Zdjęcia ze spotkania z "Chłopakami Anansiego" w Białołęckim Klubie Książki

Sunday, July 25, 2010

Normalne funkcjonowanie zostanie przywrócone najszybciej jak to możliwe

Neil napisał w piątek 23 lipca 2010 o 11:41

Kilka lat temu BBC World Service przygotowało adaptację "Chłopaków Anansiego". Jestem wielkim fanem słuchowisk i wielbicielem reżysera, który się tym zajmował, ale coś poszło nie tak. Najgorsze stało się już na samym początku, kiedy zmagające się z cięciami budżetowymi i ograniczaniem czasu na słuchowiska World Service postanowiło wyprodukować godzinną adaptację. A kiedy powieść próbuje się przerobić na godzinną adaptację dzieją się złe rzeczy. I pomimo znakomitej obsady, produkcji i porządnego jak na takie warunki scenariusza - nie byłem zadowolony. Wydawało mi się, że zrobili z tego streszczenie przypominające książki Readers' Digest.

Postanowiłem sam napisać scenariusz serialu na podstawie "Chłopaków Anansiego". Jak tylko podjąłem tę decyzję, zadzwonił do mnie Hollywoodzki Producent.

"Byłem w trasie z [gwiazdą, która na razie pozostanie anonimowa]", powiedział. "I na lotnisku kupiłem sobie Chłopaków Anansiego, żeby mieć coś do poczytanie w samolocie. Zaczęliśmy czytać sobie fragmenty i robiliśmy to do końca podróży. Czy możemy z tego zrobić film? Napisałbyś do niego scenariusz?"

Zwykle nie zgadzam się na pisanie filmowych adaptacji własnych utworów. Ale chciałem, żeby powstała wersja "Chłopaków Anansiego" z której będę wreszcie dumny, a po wersji radiowej miałem tylko ochotę powtarzać "Nie, to nie o to mi chodziło". Więc się zgodziłem.

Zostawiłem sobie trochę czasu, żeby nad tym popracować. Pracę nad scenariuszem miałem zacząć pod koniec marca 2009.

Na początku marca 2009 mój dotąd zupełnie zdrowy ojciec niespodziewanie zmarł na atak serca podczas spotkania biznesowego.

Co dziwne, na samym początku "Chłopaków Anansiego" na atak serca niespodziewanie umiera ojciec Grubego Charliego Nancy. To wydarzenie stanowi zawiązanie akcji, ale jego atak serca jest nieco krępujący i zabawny. Atak serca mojego ojca nie był.

Przez prawie rok otwierałem program to tworzenia scenariuszy Final Draft [ang. ostateczna wersja], otwierałem scenariusz "Chłopaków Anansiego", przeglądałem te trzy czy cztery strony, które udało mi się napisać. Dopisywałem zdanie, albo jakieś kasowałem. Potem zamykałem program i brałem się za coś innego. Napisałem opowiadanie. Popracowałem nad książką. Pisałem na blogu. Cokolwiek innego. Byle nie pisać tego scenariusza.

Ciągnęło się to do marca tego roku. Wtedy pojechałem do LA na ceremonię wręczenia Oscarów, bo "Koralina" była nominowana do nagrody za najlepszą animację. Napisałem nawet scenariusz do wywiadu, do którego animację zrobił Travis Knight, a który wyświetlono podczas ceremonii. Jestem pewien, że spośród zrobionych przeze mnie dotąd rzeczy, ta miała największą widownię. Wieczór Oscarowy wypadł w rocznicę śmierci mojego ojca. To był bardzo dziwny, smutny dzień. Był o tyle gorszy, że wiem, że powinienem się dobrze bawić, a nie mogłem.

Ale to wydarzenie zamknęło pewien okres. Kiedy wróciłem do domu, usiadłem do pracy nad scenariuszem "Chłopaków Anansiego", z małą przerwą na scenariusz do "Doctora Who", który z serii 5 przeskoczył do 6 (napisałem Bardzo Kosztowny Odcinek. Nie planowałem tego. Po prostu tak wyszło i w budżecie 5 serii nie starczyło dla niego miejsca.) i musiałem go trochę przerobić, bo seria 5 nie jest serią 6. A ponieważ kalendarze produkcji telewizyjnych nie czekają na nikogo, potrzebowali go na już.
Tymczasem "Chłopaki Anansiego" miały i tak niewiarygodne wręcz opóźnienie.

