Zdjęcia ze spotkania z "Chłopakami Anansiego" w Białołęckim Klubie Książki

środa, 9 kwietnia 2014

Życie i poza tym

Neil napisał w niedzielę 5 stycznia o 22:43.

Życie. Wczoraj wczesnym rankiem zawiozłem Amandę na lotnisko, miała lecieć do Australii, ale w skutek wczorajszej zawiei nigdzie nie poleciała i rusza do Australii jutro. Czułem się winny tego, jak bardzo ucieszyło mnie dodatkowe parę dni, które mogę z nią spędzić. Oczywiście tak naprawdę nie zyskałem dwóch dni – Amanda głównie ćwiczy przed Festiwalem w Sydney, gdzie będzie występować przez dziesięć dni (Jeżeli jesteście w Sydney wszystkiego możecie dowiedzieć się tutaj.) – i praktycznie prosto z samolotu wychodzi na scenę. Ale razem jadamy, ćwiczymy jogę i spędzimy razem dwie dodatkowe noce. W ogóle nie narzekam.

Wiem, gdzie się podzieję, kiedy we wtorek zamkniemy dom, to ulga. (Jeżeli chcecie się dowiedzieć gdzie się wybieram możecie ruszyć za mną w drogę.)
Moja przyjaciółka Cat Mihos (ta od strony Neverwear) pomaga mi wprzeprowadzce. Chwilowo oznacza to, że chodzi po domu i podpisuje pudła, a ja piszę blog.

Dwa dni temu poszedłem z Amandą na pogrzeb jej nauczyciela łaciny i przyjaciela, Michaela Fiveasha. Uczył ją mitologii. Poprosiła, żebym podczas tego „Wieczoru prawdy i piękności” odczytał Odę do urny greckiej Keatsa. Dra Fiveasha nigdy nie poznałem, ale od kiedy spotkałem Amandę chciała, żebym go poznał. Tym bardziej od czasu, kiedy opowiedziałem jej o książce z reinterpretacjami mitów nad którą pracuję. Do spotkania nigdy nie doszło – zmarł zanim udało nam się porozmawiać. Nim ceremonia dobiegła końca czułem, jakbym go znał.

Zacząłem rozmyślać o tym, jakiego pożegnania ja chcę, w niezbyt prawdopodobnym, ale w końcu nieuchronnym wypadku śmierci. Uznałem, że cokolwiek się stanie chciałbym, żeby ktoś z przyjaciół zagrał lub zaśpiewał tę piosenkę Jake’a Thackraya.


Ja, niżej podpisany, w niniejszym dokumencie
Deklaruję swą wolę, testament, swoje szczere intencje.
Kiedy kopnę w kalendarz, kiedy zejdę, kiedy dokonam żywota,
Nie chcę łez strumieni, rwania włosów, załamywania rąk,
Żadnego wzdychania, rozpaczania, biadania,
nie chcę smętnych pożegnań.
Idźcie, idźcie po księdza, a potem idźcie po flaszkę, chłopaki.

Śmierci, gdzie twoje zwycięstwo? Grobie, gdzie twój cios?
Kiedy kojfnę pochowajcie mnie szybko, potem rozkręćcie imprezę –
Ale nie paroma kanapkami, kiełbaskami,
nie „dla mnie mały portwajn”.
Zwińcie dywan, zatańczcie razem Gay Gordons.
Ruszcie się, zakręćcie nóżką, bawcie się piekielnie dobrze.
A jak pojawią się gliny, to cóż, chłopaki,
powiedzcie, że to moja impreza.

Niech podadzą najlepszą wołowinę, napełnią każdy pusty kieliszek,
Niech nikt nie bije się w pierś, niech nikt nie zgrzyta zębami.
Nie stawiajcie eleganckiego nagrobka, monumentalnego anioła,
ani małej miedzianej doniczki:
Posadźcie mi na widoku dziką różę albo wierzbę
Ale żadnych niezapominajek, żadnych epitafiów, żadnych pamiątek;
możecie pozwolić, by o mnie zapomniano.
Możecie odmówić modlitwę czy dwie za mą duszę,
ale pospieszcie się, chłopaki.

Pani, jeśli pierś twą ściska żal, nie marnuj piersi na mnie.
Niech unosi się dla mężczyzny, który wciąż oddycha, wciąż czuje, wciąż widzi.
A do mych przyjaciół: możecie czytać moje książki, możecie jeździć moim samochodem.
Możecie łowić pstrągi na moją wędkę i przynętę,
możecie grać na mojej gitarze.
I śpiewać moje piosenki, nosić moje koszule.
Możecie nawet spłacić moje długi.
Możecie całować moją panią, jeśli taka jej wola,
ale, chłopcy – niczego nie żałować.

Wasze róż pąki są policzone.
Rwijcie je teraz, lecz dla nich samych.
A jeśli ręce wasze nie są zbyt strudzone
Zerwijcie też kilka dla Jake’a.

