Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ash. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ash. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 września 2019

Dużo nadrabiania (i idźcie zobaczyć show Amandy Palmer)

Neil napisał w poniedziałek 9 września 2019 r. o 10:17

Przestałem publikować na blogu w kwietniu, kiedy zmarł mój przyjaciel Gene Wolfe. Chciałem napisać blog o Genie, kim był, jak się przyjaźniliśmy, ale to było zwyczajnie zbyt smutne.

Więc przestałem pisać ten post, a potem czułem się źle, że piszę o innych rzeczach, które się działy, jak premiera serialu Dobry omen, skoro jeszcze nie napisałem o Genie.



Nie mam pojęcia, czy ty, który kiedyś będziesz czytał moją relację, lubisz opowieści tego rodzaju czy nie. Jeżeli nie, to z pewnością przewracałeś kilka poprzednich stron nie poświęcając im więcej uwagi. Ja muszę przyznać, że wprost uwielbiam wszelkie historie. Częstokroć odnoszę wrażenie, iż spośród wszystkich dobrych rzeczy, jakie istnieją we wszechświecie, dziełem człowieka są tylko opowieści i muzyka, cała reszta zaś (to znaczy miłosierdzie, piękno, sen.czysta woda i gorąca strawa, jak powiedziałby Ascianin) wyszła spod ręki Prastwórcy. Choć więc opowieści stanowią tylko bardzo drobny fragment planu wszechświata, to trudno jest nie kochać najbardziej tego, co własne — przynajmniej dla mnie.

Gene Wolfe, Cytadela Autarchy (Księga Nowego Słońca, #4), tł. Arkadiusz Nakoniecznik


Nadal mi go brakuje i przez ostatnie miesiące wciąż chcę wysyłać mu widokówki, jak zwykle robiłem to w czasie swoich podróży. A potem przypominam sobie, że nie mogę mu już nic wysłać.

Gene odszedł zanim mogłem mu pokazać naszą adaptację Dobrego omenu, książki, którą uwielbiał.

Serial wyszedł 31 maja na Prime Video i wszyscy byli zachwyceni. Pobił kilka rekordów na Amazonie, w USA, UK i na całym świecie, co bardzo mnie ucieszyło. Dostaliśmy trzy nominacje do Emmy i już dostajemy inne nominacje i wygrywamy nagrody. Wszyscy chcą, żebyśmy nakręcili więcej i choć razem z Terrym zaplanowaliśmy praktycznie kolejną powieść, wciąż rozważam czy, a jeśli tak, to jak może się to wydarzyć.

Potem ogłoszono, że Netflix wygrał licytację, żeby wyprodukować Sandmana na małym ekranie. Jestem w to Bardzo zaangazowany - będę współautorem scenariusza do pilota i będę blisko współpracował z producentem wykonawczym Davidem Goyerem i showrunnerem Allanem Heinbergiem, żeby zagwarantować, że to wciąż Sandman - ten, którego ludzie czytający i kochający komiksy rozpoznają i pokochają.

Tymczasem porzuciłem zajęcie showrunnera Dobrego omenu i stałem się pisarzem, który siedzi w domu i opiekuje się małym chłopcem, a także pisze, podczas gdy jego żona jest w trasie koncertowej.

A potem przemierzyliśmy ocean i teraz do końca roku mieszkamy w Wielkiej Brytanii i robimy to samo.
Ja jestem w domu, a Amanda (głównie) w trasie.

Ubieram Asha w odpowiedni mundurek (sportowy albo galowy), prowadzę do autobusu (zawsze idziemy od razu na górne piętro, a on zawsze tłumaczy mi zasady poruszania się na światłach) i odprowadzam go do szkoły.

Od czasu do czasu będę w tym roku występował publicznie, spróbuję tu o tym uprzedzać:

Teatralna adaptacja Oceanu na końcu drogi ma premierę w Londynie 3 grudnia i będzie wystawiana do 25 stycznia:


Spektakl polecany dla widzów od 12 roku życia. Bilety dostępne tutaj: https://www.nationaltheatre.org.uk/shows/the-ocean-at-the-end-of-the-lane

I w ramach jednego z tych miłych zbiegów okoliczności, które wyglądają, jakbym wiedział, co robię, w tym roku wychodzi też ilustrowane wydanie Oceanu na końcu drogi. Elise Hurst jest australijską ilustratorką, która pokazała mi swoje prace po jakimś spotkaniu autorskim i od razu byłem pod dużym wrażeniem. Jej prace wyglądają (albo mogą wyglądać) jak ilustracje do literatury dziecięcej z połowy XX wieku, ale w dziwacznym stylu, który doskonale pasuje do Oceanu.

