poniedziałek, 12 kwietnia 2010

"Odd i Lodowi Olbrzymi"- recenzja

Chłopaków Anansiego, pojawił się tylko materiał przeznaczony dla zdecydowanie młodszych odbiorców (chociaż nie pozbawiony wartości również dla starszych). Najpierw omawiana w poprzednim moim tekście Księga cmentarna, a teraz rzecz zupełnie najświeższa (chociaż na przetłumaczenie i polskie wydanie czytelnicy musieli czekać całe dwa lata - tym razem wydawnictwo MAG niespecjalnie się postarało, żeby być na bieżąco z nowościami książkowymi). Zresztą to właśnie wydanie Odda i Lodowych Olbrzymów (na równi z drugim wydaniem Chłopaków Anansiego) stało się pretekstem (bo co było prawdziwym powodem, to chyba wszyscy, którzy czytują kolejne wpisy pojawiające się na tej stronie doskonale wiedzą) do spotkania z autorem w warszawskim Empiku.
„Dorośli” czytelnicy Neila Gaimana mogą się poczuć niepocieszeni ostatnimi napisanymi przez niego książkami. Od czasu wydanych całe pięć lat temu

Mam nadzieję, że wszyscy zostali już ostrzeżeni. Odd i Lodowi Olbrzymi to zdecydowanie książka dla czytelników młodszych i to raczej takich, do których był skierowany prosty język Koraliny niż bardziej skomplikowany fabularnie i językowo świat Księgi cmentarnej. Całość jest króciutka - nie przekracza rozmiarów typowej nowelki czy też rozbudowanego opowiadania - ma zaledwie osiem rozdziałów rozpisanych na sto cztery strony, przy czym na każdy rozdział przypada jedna kolorowa ilustracja wielkości jednej strony. Dlatego też dorosły czytelnik może nie być zachwycony wydaniem całych trzydziestu złotych na kolejną książkę Gaimana, którą przeczyta dosłownie w parę chwil. Ale nikt nie może mieć pretensji, biorąc się za literaturę adresowana do zupełnie innego odbiorcy.

Może i nie jestem znawcą literatury dziecięcej. Dużo bardziej interesuje mnie gra autorów z tradycją i specyfiką baśniowego świata, a także wszelkie próby dostosowania konwencji do dzisiejszego czytelnika i przystosowanie przedstawionego świata do realiów czasów ponowoczesności. Taką grę możemy oglądać chociażby w powieściach Waltera Moersa, ale przecież doskonałym na to przekładem będzie zarówno Koralina, jak i Księga cmentarna. I chociażby dlatego Odd… jawi się jako opowieść zupełnie inna od tych dwóch poprzednich. Przedstawione w nim realia nie mają nic wspólnego z rozpędzonym, skurczonym do rozmiarów jednej wioski światem początków dwudziestego pierwszego wieku. Przenosimy się w przestrzeni do mroźnych rejonów Skandynawii. Wprawdzie w tekście nie ma żadnych wskazówek (a przynajmniej takich, które pomogłyby komuś, kto nie jest specjalistą od przedmiotów użytkowych ludów północy żyjących w wiekach średnich, chociaż nie sądzę, żeby autor zostawił jakieś niespodzianki na takim poziomie odczytania tekstu), ale przyjąć możemy, że akcja dzieje się gdzieś pomiędzy siódmym a jedenastym wiekiem naszej ery. Świat, który natychmiast rozpoznają wszyscy miłośnicy serii przygód Gwiezdnego Dziecka. Świat wojowniczych Normanów, dzielących czas między ucztowanie, ciężką pracę związaną z przystosowaniem do życia najmroźniejszych rejonów Midgardu a podróże turystyczno-grabieżcze od wybrzeży Irlandii po wyspy Morza Śródziemnego. Oraz równoległy do niego świat Asgardu, teren wiecznych wojen między drużyną Asów a straszliwymi Lodowymi Olbrzymami. I oto pomiędzy tymi dwoma światami znajduje się mały chłopiec, który nie dość, że nie jest największym wojownikiem w historii, to jeszcze kuleje na prawą nogę…