…i skoro już jestem w ponurym nastroju pomyślałem, że pewnie chcielibyście wiedzieć: liczba zgonów w USA spowodowana uderzeniem pioruna była w ubiegłym roku najniższa od kiedy zaczęto prowadzić statystyki. W 2011 zginęło zaledwie 26 osób, w porównaniu z 432 ofiarami śmiertelnymi w 1943. W 2013 liczba ofiar spadła do 23.

Jako że piorun jest w oczywisty sposób najwyraźniejszym i najłatwiejszym do zmierzenia wskaźnikiem boskiego niezadowolenia, miło stwierdzić, że Bóg jest wyraźnie zadowolony z Ameryki.
(Na http://www.wunderground.com/news/lightning-deaths-down-2013-20140103 znajdziecie ładny wykres.)


Mam przed sobą egzemplarz SZCZEGÓLNEJ KSIĄŻKI. Bardzo niedługo przeczytam ją w całości przed publicznością, a wydarzenie to zostanie sfilmowane. Będzie to niespodzianka przygotowana na dobroczynną imprezę fundacji Worldbuilders Patricka Rothfussa. Przekażę im także podpisany przez siebie egzemplarz Oceanu na końcu drogi ze wspaniałego, limitowanego wydania. Jest też oczywiście egzemplarz Gwiezdnego pyłu, który podarowałem im w 2008 r. – być może wróci i będzie ponownie do wygrania.


To moje najulubieńsze spośród klipów nakręconych przez czytelników, którzy chcieli uczcić wydanie Na szczęście, mleko… Może być nawet ulubionym klipem ostatnich kilku miesięcy. Kupiłbym powieść Lauren Beukes The Shining Girls. Oto on:


A według Guardiana “szedłem łeb w łeb z Jonathanem Franzenem”… przez co rozumieją, że mnóstwo ludzi przeczytało tę skróconą wersję mojego wystąpienia dla Reading Agency [link prowadzi do tekstu po polsku – przyp. noita]. Bardzo się cieszę, że to zrobili.

Robrze. Kradnę z Tumblra pytanie, a potem do łóżka:
anonymousnerdgirl zapytała:
Czy zrealizowane przez BBC słuchowisko Nigdziebądź można w jakiejkolwiek formie kupić?

Tak. Jest do pobrania z Audible i iTunes. Słuchowisko wydano także jako zestaw 4 CD, ale producent, firma AudioGo, zbankrutowała i nie widzę, żeby w tej chwili można było je gdzieś kupić. Na pewno wkrótce znów pojawią się w sprzedaży.

(I dziękuję za słowa wsparcia na czas internetowego odwyku. Doceniam to.)

wtorek, 8 kwietnia 2014

Jak radzę sobie ze społecznościowym głodem; wpis w którym zaczynam znów być bloggerem…

Neil napisał w czwartek 2 stycznia 2014 o 14:45

Dzisiaj jest trzecia rocznica mojego ślubu. Jesteśmy z Amandą w Bostonie, gdzie ostrzegają przed burzą śnieżną. Jeszcze przez pięć dni dom w Cambridge należy do nas. W sobotę rano Amanda rusza do Australii.

Od dwóch dni Neil trzyma się z dala od mediów społecznościowych i jest ciekawie. Dzięki aplikacji Kindle w telefonie czytam książkę i kiedy tylko nachodzi mnie ochota, żeby zajrzeć na Twitter czy Tumblr czy Facebook, idę poczytać The Land Across Gene’a Wolfe’a. Jest to dobre, ponieważ 1) to bardzo dobra książka, 2) przypomina mi o radości i mocy literatury oraz 3) odciąga mnie od czynności, która weszła mi w nawyk.

Napisałem wczoraj do znajomych dość smutny e-mail o tym, że nie jade do Australii, co planowałem na styczeń. Miałem towarzyszyć Amandzie w Sydney, gdzie gra na Festiwalu, a potem do Melbourne. Cieszyłem się na myśl o spotkaniach i rzeczach, które miałem tam robić… a potem przesunął się termin oddania książki Amandy (pisze teraz książkę) i oboje wiedzieliśmy, że gdybym z nią pojechał, nie wyrobiłaby się na czas. Kiedy jesteśmy razem rozmawiamy, robimy różne rzeczy, spędzamy wspólnie czas i jesteśmy miłymi, towarzyskimi ludźmi, a kiedy jesteśmy osobno zmieniamy się w zdeterminowanych twórczych szaleńców.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Gdzie byłem? Wyszedłem. Co robiłem? Nic. CZYLI dlaczego raz jeszcze wracam do bloga…

Neil napisał we wtorek 31 grudnia 2013 o 15:54

Od dawna nie pisałem na blogu. Nie jestem do końca pewien dlaczego przestałem. Częściowo z poczucia winy. Zmarł Lou Reed i miałem o tym napisać, ale zamiast tego napisałem dla Guardiana artykuł o nim i o tym co jego muzyka dla mnie znaczyła.

A potem zdawało się, że wydarzyło się tyle rzeczy, o żadnej z nich nie napisałem i nadrobienie zaległości wydawało mi się coraz mniej możliwe. Nie martwiło mnie to, bo jest Twitter i Tumblr i wszyscy na bieżąco mogli dowiedzieć się co porabiam.

