Zdjęcia ze spotkania z "Chłopakami Anansiego" w Białołęckim Klubie Książki

środa, 28 grudnia 2016

Chcecie usłyszeć jak czytam mity nordyckie przed publicznością? (Londyn i Nowy Jork)

Neil napisał we wtorek 6 grudnia 2016 r. o 14:56

Odbędą się dwa moje występy z okazji wydania „Mitologii nordyckiej”. Będę czytał jej fragmenty, odpowiadał na pytania i podpiszę mnóstwo książek.




Najpierw rozpocznie się sprzedaż biletów na lutowy występ w nowojorskim ratuszu. Link to http://thetownhall.org/event/neilgaiman
Bilety nie są tanie, ale w cenie każdego biletu jest egzemplarz książki. Gospodynią wieczoru i przeprowadzającą będzie Ophira Eisenberg (którą ostatnio spotkałem kilka lat temu w programie radiowym „Ask Me Another”, kiedy zmusiła mnie do odpowiadania na pytania o Gilberta i Sullivana i nawet do zaśpiewania ich kawałka).


(Zdjęcie przedstawiające mnie i drzewo autorstwa Beowulfa Sheehana.)

Drugie spotkanie odbędzie się w Royal Festival Hall w londyńskim centrum South Bank 15 lutego. Będzie tam równie dużo atrakcji. Sprzedaż biletów rozpoczyna się jutro.
(A o 14:30 tego samego popołudnia Chris Riddell występuje w tym samym miejscu. Chodźcie na obie rzeczy!

...

I jak już was tu mam, wiedzcie, że adaptacja „Gwiezdnego pyłu” przegotowana przez BBC RADIO 4 jest znakomita! Przez ostatnie kilka tygodni słucham jej raz po raz i uśmiecham się z zadowoleniem na myśl o grze aktorów i sprytnym zaadaptowaniu na potrzeby radia. Emisja nastąpi w dwóch częściach, 17 i 18 grudnia. Słuchowisko będzie do wysłuchania na stronie przez kolejny miesiąc. Odcinki pojawią się tutaj:


Oraz ogromne gratulacje dla zwycięzców i finalistów konkursu na ilustracje do „Gwiezdnego pyłu”.
Pełną galerię prac można obejrzeć na stronie:
http://www.bbc.co.uk/programmes/p04fqwzs/p04k98kc

wtorek, 27 grudnia 2016

Znów tańcowanie z życiem i śmiercią

Neil napisał w niedzielę 30 października 2016 r. o 6:55

Jestem w poczekalni lotniska w Atlancie, jest 6:30, ale mój organizm jest przekonany, że to dopiero 3:30, bo kilka godzin temu wsiadłem do samolotu w San Francisco. Jestem tu z powodu, który Eddie Campbell w swojej książce pod tym samym tytułem określił jako życiowy taniec śmierci – „The Dance of Lifey Death”.

Miesiąc temu zostałem dziadkiem. Mój syn Michael i jego żona Courtney dorobili się pierwszego potomka, małego chłopca, który dostał imię Everett. Odliczałem dni do naszego pierwszego spotkania, ale najpierw musiałem przetrwać huragan na Florydzie (wszystko skończyło się dobrze, nawet nie było przerw w dostawie prądu), a potem przejechać przez kawał kraju do domu.

Pracowałem jako kierowca rikszy dla rocznego klienta z własną rikszą (porzuconą znalazł na ulicy w Bostonie Lee, właściciel Cloud Clubu i znajomy Amandy. Podreperował ją i pomalował). Potem pomachałem Amandzie i Ashowi na pożegnanie, kiedy wyruszyli na krótką europejską trasę.

To mi przypomina, że powstał naprawdę przeuroczy teledysk poklatkowy z Ashem w roli głównej (gra dziecko śpiące w kołysce) do nagranego przez Jacka i Amandę Palmer coveru „Wynken, Blynken and Nod”. Występuje w nim też Amanda, Maddy, zespół Welcome to Night Vale i wielu innych naszych znajomych. (Kiedy go kręcili, siedziałem i pisałem w Szkocji. Mnie tam nie ma.) Jeśli możecie, oglądajcie na pełnym ekranie, bo bardzo dużo się tam dzieje.


Poleciałem do Toronto na imprezę z okazji zakończenie kręcenia pierwszej serii „Amerykańskich bogów”, bo chciałem podziękować obsadzie i ekipie za ich wspaniałą i ciężką pracę. Potem poleciałem do Los Angeles zrobić coś fajnego i sekretnego (dowiecie się za rok) i udzieliłem wywiadu na temat „Amerykańskich bogów” na potrzeby elektronicznego zestawu prasowego (Wyjdzie wiosną. Nie mogę się już doczekać.)

Na koniec trafiłem do San Francisco, żeby pobyć dziadkiem.

Everett to przesłodki dzieciak. Wygląda, jakby narysował go Crockett Johnson w dzień, kiedy miał szczególnie figlarny nastrój. Wygląda trochę jak Barnaby, a trochę jak pan O’Malley, jego ojciec chrzestny. Spędziłem kilka miłych dni na przewijaniu i kołysaniu go. Całe mnóstwo kołysania.

Na Twitterze próbowałem wyjaśnić, jak to jest być dziadkiem. Napisałem: „To bardzo wygodny strój. Jak stary, ulubiony płaszcz prosto ze sklepu.” i tak właśnie jest. Nie potrzeba do tego wskazówek, od razu czujesz, że jest na właściwym miejscu. A miłość w twoim sercu po prostu rośnie, a wraz z nią rośnie twoje serce, tak samo jak po narodzinach dziecka.