Elise i ja wystąpimy razem na scenie 14 listopada: tu są szczegóły i informacje jak zdobyć bilety: 

A to zdjęcie, które zrobiła Amanda, kiedy opowiadam dzieciom historyjkę, która nie zostanie opublikowana w ciągu następnego roku, podczas spotkania w Camden z jej Patronami (z Patreona). Dougla McKinnon, reżyser Dobrego omenu, przerobił je na czarno-biało i sprawił, że wygląda niepokojąco. Ash patrzy na mnie z pierwszego rzędu.


...

Jeżeli jesteście w Wielkiej Brytanii, w Niemczech, Austrii (Graz!), Paryżu, Pradze, Luksemburgu, Irlandii lub Danii, gorąco zachęcam was, żebyście poszli zobaczyć koncert Amandy podczas tej trasy.
Lista występów: http://amandapalmer.net/shows/

To bardzo szczególny występ. Opowiada o życiu i innych sprawach. Zawiera chorobę i śmierć przyjaciela. Trzy aborcje (jedną z powodów zdrowotnych) i poronienie w Boże Narodzenie. Zawiera pojawienie się na świecie Asha.

Nosi tytuł There Will Be No Intermission [Przerwy nie będzie]. I zwykle jest jedna przerwa, bo to bardzo długi wieczór.

Jest ważny, jest piękny, jest przejmujący i miejscami nawet zabawny.

sobota, 20 kwietnia 2019

Dawno mnie tu nie było…


Neil napisał w sobotę 13 kwietnia 2019 o 17:30

Proces adaptowania Dobrego omenu dla telewizji zakończyłem pod koniec stycznia 2019 r. Od tamtej pory minęło dziesięć tygodni, a dopiero teraz zaczynam czuć się z powrotem jak człowiek. I to jeszcze nie roześmiany, rozbiegany, roztańczony człowiek, a raczej wciąż zmieszany, skrępowany niby-człowiek, który przypomina sobie szukane słowo jakieś pięć minut po tym, jak przestało mu być potrzebne. Jak Charlie na ostatnich stronach Kwiatów dla Algernona. Pewnie odzyskam pełnię człowieczeństwa, wraz z mózgiem, gdzieś w okolicach czerwca.

Amanda jest w trasie przez 3 lub 4 dni w tygodniu, a w domu przez pozostałe 4 lub 3. (Tutaj znajdziecie plan jej trasy: http://amandapalmer.net/shows/). Jestem mężem domowym, który stara się przypomnieć sobie jak szło to pisanie, którym się kiedyś zajmowałem i spędzić z Ashem czas, którego nie miałem w grudniu i styczniu, bo kończyłem Dobry omen.

Ash dostarcza mi rozrywki i radości. Głównie tym, co mówi, a czasem śpiewa. Na Gwiazdkę upodobał sobie świąteczne piosenki i dopiero teraz zaczyna mu przechodzić. Na całe szczęście dla tych z nas, którzy obawiali się niepodzielnego panowania Bałwanka Frosty’ego i Czerwononosego Rudolfa. W tej chwili jego ulubione piosenki to Coconut Harry’ego Nilssona i Banana Boat Song Harry’ego Belafonte, co oznacza, że w losowych momentach z małego chłopca wydobywa się niecharakterystycznie potężny głos ryczący „Day-o! DAAAAAY-O! Daylight Come an' mi Want To Go Hooome!"
Ja: Ash, może mógłbyś to śpiewać odrobinę ciszej?
Ash (bardzo grzecznie, jakby tłumaczył coś osobie nieco ociężałej umysłowo): Nie, Dadda, to musi być bardzo głośno. Rozumiesz? DAAAAAAAY-O!

A tak Ash śpiewał (po cichu) dziś rano:




Skrzek, który słychać w tle to perliczka…

Dlatego, że trzymamy tu teraz małe stadko perliczek. Które skrzeczą.
Przypominają mi też nieco stadko dinozaurów i wywołują uśmiech na twarzy. Ubiegłego lata mieliśmy ich dwanaście, a potem pewnego dnia było tylko osiem i te osiem zostało u nas przez jesień i zimę.
Rzeczownik zbiorowy dla perliczek to mętlik, co wydaje się trafne i właściwe.
Zajmuje się nimi nasza sąsiadka Caroline (jest garncarką i zrobiła dla mnie niedawno Idealny Kubek Do Herbaty – jest olbrzymi!), a ja z dumą i sympatią przyglądam się, jak szwendają się po okolicy zjadając kleszcze i w ten sposób ograniczając ryzyko złapania przez nas boreliozy w regionie, gdzie jest to bardzo prawdopodobne.
Niepokoję się na wypadek tajemniczych drapieżników, więc automatycznie liczę perliczki, kiedy tylko je widzę.
Kilka tygodni temu naliczyłem tylko siedem. Zrobiło mi się smutno, bo założyłem, że brakującą perliczkę pożarło coś miejscowego z kłami i pazurami.
Wspomniałem o tym Caroline, która zaprowadziła mnie głębiej w las i pokazała zaginioną, przekonaną o swoim niezawodnym kamuflażu sztukę, która wysiadywała sporą stertę jaj.