Nie licząc zatrucia pokarmowego o iście epickim rozmachu przeżyłem World Fantasy Convention w Wielkiej Brytanii i poleciałem do LA na konferencję poświęconą magicznej historii, gdzie przeprowadziłem dla Newsnight w BBC 2 wywiad z JJ Abramsem i Dougiem Dorstem na temat ich książki pt. S. Nie czeka mnie raczej kariera dziennikarza telewizyjnego, ale to było fajne i pouczające doświadczenie i zadawałem pytania zarówno od BBC jak i od siebie:




środa, 19 marca 2014

Jak Odyseusz w końcu powróci by przytłoczyć nas siłą uczucia do amatorów tego bloga i uradować opowieściami o swych przygodach w międzyczasie

Dan Guy (Web Goblin) napisał we wtorek 17 grudnia 2013 o 20:31



Czcigodnie panie i zacni dworzanie! (1)


Wolnego, wstrzymajcie się jeszcze z wiwatowaniem kapeluszami i perukami, to jeszcze nie powrót znamienitego pana G. To zaledwie preludium, ewentualnie przepowiednia (jeżeli nie postanowi zrobić ze mnie oszczercy) ogłoszona przeze mnie, waszego uniżonego web goblina.
Stanowczo za długo pan G. się tutaj nie odzywał. Używa twittera, whosay, wydaje potrójne albumy ze swoją uroczą żoną i podróżuje więcej niż podstarzała trupa cyrkowa, a mimo to od dwóch miesięcy nic nie napisał na blogu. Ale nie porzucił nas! Mówię wam, że powróci! Mówię wam, bo on powiedział mi i powiedział, że mam wam powiedzieć. Jak sam to określa, w najbliższej przyszłości „napisze porządną notkę”.

*

Wygląda na to, że w momencie kiedy Google zorganizowało ekspresowe zaślubiny Bloggera i Google+ wszystkie wpisy pana G. stały się „nieznanego autorstwa”. Dlaczego nikt mi nie powiedział? Już wszystko naprawiłem.


*

Od pierwszego listopada do końca roku trwa konkurs dla niezależnych księgarni w USA. Nagroda to wizyta pana G., a żeby wygrać wystarczy sprzedać w okresie konkursowym największą liczbę egzemplarzy Oceanu na końcu ulicy ze wszystkich uczestniczących księgarni.


Wesołych świąt!


(1) Nie wiem co mnie opętało, żeby rozpocząć ten post jako Lord Buckley. Czy dzisiejsze dzieciaki w ogóle wiedzą kim on był? No ale macie (2).
(2) Mogło być gorzej. Mogłem zacząć rapować na temat świątecznych piżamek.

(3) Nie ma trzeciego przypisu.

piątek, 14 marca 2014

Doskonały tydzień

Neil napisał w piątek 18 października 2013 o 19:30

Trasa rozpoczęła się 13 czerwca od spotkania i rozdawania autografów w Bath. Następnie pojechałem do Stanów i Kanady, potem wróciłem do Anglii przez Holandię i skończyłem pod koniec sierpnia w Szkocji. W trasie podpisałem ok. 75 tys. Książek, z czego większość to Ocean na końcu ulicy. Po sześciu tygodniach wróciłem do Wielkiej Brytanii na mini-trasę promocyjną Na szczęście, mleko… To był taki aneks do trasy, jej ostatni odcinek. A mimo to spotkało mnie wówczas kilka najprzyjemniejszych momentów w ciągu całego roku, w tym jedno z najlepszych spotkań z czytelnikami w jakich kiedykolwiek uczestniczyłem.

Pierwszego dnia po powrocie do UK udałem się do National Theatre na premierę The Light Princess („Lekkiej księżniczki”), przepięknego musicalu Tori Amos. To baśń mówiąca o feminizmie, ekologii i o tym jak ważne jest odczuwanie i okazywanie emocji. Wykonawcy są znakomici, piosenki piękne, a efekty latania (i unoszenia się w powietrzu) – powalające. Publiczność była zachwycona i nagrodziłą spektakl owacją na stojąco. Wyszedłem przekonany, że zdania krytyków będą podzielone i opinie, które następnego ranka ukazały się w gazetach były mieszane. Recenzent w Daily Mail dał sztuce jedną gwiazdkę, a zachwyconą publiczność uznał za „ociężałą umysłowo”, natomiast Daily Express ocenił Księżniczkę na pięć gwiazdek:

Ta szalona, ale i przepiękna fantazja z elementami pantomimy, baletu, cyrku i opery, a także teatru muzycznego wymyka się kategoryzacji. Amos zapewnia, że każdemu facetowi, który zabierze dziewczynę na randkę na to przedstawienie z pewnością się poszczęści. Nie znam się na tym. Wiem tylko, że ja chętnie poszedłbym na to jutro, i następnego dnia również.

Moim zdaniem to było magiczne.

 
Copyright 2009
Original theme by WP Themes Creator, modified by VARALI, main graphics by KUNDAGI