wtorek, 16 października 2018

Duchy, strachy i cmentarze: Margaret Atwood pisze o magii Neila Gaimana




Kiedyś podczas dyskusji na jednym z festiwali literackich przeraziłam Neila Gaimana naśladując głos Złej Czarownicy z Zachodu z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”. „I twojego pieska też!” zarechotałam złowieszczo. „Nie, nie! Nie rób tego!” zawołał Neil. Potem wyjaśnił mi, że wiedźma o zielonej twarzy przestraszyła go, gdy miał osiem lat. Proszę bardzo, oto ujawnione zostało źródło literackich inspiracji!

Przyjemność płynąca z przerażenia… Neil Gaiman. Fot. Tim Knox dla Guardiana

Najlepsi twórcy literatury dziecięcej gdzieś w głębi serca wciąż są ośmiolatkami. Wiedzą, co jest przerażające. Pamiętają, jak to jest zanurzyć dłoń w misce pełnej obranych winogron w ciemnym pokoju w halloweenowy wieczór, kiedy powiedziano ci, że to gałki oczne. Rozkoszują się uczuciem przerażenia w muzyce i w opowieściach. Rozumieją zalety strachów wyobrażonych: owszem, to przerażające, ale ostatecznie można się z tym rozprawić, przynajmniej w świecie fikcji.

Gaiman wychował się, jak należy. Czytał mnóstwo książek stosownych do swojego przyszłego powołania i zachował w pamięci zawarte w nich memy i lekcje. Kiedy doradzano mu przejście na słoneczną stronę ulicy, szedł za tą radą – nie pisze tragedii – ale i nie unikał ciemnej strony, bo, jak pamiętnie ujęła to Ursula K. Le Guin: „Tylko w milczeniu słowo, tylko w ciemności światło, tylko w umieraniu życie: jasny jest lot sokoła na pustym niebie.” Czy jak dowiodła Beatrix Potter, wykradanie rzodkiewki z ogródka McGregora to żadna zabawa, jeśli nie ma groźby potrawki z królika. Jak można żyć w pełni, gdy nie ma niebezpieczeństwa, że staniemy się martwi jak przysłowiowa w języku angielskim kołatka? (Choć tę kołatkę trzeba przemyśleć, zważywszy na „Opowieść wigilijną” Dickensa.)

Gaiman to astrologiczny skorpion z bliźniętami na ascendencie i jeśli ktoś wierzy w takie rzeczy – a on najwyraźniej tak, skoro znalazłam jego horoskop w sieci – to wiele wyjaśnia. Skorpionami rządzi Pluton, patron świata poziemnego, a także kanalizacji, bielizny, kryminalnego półświatka i wszystkiego co jest pod. Bliźniętami rządzi Merkury lub Hermes: bóg złodziei, żartów, komunikacji, podróży i sekretów; jest też przewodnikiem dusz w drodze do krainy cieni. Dla większości droga do krainy zmarłych to podróż w jedną stronę, ale Hermes porusza się po niej swobodnie, tak samo jak bohaterowie książek Gaimana, w tym „Księgi cmentarnej”.

Większość z nas odczuwa silną awersję do idei bycia martwym. Bardzo trudno nam wyobrazić sobie, że po prostu przestaniemy istnieć: nawet zdanie „będę nieżywy” zawiera pierwszą osobę. Więc gdzie będzie ta osoba, kiedy nastanie pora „nieżycia”? Przez wieki podawano wiele odpowiedzi na to pytanie: w suchej, zakurzonej krainie podziemia (Mezopotamia), w skomplikowanym, wielokomnatowym życiu-po-życiu, o ile twoje serce przejdzie próbę i okaże się lżejsze od Pióra Prawdy (starożytny Egipt), na usłanych złocieniami ale monotonnych Polach Elizejskich – dostępnych dla greckich bohaterów; w piekle, czyśćcu, raju lub niebie – dla chrześcijan z epoki wczesnego renesansu; na ziemiach zmarłych, po przebyciu trzydniowej drogi (rdzenni mieszkańcy Ameryki Północnej) lub w pomysłowych, gotyckich krainach Tima Burtona, w stylu świata z „Gnijącej Panny młodej” albo radosnej krainie meksykańskiego Dnia Zmarłych z „Coco” wytwórni Pixar.