Opowieść prosta, korzystająca z tych wszystkich motywów, które występowały tłumnie nie tylko we wszelkich wcześniejszych historiach korzystających z mitologii wikingów, i mająca pozytywne zakończenie, które pozwala czytelnikom przygotować się na kolejne przygody dzielnego Odda (zresztą autor już zapowiada, że ma w planach kolejne opowieści, w których chce wysłać rosnącego chłopca do jeszcze bardziej odległych krain. Najpierw do Jerozolimy, a później do Afganistanu. Kto wie, może rzeczywiście będziemy mieli takie ogromne spektrum różnych krain, jak u innego chłopca wychowywanego przez wikingów…) Za to posiadająca dwa wielkie atuty. Po pierwsze, sam świat normańskich bogów. Chociaż znany na całym świecie, to jednak nie aż tak bardzo wyeksploatowany przez popkulturę, jak chociażby analogiczny świat greckiej mitologii. Nie sądzę, żeby było u nas wielu dziecięcych czytelników, którzy wcześniej zetknęli się z historią Lokiego i różnymi sztuczkami podejmowanymi przez Lodowych Olbrzymów, które miały na celu zdobycie najpiękniejszej z kobiet, bogini Freyi. Nie mówiąc już o historii takich arcyważnych przedmiotów jak chociażby Mjollnir, młot Thora. A po drugie, duża lekkość, z jaką historia jest przeprowadzona od początku do końca. Zresztą kto wie, czy za jakieś dwadzieścia-trzydzieści lat twórczość Gaimana nie będzie kojarzona tylko i wyłącznie z pisaniem książek dziecięcych, natomiast jego książki dla dorosłych czy twórczość komiksowa nie będzie postrzegana tylko jako dodatek (bardziej lub mniej wartościowy). Różnie to może być, ale z pewnością wśród pisarzy krążących wokół baśniowych toposów ta twórczość Gaimana z pewnością zasługuje na uwagę.

Przy każdej książce dla młodszych czytelników, której akcja ma miejsce w innych realiach niż te nasze, współczesne, trzeba rozważyć pewien dylemat. Czy cała treść książki powinna być miła, piękna i przyjemna, żeby nie urazić wszystkich nadwrażliwych zwolenników tak zwanej political correctness? Czy też może książka nie powinna zakłamywać rzeczywistości i nie pokazywać świata takim, jakim z pewnością nie jest? Czy udawanie, że cała brutalność otaczającego nas świata nie istnieje i chronienie dziecka przed bardziej gwałtownymi scenami (do których może mieć w dzisiejszych czasach dostęp w każdej chwili, dzięki otaczającym nas ze wszystkich stron globalnym mediom) nie jest czasem szkodzeniem rozwojowym? Nie chcę się tutaj zagłębiać się w ten bardzo szeroki temat, ale muszę powiedzieć, że autorowi udało się wybrnąć z tej kwestii w zadowalającym stopniu. Nie sądzę, żeby kogokolwiek raziło kalectwo głównego bohatera - takie ujęcie sprawy może być tylko uznane za zaletę książki. Tak samo jak rzecz najbardziej kontrowersyjna - początkowy opis życia i zajęć mieszkańców normańskiej wioski również został ujęty z zachowaniem odpowiedniego dystansu, ale na szczęście nie ma wrażenia, że całość wykastrowano i wylano dziecko z kąpielą, prezentując lud wikingów jako niemalże hippisów i ekologów żyjących w całkowitej harmonii z otaczającym ich światem. Takie podejście byłoby już całkowicie niestrawne.