Zrobiłem Michaelowi i Everettowi zdjęcie. Mój syn i jego syn. Jestem bardzo dumny z Courtney i Michaela: są wspaniałymi rodzicami. Wydaje mi się, że coś po drodze musiałem zrobić, jak należy.



Chciałem zostać z nimi w San Francisco przez cztery dni, ale kiedy opuszczałem LA dowiedziałem się, że zmarł mój kuzyn Sidney.

Sidney był mężem kuzynki Helen. Ona ma 98 lat, on miał 94. Byli małżeństwem przez 68 lat. Sidney był zabawny, wręcz zawadiacki, mądry i – w moim doświadczeniu – nic nie było w stanie wyprowadzić go z równowagi. Pracował jako budowlaniec, a kiedy przeszedł na emeryturę, został rzeźbiarzem i tworzył wspaniałe dzieła, zarówno realistyczne, jak i abstrakcyjne, ale zawsze były to rzeźby, których chciało się dotknąć i pogładzić. w ciągu ostatnich kilkunastu lat powoli tracił słuch i kontakt z nami, ale kiedy pokazywał swoje dzieła, odzyskiwał błysk w oku, zdawał się słyszeć wszystko co do niego mówiono i był zupełnie przytomny.
Poniżej zdjęcie Sidneya i Amandy z 2013 roku. Zabrałem ją do Sarasoty, żeby go poznała i urządziliśmy improwizowany koncert (Amanda) i czytanie (ja) dla niego, Helen i kilkuset osób, które dowiedziały się o tym z Twittera.


Tu znajdziecie nekrolog Sidneya. A fragment o tym, że był uwielbiany i podziwiany przez wszystkich, którzy go poznali? Sama prawda. To nie jest tylko zdanie, którego się używa w nekrologach.
A więc jestem w Atlancie, bo mam przesiadkę w drodze na pogrzeb Sidneya.
Pojawię się tam dla niego, bo go kochałem i dla rodziny i dla mojego zmarłego ojca, który jako pierwszy członek brytyjskiej gałęzi naszej rodziny spotkał się z gałęzią amerykańską. i myślę o Everetcie i Ashu i obserwuję krąg życia w akcji. Eddie Campbell miał rację. Życiowy taniec śmierci. TO nic złego. Ktoś przychodzi, ktoś odchodzi, taniec nie ustaje, miłość pozostaje.
Jak już mówimy o miłości, nie pogratulowałem Eddiemu poślubienia cudownej Audrey Niffenegger i nie pogratulowałem Audrey poślubienia wspaniałego Eddiego Campbella. Lubię, kiedy moi przyjaciele się pobierają.



(Właśnie sprawdziłem. „The Dance of Lifey Death” jest w obszernym tomie Eddiego pt. „Alec: The Years Have Pants”. To książka, która zasługuje na najwyższe pochwały.
Powinniście ją kupić. Podziękujecie mi później.)

poniedziałek, 31 października 2016

Czekanie i „Cynamon”

Neil napisał w czwartek 6 października 2016 o 13:00.

Jestem na Florydzie i piszę te słowa w środowy wieczór, żeby ustawić czas publikacji na czwartek, bo jutro mogę nie mieć prądu albo Internetu. Trochę się denerwuję: kupiłem wodę do picia i właśnie wypełniłem też wodą wannę, mam zapas jedzenia w puszkach i szczelnych opakowaniach, a dom ma zainstalowane okna przeciwburzowe. Tak czy inaczej, huragan nadciąga i robi to, co ma w zwyczaju i nie jest to szczególnie miłe doświadczenie. Według strony Snopes, nie powinienem zapalać świeczek, które kupiłem, kiedy wszystkie latarki zostały już wykupione.

Cóż. Przed huraganem postanowiłem się ostrzyc. Nie jestem pewien, dlaczego. Może wydawało mi, się to rozsądny pomysł, żebym w razie ekstremalnej pogody miał dobrą widoczność. Normalne salony fryzjerskie były pozamykane, bo fryzjerzy przenieśli się już w głąb lądu, ale był jeszcze otwarty jeden fryzjer męski w starym stylu [raczej golibroda niż fryzjer, z brzytwą, jak Sweeney Todd – przyp. noita]. Zwykle potrafię się z nimi dogadać i uzyskać nienajgorszą fryzurę, ale tym razem trafiłem na fryzjera, który najwyraźniej specjalizował się wyłącznie w jednej fryzurze i niezależnie od tego, o co bym poprosił, z nią właśnie miałem skończyć. Kiedy tylko wziął do ręki maszynkę elektryczną, powinienem był wrzasnąć „PROSZĘ TO ODŁOŻYĆ I TRZYMAĆ SIĘ ODE MNIE Z DALEKA”. Ale pomyślałem sobie „ciekawe, co zamierza z tym zrobić?” i potem było już za późno, bo połowa moich włosów wylądowała na kafelkach na podłodze. Mam więc teraz fryzurę, która sprawia, że kiedy napotkam swoje odbicie w lutrze albo dotykam włosów, czuję się jakbym był kimś zupełnie innym. Może ta inna osoba, którą teraz jestem, nosi kapelusze? Muszę to zbadać.