Gdzieś po drodze uznałem, że przestanę pisać na blogu, dopóki nie skończę obu scenariuszy. W ten sposób będę martwił się o jedną rzecz mniej. A myśl o blogu będzie mnie napędzać do zakończenia pracy.

19 lipca oddałem szóstą wersję swojego odcinka "Doctora Who".

A w ten poniedziałek oddałem pierwszą wersję scenariusza do "Chłopaków Anansiego". (Uważam, że jest całkiem niezły.)

Pewnie myślicie, że powinienem móc wrócić do pisania bloga. A jest o czym pisać. Pies Cabal dochodzi do siebie po operacji karku. (Właśnie zdjęli mu szwy. Osobom, które pytały o dwunastocentymetrową ranę na jego karku odpowiadałem, że przeszczepiliśmy mu mózg goryla. Kłamałem.) Lola, surrealistyczny szczeniak, z każdym dniem staje się większa i bardziej skoczna, jak skrzyżowanie Tygryska z Andre Bretonem, tylko biała. Stara kocica Księżniczka robi się coraz bardziej marudna i coraz bardziej szalona. Amanda właśnie wypuściła album
“Amanda Palmer Performs the Popular Hits of Radiohead on her Magical Ukulele” [Amanda Palmer wykonuje popularne piosenki Radiohead na swoim magicznym ukulele], który świetnie sobie radzi.
Album jest dostępny tylko na winylu i w wersji elektronicznej, która będzie was kosztować 84 centy - tyle kosztują prawa do piosenek Radiohead i transakcja. I co dziwne, nie są to żadne nowości. Posłuchajcie.
Pszczoły ciężko pracują, jagody dojrzewają. Doskonała pogoda do pisania na blogu.
Powinienem też zareklamować Coilhouse Magazine. Jestem w numerze 5.
Poza tym - jak tylko oddałem "Chłopaków ...", przyszła wiadomość od zespołu "Doctora Who", że będę musiał przygotować jeszcze jedną wersję scenariusza. W pisaniu książek i komiksów najwspanialsze jest to, że budżet jest nieograniczony: tyle samo będzie kosztowało narysowanie takiej czy innej rzeczy, napisanie takiej, czy innej strony. Za to w telewizji są fundusze na charakteryzację albo efekty komputerowe, ale nie na jedno i drugie (szybko! zdecyduj się! a teraz popraw scenariusz tak, żeby wszystko się zgadzało) albo mogą ci nagle powiedzieć, że nie, nie uda się zrealizować Podwodnej Sekwencji Tanecznej Syren, bo kamery do kręcenia pod wodą zużyją budżet zanim jeszcze zacznie się planować syrenie ogony, ale mamy już gotowe ptasie kostiumy, więc czy możesz przerobić wszystkie syreny na ptaki? I jesteś pewien, że możesz, tylko nie potrafisz wmyślić jak to zrobić...*
Tak naprawdę nie narzekam. Uwielbiam pisanie "Doctora Who" i jak dotąd każda kolejna wersja scenariusza była lepsza od poprzedniej. Ale dotarliśmy do punktu, gdzie producenci w Cardiff zaczynają niecierpliwie bębnić palcami o blat biurka i spoglądać na zegarek. Więc odkładam bloga jeszcze na kilka dni.
Nawet wczoraj wieczorem, kiedy spotkałem się Amandą (wystąpiła gościnnie na koncercie Steel Train), większość czasu spędziłem za kulisami, próbując wymyślić jakieś rozwiązania i zapisując wszystko w małym, zielonym notatniku.

W ciągu paru dni powinienem skończyć Siódmą Wersję Scenariusza "Doctora Who". I wtedy wrócę do pisania na blogu, w samą porę na wyjazd do Sydney. (Bilety na spotkanie w Operze w sobotę 7 sierpnia są prawie wyprzedane. Powinniście przyjść. Będzie wspaniale.)
I nie, nie będzie mnie w tym roku na Comic-Conie w San Diego. Ale odbędzie się aukcja CBLDF - a ja przekazałem im do wylicytowania stronę z "Czarnej Orchidei" narysowaną przez Dave'a McKeane'a. To jedna z pięciu stron, które dostałem od Dave'a bardzo dawno temu. Są na niej Czarna Orchidea i Trujący Bluszcz i wisiała u mnie w domu przez dwadzieścia lat. (Poświadczyłem to odpowiednim podpisem i autografem na odwrocie ramy) W aukcji możecie wziąć udział niezależnie od tego, czy przyjedziecie do San Diego - na dole strony są zasady aukcji.
A skoro już tu jestem: Z rzeczy, w których jestem teraz zakochany: aplikacja Vignette photo Android na mojego Nexusa 1.