Na koniec, jeszcze kilka słów na temat oprawy. Tym razem mamy wykazane autorstwo wszystkich ilustracji - ponownie zajął się nimi Irek Konior. I muszę powiedzieć, że podobają mi się one o wiele bardziej niż te z Księgi Cmentarnej, może ze względu na to, że tym razem są kolorowe, ale też dlatego, że taki prosty, schematyczny rysunek lepiej mi pasuje do obranej tutaj konwencji, niż do bardziej wieloznacznej Księgi. Chociaż można się tutaj po raz kolejny zastanowić, czemu polski wydawca nie zdecydował się na użycie rysunków z edycji anglojęzycznej…

niedziela, 11 kwietnia 2010

Sama radość

Neil napisał w czwartek, 8 kwietnia 2010r. o 19:51

Oto animacja z rysunkami Charlesa Vessa, w której Szkice zmieniają się w Malunki, a ja czytam wiersz. Filmik promuje książkę Instrukcja, którą zrobiliśmy. I jest taki piękny. Jestem naprawdę dumny z pracy wykonanej przez Harper Collins. Chcę, żeby każdy to obejrzał.




Dla tych, którzy mają problem z kanałem RSS lub nie mogą odtworzyć wstawionego filmiku, oto bezpośredni link do YouTube http://www.youtube.com/watch?v=dWRvqO1MjIs. Możecie też wejść na http://www.mousecircus.com/extras.aspx i tam na niego kliknąć. Na tej stronie znajdują się też inne ciekawostki.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

"Księga cmentarna"- recenzja

Pierwszą rzeczą, którą chciałbym na tych łamach omówić, będzie pozycja w miarę nowa (wydana w połowie 2008 roku i dość szybko przełożona na polski przez Paulinę Braiter) Wprawdzie z genezą jej powstania oraz pierwotnym konceptem utworu można było się zapoznać, czytając poprzednie wypowiedzi autora, to jednak podczas ostatniego spotkania z nim w warszawskim Empiku, padło o to pytanie z sali. I tak oto jeszcze raz mogliśmy posłuchać historii, sięgającej aż do połowy lat osiemdziesiątych. Wówczas mały synek państwa Gaiman nie chciał rozstawać się ze swoją ulubioną zabawką - rowerkiem trójkołowym - i ze względu na problemy, jakie to stwarzało, pisarz wychodził z nim na spacery na mały stary cmentarz znajdujący się w pobliżu ich domostwa. Miejsce ciche, spokojne, gdzie mógł mieć oko na małego Mike’a i jednocześnie pracować. Wtedy też miał pojawić się pomysł stworzenia opowieści na wzór Księgi dżungli Josepha Rudyarda Kiplinga - historii o małym chłopcu, który zamiast trafić do afrykańskiego buszu i być wychowywanym przez jego rdzennych mieszkańców, trafia w o wiele bardziej „angielskie” miejsce. Ma być nim typowy stary (a wręcz bardzo stary) cmentarz, na którym oczywiście pojawiają się zjawy pochowanych tam osób. To właśnie one zajmą się wychowywaniem dziecka…

Zanim jednak całość powieści została ukończona, w wydanym również i u nas zbiorku opowiadań M jak Magia* (a jeszcze wcześniej w kompilacji zatytułowanej Dark Alchemy: Magical Tales from the Masters of Modern Fantasy) mogliśmy znaleźć opowiadanie Nagrobek dla Wiedźmy, które stanowi jeden z rozdziałów całej opowieści. Ponieważ nie miałem owej antologii w rękach, więc nie wiem, czy zaistniały jakieś zmiany w treści czy formie tekstu.** Natomiast wszystkie pozostałe rozdziały stanowią jak najbardziej premierowy materiał, stanowiący kolejną powieść „dziecięcą” po wydanej z dużym sukcesem sześć lat wcześniej Koralinie. I w tym miejscu może paść bardzo konkretne pytanie: czy dorosły czytelnik, niekoniecznie zainteresowany prozą z założenia skierowaną do młodszych, powinien po taką książkę sięgnąć. Bardzo chciałbym do tego zachęcić. Jedyny problem leży tutaj w podstawowej, często leżącej pod poziomem świadomości umowie, którą każdy czytelnik nawiązuje z autorem poprzez czytany tekst. Chodzi mianowicie o zrozumienie i zaakceptowanie przyjętej przez autora konwencji. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że po twórczość Neila Gaimana sięgają zwolennicy skrajnego realizmu w literaturze, tacy, którzy nie dopuszczają żadnych odstępstw od rzeczywistej wizji świata. A przecież nawet sięgając po jak najbardziej „dorosłą” powieść, jaką byli przecież Amerykańscy bogowie, należało zaakceptować użytą tam konwencje i styl. Jeśli tylko przejdziemy, nawet niechętnie, przez ten etap, będzie można zauważyć, że w książce zawarte są wartości, które mogą zainteresować czytającego bez względu na swój wiek. Oczywiście, tylko pod warunkiem, że zdecydujemy się na zrobienie pierwszego kroku do świata wyobraźni…