Udaliśmy, że jej nie zauważyliśmy i ruszyliśmy dalej, a już chwilę potem sprawdzaliśmy ile czasu potrzeba, żeby wykluły się młode perliczki (około 28 dni). Trzymajmy kciuki, żeby za jakieś dwa tygodnie pojawiły się pisklęta.

Od lat nie prowadziłem bloga regularnie. Zobaczmy, czy teraz uda mi się zacząć znów. (Być może. To dobra rozgrzewka przed pisaniem, a nie mogę się doczekać, aż znów będę pisarzem.)

wtorek, 9 października 2018

Neil Gaiman: doświadczenia


Kwestionariusz magazynu Experience


Kiedy wpadasz na najlepsze pomysły?
Oglądając złe gimnazjalne dramaty. Nie możesz się oderwać. Nie możesz nawet wyglądać na znudzonego. I wtedy zapadasz się głęboko w swoje własne myśli…

Jaki jest najlepszy niematerialny prezent, który kiedykolwiek dostałeś?
Miłość i zaufanie moich dzieci. Musisz stać się osobą, za którą cię mają.

Jaki jest najlepszy niematerialny prezent, który ty komuś dałeś?
Na początku naszej znajomości napisałem piosenkę dla [mojej żony] Amandy na jej urodziny.

Jakie jest największe wyzwanie, z jakim przyszło ci się zmierzyć?
Pozostać dobrym w tym, co robię, kiedy wydaje się, że wszystkim wszystko jedno czy jestem dobry czy nie, byle bym się tylko pojawił.





Co byś zrobił, gdybyś miał wybrać sobie inny zawód?
Prawdopodobnie umarł z głodu. Nie mam pojęcia co innego mogłoby mi się udać.

Jaki twój błąd okazał się najbardziej korzystny?
Utrata praw do ekranizacji opowiadania z powodu sprytnego zapisu w kontrakcie. Nauczyło mnie to czytania umów z myślą o najgorszej możliwej ewentualności, w stylu „no dobrze, a co jeśli zrobią coś takiego?”. Bardzo mi się to przysłużyło.

Twoje najdziwniejsze doświadczenie?
Życie. Jest PRZEDZIWNE.

Przegapienia jakiej okazji najbardziej żałujesz?
Czasami żałuję, że w 1994 r. nie wykorzystałem zaproszenia Kathy Acker, żebym pojechał z nią na parę dni do domu Williama Burroughsa. Odmówiłem, bo chciałem, żeby Burroughs pozostał w mojej głowie, jako poniekąd zmyślona postać i nie chciałem zderzyć się z rzeczywistością bycia jego gościem. Straszna szkoda. I żałuję, że nie wysłałem Davidowi Bowiemu egzemplarza „Drażliwych tematów”, bo zbiór zawiera opowiadanie, dla którego był inspiracją. Mogłem to zrobić: miałem nawet odpowiedni adres, ale stchórzyłem.

Jak się relaksujesz?
Kiepsko. Czasami myślę, że jestem zrelaksowany, a potem zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę pracuję.

Gdybyś mógł się jutro znaleźć gdziekolwiek na świecie, gdzie byś wyjechał?
Na Wyspę Skye.

Jakie jest twoje najbardziej niezatarte wspomnienie z dzieciństwa?
Miałem prawie dwa lata i właśnie rodziła się moja siostra. Babcia zabrała mnie na kładkę i oglądaliśmy przejeżdżające parowozy.

Opisz swój wymarzony dzień.
Budzę się, ćwiczę, idę na spacer, przygotowuje lunch, potem siadam do pisania. Gdzieś w międzyczasie bawię się z Ashem, moim niespełna trzyletnim synkiem. Trochę mu czytam. I odbywamy głębokie, poważne rozmowy – z gatunku tych, które można prowadzić tylko z niespełna trzylatkami.

Co robisz, kiedy opuszcza cię wena?
Idę na spacer. Patrzę na świat i na drzewa. Odkładam to, nad czym pracuję na tydzień i potem próbuję przeczytać to na świeżo.