Ale jest wiele innych możliwości. Można na przykład stać się wampirem: ani żywym ani umarłym. Można zostać ghulem: na swój sposób żyć, ale żywiąc się ciałami zmarłych. Można też zostać duchem: jednocześnie istnieć i nie istnieć, czasem być widocznym, czasem niewidzialnym i często spotykanym na cmentarzach.

Z tej ostatniej ewentualności i obszernego folkloru z nią związanego Gaiman czerpie w „Księdze cmentarnej”. Bohater jego opowieści zaczyna jako niemowlę, które przez okno wydostaje się z domu podczas gdy jego rodzice zostają zamordowani i dociera do pobliskiego cmentarza, gdzie niektóre z duchów rezydentów – pod wpływem ulotnego pojawienia się ducha jego matki – w drodze głosowania postanawiają go zaadoptować. Ponieważ nie znają jego imienia, nazywają go „Nikt” (zdrobniale „Nik”), przypominając nam o podstępie, który wykorzystał przebiegły Ulisses podczas ucieczki przed tymi wścibskimi cyklopami. To bardzo praktyczne, kiedy na pytanie „Kto to?” można odpowiedzieć „Nikt”.

Rzeczony cmentarz jest bardzo stary i składa się z wielu warstw pochodzących z najróżniejszych czasów – celtyckich, rzymskich, wielu stuleci angielskich – więc Nik z nagrobków uczy się różnych rodzajów pisma, a przy okazji poznaje angielską historię dzięki mieszkańcom nekropolii. Próba pójścia do zwyczajnej szkoły kończy się niepowodzeniem – Nik niezupełnie tam pasuje – ale udaje się pokrzyżować plany jego prześladowcom.

Bohaterowie są zwyczajowo kształceni w nietypowy sposób – naucza ich centaur, jak w przypadku Achillesa albo czarodziej, jak króla Artura. Nierzadko mają nieżyjących rodziców i dziwaczne moce, jak Harry Potter.

„Księga cmentarna” to bildungsroman – powieść o kształtowaniu się bohatera – w której niezwykli nauczyciele Nika to duchy, wampir i wikołaczyca, a dziwne moce stanowią nadnaturalne umiejętności przyznane chłopcu przez istoty żyjące (powiedzmy) na cmentarzu.
Sytuację taką spowodował fakt pozbawienia rodziców Nikta życia przez grupę arcywrogów, z których każdy ma na imię Jack choć z innym przydomkiem. Należą do bractwa Jacków Wszelkich Fachów – Jack Matros, Jack Zręczny, Jack Mróz… W kartach “Jack” może być synonimem waleta, którego po angielsku określa się „łotrem” (knave). Tak właśnie jest w „Księdze cmentarnej”, gdzie wszyscy Jackowie są członkami starożytnego i potężnego zakonu, a Nikt jest jednym z legendarnych dzieci naznaczonych przepowiednią – w jego przypadku przepowiednia głosi, że będzie on końcem Jacków. Rozumiecie więc, dlaczego starają się go pozbyć.

Ale kiedy twoim opiekunem jest tak elegancki wampir jak Silas – strzegący granic cmentarza wymazujący wspomnienia, a do tego zdolny poruszać się pomiędzy światami i dzięki temu robić zakupy spożywcze – i kiedy ów wampir ma zastępstwo w postaci wschodnioeuropejskiej wilkołaczycy nazwiskiem pani Lupescu, która jest znakomitym sprzymierzeńcem pomimo upodobania do barszczu, wtedy siły sprzyjające i przeciwne Nikowi stają się bardziej zrównoważone.
Czy Jackom uda się odnaleźć i zamordować Nika zanim dorośnie na tyle, żeby pokrzyżować im szyki? Czy siły Gotyku Dobra zwyciężą siły Gotyku Zła? Czy podczas lektury będziecie się bawić równie dobrze, co ewidentnie Gaiman podczas jej pisania? Oczywiście, że tak! Czy uronicie dyskretnie łzę w czasie makabrela, gdy żyjący ruszają do tańca ręka w rękę ze zmarłymi pod okiem samej Śmierci, ale wampir Silas jest z tego korowodu wykluczony, jako że nie należy ani do jednych ani do drugich? Bez wątpienia.