W przeciwieństwie bowiem do Koraliny, która była jak najbardziej utrzymana w baśniowej konwencji, Księga cmentarna taką typową baśnią nie jest. Czy może raczej: jest n i e t y l k o utworem baśniowym. Jedną z rzeczy, za które najbardziej cenię sobie pisarstwo Gaimana, jest jego styl. Charakterystyczny, od razu rozpoznawalny (a także kopiowany i niemalże plagiatowany przez wielu, także naszych rodzimych autorów), zawierający w sobie odpowiednie proporcje dynamizmu, szeroko rozumianego romantyzmu, a także świadomość tego, że potencjalny czytelnik pragnie czarującej opowieści, dla której może poświęcić swój jakże cenny czas. Oznacza to też, że ciężko w takim przypadku mówić o konkretnym gatunku, który autor reprezentuje. Wprawdzie u nas jest dość powszechne traktuje się Gaimana jako pisarza fantasy (na ile ma na to wpływ sam wydawca - MAG - i prezentowanie jego książek z wielkim napisem „Andrzej Sapkowski przedstawia” to zupełnie inna sprawa), ale nie mogę się do końca z tym zgodzić. W przypadku Księgi cmentarnej, można ją oczywiście odczytać jako powieść fantasy. W końcu cała galeria postaci nadnaturalnych, mówiących czasem ludzkim językiem i powstrzymujących się od picia krwi, to jeden z najważniejszych (chyba) wyznaczników takiej literatury. Zresztą też i wszystkie niesamowite przygody Nikta Owensa jak najbardziej się w nią wpisują. Ale przecież równie dobrze można to odnieść do baśni. I ten cały korowód postaci rozmaitych, jak i pewną schematyczność zachowań (chociaż w klasycznej baśni z pewnością nie mielibyśmy do czynienia z tak barwnymi i niejednoznacznymi w ocenie postaciami jak chociażby Silas czy nawet Liza i Scarlett), aż wreszcie to, jak bardzo determinują one wygląd całej opowieści, od początku (na wiele lat przed urodzeniem specjalnego dziecka) aż do chwili, kiedy kończą się jedne historie, a zaczynają kolejne. I z pewnością książka zawiera wszystko to, co baśń zawierać powinna - elementy tajemniczości i grozy, wiele niedopowiedzeń, zostawiających naprawdę sporo miejsca dla własnej wyobraźni (na przykład każdy może samodzielnie próbować odpowiedzieć na pytanie, kim naprawdę są niektóre z postaci), a nawet fragmenty idealne do tego, żeby je odśpiewać. (A nawet jeśli ktoś tego nie zrobi, to proszę sobie tylko wyobrazić, jaka muzyka musiała towarzyszyć bohaterom podczas sceny tańca!). Ale sposobów odczytań, poza tymi dwoma najbardziej oczywistymi, może być więcej.