Moment największej dumy z samego siebie?
Zdobycie w wieku 9 lat szkolnej nagrody w dziedzinie sztuki. Kiedy inni chłopcy przyszli mi powiedzieć, że wygrałem, myślałam że sobie ze mnie żartują. Nigdy wcześniej nic nie wygrałem.

Czego chciałbyś doświadczyć zanim umrzesz?
Chciałbym latać. Ale tak jak Superman.


wtorek, 3 stycznia 2017

Dokąd uciekać?


Neil napisał w piątek, 16 grudnia 2016 r. o 10:06

Właśnie przebudziłem się ze snu, w którym mój agent filmowy (budzący respekt Jon Levin) był zły, bo studio filmowe wykupiło prawa do filmu „Steptoe and Son” z 1972 r. [brytyjska komedia o handlarzach starzyzną – przyp. noita] w przekonaniu, że nowe dialogi i efekty specjalne przemienią go w kinowy hit science-fiction, a Jon dzwonił do mnie z prośbą, żebym wytłumaczył im, jak bardzo zły jest ich pomysł. Nie do końca wiem, co moja podświadomość chce mi powiedzieć na temat Hollywood.

Kilka dni spędzam samotnie na pisaniu, podczas gdy Amanda i Ash są w Hawanie. Amanda zagra tam koncert, a Ash będzie łapał ludzi za nosy i dalej uczył się chodzić. W miarę jak moje włosy siwieją, jego – ciemnieją.



Czytanie o sytuacji w Aleppo paraliżuje duszę. Patrzę na Asha i zastanawiam się, co bym zrobił, gdyby mój świat stał się strefą działań wojennych, jak bym sobie poradził i jedyna rzecz, której jestem pewien, to że próbowałbym znaleźć dla niego bezpieczne miejsce.

Wspierałem uchodźców zanim Ash się pojawił, ale jego obecność dodaje sprawie realności i pilności. Pamiętam ludzi, przybywających do obozów w Jordanii, którzy nieśli swoje niemowlęta i małe dzieci przez setki kilometrów, żeby tylko znaleźć dla nich schronienie.

Humble Bundle będzie można kupić jeszcze przez cztery dni. Pakiet obejmuje ponad tysiąc stron niewiarygodnie rzadkich tworów mojego autorstwa – komiksów, książek i innych. Jest dodatkowy materiał audio i video, a nawet plakaty dla tych, którzy zamówili pakiet poprzednio (a można go sprezentować na święta przyjaciołom lub wrogom). Pieniądze idą na dwa dobroczynne cele: CBLDF oraz dla uchodźców i możecie dowolnie wybierać, jaki procent ma zostać przekazany na który z nich. Proszę, dołóżcie się i rozreklamujcie akcję w mediach społecznościowych.
A to bezpośrednia strona, na której można obejrzeć nagranie z mojej wizyty w obozie i dowiedzieć się o sposobach udzielenia wsparcia finansowego:
A w tych okropnych czasach szczególnie ważni są Lekarze Bez Granic:  http://www.doctorswithoutborders.org/.
Wczoraj jechałem samochodem wzdłuż wybrzeża i słuchałem „Gwiezdnego pyłu” z BBC. TO chyba moja ulubiona adaptacja ze wszystkich książek i opowiadań, jakie napisałem. Będzie emitowana w dwóch częściach, jutro i w niedzielę, a przez Internet można jej posłuchać za darmo z dowolnego miejsca na świecie jeszcze przez miesiąc, bo BBC to wciąż coś wspaniałego. Zrobili też stronę zawierającą fragmenty słuchowiska, grafiki i inne atrakcje:

I jeszcze jedno zdjęcie Asha, zrobione przez Amandę kilka dni temu na chłodnej plaży, bo bardzo za nim tęsknię.




czwartek, 22 września 2016

Pierwsze urodziny Asha, ujawniamy nagą brodę... (oraz kolejne trzy okładki Roberta McGinnisa)

Neil napisał w środę 21 września 2016 r. o 14:00

16 września ochodziliśmy urodziny Asha i wraz z jego mamą wróciliśmy do miejsca, gdzie przyszedł na świat, by świętować i odpocząć od telefonów komórkowych i reszty świata.

Ash to sama radość i kocham go najbardziej na świecie. Jego ulubione lektury to Dobranoc, księżycu oraz książeczka pod tytułem Dzień Chu (nigdy nie byłem dumniejszy). Jego oczy naprawdę są aż tak niebieskie.




Znikam teraz, żeby pisać i nie zobaczę ich przez najbliższe 10 dni. Kocham pisanie, ćwiczenia oraz ciszę i słowa, ale bardzo za nimi tęsknię, zwłaszcza za Ashem, brakuje mi tego, że mu śpiewam, brakuje mi tego, że wstaję wcześnie i mu czytam albo spacerujemy (sam już prawie chodzi).
Brakuje mi karmienia go.