Kilka dni temu do sprzedaży w USA trafiła nowa książka: przepiękne wydanie „Odda i lodowych olbrzymów” w twardej oprawie, z ilustracjami Chrisa Riddella: http://bit.ly/OddFrostRiddell dużo srebrnej farby i wspaniałości. Z samej historii też jestem dość zadowolony.




TO NAJPIĘKNIEJSZA Z KSIĄŻEK. Wszystko dzięki srebrnej farbie i licznym rysunkom Chrisa Riddella. http://www.harpercollinschildrens.com/books/Odd-Frost-Giants/

W to książka, która ukaże się dopiero w Maju 2017. Napisałem to opowiadanie jakieś 20 lat temu, zainspirowany rzeźbą-karuzelą Lisy Snellings. Przedstawia dziewczynkę imieniem Cynamon, o lśniących perłowo oczach, która jeździ na Tygrysie.

Przez ostatnie 12 lat opowiadanie było do wysłuchania jako część zbioru „The Neil Gaiman Audio Collection”. Teraz wreszcie będzie można go dotknąć i wziąć do ręki.


Książka została przepięknie zilustrowana przez Divyę Srinivasan (Divya mieszka w Austin, w Teksasie. Jej ilustracje były publikowane w magazynie „New Yorker”. Jest autorką i rysowniczką książek ilustrowanych „Little Owl's Night”, „Little Owl's Day”, and „Octopus Alone”. (Noc sówki, Dzień sówki, Samotna ośmiornica).

Dobra. Idę teraz spać i się martwić, a potem, mam nadzieję, obarczę wszystkimi swoimi zmartwieniami bohaterów książki, którą piszę…

wtorek, 27 września 2016

O dedykacjach i słuchowiskach

Neil napisał w poniedziałek 26 września 2016 r. o 21:59

Dziś rano skończyłam po raz ostatni przeglądać tekst Mitologii nordyckiej. Wyłapałem jeden akapit, który jakoś się zdublował, poprawiłem kilka niezgrabnych zdań i zmieniłem słowo kamień na żelazo w miejscu, gdzie pomyślałem jedno, a napisałem drugie. Przejrzałem glosariusz.

I została mi ostatnia rzecz.

Pisanie dedykacji to osobliwy proces, w którym łączą się kaprysy i fantazje i długi do spłacenia i bogowie do udobruchania. Polega głównie na rozważaniu, kto ucieszy się najbardziej z faktu zadedykowania mu książki i jaka osoba będzie najodpowiedniejsza w przypadku napisanej właśnie książki.

Ale czasami nie trzeba się zastanawiać. Czasami wszystko jest przyjemne i oczywiste.

Mitologię nordycką zadedykowałem komuś, kogo jeszcze kilka dni temu nawet tu nie było, ale kto pojawił się teraz i choć jeszcze go nie poznałem, nie miałem w ramionach, nie przytuliłem ani mu nie śpiewałem (ale zrobię to wkrótce). Mojemu pierwszemu wnukowi, Everettowi, potomkowi mojego najstarszego syna Michaela i jego żony Courtney (oczywiście to Courtney wykonała całą ciężką pracę), który przyszedł na świat przed 48 godzinami.

Mam wnuka. Holly, Maddy i Ash mają siostrzeńca (a Ash dodatkowo towarzysza zabaw). Jestem dumnym i szczęśliwym dziadkiem.



Mitologia nordycka to książka Everetta.


...


.
Oto zdjęcie obsady - prawie całej, choć jest kilka tajemnic i niespodzianek - dwuczęściowej adaptacji GWIEZDNEGO PYŁU produkowanej przez BBC Radio Four, która wyemitowana zostanie w grudniu. (Oto lista obsady:

BBC ogłosiło konkurs na grafikę inspirowaną GWIEZDNYM PYŁEM dla osób mieszkających w Wielkiej Brytanii - szczegóły na 

Ale nie trzeba mieszkać w Wielkiej Brytanii, żeby posłuchać tej adaptacji. Można będzie jej wysłuchać w dowolnym miejscu naszego wielkiego świata dzięki magii Internetu albo aplikacji BBC iPlayer, przez miesiąc od oryginalnej emisji.

Jednak nie jest to jedyna adaptacja mojej twórczości, jaką BBC Radio Four przygotowuje w tym roku. Poniżej (nieco mniejsza) obsada Jak Markiz odzyskał swój płaszcz:


i owszem, również ja się tam znalazłem. Byłem na miejscu, grałem u boku Bernarda Cribbinsa, Adriana Lestera, Patersona Josepha, Dona Warringtona i wszystkich pozostałych I TO BYŁO NIESAMOWITE.

Słuchowisko Jak Markiz odzyskał swój płaszcz zostanie wyemitowane na antenie BBC Radio 4 na początku listopada (chyba).

...

Do głosowania w USA można się zarejestrować przez SMS: na https://www.hello.vote znajdziecie szczegóły.
Zarejestrujcie się. Zagłosujcie. Wasz głos naprawdę się liczy. Głosujcie.

czwartek, 22 września 2016

Pierwsze urodziny Asha, ujawniamy nagą brodę... (oraz kolejne trzy okładki Roberta McGinnisa)

Neil napisał w środę 21 września 2016 r. o 14:00

16 września ochodziliśmy urodziny Asha i wraz z jego mamą wróciliśmy do miejsca, gdzie przyszedł na świat, by świętować i odpocząć od telefonów komórkowych i reszty świata.