“Księga cmentarna” to opowieść działająca na wielu poziomach, co jest jedną z największych zalet najlepszej literatury dziecięcej: wciąga ośmiolatki, ale dla starszych czytelników rozbrzmiewa innymi, głębszymi echami. To prawdziwa przyjemność, od początku do początku – bo nasz bohater musi wreszcie zakończyć swoją edukację i ukończywszy śmierć, rozpocząć życie.

wtorek, 9 października 2018

Neil Gaiman: doświadczenia


Kwestionariusz magazynu Experience


Kiedy wpadasz na najlepsze pomysły?
Oglądając złe gimnazjalne dramaty. Nie możesz się oderwać. Nie możesz nawet wyglądać na znudzonego. I wtedy zapadasz się głęboko w swoje własne myśli…

Jaki jest najlepszy niematerialny prezent, który kiedykolwiek dostałeś?
Miłość i zaufanie moich dzieci. Musisz stać się osobą, za którą cię mają.

Jaki jest najlepszy niematerialny prezent, który ty komuś dałeś?
Na początku naszej znajomości napisałem piosenkę dla [mojej żony] Amandy na jej urodziny.

Jakie jest największe wyzwanie, z jakim przyszło ci się zmierzyć?
Pozostać dobrym w tym, co robię, kiedy wydaje się, że wszystkim wszystko jedno czy jestem dobry czy nie, byle bym się tylko pojawił.





Co byś zrobił, gdybyś miał wybrać sobie inny zawód?
Prawdopodobnie umarł z głodu. Nie mam pojęcia co innego mogłoby mi się udać.

Jaki twój błąd okazał się najbardziej korzystny?
Utrata praw do ekranizacji opowiadania z powodu sprytnego zapisu w kontrakcie. Nauczyło mnie to czytania umów z myślą o najgorszej możliwej ewentualności, w stylu „no dobrze, a co jeśli zrobią coś takiego?”. Bardzo mi się to przysłużyło.

Twoje najdziwniejsze doświadczenie?
Życie. Jest PRZEDZIWNE.

Przegapienia jakiej okazji najbardziej żałujesz?
Czasami żałuję, że w 1994 r. nie wykorzystałem zaproszenia Kathy Acker, żebym pojechał z nią na parę dni do domu Williama Burroughsa. Odmówiłem, bo chciałem, żeby Burroughs pozostał w mojej głowie, jako poniekąd zmyślona postać i nie chciałem zderzyć się z rzeczywistością bycia jego gościem. Straszna szkoda. I żałuję, że nie wysłałem Davidowi Bowiemu egzemplarza „Drażliwych tematów”, bo zbiór zawiera opowiadanie, dla którego był inspiracją. Mogłem to zrobić: miałem nawet odpowiedni adres, ale stchórzyłem.

Jak się relaksujesz?
Kiepsko. Czasami myślę, że jestem zrelaksowany, a potem zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę pracuję.

Gdybyś mógł się jutro znaleźć gdziekolwiek na świecie, gdzie byś wyjechał?
Na Wyspę Skye.

Jakie jest twoje najbardziej niezatarte wspomnienie z dzieciństwa?
Miałem prawie dwa lata i właśnie rodziła się moja siostra. Babcia zabrała mnie na kładkę i oglądaliśmy przejeżdżające parowozy.

Opisz swój wymarzony dzień.
Budzę się, ćwiczę, idę na spacer, przygotowuje lunch, potem siadam do pisania. Gdzieś w międzyczasie bawię się z Ashem, moim niespełna trzyletnim synkiem. Trochę mu czytam. I odbywamy głębokie, poważne rozmowy – z gatunku tych, które można prowadzić tylko z niespełna trzylatkami.

Co robisz, kiedy opuszcza cię wena?
Idę na spacer. Patrzę na świat i na drzewa. Odkładam to, nad czym pracuję na tydzień i potem próbuję przeczytać to na świeżo.

Moment największej dumy z samego siebie?
Zdobycie w wieku 9 lat szkolnej nagrody w dziedzinie sztuki. Kiedy inni chłopcy przyszli mi powiedzieć, że wygrałem, myślałam że sobie ze mnie żartują. Nigdy wcześniej nic nie wygrałem.

