Zdjęcia ze spotkania z "Chłopakami Anansiego" w Białołęckim Klubie Książki

sobota, 5 sierpnia 2017

Osobliwy nie-wywiad z cyklu „Tyle wiem” dla dziennika The Guardian


Kiedyś byłem wystarczająco znany w idealnym stopniu. Od roku 1992 do mniej więcej 2008 nigdy nie byłem tak sławny, żeby bez problemu załatwić stolik w modnej restauracji, ale jeżeli potrzebowałem się z kimś skontaktować, moje telefony były odbierane. Teraz jestem rozpoznawany na ulicy. Nie czuję się już jak życzliwa, niewidzialna osoba, która obserwuje życie, ale w nim nie uczestniczy, a to właśnie lubię robić jako pisarz.

Nic tak nie uczy pisarza pokory jak czytanie list bestsellerów sprzed lat. Zna się zwykle te tytuły, które doczekały się ekranizacji. A najczęściej zdajesz sobie sprawę, że najpoczytniejsze dzisiaj książki jutro będą zapomniane.

Na swoje drugie urodziny dostałem kostium kowboja i nigdy nie miałem okazji go założyć. Któregoś dnia dzieciaki z okolicy bawiły się w kowbojów i Indian, więc pomyślałem: „Nareszcie! To moja szansa!” i pobiegłem do domu założyć kostium, a kiedy wróciłem, oni już skończyli się bawić i się rozeszli. Noszenie kostiumu kowboja nie ma sensu, jeśli jesteś sam.

Brakuje mi dawnej prędkości dostępu do pamięci. Kiedyś potrzebne słowa przychodziły do mnie z łatwością, a teraz czuję się jak artretyczny, podstarzały dżentelmen, który musi wstać, powoli wspiąć się po schodach wiele, wiele pięter i poszperać w zakurzonych szufladach. W końcu wraca, po jakichś czterech dniach, zwykle koło w pół do drugiej nad ranem, siada i oznajmia: „Ach, tak! Zmierzchowy. Tego słowa szukałem.”

Zdj. Tim Knox/Observer

Od kiedy zjadłem kolację z Lou Reedem staram się unikać spotkań z osobami, które onieśmielają mnie swoją sławą. To była świetna kolacja, ale kiedy dobiegła końca, Lou Reed nie był już moim bohaterem, a ja nie mam ich wielu. Z determinacją unikałem spotkania z Davidem Bowiem, co było o tyle trudne, że zaprzyjaźniłem się z Duncanem Jonesem, jego synem, a potem stało się jeszcze trudniejsze, bo przeprowadziłem się do Woodstock, a on mieszkał tuż za rogiem. Ale cieszę się, że mam w głowie tego dziwacznego, ewoluującego, całkowicie fikcyjnego Bowiego, który został moim bohaterem, kiedy miałem 11 lat.

Jestem przekonany, że jeśli będę dalej robił to, co robię, pewnego dnia napiszę coś przyzwoitego. W najgorsze dni stwierdzam, że w przeszłości musiałem napisać coś dobrego, co oznacza, że straciłem tę umiejętność. Ale zwykle po prostu zakładam, że w ogóle jej nie mam. Przepaść pomiędzy tym, co zaplanuję sobie zrobić a smutnym, nieforemnym produktem, który powstaje w rzeczywistości jest ogromna i bezdenna, a ja po prostu chciałbym umieć je trochę do siebie przybliżyć.

Boję się, że moim dzieciom stanie się coś złego, boję się potwornych rzeczy, które mogą się przytrafić moim bliskim i boję się, że pewnego dnia będę sobie jechał metrem, a moje gałki oczne nagle roztopią się i spłyną po policzkach niczym ogromne perły, a ja zostanę pod ziemią ślepy i samotny.

Kiedy miałem 13 lat, mój nauczyciel angielskiego wziął mnie na bok i powiedział: „Nie wychylaj się. Za dużo wiesz, odpowiadasz na pytania, inni będą mieli ci to za złe. Spróbuj wtopić się w tłum.” Kolejne pięć lat spędziłem desperacko próbując wtopić się w tłum i nie być dobrym w tym, w czym byłem dobry. To okropna rada. Nie martw się o to, że się wychylasz. Podnieś głowę jeszcze wyżej. Może wtedy cię zastrzelą, ale najprawdopodobniej nie.