Ash to sama radość i kocham go najbardziej na świecie. Jego ulubione lektury to Dobranoc, księżycu oraz książeczka pod tytułem Dzień Chu (nigdy nie byłem dumniejszy). Jego oczy naprawdę są aż tak niebieskie.




Znikam teraz, żeby pisać i nie zobaczę ich przez najbliższe 10 dni. Kocham pisanie, ćwiczenia oraz ciszę i słowa, ale bardzo za nimi tęsknię, zwłaszcza za Ashem, brakuje mi tego, że mu śpiewam, brakuje mi tego, że wstaję wcześnie i mu czytam albo spacerujemy (sam już prawie chodzi).
Brakuje mi karmienia go.

Dziś zgoliłem brodę. Dostałem też przesyłkę kurierską zawierającą książki do korekty: MITOLOGIĘ NORDYCKĄ (ukaże się 7 lutego) oraz egzemplarz recenzencki przepięknej adaptacji komiksowej TROLOWEGO MOSTU autorstwa Colleen Doran (wychodzi 18 października).

Poniżej zdjęcie wszystkich tych rzeczy na raz (nie licząc samej czynności golenia).


...

A zatem dziś jest bardzo okładkowy dzień, bo zamierzam zrobić coś fajnego.

Przez ostatnie kilka miesięcy ludziom, z którymi rozmawiałem albo rozmawiałem o książkach albo z tymi, którzy przypadkowo siedzieli obok mnie w samolocie, pokazywałem okładki Gwiezdnego pyłu, Nigdziebądź i Chłopaków Anansiego autorstwa Roberta McGinnisa.

Wszystko dlatego, że jestem z nich niezmiernie dumny, tak samo jak z pracy liternika i projektu graficznego, które wykonał przy nich Todd Klein.

Okładka Amerykańskich bogów (to wydanie już się ukazało) to w moim pojęciu okładka powieści SF z 1968 r. (Pisałem o niej na blogu tutaj. Todd Klein pokazuje kolejne etapy pracy przy projektowaniu na swoim blogu: 

Chcecie zobaczyć kolejne trzy?












Naprawdę?

Nie musicie. Możecie poczekać, aż znajdą się w jakiejś księgarence za kilka miesięcy, i wtedy dać się zaskoczyć...

Ja je uwielbiam. Gwiezdny pył to wczesne lata 70., a okładka jest zabawna, jak okładki moich ulubionych tytułów: Narzeczona dla księcia Williama Goldmana - liternictwo inspirowane było serią książek Ballantine Adult Fantasy Line, a całość ma stwarzać ciepłe, serdeczne wrażenie.

Okładka Chłopaków Anansiego została pomyślana jako tanie wydanie z lat 50. czy 60. - jedna z tych głupkowatych komedii, reklamowana ilustracją jednej ze scen z pierwszego rozdziału. (Cieszę się również, że wreszcie na okładkę trafił sam pan Nancy.) Myślę, że jest to prawdziwe arcydzieło kunsztu Roberta E McGinnisa, Todda również.

Nigdziebądź - kiedy Robert McGinnis przysłał mi tę niesamowitą okładkę, odesłałem ją do Todda Kleina, mówiąc, że dla mnie wygląda jak okładka gotyckiego romansu z lat 70. Obejrzał okładki, które wymieniłem, stwierdził że często występują na nich eleganckie loga pełne zawijasów i czcionki z wyraźnymi szeryfami, po czym stworzył coś tak pięknego i przejmującego, jak sama grafika.

Gotowi?













A niech będzie. Zobaczcie. A przed chwilą zajrzałem na Amazon, żeby znaleźć i zamieścić w linkach daty premier.

(Sprawdziłam też Indiebound i wszystkie książki też już tam są)

Chłopaki Anansiego (http://bit.ly/AnansiPulp) wychodzą 25 października... (ta okłądka spodobała mi się tak bardzo, że kupiłem sam obraz od pana McGinnisa.)
http://www.indiebound.org/book/9780062564337



Nigdziebądź wychodzi 29 listopada. Uwielbiam szczury kryjące się w cieniu...

http://www.indiebound.org/book/9780062476371


Gwiezdny pył ukaże się już za chwilę - za sześć dni, 27 września...
http://www.indiebound.org/book/9780062564344

czwartek, 15 września 2016

Okładka pokazana! Książka ujawniona! Rok zawieruszony!

Neil napisał w środę, 14 września 2016 r. o 14:03


Mniej więcej od 2012 pisałem nowe wersje mitów nordyckich. Pisałem powoli, pomiędzy innymi zajęciami. Raz po raz czytałem wszelkie wydania Eddy starszej i Eddy młodszej, jakie udało mi się znaleźć, kartkowałem Słownik Mitologii Północy Simka kiedy tylko nie byłem czegoś pewien i przez większość czasu trzymałem wszystko w tajemnicy.

Jedno z pierwszych ukończonych opowiadań przeczytałem w bostońskim Muzeum Sztuk Pięknych trzy lata temu i publiczności się podobało. (Tu relacja.) Pisałem dalej.

Napisałem nawet glosariusz.

A teraz książka jest gotowa i ukaże się w lutym. Wszystkie moje ukochane opowieści, wszystkie mity, wiele spośród sprzeczności. Loki i Thor i Odyn i Freyr i Sif i cała reszta, od początku istnienia do Ragnaroku i dalej.



Patrzcie! Jest okładka.




Nadchodzi.




Jesteście gotowi?






Kręci się!