Na pewno mamy tutaj do czynienia z bildungsroman. Powieść jest podzielona na szereg epizodów - bowiem każdy rozdział odpowiada innemu okresowi młodości naszego bohatera. Począwszy od okresu poniemowlęcego, kiedy to Nikt zostaje przygarnięty przez swoich nowych opiekunów, możemy obserwować jak małe dziecko nieświadome swoich czynów stopniowo rośnie, nabiera odwagi, rozumu, umiejętności, aż staje się młodzieńcem powoli zaczynającym obserwować przemijanie odchodzącego świata. Inną wykładnią może być powieść grozy, gdzie tajemnica goni tajemnicę. Bo przecież mamy tutaj tajemne stowarzyszenie, które niczym TRES w paryskim Conservatoire des Arts et Métiers nie cofnie się przed niczym, żeby zrealizować swoje nieprzeniknione i mroczne cele. Pojawiają się również postaci, których przeszłość nigdy nie zostanie do końca wyjaśniona, a których tożsamość możemy poskładać z porozrzucanych elementów. Nie wspominając już o takich elementach, które tradycyjnie łączą się ze światem po tamtej stronie, jak Znikanie, wzbudzanie Grozy czy też wędrowanie w snach. Tak samo możemy tutaj mówić o powieści postmodernistycznej - bo przecież czym innym jest wyjście od znanego wszystkim, nie tylko z Księgi dżungli, motywu dziecka przygarniętego przez innych (zresztą, czytając uważnie, można dostrzec dużo więcej analogii pomiędzy tymi dwiema książkami), aby dopasować go do współczesnych realiów i dodać do tego wiele innych elementów, na przykład z opowieści traktujących o wieku szkolnym i dylematach z nim związanych, wciąż mrugając do czytelnika, podsuwając mu jakże wiele motywów, które nie zawsze są takie oczywiste do odczytania.

Tylko że każdy z tych elementów rozpatrywany osobno, każda pojedyncza przyjęta konwencja nie jest ani niczym oryginalnym, ani niczym wyjątkowym. Powieści łączących opowieści wieku dziecięcego z przygodami nie zawsze mieszczącymi się w świecie jawy i przyziemnego realizmu napisano już naprawdę wiele. Tak samo jak powstało mnóstwo opowieści o duchach, a więc w tym kontekście książka również niespecjalnie się wyróżnia. Natomiast to, co stanowi o sile Księgi cmentarnej jest lekkość, z jaką narracja przechodzi od jednego punktu do drugiego. Wszystko następuje po sobie naturalnie i nie ma żadnych zgrzytów przy łączeniu pozornie sprzecznych ze sobą elementów. A wszystko to polane zostało nieco baśniowym, a też i bardzo tajemniczym sosem. Ma to oczywiście swoje wady - przyjęcie takiej konwencji pociąga ze sobą konieczny rozwój wypadków i wielu może rozczarować to, do czego będzie dążyć rozwój akcji. Ale tego nie da się ukniknąć w opowieści skierowanej do młodszych czytelników. Bo w końcu najważniejsza w tym wszystkim jest ciekawa opowieść, którą z pewnością możemy tutaj znaleźć. Taka opowieść, którą niegdyś o późnej porze, czy to przy świecach, czy to przy kominku, opowiadano sobie w trakcie zimowych wieczorów. A jeśli chodzi o sztukę opowiadania, to Neil Gaiman naprawdę potrafi to robić, o czym mogliśmy się przekonać przy lekturze wszystkich jego poprzednich historii. Dlatego też serdecznie zachęcam do przeczytania Księgi cmentarnej - właśnie jako uroczej opowieści, pełnej magii i niesamowitości. Bo jeśli ktoś oczekuje kolejnej podróży przez krainy ciała i umysłu, ze spojrzeniem z szerszej perspektywy na dzisiejszy świat, jaką mógł odnaleźć w Amerykańskich bogach, może się mocno rozczarować- to nie jest ten typ literatury.

I na koniec jeszcze kilka słów na temat polskiego wydania książki. Zapewne, idąc za ciosem, wkrótce pojawi się drugie wydanie, w dużym formacie i z obwolutą, przypominające drugie wydania Amerykańskich bogów i Chłopaków Anansiego. Ale póki co mamy do czynienia z bardzo ładnie wyglądającym paperbackiem. Szkoda tylko, że wydawca nie postarał się o podanie tego, kto jest autorem zamieszczonych w środku ilustracji. Mamy tylko informację, że za okładkę odpowiada Irek Konior. Z tego co wiem, jest on autorem wszystkich ilustracji w książce, co może wprowadzić ludzi w błąd - zwłaszcza że autorem szaty graficznej wydania anglojęzycznego był etatowy współpracownik Gaimana, Dave McKean. Natomiast czemu w naszym kraju nastąpiła taka zmiana - nie mam pojęcia. Niby mała rzecz, ale z pewnością warta odnotowania.
T.