środa, 2 sierpnia 2017

Pięć sezonów Amerykańskich bogów: wywiad z z Neilem Gaimanem

The Independent, 1 sierpnia 2017

Na podstawie pierwszej części „Amerykańskich bogów” może powstać pięć sezonów serialu.

Pisarz opowiada o telewizyjnej adaptacji swojej epickiej powieści i zdradza, czego można się spodziewać w kolejnych seriach.




Powodzenie ekranizacji jego dzieła nie jest dla brytyjskiego pisarza Neila Gaimana niczym nowym (patrz: Koralina, Gwiezdny pył), ale największe wrażenie z nich wszystkich robi chyba adaptacja ulubionej przez czytelników powieści Amerykańscy bogowie.
Bez wątpienia najsłynniejsza, nagrodzona Hugo powieść Gaimana stała się podstawą serialu telewizyjnego. Emisję pierwszego, bardzo dobrze przyjętego sezonu, zakończyła niedawno w USA stacja STARZ, a w Wielkiej Brytanii Amazon Prime (serial jest już do kupienia na DVD i Blu-rayu.)
Pod okiem wiodących producentów Bryana Fullera i Michaela Greena, Amerykańscy Bogowie prowadzą widzów przez fantastyczny świat Gaimana śladami głównego bohatera. Shadow Moon (Ricky Whittle) napotkawszy tajemniczego pana Wednesdaya (Ian McShane) znajduje się nagle w samym środku wiecznej rozgrywki pomiędzy starymi bóstwami a nowymi bogami Ameryki.
Z autorem Amerykańskich bogów rozmawialiśmy o trudnościach z przeniesieniem książki na mały ekran, o najbardziej wyczekiwanych wątkach potwierdzonego już drugiego sezonu oraz z dawna zapowiadanej kontynuacji powieści.

Martwiłeś się, czy tak obszerną historię jak Amerykańscy bogowie uda się przenieść się na ekran?

Moja książka była dziwaczna i bardzo długa. Odbierałem telefony od niezwykle uprzejmych i niezwykle sławnych reżyserów – ludzi, o których się słyszy – którzy opowiadali mi, że kupili książkę na lotnisku, od razu ją pokochali i że ich zdaniem powinno się zrobić z niej film. Kiedy wreszcie ktoś podjął się realizacji czekałem, aż zadzwonią do mnie ze STARZ, mówiąc: „Wiesz co? Okazało się, że kiedy się umawialiśmy, że to zrobimy i podpisywaliśmy te wszystkie kontrakty byliśmy kompletnie naćpani! Ale już nam przeszło, więc jeśli nie masz nic przeciwko, nakręcimy jakiś normalny program.” A jednak naprawdę udało im się zrealizować serial, który ma prawo być powodem do dumy.


A jak oceniasz sposób, w jaki ożywili na ekranie twoich bohaterów?

To zawsze było najtrudniejsze zadanie. Ricky dostał rolę Cienia, bo z czasem robił się coraz lepszy i to było fascynujące. Zawsze był w pierwszej dziesiątce kandydatów, ale przy pierwszym podejściu plasował się bliżej końca stawki. Kiedy przyszły kolejne taśmy z castingów, zacząłem zdawać sobie sprawę, że pozostali aktorzy, sławniejsi niż Ricky, w ogóle się nie zmieniali. A na Wednesdaya miałem kilka pomysłów. Odezwaliśmy się do dwóch czy trzech aktorów i dostaliśmy mocno skonsternowane odpowiedzi w stylu „co to w ogóle jest, do cholery?”. Potem wysłaliśmy Ianowi McShane’owi scenariusz z pytaniem, czy nie zechciałby zagrać Czernoboga [ostatecznie w tej roli wystąpił Peter Stormare]. Ian przeczytał scenariusz i odpowiedział: „Znajdziecie dużo lepszego Czernoboga, niż ja, ale co z Wednesdayem? Jestem urodzony do tej roli.” To cudowne, że w latach 80. był Lovejoyem, w latach 90. Alem Swearengenem (w serialu Deadwood), a teraz, w roku 2017, jest Wednesdayem.