Dziś zgoliłem brodę. Dostałem też przesyłkę kurierską zawierającą książki do korekty: MITOLOGIĘ NORDYCKĄ (ukaże się 7 lutego) oraz egzemplarz recenzencki przepięknej adaptacji komiksowej TROLOWEGO MOSTU autorstwa Colleen Doran (wychodzi 18 października).

Poniżej zdjęcie wszystkich tych rzeczy na raz (nie licząc samej czynności golenia).


...

A zatem dziś jest bardzo okładkowy dzień, bo zamierzam zrobić coś fajnego.

Przez ostatnie kilka miesięcy ludziom, z którymi rozmawiałem albo rozmawiałem o książkach albo z tymi, którzy przypadkowo siedzieli obok mnie w samolocie, pokazywałem okładki Gwiezdnego pyłu, Nigdziebądź i Chłopaków Anansiego autorstwa Roberta McGinnisa.

Wszystko dlatego, że jestem z nich niezmiernie dumny, tak samo jak z pracy liternika i projektu graficznego, które wykonał przy nich Todd Klein.

Okładka Amerykańskich bogów (to wydanie już się ukazało) to w moim pojęciu okładka powieści SF z 1968 r. (Pisałem o niej na blogu tutaj. Todd Klein pokazuje kolejne etapy pracy przy projektowaniu na swoim blogu: 

Chcecie zobaczyć kolejne trzy?












Naprawdę?

Nie musicie. Możecie poczekać, aż znajdą się w jakiejś księgarence za kilka miesięcy, i wtedy dać się zaskoczyć...

Ja je uwielbiam. Gwiezdny pył to wczesne lata 70., a okładka jest zabawna, jak okładki moich ulubionych tytułów: Narzeczona dla księcia Williama Goldmana - liternictwo inspirowane było serią książek Ballantine Adult Fantasy Line, a całość ma stwarzać ciepłe, serdeczne wrażenie.

Okładka Chłopaków Anansiego została pomyślana jako tanie wydanie z lat 50. czy 60. - jedna z tych głupkowatych komedii, reklamowana ilustracją jednej ze scen z pierwszego rozdziału. (Cieszę się również, że wreszcie na okładkę trafił sam pan Nancy.) Myślę, że jest to prawdziwe arcydzieło kunsztu Roberta E McGinnisa, Todda również.

Nigdziebądź - kiedy Robert McGinnis przysłał mi tę niesamowitą okładkę, odesłałem ją do Todda Kleina, mówiąc, że dla mnie wygląda jak okładka gotyckiego romansu z lat 70. Obejrzał okładki, które wymieniłem, stwierdził że często występują na nich eleganckie loga pełne zawijasów i czcionki z wyraźnymi szeryfami, po czym stworzył coś tak pięknego i przejmującego, jak sama grafika.

Gotowi?













A niech będzie. Zobaczcie. A przed chwilą zajrzałem na Amazon, żeby znaleźć i zamieścić w linkach daty premier.

(Sprawdziłam też Indiebound i wszystkie książki też już tam są)

Chłopaki Anansiego (http://bit.ly/AnansiPulp) wychodzą 25 października... (ta okłądka spodobała mi się tak bardzo, że kupiłem sam obraz od pana McGinnisa.)
http://www.indiebound.org/book/9780062564337



Nigdziebądź wychodzi 29 listopada. Uwielbiam szczury kryjące się w cieniu...

http://www.indiebound.org/book/9780062476371


Gwiezdny pył ukaże się już za chwilę - za sześć dni, 27 września...
http://www.indiebound.org/book/9780062564344

czwartek, 15 września 2016

Okładka pokazana! Książka ujawniona! Rok zawieruszony!

Neil napisał w środę, 14 września 2016 r. o 14:03


Mniej więcej od 2012 pisałem nowe wersje mitów nordyckich. Pisałem powoli, pomiędzy innymi zajęciami. Raz po raz czytałem wszelkie wydania Eddy starszej i Eddy młodszej, jakie udało mi się znaleźć, kartkowałem Słownik Mitologii Północy Simka kiedy tylko nie byłem czegoś pewien i przez większość czasu trzymałem wszystko w tajemnicy.

Jedno z pierwszych ukończonych opowiadań przeczytałem w bostońskim Muzeum Sztuk Pięknych trzy lata temu i publiczności się podobało. (Tu relacja.) Pisałem dalej.

Napisałem nawet glosariusz.

A teraz książka jest gotowa i ukaże się w lutym. Wszystkie moje ukochane opowieści, wszystkie mity, wiele spośród sprzeczności. Loki i Thor i Odyn i Freyr i Sif i cała reszta, od początku istnienia do Ragnaroku i dalej.