Wrócę, naprawdę.

całusy

Neil






*Przez ostatnie kilka miesięcy miałem okazję przekonać się, że dowolna moja wypowiedź na temat "Doctora Who" jest przez fanów serialu w internecie analizowana, rozkładana na części pierwsze, interpretowana i prawdopodobnie odczytywana od tyłu w lusterku, a następnie porównywana z jakimś wersetem z Księgi Enocha, dzięki czemu mają oni podstawę do Tworzenia Teorii. A więc specjalnie dla nich uroczyście ogłaszam: W moim scenariuszu "Doctora Who" nie ma ani syren, ani ptaków. Podawałem tylko przykład. Serio. Ten przypis nie jest też sprytnym podwójnym blefem i tak naprawdę w odcinku będą ptaki i syreny, ale próbuję zbić was z tropu wspominając o nich, a następnie zaprzeczając wszystkiemu.

Friday, July 9, 2010

Niewiarygodnie doceniony

Neil napisał w poniedziałek 28 czerwca 2010 o 10:56

W ten weekend wręczono nagrody Locus. Są to nagrody w dziedzinie SF/Fantasy przyznawane na podstawie głosów czytelników branżowego miesięcznika Locus:
http://www.locusmag.com/News/2010/04/locus-awards-finalists.html to pełna lista zwycięzców i nominowanych. Byłem zaskoczony i zachwycony, że moje opowiadanie ze zbioru "Pieśni umierającej Ziemi" wygrało.

Oto, co Gardner Dozois przeczytał w moim imieniu podczas ceremonii wręczenia nagród.

My, którzy tworzymy fantasy i SF, zamieszkujemy budowle wzniesione przez innych.

Mężczyźni i kobiety, którzy je budowali byli gigantami. Zaczynali na pustkowiu, a zbudowali tam fantastykę [speculative fiction] i zawsze zostawiali budowlę niedokończoną, żeby ci, którzy przyjdą po nich mieli szansę dobudować jeszcze jedno pomieszczenie albo kolejną kondygnację. Clark Ashton Smith przygotował fundamenty opowiadań o Umierającej Ziemi, a Jack Vance zbudował na nich budowlę wspaniałą i sięgającą nieba, jakich tworzył wiele.

Zaszczytem dla mnie było zaproszenie do dobudowania własnego piętra w budowli Jacka Vance'a i jestem pewien, że podobnego zdania byli inni pisarze, którzy przyjęli jego wyzwanie. Nagroda ta jest w moim odczuciu wyróżnieniem zarówno dla mojego opowiadania, jak i dla Jacka Vance'a.

Jestem ogromnie wdzięczny George'owi R R Martinowi i Gardnerowi Dozoisowi za podtrzymywanie zaproszenia do pracy i za dręczenie, męczenie i bezustanne napominanie. Za ponaglające e-maile. Za telefony z pogróżkami. Przytłumione krzyki w ciemną noc. Za to, że kiedy mój pies zniknął bez śladu, znalazłem karteczkę z napisaną odręcznie przez Gardnera wiadomością, że jeśli chcę jeszcze kiedykolwiek zobaczyć mojego psiaka muszę tylko wreszcie skończyć to przeklęte opowiadanie, bo co ja, próbuję przyprawić ich obu o zawał serca? Ci panowie są znakomitymi redaktorami i traktują swoją pracę bardzo poważnie.

Jestem wdzięczny im, wszystkim, którzy wzięli udział w głosowaniu oraz magazynowi Locus. Ale przede wszystkim stokrotne dzięki dla Jacka Vance'a.



(Nagrałem też krótki klip video na temat Rogera Zelaznego, z okazji uhonorowania go tytułem zasłużonego dla SF. Byc może kiedyś go tu zamieszczę.)

O! Ci, którzy chcieliby przeczytać moje opowiadanie "Prawda jest jaskinią w Czarnych Górach" (ze zbioru Opowiadania) mogą je znaleźć na wspaniałej stronie 52 Stories. Co tydzień darmowe opowiadanie! Tu jest opowiadanie http://www.fiftytwostories.com/?p=1338, a nowości na stronie można śledzić pod adresem http://www.fiftytwostories.com/
[tłumaczenie opowiadania już wkrótce na blogu! - przyp. noita]

Dobra. Wracam do moich słów....