Jakie to uczucie, doczekać końca pierwszego sezonu i zobaczyć jak świetnie został przyjęty?
Przedziwna mieszanka: z jednej strony jakby się cudem uszło z życiem, a z drugiej – po prostu radość. Jestem zachwycony pozytywnym odbiorem. Cieszę się, że serial najwyraźniej znalazł swoje grono odbiorców. Dzisiaj natknąłem się na informację, że Amerykańscy bogowie są najczęściej pobieranym tytułem na brytyjskim Amazonie.

Czy planujesz dodać więcej wątków fabularnych, które być może nie zmieściły się w książce?

Rozmawiałem z Bryanem i Michaelem o historiach, które przepadły i jedna z nich toczyła się w czasie drugiej wojny światowej, w obozie dla internowanych Japończyków w Ameryce. Zebrałem materiały, wszystko zaplanowałem i wtedy… okazało się, że książka już i tak jest za długa. Ale dyskutowaliśmy o tym, co możemy zrobić i mam ogrom ną nadzieję, że uda się tę opowieść zmieścić gdzieś w drugim lub trzecim sezonie.

Co możesz nam powiedzieć o tym, jakie historie czekają nas w drugim sezonie?

Dotrzemy do Domu Na Skale, który jest przedziwny. Wiele osób jest przekonanych, że go zmyśliłem, ale tak nie jest – on istnieje naprawdę i stanowi coś pomiędzy atrakcją turystyczną a muzeum surrealizmu. Będziemy tam kręcić. Zaplanowaliśmy kilka odcinków, których akcja będzie się w nim toczyć, a potem będziemy sobie poczynać z różnymi rzeczami z książki. Nadal wysyłamy Cienia do Kairu w Illinois, do pracy z Jacquelem (Chris Obi) oraz Ibisem (Demore Barnes). Najnowsze wieści z tego miasta mówią, że rząd uznał wszystkie tamtejsze lokale socjalne za niezdatne do zamieszkania i nie zamierza ani wydawać na nie więcej pieniędzy, ani budować nowych, więc właściwie los Cairo jest przesądzony. To też weźmiemy pod uwagę.


Co zrobiło na tobie największe wrażenie w pierwszym sezonie?

Uwielbiam odcinek o Laurze (Emily Browning), głównie dlatego, że zawsze chciałem zrobić coś podobnego w książce, a nie mogłem, ze względu na budowę powieści. Byłem zachwycony występem Emily i tym, jak wszystko zostało obmyślone.
Uwielbiam wszystkie momenty, których w książce nie było – sceny dodane przez Bryana i Michaela. Oglądam je i myślę sobie „Wy jesteście nienormalni, a to jest wspaniałe!”

Jak bliska jest ta adaptacja twoim wyobrażeniom podczas pisania?

Odpowiedź brzmi: nie bardzo i ludzie zawsze wydają się rozczarowani, jak to mówię. Kiedy piszę scenę dialogu podczas pikniku na łące, żadna jej ekranizacja nie będzie wyglądać jak to, co miałem w głowie, bo nigdy nie znajdziecie dokładnie takiej łąki ani dokładnie takiego drzewa.
Koralina Henry’ego Selicka jest moim zdaniem najlepszym filmem, jaki powstał na podstawie moich rzeczy, a to między innymi dlatego, że jest filmem Henry’ego Selicka – każdy kadr jest przepiękny i magiczny – i nie jest to moja książka. Uwielbiam go tak, jakby nią był. Ale jeśli ktoś pyta, czy tak sobie wszystko wyobrażałem, odpowiedź brzmi: nie, to wizja Henry’ego i jest wspaniała. Takie same odczucia mam przy Amerykańskich bogach.

Czy serial będzie kontynuowany, kiedy historia zawarta w książce dobiegnie końca? Słyszałem plotki o kontynuacji powieści…

Fakt, że wydostaliśmy się z głowy Cienia oznacza, że w drugim sezonie spotkamy więcej starych bogów i więcej nowych bogów. Zobaczymy, z jakimi problemami borykają się jedni i drudzy. Mam też nadzieję, że spotkamy starych znajomych. Przy tym wszystkim, pierwszej książki wystarczy nam na jakieś pięć sezonów, a do tego czasu prawdopodobnie kolejna część Amerykańskich bogów będzie gotowa.