Patrzcie! Jest okładka.




Nadchodzi.




Jesteście gotowi?






Kręci się!



Pracujemy jeszcze nad technologią, która sprawi, że młot będzie się rzeczywiście tak kręcił na okładce książki.



W USA książka ukaże się w lutym nakładem WW Norton (http://bit.ly/NorseMythology) a w Wielkiej Brytanii wyda ją Bloomsbury

[strona Bloomsbury podaje, że na Gwiazdkę 2018 r. ukaże się ilustrowane wydanie! - przyp. noita]


Wydawnictwo Norton stworzyło specjalną stronę: http://www.neilgaimannorsemythology.com/ na której możecie zobaczyć wielką, ruchomą wersję okładki oraz zdjęcie, na którym zagraża mi drzewo.



...



To prawie wszystko. Za dwa dni Ash skończy rok.

Rok temu Amanda wyglądała tak:



a teraz Ash już prawie chodzi i wygląda tak:



Nie mam zdania, gdzie podział się ten rok...

niedziela, 17 kwietnia 2016

Dobry omen, tanie miejsca i wspominanie

Neil napisał w sobotę 16 kwietnia 2016 o 15:23


Od dłuższego czasu nie zamieszczałem nic na blogu, ale teraz jadę pociągiem i wydaje się to dobrą okazją do nadrobienia zaległości. Dziś rano udzieliłem Charliemu Russellowi wywiadu do filmu dokumentalnego o Terrym Pratchetcie (Charlie odpowiada za poprzednie dokumenty BBC o Terrym: „Living With Alzeheimer’s” [Życie z Alzheimerem], „Choosing To Die” [Decyzja by umrzeć] i „Facing Extinction” [W obliczu wyginięcia].

Rozmawialiśmy w chińskiej restauracji na Gerrard Street, bo po Terry i ja spotkaliśmy się po raz pierwszy w lutym 1985 r. właśnie w chińskiej restauracji. Była swobodnie i miło, ale nagle przestało. Opowiadałem o ostatnim spotkaniu z Terrym, kiedy go widziałem, o czym mówiliśmy i nagle nie mogłem powstrzymać łez, nie byłem w stanie dalej mówić. Ale po chwili wziąłem się w garść i udało nam się skończyć.

- Wiem, że to szalenie nieprofesjonalnie – Charlie zwrócił się do mnie po zakończeniu wywiadu – i jeszcze nigdy nie zaproponowałem tego żadnemu z moich rozmówców, ale może potrzebujesz, żeby ktoś cię przytulił?.
Odpowiedziałem, że owszem.

Nadal jestem dość poruszony. Zupełnie jakby emocje, które trzymałem w ryzach na potrzeby niedawnego publicznego wystąpienia dla upamiętnienia Terry’ego, jego publicznego oblicza, eksplodowały nagle podczas rozmowy o ludziach, którymi byliśmy prywatnie.

Wieczór ku pamięci Terry’ego był przepiękny. Miałem żałobny frak, który uszyła dla mnie Kambriel, i tego popołudnia specjalnie kupiłem nową białą koszulę i czarny krawat. (Właściwie kupiłem cztery koszule, co – zważywszy jak często noszę białe koszule – powinno mi wystarczyć do końca życia.)



Przeczytałem wstęp do „Kiksów klawiatury”, który napisałem jeszcze za jego życia. Pod koniec zrobiło mi się bardzo smutno, ale to było w porządku. I jakoś się trzymałem, nawet kiedy Rob, niesamowity asystent i prawa ręka Terry’ego, wręczył mi wielki, czarny Kapelusz Pisarza, który Terry mi zostawił. Ale nie byłem w stanie go założyć. Nie byłem na to gotowy. (Przymierzyłem go dopiero później, w garderobie. Moim zdaniem wyglądałem jak rabino-kowbojo-zabójca. I nie żeby to było coś złego.)



Na zakończenie wieczoru Rob ogłosił nadchodzące projekty i jednym z nich jest telewizyjna adaptacja „Dobrego omenu” ze scenariuszem mojego autorstwa. (Tak na marginesie, sposób przekazania tej wiadomości wywołał pewna konfuzję, bo Rob mówił chwilę wcześniej o znalezionych w sejfie listach, które Terry dla nas zostawił, więc ludzie założyli że poprosił mnie o realizację tego planu zza grobu. Tak naprawdę było to coś w rodzaju ostatniego życzenia, prośba jeszcze za życia. („Bardzo chciałbym, żeby to powstało i wiem, Neil, że jesteś bardzo zapracowany, ale nikt nie zdoła tego dokonać z zapałem równym naszemu. Chciałbym móc się bardziej w to zaangażować i pomogę, jak tylko będę w stanie” napisał Terry, kiedy się zgodziłem.)