Monday, July 5, 2010

Panie! Mam wieści!

Neil napisał w sobotę 26 czerwca 2010 o 1:26

Cóż, nie nadszedł jeszcze moment, w którym mógłbym ponownie zająć się pisaniem bloga. Ale widać go już na horyzoncie.

A to jest post ekspresowy i tymczasowy, żeby tych przekonanych, że nigdy więcej mnie nie zobaczą przekonać, że wrócę.

Obecnie najważniejsza wiadomością jest zdobycie przez "Księgę cmentarną" Medalu Carnegie, najbardziej prestiżowej brytyjskiej nagrody dla literatury dziecięcej. (Więcej szczegółów na http://www.schoollibraryjournal.com/slj/home/885511-312/gaimans_the_graveyard_book_does.html.csp)

Poniżej klip z ogłoszeniem wyniku i moimi podziękowaniami. Byłem niewiarygodnie szczęśliwy (wciąż jestem, choć teraz siedzę i piszę w swojej kuchni w USA, a od przebudzenia się w londyńskim hotelu przed wyjściem na nagranie porannego programu telewizyjnego dla BBC minęło 27 godzin i jestem bardzo, bardzo zmęczony). Moje przemówienie nie jest zbyt długie, a każde słowo mówiłem szczerze.


Udzieliłem bardzo wielu wywiadów.

(Ciekawostka: kiedy Terry Pratchett otrzymał Medal Carnegie gazety wychodziły z siebie, żeby pokazać, że jego podziękowanie było atakiem na Tolkiena i J.K. Rowling.
Nie mogłem się nadziwić, dlaczego dziennikarze wciąż pytali mnie o moje zdanie na temat powieści i romansów z wampirami, biorąc pod uwagę fakt, że w moim przemówieniu o wampirach, czy literaturze gotyckiej nawet nie wspomniałem.
Chciałem rozmawiać o lokalnych władzach, które w Wielkiej Brytanii ograniczają wydatki na biblioteki publiczne, ale udzielałem tej samej odpowiedzi, która w dłuższej wersji znalazła się w Entertainment Weekly: http://www.ew.com/ew/article/0,,20301186,00.html, [artykuł o zmieniającym się w czasie wizerunku wampirów w literaturze, o metaforze, którą takie postaci stanowią i o tym, że być może nastąpiło przesycenie rynku książkami o wampirach i warto zrobić przerwę, by nieco odświeżyć gatunek. - przyp.noita]
a przerodziła się ona w coś takiego: http://www.independent.co.uk/arts-entertainment/films/news/todays-vampire-ndash-a-needy-neurotic-wimp-2010057.html) ["Zdaniem Gaimana wampiry we współczesnej literaturze to płaczliwe, neurotyczne ofiary losu i porównał ich występowanie do plagi karaluchów." - przyp noita]

Choć jest też sporo dobrych artykułów:

http://www.telegraph.co.uk/culture/culturenews/7852404/Neil-Gaiman-says-closing-libraries-would-be-a-terrible-mistake.html ["Zdaniem Gaimana zamknięcie bibliotek byłoby straszliwym błędem, który można porównać do okradania przyszłych pokoleń" - przyp noita]

Oto fragment porannego programu telewizyjnego BBC nagranego tego ranka:


A tu program FRONT ROW z Radio 4: http://www.bbc.co.uk/programmes/b00sr3ls

....
Inne wieści, które powinienem był zamieścić przez ostatnie kilka dni:

Możecie teraz czytać Sandmana na iPhonach i Ipadach przy pomocy aplikacji Comixology:

(To wersja z poprawkami i odświeżonymi cyfrowo kolorami z wydania Absolute Sandman.)