Kto twoim zdaniem wygrywa w starciu starych bogów z nowymi?


Techniczny chłopiec (Bruce Langley) ma niekwestionowaną przewagę, do niego należą pieniądze i cała uwaga. Tragedia nowych bogów polega na tym, że ciągle zastępują ich nowi. Kiedyś bogowie telegrafu i kolei rządzili niepodzielnie  aż do dnia, kiedy przestali. Charakter mediów zmienia się całkowicie.

zdjęcia: 
https://www.instagram.com/americangodsstz/

środa, 21 czerwca 2017

Dla Jamesa Vance’a i jego rodziny

Neil napisał w piątek 16 czerwca 2017 r. o 13:39

Czytałem dzieła Jamesa Vance’a zanim jeszcze go poznałem. Był dramatopisarzem, który odkrył komiksy i napisał powieść graficzną „Kings in Disguise” [„Królowie w przebraniu”], z akcją osadzoną w czasie wielkiej depresji. Byłem nią zachwycony. Mocna, poruszająca i mądra. Wiele lat później, kiedy tworzyłem serię komiksów dla Tekno Comics, poprosiłem Jamesa, żeby napisał „Mr Hero”, bo podejrzewałem, że ktoś, kto jest w stanie dotrzeć tak głęboko, potrafi też pisać zabawnie, lekko i uroczo – nie myliłem się. Zostaliśmy przyjaciółmi.

James poznał kolejną osobę z kręgu moich znajomych, która też pisała dla Tekno Comics: Kate Worley. Zakochali się w sobie i dorobili dwójki dzieci.



5 czerwca Jim zmarł na raka, pozostawiając żonę i trójkę dzieci (dwoje z autyzmem, jedno z zespołem chronicznego zmęczenia).



Poczytajcie o Jimie i Kate oraz ich życiu na stronie https://www.gofundme.com/vance-family-home-mortgage Jeżeli kogoś wzruszyła ich praca albo ich przyjaźń, przekażcie jakiś datek, nawet jeśli to tylko kilka dolarów. Ja już to zrobiłem.

środa, 7 czerwca 2017

O co chodzi z Cheesecake Factory, ze zdjęciami

Neil napisał w czwartek 25 maja 2017 o 19:29

Sara Benincasa i ja spotkaliśmy się osiem lat temu, kiedy przeprowadzała ze mną wywiad w wannie. (Ja byłem w wannie. Sara nawet się nie zachlapała).

Jest pisarką i komiczką, a przy tym osobą, która ma dziwne pomysły i je realizuje. A więc kiedy pewnego zapytała mnie na Twitterze czy przeczytam menu restauracji Cheesecake Factory na żywo dla publiczności, jeśli uda jej się zebrać pół miliona dolarów na dobroczynny cel, nie zadałem żadnego z oczywistych pytań (np. dlaczego miałbym czytać menu Cheesecake Factory na głos? Albo: kto chciałby tego słuchać? Czy nawet: jak zamierzasz zebrać tyle pieniędzy na coś tak nieprawdopodobnego?). Zamiast tego powiedziałem, że prosiłbym, żeby te pieniądze zostały przekazane Uchodźcom i że nie ma sprawy. (Dodałem też, że jeśli dobije do miliona, po menu przeczytam też w całości „Lisa w skarpetach”.)

A potem Sara zrobiła coś jeszcze bardziej nieprawdopodobnego. Założyła stronę w serwisie Crowdrise.com za pośrednictwem której można wpłacać pieniądze… i ludzie zaczęli przesyłać datki. Bardzo dużo.

Od tego czasu minęło kilka dni i teraz (kiedy to piszę) licznik pokazuje 8% celu, czyli 42,000 $. [w tej chwili jest to 18% i ponad 91,000 $ - przyp. Noita.] Temat podchwyciły gazety: LA Times, Boston Globe, a nawet Guardian.


A ja dorzucę swoją część. Zamieszczę na tym blogu coś wyjątkowego.