Pracujemy jeszcze nad technologią, która sprawi, że młot będzie się rzeczywiście tak kręcił na okładce książki.



W USA książka ukaże się w lutym nakładem WW Norton (http://bit.ly/NorseMythology) a w Wielkiej Brytanii wyda ją Bloomsbury

[strona Bloomsbury podaje, że na Gwiazdkę 2018 r. ukaże się ilustrowane wydanie! - przyp. noita]


Wydawnictwo Norton stworzyło specjalną stronę: http://www.neilgaimannorsemythology.com/ na której możecie zobaczyć wielką, ruchomą wersję okładki oraz zdjęcie, na którym zagraża mi drzewo.



...



To prawie wszystko. Za dwa dni Ash skończy rok.

Rok temu Amanda wyglądała tak:



a teraz Ash już prawie chodzi i wygląda tak:



Nie mam zdania, gdzie podział się ten rok...

wtorek, 6 września 2016

Robert E McGinnis i tajemnica nowej okładki

Neil napisał w środę, 27 lipca 2016 r. o 18:31

Od bardzo dawna uwielbiam okładki Roberta McGinnisa. Pamiętam pierwszą, na którą zwróciłem uwagę (była to książka Iana Fleminga o Jamesie Bondzie "Diamenty są wieczne", kiedy miałem jakieś 9 lat. Na okładce znalazł się plakat filmowy, co było zastanawiające, bo fabuła książki różni się od fabuły filmu.) I zakładałem, że już dawno przeszedł na emeryturę.

Mniej więcej rok temu rozmawiałem z Jennifer Brehl. Jennifer jest moją redaktorką w wydawnictwie William Morrow, a przy okazji jedną z najlepszych, najbardziej rozsądnych i najmądrzejszych osób w moim życiu. Szczęściarz ze mnie, że ją mam. Rozmawialiśmy o wydaniach w miękkiej oprawie i o tym, że  obecnych czasach wydawcy przykładają do nich mniej wagi. Zacząłem rozprawiać na temat tego, jak kiedyś miękkie okładki były piękne, palowane i wiele mówiły. I jak mi brakuje okładek z lat 50., 60. i 70., które zbierałem i kupowałem u zarania dziejów.

W jakiś sposób rozmowa doprowadziła do tego, że zapytałem czy Harper Collins wyda serię moich książek w miękkiej oprawie z okładkami retro, a Jennifer powiedziała, że i owszem.

Kilka dni później byłem w księgarni DreamHaven Books w Minneapolis. Zauważyłem wyjątkowo efektowną okładkę starej książki na półce. Zapytałem Grega Kettera, kto jest jej autorem.

 Robert McGinnis  odpowiedział Greg.  W sumie mamy całą książkę z pracami McGinnisa.
Pokazał mi ją. The Art of Robert E. McGinnis. Jest przepiękna. Oto jej okładka:

http://amzn.to/2aLcYg2

Zdziwiło mnie, jak niedawno wydana została ta książka. Zaledwie kilka miesięcy temu.
 Ach tak.  powiedział Greg.  Bob wciąż maluje. Musi mieć teraz jakieś 90 lat.

(90 lat skończył w lutym 2016.)

Wysłałem Jennifer notatkę z pytaniem, czy jest choćby najmniejsza szansa, że pan McGinnis będzie zainteresowany namalowaniem okładek do wydań, które zamierzamy przygotować. Zgodził się.

Mówię to bardzo beztrosko. Ale on rzeczywiście przeszedł na emeryturę, nie ma e-maila i tylko dzięki temu, że dyrektor artystyczny w Morrow kiedyś z nim pracował, a zlecenie go zaintrygowało... i ROBERT MCGINNIS SIĘ ZGODZIŁ.

Przysłał pierwszy z obrazów, ten do "Amerykańskich bogów". Był doskonały. Teraz musieliśmy sprawić, żeby wszystko poza okładką było odpowiednie.

Todd Klein, najlepszy liternik w branży komiksowej, stworzył logo dla każdej z książek i pomógł zaprojektować lub wybrać czcionki, by każda z nich zdawała się pochodzić z określonego okresu.

Każdy z obrazów McGinnisa był lepszy od poprzedniego. Każde kolejne logo i szata graficzna Todda były mocniejsze i bardziej trafne. Wyszło wspaniale.

Planowaliśmy ogłosić tę serię w znacznie bardziej zaplanowany i uporządkowany sposób. Nie zdradzę Wam, które książki się w niej znajdą i nie pokażę Wam żadnej okładki poza tą jedną.

A to dlatego, że zapowiedziany na 2017 rok serial na postawie "Amerykańskich bogów" tworzy znaczny popyt na ten tytuł. Ci, którzy nigdy książki nie czytali, zaczęli ją kupować, żeby dowiedzieć się, o co to całe zamieszanie. A ci, którzy przeczytali ją dawno i porozdawali swoje egzemplarze, chcą kupić nowy i przeczytać raz jeszcze.

Wydawnictwom skończyły się książki.

Pospieszyli więc do drukarni z nowym wydaniem w miękkich okładkach, które miało się ukazać dopiero za parę miesięcy (a zawiera wersję tekstu preferowaną przez autora, jeśli ktoś się zastanawiał).

Oznacza to, że wydanie z nową okładką ukaże się znacznie wcześniej, niż sądziliśmy. A jutro powinno pojawić się na Amazonie.