Na pracy nad scenariuszem „Dobrego omenu” spędziłem znaczną część ubiegłego roku, żałując, że nie ma go z nami i nie może mi pomóc, chociażby podnosząc słuchawkę telefonu. Kiedy trafiam na przeszkodę i chcę go poprosić o radę, bywa ciężko. Jest nawet ciężej, kiedy przychodzi mi do głowy coś nowego, sprytnego i zabawnego, co chciałbym mu przeczytać przez telefon, żeby się roześmiał albo wskazał mi element, który przeoczyłem. Przy okazji „Dobrego omenu” zawsze byliśmy dla siebie nawzajem pierwszymi czytelnikami. O to właśnie chodziło. Kiedy pisaliśmy tę dziwaczną historyjkę, żaden z nas nie miał najmniejszego pojęcia, czy uda nam się ją sprzedać, ale wiedzieliśmy, że udało nam się tego drugiego rozbawić. W każdym razie mam za sobą 72% scenariusza i koniec pracy już widać na horyzoncie.

Moim celem jest skończenie pracy przed wydaniem „Widoku z tanich miejsc”, zbioru artykułów i esejów, który wyjdzie w USA i Wielkiej Brytanii 31 maja. Będzie miał dwie różne okładki. Na amerykańskiej siedzę z zamyśloną miną w zrujnowanym teatrze, a na brytyjskiej włosy rozwiewa mi wiatr, a z głowy wyskakują mi koła zębate. Obie wydają się bardzo stosowne, zwłaszcza te wybuchające zębatki.





Stresowałam się i wciąż stresuję pokazaniem światu swojej twórczości innej niż fikcja literacka. Nie boję się wydawać fikcji, ale pewna część mnie zastanawia się, czy mam prawo publicznie wypowiadać się o tym, w co wiedzę, na co mam nadzieję i na czym mi zależy. Ta część zastanawia się, czy ktokolwiek będzie zainteresowany esejami na temat książek, które (w kilku przypadkach) wydawałoby się, nikogo poza mną nie interesują, na temat kondycji komiksów w 1993 r., czy o tym jak napisać tuż przed wyznaczonym terminem recenzję książki, którą się zapodziało. Ale pierwsze recenzje są bardzo pochlebne, a kilka osób, którym wysłałem książkę odpowiedziało w naprawdę miły sposób (i wszyscy zapewnili, że naprawdę ją przeczytali i naprawdę podobała im się tak, jak twierdzą). Z okazji premiery odbędzie się jedno spotkanie w Wielkiej Brytanii, które będziemy transmitować, więc w USA będzie do obejrzenia online po południu lub około południa.

Kiedy byliśmy w Santa Fe, nagrałem audiobook. Nigdy dotąd nie byłem lektorem literatury faktu i nie bardzo wiedziałem, co mam zrobić z wywiadami ze Stephenem Kingiem i Lou Reedem, więc zrobiłem, co mogłem.

Końcówkę zimy spędziliśmy w Santa Fe. To przepiękne miasteczko, Amanda ma tam krewnych i dlatego trafiliśmy tam, a nie gdzie indziej, a ja mam tam znajomych. (Spotkałem się na lunch z George’em R R Martinem. „Internet twierdzi, że przyjechałem tu napisać za ciebie książkę” powiedziałem mu, wzdychając. Jego ubawiło to znacznie bardziej niż mnie.)

Poszliśmy do Meow Wolf, dawnej kręgielni. W skład wchodzi kalifornijski dom, gdzie miały miejsce wydarzenia, które wzburzyły czasoprzestrzeń, zaburzając inne wymiary. To kompletnie szalona i wspaniała mieszanka sztuki, opowieści i Disneylandu, więc jeżeli traficie na południowy zachód USA, powinniście to miejsce koniecznie odwiedzić.

Ash rośnie. Skończył siedem miesięcy. Jest najsłodszym, najbardziej uroczym dzieckiem. Uśmiecha się i jest zabawny. Ten tydzień spędzam w Londynie i tęsknie za nim.



Prune, nasza znajoma Francuzka, stwierdziła, że Ash jest „dzieckiem, które powinni pokazać ci w sklepie, jeżeli chcesz mieć dziecko.”
„Egzemplarz wystawowy?”
„Dokładnie. Egzemplarz wystawowy dziecka”
Tak bardzo go kocham. Lubi muzykę i opowiadania i książki też. 