Zastanawiacie się pewnie: czy napisze o tym, jak stąpało się po czerwonym dywanie w Cannes przy okazji pokazu „Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach”?


Nie. (Ale zobaczcie, jak kostiumografka Sandy Powell, upodabniająca się do Ziggy’ego Stardusta i gwiazda filmu Elle Fanning jedzą dobrane kolorystycznie makaroniki)


Pewnie myślicie: a może zamieści zdjęcia Gillian Anderson w roli Medii z następnego odcinka Amerykańskich Bogów jako wcielenie Ziggy’ego Stardusta, również wcinającego makaroniki pod kolor?

Nie. Nie sądzę, żeby takie zdjęcia istniały.

Zamiast tego zamieszczam zdjęcia swojego elfiego dziecka, Asha. Zobaczę go w sobotę, a czerwony dywan w Cannes byłby znacznie fajniejszy, gdyby mógł być tam ze mną.






Niezależnie od tego, czy uda się sprawić, żebym odczytał menu Cheesecake Factory (albo łamaniec językowy Dra Seussa, jakim jest „Lis w skarpetach”), w tym roku jeszcze kilka razy wystąpię i poczytam. Bilety szybko się wyprzedają.


06 Jul 2017
Austin, TX
07 Jul 2017
Dallas, TX
09 Jul 2017
Washington, D.C.
10 Jul 2017
Hartford, CT       


Pod każdą pozycją powinien kryć się link do strony z biletami. Każde z wydarzeń to spotkanie, na którym będę sam czytał, mówił i odpowiadał na wasze pytania, poza tym w Hartford, gdzie będzie ze mną rozmawiać Paul Holdengraber z NYPL, we własnej osobie.

piątek, 17 marca 2017

O tłumaczeniach

Neil napisał w poniedziałek 13 marca 2017 r. o 6:01

Drogi Neilu,

Uczę przekładu na Uniwersytenie Notthingham i co roku prowadzę dodatkowe zajęcia z tłumaczeń kulturowych. Jeden tydzień zajęć przeznaczam na wykonanie przez studentów analizy i tłumaczenia zakończenia „Księgi cmentarnej”, ze szczególnym naciskiem na uchwycenie ładunku emocjonalnego, który te strony zawierają.

Większość moich studentów to ludzie dość młodzi (21-25 lat) i pracujący na języki bardzo od angielskiego oddalone (np. chiński, słoweński, rosyjski, arabski) i wielu z nich czuje dużo niepewności dotyczącej tego na co mogą sobie pozwolić, jeśli chodzi o składnię, wybory leksykalne, kolokacje itp. w tłumaczeniach literackich. Najwięcej trudności sprawia piosenka pani Owens, ponieważ próby odwzorowania rytmu i rymów tak, żeby trzymać się możliwie blisko angielskich słów, zwykle kończy się nieporadną rymowanką. Niektórzy decydują się na zastąpienie niektórych zawartych w oryginale obrazów innymi, czego efektem bywają bardzo piękne wiersze, które potrafią przypominać np. chińskie kołysanki, z rymami włącznie, podczas gdy inni tłumaczą praktycznie słowo w słowo, żeby nie ingerować w tekst oryginału.

Wiem, że różni pisarze mają różne zdania na temat tego, co wolno, a;&nbspczego nie wolno tłumaczom: Tolkien był za zachowywaniem oryginalnego brzmienia nazw, Eco wolał zachowanie scen i rytmu, ale niekoniecznie tych samych elementów i odniesień kulturowych, które zastosował. Zastanawiam się, czy mógłbyś dodać swój komentarz. Co powiedziałbyś (albo co mówiłeś) tłumaczowi pracującemu nad twoją twórczością, żeby – jak ująłeś to kiedyś w wywiadzie – sprawić, że pod koniec „Księgi cmentarnej” czytelnikowi „zakręci się łezka w oku”?

Mam nadzieję, że to przeczytasz i że znajdziesz chwilę na odpowiedź, a;&nbspchciałbym również zdradzić, że za każdym razem, kiedy zajmujemy się tym zadaniem, kiedy czytamy opis pożegnania z Nikiem, nagle na sali pojawia się całkiem sporo chusteczek.
Dziękuję za wszystko co robisz, Neil. Twoja praca naprawdę coś znaczy.