Czego chciałbyś doświadczyć zanim umrzesz?
Chciałbym latać. Ale tak jak Superman.


czwartek, 12 lipca 2018

Musimy pomagać uchodźcom, bo to zwyczajnie może być każdy z nas.


W obliczu 68,5 miliona ludzi zmuszonych do opuszczenia swoich domów w 2017 roku Neil Gaiman wyjaśnia, dlaczego każda z tych osób potrzebuje naszej pomocy.


Dziś ustanowiony przez ONZ Światowy Dzień Uchodźcy, poświęcony trudnościom i zmaganiom milionów uchodźców. Zdaniem UNHCR, urzędu Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców, w 2017 roku 68,5 miliona osób zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów. Neil Gaiman, pisarz i ambasador dobrej woli UNHCR mówi, że wszyscy oni potrzebują naszej pomocy i współczucia, bo któregoś dnia możemy się znaleźć na ich miejscu.

Ogromne, potworne tragedie się zdarzają. Wojny, terroryzm i kataklizmy wszelkiego rodzaju mogą zmusić ludzi do ucieczki z domów na miesiące, na lata, nawet do końca życia. 
Przyjmuje się ich – myślałem. Pomaga się im.
Robi się, co w naszej mocy. I robi się to, bo to zwyczajnie może się przydarzyć tobie.

Moja znajoma spędza życie na opiece nad dużo starszym mężem. Kilka lat temu miał udar i nie wstaje z łóżka. Kiedy powiedziałem jej, że jest dobrym człowiekiem, bo rzuciła wszystko, żeby się nim opiekować, odpowiedziała: „Wcale nie. Po prostu traktuję go tak, jak chciałabym, żeby mnie traktowano, gdybym znalazła się na jego miejscu.”

Cywilizacja jest krucha. Duże i mniejsze miasta są kruche. A ludzie – cudownie wytrwali, twardzi, wspaniali ludzie – są najbardziej kruchą rzeczą ze wszystkich.
W tej chwili na świecie jest ponad 68,5 miliona osób wysiedlonych – z powodu prześladowań, wojny domowej, głodu.
To ludzie, którzy odkryli, że miejsce, w którym mieszkali, które nazywali domem, stało się niebezpieczne albo niezdolne ich wykarmić.
Z różnych powodów – a jest ich równie wiele, co osób zmuszonych do ucieczki – ich świat stał się miejscem zagrożenia, więc ruszyli dalej, samotnie lub z rodzinami, często zabierając tylko to, co zdołali unieść.
Na rozwiniętym zachodzie szczycimy się przyjmowaniem uchodźców, choć jednocześnie i często w tych samych myślach, szczycimy się uszczelnianiem granic i upewnianiem się, że ludzie poszukujący bezpiecznego schronienia nie trafią tam, gdzie sami mieszkamy.

Mówimy sobie, że przecież mają gdzieś swoje domy i stali się bezpieczni natychmiast po przekroczeniu granicy i opuszczeniu swojego kraju, a ci, którzy zginęli w drodze – na przykład na morzu – sami się o to prosili, a przynajmniej są godni politowania.
W rzeczywistości to najbiedniejsze kraje przyjmują znakomitą większość uchodźców: 85% z nich znalazło schronienie w krajach rozwijających się. Społeczności, które przyjmują uchodźców same znajdują się na granicy wytrzymałości, a czasem nawet już tę granicę przekroczyły.

Uchodźcy (i zdaje mi się bardzo dziwne, że w ogóle muszę o tym wspominać) nie powinni być nigdy wykorzystywani jako waluta polityczna. Światowi przywódcy nie powinni używać ludzi uciekających przed przemocą i śmiercią do zdobywania punków ani straszenia wyborców. Wojna może wybuchnąć wszędzie, a kiedy tak się dzieje – ludzie muszą mieć możliwość ucieczki przed nią.
Pomyślcie: gdybyście to wy mieli zabrać całą rodzinę i tylko tyle, ile uniesiecie z rozdzieranego wojną Birmingham do, powiedzmy, Paryża albo udać się daleko od dymiących zgliszczy Camden Town, jeśli szukalibyście pomocy w odległym kraju (którego zwyczajów ani choćby języka nie znacie), jak chcielibyście być traktowani? Jak chcielibyście, żeby świat potraktował region, który was przygarnął?