Chciałem, żebyście usłyszeli o tym w pierwszej kolejności ode mnie. Reszty okładek Roberta E McGinnisa jeszcze przez jakiś czas nie zobaczycie (a każda z nich przywodzi na myśl nieco inną książkę z nieco innej epoki). Ale to jest pierwsza z nich.

W mojej głowie  i w głowie Todda  ta pochodzi pewnie z okolic roku 1971...

Jesteście gotowi?












Dobrze...







Oto i ona



...tylko poczekajcie, aż zobaczycie pozostałe.

poniedziałek, 5 września 2016

Pierwsza zapowiedź "Amerykańskich bogów"

Neil napisał w poniedziałek, 24 lipca 2016 r. o 21:18



Właśnie wróciłem z San Diego Comic-Conu, gdzie wcale nie pojechałem na Comic-Con. Zamiast tego od 8 rano do 23 udzielałem wywiadów, dawałem się fotografować, zadawano mi pytania, i przestawiano z miejsca na miejsce. Udało mi się zakochać w obsadzie "Amerykańskich bogów" - poznałem już kilkoro z nich w Toronto, ale teraz miałem okazję z bliska zobaczyć uroczych odtwórców ról Cienia, pana Wednesdaya, Bilquis, Szalonego Sweeneya i Techno Chłopca, nie mówiąc już o uścisku od naszej nowej, wspaniałej Wielkanocy.


Przezabawna i przeurocza obsada, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, od lewego dolnego rogu: Yetide Badaki (Bilquis),  Pablo Schrieber (Szalony Sweeney), Ricky Whittle (Cień), Bruce Langley (Techno Chłopiec), Ian McShane (Pan Wednesday).

To był mój ulubiony moment: na jachcie IMDB przy okazji wywiadu z Kevinem Smithem. Przed rozpoczęciem wywiadu pokazali mi ogromne i przeraźliwie białe łózko i powiedzieli, że powinienem zająć się tym, co w łóżku sprawia mi najwięcej radości. Więc wyjąłem notatnik i zacząłem pisać...


Dzień przed Comic-Conem skończyłem ostatni z sześciu wstępnych scenariuszy do odcinków "Dobrego Omenu". To był ostatni duży projekt, jaki miałem do skończenia, nim zabiorę się za powieść. Oznacza to, że całkiem wkrótce powinienem zacząć pisać nową powieść...

czwartek, 7 lipca 2016

Doktor Doktor

Neil napisał w środę, 22 czerwca 2016 r. o 6:22

Zrobiłem wczoraj dwie rzeczy, których nie zrobiłem nigdy dotąd: założyłem białą muszkę i otrzymałem tytuł honorowego doktora literatury Uniwersytetu St Andrews. Przemili ludzie, wspaniale spędzony czas i gdyby nawet nie było przy mnie Amandy i Asha, był tam nasz przyjaciel Chris Cunningham i, mniej lub bardziej przypadkowo, moi kuzyni Abigail i Kezia. Tyle znakomitych rozmów.

Tutaj znajdziecie przemowę Chrisa Jonesa (choć nie możecie usłyszeć jak Robi Głosy, mówiąc o "Dobrym Omenie"): 





Piszę to na lotnisku w Edynburgu - zmierzam do NYC, gdzie w czwartkowy wieczór pojawią się w programie Setha Meyersa.

(Nie mieszkam w Wielkiej Brytanii od 15 lat i po tym właśnie czasie odbierają ci prawo do głosowania, więc nie mogę zagłosować. Gdybym mógł, głosowałbym za pozostaniem w UE.)

Tysiąckrotne gratulacje dla Chrisa Riddella z okazji otrzymania Medalu Kate Greenaway za naszą wspólną książkę Sleeper and the Spindle”. Czyż to nie wspaniale?

I jeszcze pytanie z Tumblera, który mogą się przydać wszystkim:

secretfiri zapytał/a:
Przez ostatnie 5 lat mam problemy z pisaniem, ale bardzo chcę do tego wrócić. Masz jakieś sugestie albo rady?

Wydziel czas na pisanie, który ma służyć wyłącznie temu. Odłóż telefon. Wyłącz WiFi. Pisz ręcznie, jeśli wolisz. Powieś tabliczkę "nie przeszkadzać".
Niech twój czas na pisanie będzie święty i nietykalny.

A w tym czasie, zrób tak. Możesz pisać albo możesz nic nie robić. Nicnierobienie jest dozwolone. (Co obejmuje nicnierobienie: gapienie się na ściany, gapienie się przez okno, dumanie, wpatrywanie się w swoje ręce. Czego nicnierobienie nie obejmuje: układania przypraw w kolejności alfabetycznej, zaglądania na Tumblra, rozkręcania wiecznego pióra, grania w pasjansa, uruchamiania programu czyszczącego dysk komputera.)

Możesz zdecydować, ile czasu dziennie przeznaczasz na pisanie. Godzinę? Dwie? Trzy? Twoja sprawa.

Nicnierobienie szybko staje się dość nudne. Więc równie dobrze możesz zacząć pisać. (A jeśli będziesz pisać 300 słów, jedną stronę, dzień w dzień, po roku będziesz mieć 90 tys. słów powieści.)


Neil Gaiman Doktorem honoris causa literatury

Przemówienie dra Chrisa Jonesa (School of English), z okazji otrzymania przez Neila Gaimana tytułu honorowego doktora literatury.