Klaus


To znakomite pytanie i nie jestem przekonany, czy można na nie jednoznacznie odpowiedzieć. Nie wydaje mi się, żeby istniały w tej kwestii jasne, sztywne zasady, może raczej zestaw warunków „jeżeli… to…”.

Co do piosenki pani Owens, chciałbym, żeby czytelnik odebrał ją jako kołysankę, jeżeli jest to możliwe do zrobienia w tłumaczeniu. Jeżeli nie, lepiej oddać ją bardziej dosłownie. Chciałbym, żeby czytelnik, niezależnie od swojego rodzimego języka, miał okazję doświadczyć wrażeń możliwie zbliżonych do doświadczenia angielskojęzycznego czytelnika czytającego po angielsku. Metrum nie musi być takie samo jak moje, rymy nie muszą być moimi rymami, ani słowa dokładnie moimi słowami, jeżeli całość jest kołysanką i przekazuje to samo.

(Najtrudniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek miałem do zrobienia jako pisarz – a;&nbspprzynajmniej zadanie, przy którem spędziłem najwięcej czasu nad najmniejszą liczbą słów – to napisanie angielskiego tekstu piosenki do motywu przewodniego z;&nbsp„Księżniczki Mononoke” i do pieśni kobiet Tatara. A nie jestem nawet pewny, czy słowa tej drugiej słychać w filmie. Wyzwanie polegało na tym, żeby oddać japoński tekst po angielsku w sposób umożliwiający zaśpiewanie go w rytm japońskich melodii.)

Zakładam, że tłumacze mają w swoim arsenale potężny zbiór narzędzi do dyspozycji. Niektórzy z;&nbspmoich tłumaczy postanawiali zachować imiona postaci, a;&nbspinni zmieniali tytuły książek (po francusku „Księga cmentarna” to L'Etrange Vie de Nobody Owens – „Osobliwe życie Nika Owensa”); niektórzy zmieniali imiona postaci, zachowując tytuł książki (We francuskim wydaniu „Amerykańskich bogów”, wydanych – we Francji – jako „American Gods” pan Wednesday nosi nazwisko Voyageur [„Wędrowiec”], bo Wednesday, czyli „środa” to po francusku mercredi, a zatem Dzień Merkurego, a nie Odyna).

Nie chciałbym, żeby tłumacze wkraczali pomiędzy czytelnika a książkę. (W jednym z dawnych francuskich wydań „Gwiezdnego pyłu” tłumacz uznał, że książka jest alegorią opartą na „Wędrówce pielgrzyma” Johna Bunyana i dodał przypisy, żeby czytelnik na pewno to zrozumiał.) Nie chcę, żeby tłumaczenie zawierało błędy, które w dobie wyszukiwarek są niewybaczalne. (Ten sam francuski tłumacz myślał – i dodał stosowny przypis – że Unseelie Court [w polskim tłumaczeniu Złowrogi Dwór] to skomplikowana gra słów łącząca znaczenia prefiksu przeczącego un- oraz słów „widzieć” (see) i „kłamać” (lie), a nie część klasyfikacji elfów i wróżek.

Nigdy nie mam nic przeciwko pytaniom od tłumaczy. Czasami po prostu czegoś nie rozumieją, czasami chcą wiedzieć, która część jakiegoś zagadnienia jest dla mnie ważna. Czasami mają pytania, które ujawniają moje wpadki dostrzeżone, bo wczytują się w tekst niezwykle uważnie.

Zakładam, że dla różnych języków i różnych tłumaczy będą rzeczy łatwiejsze i;&nbsptrudniejsze do przetłumaczenia. Gry słów i;&nbspelementy właściwe językowi angielskiemu zawsze będą trudne – tu moja jedyna rada dla tłumaczy to robić, co się da i mieć świadomość, że nie wszystko da się zrobić. Ale jeżeli to możliwe, próbować oddać klimat tego, co starałem się osiągnąć.

Pomogłem?


 
Copyright 2009
Original theme by WP Themes Creator, modified by VARALI, main graphics by KUNDAGI