....
(Ogromne dzięki dla Webgoblina za Dwa Tygodnie Cabala. Biedny Cabal ma teraz trochę problemów ze zdrowiem, o czym pisze Lorraine:

http://blog.fabulouslorraine.com/2010/06/mostly-cabal.html
Ponieważ Szef nie zamieścił żadnych szczegółów, bo zajmuje się ostatnio wyłącznie pracą, wtajemniczę Was w sytuację Cabala. Od jakiegoś czasu kuleje i nie porusza się zbyt sprawne, a przez ostatnie kilka tygodni stan ten się pogorszył.
W ubiegłym roku Cabal miał naderwane więzadło krzyżowe przednie w jednej z tylnych łap i wydaje się, ż to samo zrobiło mu się w drugiej łapie. Nie mamy pojęcia JAK. Psom takie rzeczy się zdarzają. Ponownie konieczna jest operacja. To nic przyjemnego, ale wyliże się z tego. (Okazuje się, że Psie Ubezpieczenie SZALENIE się opłacało.)
Przez najbliższe sześć do ośmiu tygodni nie będzie się mógł za bardzo poruszać. W środę zabieramy go do kliniki weterynaryjnej Uniwersytetu Minnesota i wtedy dowiemy się dokładnie jaki jest plan i prognozy. Będę Was informować na bieżąco.

Wieści na temat Cabala - niezbyt radosne, ale mamy nadzieję, że wszystko skończy się dobrze.
Na kręgosłup Cabala naciska jakiś guz, choć raczej nie jest to nowotwór. Ten nacisk wywołuje problemu neurologiczne. Pies nie czuje dokładnie, gdzie są jego nogi. Weterynarze mają nadzieję, że kiedy go usuną, wszystko wróci do normy.
Powiedziano mi, że manipulowanie przy kręgosłupie jest ryzykowne. Po zabiegu Cabal będzie musiał zostać w klinice przez trzy dni. Będą go operować we wtorek.
Mniej poważny zabieg to operacja więzadła, taka sama jaką miał rok temu. To dość prosty zabieg i na pewno nie będzie to gorsze, niż oczekiwanie na efekty pierwszej operacji. Ale weterynarze powiedzą, kiedy będzie na nią gotowy.
Żal mi go, biedactwa. Problemy z szyją i kręgosłupem mogą brać się z tego, że przez pierwsze trzy lata był na łańcuchu, przykuty do stodoły. A nie sposób powiedzieć, kiedy naderwał więzadło, to mógł być którykolwiek spacer.
Żal mi też osób, którym się przydarza coś takiego, a nie mają Psiego Ubezpieczenia i nie byłoby ich stać na takie leczenie pupili. Szef może sobie na to pozwolić i zrobi wszystko, co w jego mocy.
Cabal to nasz pierwszy pies. Tyle nas nauczył.

i jest nam ciężko. Teraz śpię z nim na dole, bo nie daje rady wchodzić po schodach.

Jest jeszcze Lola, uratowany szczeniak, która dotrzymuje mu towarzystwa i której jeszcze porządnie tutaj nie opisałem.)

A teraz potrzebuję się wyspać.


Oto ja kilka sekund temu, potrzebuję snu i trzymam w ręku Medal Carnegie - jakbyście się zastanawiali jak takie coś wygląda. Dobranoc.

Sunday, July 4, 2010

Death: The High Cost of Living- recenzja


Nieco inne spojrzenie. Nie odwiedzamy tutaj krainy Władcy Snów, ani też żadnej z domen jemu podobnych. Akcja nie dzieje w żadnym mniej lub bardziej nieistniejącym świecie. Nie pojawiają się tutaj żadne fantastyczne postaci, twory snów czy koszmarów, istoty dla których nie ma miejsca wśród zgiełku zwyczajnego dnia. Jeśli oczekujesz gościu opowieści o rzeczach niesamowitych, ulotnej magii czy też ludziach nieco innych od tych których zazwyczaj spotykamy, to...

...Trafiłeś doskonale. Bo to Neil Gaiman wraz z Chrisem Bachalo, Markiem Buckinghamem i Davidem McKeanem zabiera nas na opowieść o najbardziej niezwykłym zjawisku na tym i wszystkich innych światach. O czymś tak ulotnym, że wystarczy na chwilę odwrócić głowę, a już znika niczym przyduszony płomień. A jednocześnie o czymś tak wytrwałym, że niczemu jeszcze nie udało się z niego oczyścić świata. O największej z tajemnic. O życiu.