Pamiętajcie: system przyznawania azylu osobom uciekającym z niebezpiecznych albo niegościnnych obszarów został wprowadzony, żeby ratować ludzkie życie. Osłabiamy go na własne ryzyko.

Wydaje się to banałem, ale globalne katastrofy wymagają globalnych rozwiązań. Jeśli pokój zawitałby w jednym z pięciu miejsc generujących największą liczbę uchodźców: Syrii, Afganistanie, Somalii, Sudanie, Mjanmie, liczba uchodźców na świecie zmniejszyłaby się, a sytuacja życiowa milionów ludzi uległaby dramatycznej poprawie. To musi być priorytetem.

A tymczasem róbmy, co w naszej mocy, żeby przestać bawić się w politykę uchodźcami i uczynić ich życie łatwiejszym.
To nie są ludzie, którzy chcą wam odebrać wasz świat. 
To są ludzie, którzy chcą pewnego dnia wrócić ze swoimi rodzinami do domu.

Tak mówi zdrowy rozsądek. I zwykła, ludzka przyzwoitość.

***
Więcej informacji o tym, jak pomóc uchodźcom można znaleźć na podstronie UNHCR Neila
http://www.unhcr.org/neil-gaiman
oraz polskiej podstronie http://www.unhcr.org/pl/

wtorek, 3 lipca 2018

Harlan Ellison


 Neil napisał w piątek, 29 czerwca 2018 r. o 10.33



Dwa tygodnie temu byłem w LA, żeby nagrać osobę, która będzie Głosem Boga w Dobrym omenie. Miałem nadzieję, że wypad będzie na tyle długi, żebym zdążył odwiedzić starych przyjaciół i nadrobić zaległości ze świata, ale musiałem go nagle skrócić,  bo potrzebowali mnie w Toronto na wydarzeniach prasowych związanych z nastepną serią Amerykańskich bogów. Między lotniskiem a hotelem miałem tylko tyle czasu, żeby odwiedzić przyjaciela.

Odwiedziłem Harlana i Susan Ellisonów. Przyjaźniłem się z Harlanem od 33 lat. Poznaliśmy się w 1985 roku w hotelu  Central w Glasgow, gdzie był Gościem Honorowym Easterconu. Pojechałem tam jako młody dziennikarz, żeby przeprowadzić z nim wywiad dla magazynu, który zamknął się między moim spotkaniem a oddaniem tekstu do druku. Wydawca zakończył jego działalność po wydrukowaniu czarno-białych stron, ale przed wydrukiem kolorowych (które są droższe). Sprzedałem wywiad innemu pismu, bo czym redaktora natychmiast zwolniono i nikt się nie chciał dotknąć do niczego, co przeszło przez jego ręce. Wtedy schowałem swój artykuł do szuflady w przekonaniu, że jest Jonaszem.

Parę lat później, kiedy zaczynałem właśnie pisać komiksy, Harlan zadzwonił, żeby nawrzeszczeć na mnie za sprawienie, że Batman złamał prawo, wchodząc do pokoju hotelowego bez nakazu przeszukania („Ale on właśnie dlatego nosi maskę” wyjaśniłem. „Żeby mógł łamać prawo”). Skończyło się odwiedzinami u niego w domu przy mojej kolejnej wizycie w LA z okazji spotkania autorskiego, przyniosłem frytki - takie, jakie lubił. I odtąd byliśmy przyjaciółmi.

Ale wciąż telefon od Harlana to tak jakby zadzwonił do ciebie tajfun, który wkrótce przemieni się w prawdziwy huragan. Moja asystentka Lorraine panicznie się ich bała.

Przez te lata kilka razy pisałem o Harlanie. Napisałem wstęp do jego zbioru opowiadań The Beast that Shouted Love at the Heart of the World.