Wasza Magnificencjo, mam zaszczyt przedstawić kandydata do tytułu doktora honoris causa literatury, Neila Gaimana.
Zdobywca Medali Newbery i Carnegie, czterech nagród Hugo, sześciu nagród Locus, czterech Bramów Stokerów, trzech Geffenów, dwóch Brytyjskich Nagród Science Fiction i wielu innych wyróżnień, jest autorem (jeśli dobrze liczę) 38 powieści i zbiorów opowiadań zarówno dla dorosłych, jak i młodych czytelników, kilku serii komiksowych i powieści graficznych, w tym ogromnie popularnego „Sandmana”, pięciu scenariuszy filmowych, dwóch sztuk teatralnych, kilku odcinków seriali telewizyjnych, w tym dwóch odcinków „Doctora Who” i jednego „Simpsonów”, w którym zagrał samego siebie i przypisał sobie autorstwo książki napisanej naprawdę przez Lisę Simpson.
Neil Gaiman z powodzeniem działa w najróżniejszych mediach, nie bacząc, czy są one uważane za kulturę „wysoką” czy „niską”. Jest pisarzem, który uwielbia fakt, że historie nie stoją w miejscu, tylko przeciekają na wszystkie sposoby do naszej kultury i tam wypełniają swoją konieczną, wywrotową misję. Ten krótki przykład być może zilustruje tematy i metody działania Gaimana:
W „Dobrym Omenie”, powieści, którą na początku swojej kariery pisarskiej Gaiman stworzył wspólnie z Terrym Pratchettem, w sobotę ostatniego tygodnia przez Końcem Świata, Czterech Jeźdźców Apokalipsy spotyka się po raz pierwszy od tysięcy lat w barze motocyklowym Happy Porker. Nie docierają tam na nadprzyrodzonych rumakach, lecz czarnych motocyklach (w końcu to lata 90., a nie średniowiecze), a Wojna ma na sobie sportową kurtkę z naszywką głoszącą „Anioły Piekieł”, co jest niezwykle trafne w precyzyjnym, filologicznym sensie. Obecni w barze mniej dosłowni, zwyczajni członkowie Aniołów Piekieł są dość podejrzliwi wobec przybyszy i nie rozumieją, dlaczego automat do quizów nagle zadaje pytania w kategoriach Muzyka pop, Bieżące wydarzenia, Wojna i Głód. Jeżeli jest coś, czego Anioły Piekieł nie znoszą, są to weekendowi motocykliści, więc Ted sarkastycznie pyta Jeźdźców (płci obojga) Apokalipsy: „Jesteście Aniołami Piekieł? Który oddział?”. „ROZDZIAŁ. SZÓSTY. APOKALIPSA”, odpowiada Śmierć drukowanymi literami. Skażenie – jeździec, który zastąpił Zarazę po jego przejściu na emeryturę po wynalezieniu penicyliny w 1936 r. – uczynnie odpowiada zza pleców Śmierci: „Wersy dwa do osiem”.
Gaiman jest pisarzem, który lubi bawić się starymi tekstami. Czy są to bredzenia Św. Jana z Patmos z I w. n.e. (jak w przypadku „Dobrego Omenu”), nordycka mitologia w jego arcydziele „Amerykańscy bogowie”, anglosaski epos „Beowulf” na potrzeby scenariusza do hollywoodzkiego hitu, czy wiktoriańska baśń w „Gwiezdnym pyle”, twórczość Gaimana dowodzi intuicyjnej świadomości, że mity i stereotypy zamieszkujące naszą wyobraźnię nie powinny pozostawać niezmienne, a muszą być na nowo opowiadane z uwzględnieniem naszych współczesnych niepokojów. Przypomina nam, że miejsce dzieł, które studiujemy i o których uczymy w tej instytucji, jest nie tylko w bibliotece, ale i poza jej murami – te opowieści powinny żyć i oddychać we współczesnej kulturze. I za to, pośród wielu innych rzeczy, jesteśmy mu wdzięczni.
Często zwraca się uwagę, że utwory Gaimana dla dzieci są równie popularne, co jego twórczość dla dorosłych – tak jakby fakt, że ktoś może pisać dobrze dla jednej i drugiej grupy odbiorców był zaskakujący. Powodzenie Gaimana wynika z tego, że nie zakłada on protekcjonalnie, o czym dzieci chciałyby czytać. Wie, że są strachy, z którymi młodzi czytelnicy muszą się zmierzyć, i że przejście do wyobrażonego świata dorosłości wymaga intelektualnej pożywki, którą można znaleźć w często przerażającej krainie oryginalnych, nieugrzecznionych wersji baśni. „Księga cmentarna” słusznie zdobyła uznanie za sposób, w jaki przedstawia młodym czytelnikom temat żałoby i strach przed śmiercią. Pozwolę sobie na chwilowy osobisty wtręt. Jako ojciec dwóch, teraz już nastoletnich córek, wymagające lecz przy tym wciągające książki, takie jak „Wilki w Ścianach”, były prawdziwym darem od losu, gdy starałem się je odciągnąć od księżniczek Disneya. Gaiman tworzy bohaterki o silnych charakterach w gatunkach literackich, które tradycyjnie (chociaż mylnie) uważa się za „męskie”. Być może najlepszym tego przykładem jest seria komiksowa „Sandman”, nazwana przez Normana Mailera „komiksem dla intelektualistów”, gdzie Śmierć jest zabawną, wygadaną dziewczyną noszącą się zgodnie z gotycką modą, która lubi cytować Mary Poppins.
Poza tworzeniem fikcji literackiej, Gaiman jest gorliwym orędownikiem bibliotek i sprzymierzeńcem Reading Agency – charytatywnej organizacji, które wspiera czytelnictwo w każdym wieku. W inspirującym i bardzo poetyckim wykładzie występującym przeciwko niedawnym cięciom finansowania dla bibliotek, Gaiman pisze: „Książki są sposobem, w jaki uczymy się od tych, których już z nami nie ma. [...] Wszyscy – dorośli i dzieci, pisarze i czytelnicy – mamy obowiązek marzyć.Mamy obowiązek używać wyobraźni. [...] Jednak prawda jest taka, że jednostki nieustannie zmieniają świat, jednostki tworzą przyszłość i robią to, wyobrażając sobie, że rzeczy mogą wyglądać inaczej.” 
To wszystko wystarcza, żeby uhonorować tego wszechstronnego, ambitnego pisarza i szczodrego obrońcę czytelnictwa. Ale mam nadzieję, że nie będzie on miał nic przeciwko temu, że wspomnę jeszcze o jego głębokiej, intelektualnej przyjaźni i współpracy z pisarzem Terrym Pratchettem, który niestety odszedł od nas w ubiegłym roku. Każdy z nas, kto miał przyjemność czytać choć jedną powieść Pratchetta, będzie wdzięczny Gaimanowi za towarzyszenie mu zwłaszcza podczas ostatnich miesięcy jego życia. Tego rodzaju przyjaźń, łącząca pokolenia, zawiązująca się początkowo między mentorem a uczniem, a potem pomiędzy równymi sobie, to właśnie rodzaj relacji, który chcielibyśmy w naszej instytucji kultywować. Dziękujemy zatem Neilowi Gaimanowi nie tylko za jego własną pracę, ale również za przypominanie nam o znaczeniu wspólnego twórczego i intelektualnego wysiłku; o tym, co mamy nadzieję osiągnąć w tych murach i o ogromnej miłości i ludzkiej godności, która może wyrosnąć z czegoś tak prostego, jak książka.
Wasza Magnificencjo, w uznaniu za znaczące zasługi dla tworzenia opowieści w licznych gatunkach, jego wysiłków na rzecz promocji czytelnictwa, życia wypełnionego wyobraźnią i  intelektualną przyjaźnią, zapraszam do przyznania stopnia doktora honoris causa literatury profesorowi Neilowi Gaimanowi.