* Możemy ją również znaleźć w wydanej w 2009r. przez Wydawnictwo Rebis antologii Czarnoksiężnicy wraz z tekstami m.in. Tada Williamsa czy Orsona Scotta Carda.

** Wiemy już, jakie zmiany zachodzą pomiędzy poszczególnymi wersjami opowiadania. Varali porównała obie wersje i wynotowała, co następuje:

Opowiadanie zawarte w zbiorze M jak magia to słowo w słowo fragment Księgi cmentarnej. Natomiast wersja z antologii Czarnoksiężnicy została przetłumaczona przez Jarosława Rybskiego, więc siłą rzeczy różni się od tłumaczenia pani Braiter. Nie są to jednak różnice zasadnicze, wynikają głównie z faktu wykonania tłumaczenia przez dwie różne osoby. Wypiszę Ci jednak parę rzeczy, które mogą Cię zainteresować -- jeśli będziesz chciał, możesz się do nich odnieść w recenzji, jak nie, to też nic się nie stanie:

przekład by pani Braiter:
1. Tytuł: Nagrobek dla wiedźmy
2. Nobody przetłumaczony jako Nik
3. nieprzetłumaczona nazwa Potter's Field
4. Sleer przetłumaczony jako Swij

przekład by pan Rybski:
1. Tytuł: Nagrobek dla czarownicy
2. Nobody przetłumaczony jako Bod
3. Potter's Field przetłumaczone jako pole garncarza
4. Sleer przetłumaczony jako Ślizgun


Uwaga! Różnica w treści obydwu wersji - brak dwóch króciutkich fragmentów, które jednoznacznie odwołują się do reszty akcji "Księgi cmentarnej" (obydwa dotyczą Jacka). Są to: kawałek rozmowy między Bolgerem i Hustingsem oraz moment, gdy Nik/Bod znajduje wizytówkę Jacka. Dla samego opowiadania nie są istotne, więc decyzja o ich usunięciu była jak najbardziej usprawiedliwiona. Poza tym brakuje jednego fragmentu zdania o nagrobku niejakiej Liberty Roach w drodze na pole garncarza (ale to też właściwie tylko szczegół). Innych różnic w tekście jako takim nie wyłapałam.

Ogólnie Rybski zdecydowanie bardziej stylizuje język wypowiedzi bohaterów, szczególnie duchów, na zamierzchły (wszelkie 'jeśliś', 'jam', 'a juści'), czasami, jak to facet, bywa też trochę bardziej dosadny ('bolał go tyłek' por. u Braiter: 'piekły go pośladki'). Prawdę mówiąc bardziej podobało mi się tłumaczenie Pauliny Braiter, jest napisane fajniejszym, literackim językiem, podczas gdy u Rybskiego w niektórych miejscach wyczuwa się bezpośrednie tłumaczenie wyrażeń z angielskiego -- ale to też tylko drobiazgi, na które pewnie nawet nie zwróciłabym uwagi, gdybym nie robiła porównania z inną wersją. Co do reszty różnic, to już kwestia gustu, który przekład podoba się bardziej.

Co się stało z Zamaskowanym Krzyżowcem?

Wydawnictwo Egmont ogłosiło datę ukazania się komiksu "Batman: Whatever Happened to the Caped Crusader?" (tytuł polskiej wersji - "Co się stało z Zamaskowanym Krzyżowcem?"). Pojawi się on już 19 kwietnia.


Komiks został nominowany do tegorocznej nagrody Hugo w kategorii Najlepsza Powieść Graficzna, jak podaje oficjalna strona The Hugo Awards.

sobota, 3 kwietnia 2010

Cztery ule i to, co na moim kuchennym stole

Jestem w domu.

Kiedy z niego wyjeżdżałem, była jeszcze zima. Po powrocie zastałem wiosnę, która zapowiada, że gdzieś w pobliżu czai się lato i niecierpliwie przestępuje z nogi na nogę w oczekiwaniu, że ktoś je wreszcie wpuści. Temperatura przekracza 20 C, jest ciepło, zielono i zachęcająco.