Poniżej kilka cytatów z tego tekstu:

Od czasu do czasu myślałem sobie, że Harlan jest zaangażowany w projekt artystyczny-widowiskowy o rozmachu Gutzona Borgluma, w coś ogromnego i trwałego. To przedsięwzięcie nosi nazwę Harlan Ellison: korpus anegdot, opowieści, przeciwników, występów, przyjaciół, artykułów, opinii, plotek, wybuchów, skarbów, ech i zwyczajnych łgarstw. Ludzie mówią o nim, piszą, niektórzy nawet spaliliby go na stosie, gdyby nie było to tak kłopotliwe, a niektórzy najchętniej padliby mu do stóp i wielbili, gdyby nie fakt, że powiedział by wtedy coś, co sprawiłoby że poczują się bardzo mali i bardzo głupi. Ludzie opowiadają o nim historie; niektóre z nich są prawdziwe, inne nie; niektóre są pochlebne, inne wręcz przeciwnie.

I taka była prawda, dopóki nie umarł. (Gutzon Borglum to człowiek, który wykuł twarze w zboczu góry Rushmore.) Pisałem w tym wstępie też o sobie i Harlanie. Tu zamieszczam kawałek:

Osobisty związek z Harlanem miałem na długo zanim go poznałem, co jest najbardziej przerażającym elementem bycia pisarzem, bo wymyślasz historie, zapisujesz je i tyle robisz ty sam. Ale ludzie je czytają, one na nich oddziałują albo umilają im upływ czasu w podróży pociągiem, czy cokolwiek innego, po czym okazuje się, że za pośrednictwem tych historii autor ich wzrusza, zmienia albo niesie pociechę – jakkolwiek się to dzieje, zachodzi dziwny, jednostronny proces komunikacji poprzez czytany tekst. A to nie jest powód, dla którego te historie zostały napisane. Ale taka jest prawda i tak się dzieje.

Miałem jedenaście lat, kiedy mój ojciec dał mi dwie antologie opowiadań Best SF Carra-Wollheima, gdzie przeczytałem I Have No Mouth and I Must Scream [Nie mam ust i muszę krzyczeć]. W ciągu kolejnych kilku lat kupiłem wszystko jego autorstwa, co udało mi się znaleźć. Wciąż mam większość tych książek.

Kiedy miałem dwadzieścia jeden lat, przytrafił mi się najgorszy dzień w życiu (Przynajmniej do tego momentu. Od tego czasu zdarzyły mi się dwa inne wyjątkowo złe dni. Ale ten był najgorszy z nich). A na lotnisku nie było do czytania nic poza Shatterday, więc kupiłem. Wsiadłem do samolotu i przeczytałem książkę nad Atlantykiem. (Jak zły był ten dzień? Tak zły, że kiedy samolot delikatnie wylądował i nie stanął w płomieniach, poczułem się nieco zawiedziony. Aż tak zły.)
W drodze przeczytałem Shatterday, zbiór w większości świetnych opowiadań – oraz wstępów do opowiadań – na temat związku pisarzy z opowieściami. Harlan opowiedział mi o marnowaniu czasu (w Count the Clock That Tells the Time) i pomyślałem: chrzanić to, mógłbym być pisarzem.
Harlan powiedział mi też, że odczuwanie osobistego bólu dłużej niż przez dwanaście minut to już zbytnie użalanie się nad sobą i nic nie pomogłoby mi bardziej wyrwać się z mojego ówczesnego stanu odrętwienia, niż to stwierdzenie. A kiedy wróciłem do domu, wziąłem cały ten ból, strach i żal, całą moc przekonania, że jestem pisarzem, do cholery, i zacząłem pisać.
Dotąd nie przestałem.

Shatterday, mniej lub bardziej odpowiada za to, kim dzisiaj jestem. To twoja wina, Ellison.

I to jest prawda. Naglący głosik, który jako młody pisarz słyszałem z tyłu głowy , ten, który mnie napędzał, był głosem Harlana ze wstępów i esejów: nieustraszony, bez poczucia winy, samodzielnie ukształtowany i określony. Nie byłem tym człowiekiem, ale głos Harlana podpalił lont, który wciąż się tlił. A Harlan odczarował pisanie. Według niego było to coś, co da się zrobić. Coś w zasięgu twoich możliwości. I możliwe było stawać się w tym coraz lepszym.

Był swoim największym wrogiem, co jest jeszcze bardziej imponujące, kiedy sobie uświadomić, że był jedyną znaną mi osobą posiadającą oficjalną grupę Wrogów (przez jakiś czas nazywali siebie „The Enemies of Ellison - Wrogami Ellisona). Wzbudzał silną lojalność i równie silny sprzeciw, a fakt, że naprawdę lubię większość ludzi (w tym kilku Wrogów Ellisona) i większość ludzi zdaje się lubić mnie, uważał za ogromną wadę mojego charakteru.