Poniższe zdjęcie pokazuje, jak Ash lubi książkę. („Dzień z życia Chu” z grubymi, kartonowymi stronami to prezent od mojej agentki, którą rozbawiło, że nie pomyślałem o tym, żeby sprawić swojemu dziecku swoje książki. Więc ona postanowiła to zrobić.)



Cieszy się, kiedy udaję, że kicham.
A poniżej wideo sprzed kilku tygodni, w którym ma na sobie sweterek wydziergany przez Delię Sherman.



poniedziałek, 4 stycznia 2016

Już myśleliśmy, że nie żyjesz – ze zdjęciami dziecka

Neil napisał w niedzielę, 3 stycznia 2016 o 15:00

Przez ostatnie trzy miesiące bardzo zaniedbywałem bloga. Właściwie przez ostatnie trzy miesiące bardzo zaniedbałem wszystko oprócz przewijania dziecka, kąpania dziecka, przypominania sobie słów starych wierszyków i dbania, żeby Amanda się wysypiała.

Ludzie pytają, jakiej fajnej nowej muzyki słuchałem, a do głowy przychodzi mi tylko Kolejne 50 ponadczasowych piosenek dla dzieci Wally’ego Whytona (które mieliśmy na winylu, kiedy byłem dzieckiem i niedawno zdobyłem na mp3) i Stare Angielskie Kołysanki Ellisa/Laycocka/Broadside Band (które wolno mi puszczać tylko, kiedy Amandy nie ma w pobliżu, choć dziecko usypia momentalnie). Moje zdanie na temat różnych rodzajów pieluch zdaje się nikogo nie obchodzić (kiedy używamy jednorazowych, wybieramy bambusowe Andy Pandy, nie! Wróć! Kiedyś byłem interesującym facetem…), to samo z dziecięcymi ubrankami (jestem ogromnym wielbicielem zapinanych na magnesy Magnificent Clothes, dzięki którym można wstać w środku nocy i przewinąć dziecko, bez konieczności budzenia się na tyle, żeby udało się rozpracować skomplikowane mechanizmy, takie jak zatrzaski, guziki albo rzepy) albo…


Otóż to. Brak mózgu. Jestem jak żywa reklama artykułów dla dzieci. Odczuwam dumę, jeśli uda mi się sprawdzić pocztę albo coś poczytać. Resztę czasu spędzam przewijając dziecko. Które zwykle zdaje się tym rozbawione.



Skończyłem ogromną korektę książki, która ukaże się w maju pt. Widok z tanich miejsc. Będzie to zbiór tekstów non-fiction. Nie znajdzie się tam każde przemówienie, wstęp i artykuł, jaki napisałem, ale większość ważnych wystąpień, wszystkie artykuły, z których nadal jestem dumny i wszystkie przedmowy, które wydawały się być o czymś jeszcze poza samą przedstawianą książką czy autorem. (Kat Howard ogromnie mi pomogła: przeglądała archiwa, wszystko przeczytała, jako pierwsza podejmowała decyzje dotyczące tego, co zostawić, a czego się pozbyć. Potem wzdychała ciężko za każdym razem, kiedy zmieniałem zdanie albo przypominałem sobie o jeszcze jakimś tekście.)

Mam teraz jakieś trzy miesiące zaległości we wszystkim. A w mojej głowie powstaje kolejna powieść, której pisanie miałem zacząć w przyszłym tygodniu, ale może się to przesunąć o trzy miesiące – do czasu, aż skończę rzeczy, które obiecałem innym.

Jestem przeszczęśliwy, że ludzie kupowali Sandmana: Uwerturę i mówili o nim miłe rzeczy (bit.ly/OvertureDeluxe). Na liście bestsellerów komiksowych NYT utrzymywał się przez osiem tygodni i trafił do wielu zestawień najlepszych tytułów pod koniec roku. Ogólna opinia zdaje się być taka, że opowieść dodała co nieco do historii Sandmana i chyba nie liczyłem na nic ponadto, poza radością ze współpracy z J.H. Williamsem III.


 

Wczoraj obchodziliśmy piątą rocznicę ślubu. To był spokojny dzień, z mnóstwem miłości. Nie musieliśmy składać dziecka w ofierze Rybim Bogom, ani wysyłać go w kosmos, aby uratować przez zagładą planety, która ma wkrótce wybuchnąć. Odczuwam głęboką wdzięczność dla jego przepięknej, wspaniałej i łaskawej matki, mojej żony, przyjaciółki, partnerki i miłości. Nie  ma zupełnie nic, co chciałbym zmienić.

Warto było nie dosypiać.

A w najbliższych miesiącach postaram się być lepszym blogerem i gorszym użytkownikiem Twittera, Facebooka i Tumblra.

Dzięki, że zostaliście.