne i koncertuje, podczas gdy w Ameryce zrobiło się zimno – dosłownie i w przenośni.

RG: A więc witam cię jako honorowego obywatela Australii przez najbliższe 5 lat 



*Słychać „Atri” i choć  za Eddą  ten drugi powinien się nazywać Sindri, trzeba poczekać do publikacji, żeby się przekonać o co tu chodzi – przyp. noita
 
Copyright 2009
Original theme by WP Themes Creator, modified by VARALI, main graphics by KUNDAGI