Najlepsze wieści są takie, że wszystkie cztery ule przetrwały zimę. Nie byłem pewny, czy im się uda - podejrzewałem, że czerwony ul (który w ubiegłym roku wszedł w nastrój rojowy) będzie pusty (a nie był), ale doświadczenia z poprzedniego roku się przydały i mieliśmy szczęście (Sharon Stiteler pisała o pszczołach, kiedy ja byłem w trasie.)

Mój pies i moja córka oboje bardzo ucieszyli się z mojego powrotu. Jedno z nich było na kursie i ma już prawo jazdy.

(Jeszcze nie zamieszczałem zdjęcia z wtorku, na którym ja i Neil Jordan jesteśmy wysoko nad Londynem. Oto ono...)

Po powrocie czekało na mnie mnóstwo niezwykłych rzeczy. Nawet nie zdążyłęm uporać się z pocztą, która przyszła pod moją nieobecność, a na moim kuchennym stole leżą dwie wielkie tuby, nie mówiąc już o kilku pudłach, kopertach i wielu innych rzeczach. Rzeczy, które dotąd przyszły pocztą to m.in:


Zbiór "Opowiadania" pod redakcją Ala Sarrantonio i moją. Amerykańskie wydanie wygląda tak:


(Jestem z tej książki niezwykle dumny, począwszy od wspaniałej okładki Toma Gaulda. Autorzy opowiadań w zbiorze, w kolejności wg. spisu treści: Roddy Doyle, Joyce Carol Oates, Joanne Harris, Neil Gaiman, Michael Marshall Smith, Joe R. Lansdale, Walter Mosley, Richard Adams, Jodi Picoult, Michael Swanwick, Peter Straub, Lawrence Block, Jeffrey Ford, Chuck Palahniuk, Diana Wynne Jones, Stewart O'Nan, Gene Wolfe, Carolyn Parkhurst, Kat Howard, Jonathan Carroll, Jeffrey Deaver, Tim Powers, Al Sarrantonio, Kurt Andersen, Michael Moorcock, Elizabeth Hand i Joe Hill. A wszystkie opowiadania są wyjątkowe.)

"Instrukcja", mój wiersz ilustrowany przez Charlesa Vessa.

Mój Dalek, prezent od studia WETA. Na zdjęciu w kuchni, jeszcze nie do końca poskładany:

A tu całkiem złożony, wraz z psem planują przejęcie władzy nad światem.

Więcej rzeczy ze stołu kuchennego już jutro...

....

Na stronie Neverwear, przez całą dobę można zamówić grafikę Molly Crabapple z moim wierszem "Pustynny wiatr" [Desert wind] i przed tę dobę kosztuje 28, zamiast 38$. Jest naprawdę piękna. Trzeba kliknąć, żeby zobaczyć w powiększeniu:


Molly pisze o tym na swoim blogu http://mollycrabapple.com/2010/04/01/my-poster-for-neil-gaiman/, a Nicola Black, która zaprojektowała rysunek opisuje cały proces na http://nicolablack.com/2010/04/neil-gaiman-desert-wind-poster/.

Cat Mihos, właścicielka, szef i geniusz-rezydent strony Neverwear.net sprzedaje te grafiki pod adresem http://neverwear.net/store/index.php?main_page=product_info&cPath=4&products_id=44. Powtarzam, do godziny 16:00 jutro będa kosztować 28$, potem już 38$. (A sądząc po losie poprzednich grafik, będą kosztować 38$ tak długo, aż Cat zauważy, że się kończą i wtedy cena skoczy do 75$.)

(Nie wiem, czy to jest limitowana edycja, jak "100 słów" Jima Lee i "Dzień, w którym przybyły spodki" Jouniego Koponena, czy nie.)

...
Odkryłem właśnie, że zostałem kandydatem do rankingu najbardziej wpływowych postaci 2010 roku w TIME Magazine. Nie sądzę, żebym był szczególnie wpływowy, ale na tej stronie możecie głosować na mnie i na inne osoby. Albo, co ważniejsze, możecie zobaczyć w TIME Magazine moje zdjęcie z przypinką w kształcie TARDISa w klapie.