środa, 6 lipca 2016

Preludium do cichego i łagodnego znikania

Neil napisał w środę 15 czerwca 2016 r. o 7:48

Moje plany na resztę roku zasadniczo obejmują dokończenie scenariusza ostatniego odcinka serialu „Dobry Omen”, a potem napisanie powieści.

Udzielę jednego wywiadu telewizyjnego na temat „Widoku z tanich miejsc”.

Szykuje się też kilka tajemniczych wystąpień przy okazji serialu „Amerykańscy bogowie”.

Nie zniknę z mediów społecznościowych całkowicie, ale najprawdopodobniej raczej nie będę mieszkał tutaj, a w książce, która póki co istnieje jedynie w formie dziwacznych notatek i pomysłów w mojej głowie.

Z zasady, kiedy znikam z mediów społecznościowych, trochę więcej pisze na blogu. Więc miejcie choć kawałek oka na tę stronę. Wychodzi w tym roku trochę fantastycznych rzeczy i byłbym skończonym idiotą, gdybym Wam o nich nie powiedział, więc tak też zrobię…

Na przykład: o co w ogóle chodzi w tym zdjęciu?





Kim są ci ludzie? I co to ma wspólnego z „Nigdziebądź”?

Strona BBC mówi nam tylko, że

… wraz z nieustannie przebiegłym Markizem de Carabas, z ogromną radością przygotowujemy się do wyruszenia pod koniec roku w krótką podróż do Londynu Pod.
Spodziewamy się niezwykle ekscytującej i wywołującej dreszcz podniecenia przygody, z udziałem zarówno nowych postaci, jak i dawnych ulubieńców.

… co zdecydowanie brzmi interesująco. I będzie wymagało ogłoszenia. Tak samo jak niesamowite, nowe, ilustrowane przez Chrisa Riddela, brytyjskie wydanie „Nigdziebądź”: nigdy dotąd nie widziałem czegoś takiego.

Oto zdjęcie Chrisa z okładką książki, założoną na zupełnie inną książkę, żeby wyglądała jak prawdziwa książka.


Jest jeszcze wspaniała, sekretna akcja, którą przygotowujemy w związku z amerykańskimi wydaniami w miękkich okładkach i która sprawia mi mnóstwo szczęścia. O wszystkim się dowiecie tutaj, a na pewno będę też publikować informacje na Facebooku i Twitterze.

Jest jeszcze ogłoszenie na temat książki, którą skończyłem miesiąc temu… To już wkrótce. Bardzo ekscytujące wieści. To też ogłoszę.

Czyli pobędę jeszcze jakiś tydzień.

Spodziewajcie się niewyraźnego znikania. I ostatecznie powrotu. I przerw w celu nadawania informacji.

Ale planuję głównie unikać sieci i pomieszkiwać w swojej głowie , żeby donosić Was z dziwnych, mrocznych zakamarków o niezwykłych dokonaniach wyjątkowo osobliwych postaci.
 
Copyright 2009
Original theme by WP Themes Creator, modified by VARALI, main graphics by KUNDAGI