Z pozoru koncepcja z tych najbardziej trywialnych. Zamknięty w sobie szesnastoletni chłopak, wstydzący się nawet swojego imienia, dzięki „oryginalności” rodziców, którzy sądzili, że wspaniałym pomysłem będzie nazwanie jedynego syna Sexton. Rodziców, którzy jako zadeklarowani hippisi i zwolennicy ideałów rozeszli się, gdy trzeba było gonić za prawniczą karierą i wszystkimi blaskami i cieniami codzienności. Przeżywając swe wszystkie egzystencjalne dolegliwości, nie widząc żadnego sensu w niczym ani nikim, decyduje się opuścić ten żałosny padół pełen samych łez i skończyć ze sobą... Kiedy to jedno spotkanie odmieni wszystko. W żaden sposób nie zdaje sobie sprawy z tego, co go czeka, kiedy spotyka pewną niezwykłą młodą dziewczynę. Ubrana na czarno, ciemnowłosa, o niezwykle bladej cerze, nosząca na szyi srebrny krzyż egipski kryje w sobie więcej, niż by się mogło wydawać.

Tak oto rozpoczyna się niezwykła podróż po Nowym Jorku, w czasie której spotykamy przedziwną galerię postaci, w tym i również kilkoro starych znajomych... Jest Szalona Hettie, jedna z osób, o których można by powiedzieć, że przekroczyli granice obłąkania i przeszli na drugą stronę do kompletnie nieznanych lądów, potrzeb i celów życia. Jest i starszy mężczyzna nazywający się Eremitą, poszukujący władzy i mocy. Nie waha się przed niczym, co chociaż częściowo przybliżyłoby go do tego celu, przy czym kompletnie nie rozumie jak różne mogą być sposoby zdobywania i utrzymywania władzy. Spotykamy też dziewczynę w zaawansowanej ciąży, która stara się pokazać wszystkim dookoła jak to bardzo mogłaby być zbuntowana i przeciwna przeróżnym autorytetom, gdyby tylko chciała. Gdyby tylko mogła. Dziewczynę uciekającą przed demonami przeszłości do wielkiego miasta, żeby rozpocząć zupełnie inne życie i zapomnieć o wszystkim, co było kiedyś. Gdyby tylko to było możliwe... I to wcale nie są wszyscy z poznanych ludzi...

Cała ta galeria barwnych i zwyczajnych, zdumiewających i prozaicznych postaci stoi na drodze parze bohaterów podczas ich nocy nie do zapomnienia. Z jednej strony Sexton i jego młodzieńczy nihilizm, cynizm, jak i oczywiście przekonanie, że doskonale zna pobudki wszystkich ludzi dookoła, pobudki które w żaden sposób się od siebie nie różnią. Zaś z drugiej strony... Dziewczyna, którą nazywają Didi, a która sama o sobie mówi, że jest śmiercią. Starająca się przeżyć jak najwięcej, jak najmocniej uchwycić się przemijającego czasu. Ciesząca się najzwyklejszymi zdarzeniami, możliwością spędzania czasu z ludźmi. Ciesząca się wszystkim tym co ją może spotkać. Mimo tego, co ją spotkało wcześniej. Mimo tego, co nieuchronnie musi się wkrótce stać... Chyba ciężko o bardziej dobraną parę bohaterów, ciężko o lepszy dialog dwóch różnych postaw życiowych. Co z tej niezwykłej podróży wyniknie zarówno dla jednego jak i dla drugiego (oraz dla wszystkich spotykanych przez nich ludzi)? W jaki sposób zwyczajne i niezwyczajne rozmowy będą w stanie odmienić zwyczajne i niezwyczajne ludzkie życie? A wreszcie jak zakończy się ich historia, oraz kim naprawdę okaże się dziewczyna spotkana w tak niezwykłych okolicznościach? Oczywiście w żadnym wypadku nie zamierzam tutaj zdradzać zakończenia historii. Pozostaje mi tylko zachęcić do sięgnięcia po nią.

Zwłaszcza, że trzy lata temu Egmont wydał w polsce zarówno „The High Cost of Living”, jak i inną opowieść („The Time of Your Life”), w tomiku zatytułowanym po prostu „Śmierć”. Na temat polskiego wydania, tłumaczenia, etc. wypowiedzieć się nie mogę - rzecz czytałem w oryginale i znam tylko wersję angielską. Zwłaszcza, że w tej chwili nawet łatwiej kupić oryginalne wydanie, niż polować na niedostępne w znanych mi księgarniach tłumaczenie. Ale myślę, że warto to przeczytać, niezależnie od wydania. A dla fanów obrazkowych historii Gaimana to już z pewnością coś, co trzeba znać.
 
Copyright 2009
Original theme by WP Themes Creator, modified by VARALI, main graphics by KUNDAGI