Harlan i ja pozostaliśmy przyjaciółmi przez najróżniejsze wzloty i upadki. Ostatnim takim dołkiem był jego udar trzy lata temu. Położył się do łóżka i już nie wstał. Był waleczny, ale się poddał. Nie zawsze był z nim kontakt: tracił wspomnienia, czasami bywał zdezorientowany, ale to wciąż był Harlan.

Byłem w pełni świadomy faktu, że każde nasze spotkanie może się okazać ostatnim. Byliśmy ze sobą do bólu szczerzy. Kiedy śmierć wisi w powietrzu, nie zostawia się niedopowiedzeń.

Kiedy widziałem się z nim po raz ostatni, był sobą bardziej niż przez ostatnie parę lat. Ale był łagodniejszą wersją siebie. Chciał, żebym powtórzył początek dowcipu, który opowiedziałem mu 15 lat temu. Jak stwierdził, był to najzabawniejszy żart jaki słyszał w życiu, ale nie mógł sobie przypomnieć, od czego się zaczynał. Opowiedziałem, a on znów się uśmiał. Opowiedziałem mu o Syreniej Paradzie, o Amandzie i Ashu. (Zabrałem Amandę do Harlana, kiedy zaczęliśmy się spotykać, na takiej zasadzie jak przedstawia się kogoś swojej rodzinie.) Powiedział, że od Susan nauczył się, jak godzić się z wydarzeniami, a ona, podczas 32 lat małżeństwa, nauczyła się złościć.

Wczoraj wyszedłem z montażowni Dobrego omenu i zobaczyłem kilka nieodebranych połączeń. Oddzwoniłem do Susan Ellison, która przekazała mi wiadomość, że Harlan zmarł we śnie.

Cieszę się, że odszedł w spokoju.

Kochałem go. Był dla mnie rodziną i będzie mi go bardzo brakowało.

Pozostawił po sobie mnóstwo opowieści. Ale sądząc po liczbie osób, które się do mnie odzywają i opowiadają, że ich zainspirował, że zajęli się pisaniem dzięki jego twórczości albo wystąpieniuvw radio czy na żywo (czasem mam wrażenie, że jakieś 90% ludzi, którzy przyszli posłuchać Harlana, Petera Davida i mnie po 9/11 na MIT zostało pisarzami), jego prawdziwą spuściznę stanowią pisarze, twórcy opowieści i ludzie odmienieni przez jego twórczość.

piątek, 2 marca 2018

Gaiman zaprasza do nowego uniwersum Sandmana




ENTERTAINMENT WEEKLY: Pisałeś już prequele Sandmana, np. Uwerturę. Co cię skłoniło do tego, żeby wreszcie zabrać się za sequele?
NEIL GAIMAN: Uwertura jest zarazem prequelem i sequelem Sandmana. Jedzie po całości. Częściowa kontynuacja znalazła się w Nocach Nieskończonych. Opowieść ma swój dalszy ciąg. Ale to ogromna piaskownica w tyloma wspaniałymi zabawkami, którymi chwilowo nikt się nie bawi. Zacząłem czuć się winny. Spodobała mi się myśl, żeby te zabawki odkurzyć, przypomnieć wszystkim ile dają radości, a przy okazji współpracować z fantastycznymi scenarzystami. Potem dołączą do nich również fantastyczni graficy.



Sandman zawsze był dla ciebie bardzo osobistym projektem, więc jak postanowiłeś zbudować Uniwersum Sandmana, w którym inni scenarzyści będą rozwijać twoje pomysły?
To zawsze było dla mnie osobiste i wciąż są miejsca odgrodzone aksamitnymi linami, z zawieszką „nie przeszkadzać” na drzwiach. Ktoś pyta „możemy tak zrobić”, a ja się nie zgadzam. Czasami dlatego, że sam chciałbym się tym kiedyś zająć i napisać te opowieści, choć może mi to zająć 5 czy 10 lat. W tym przypadku chodzi o radość z przeglądania historii Vertigo. Zawsze będą rzeczy, które stworzyłem na potrzeby świata Vertigo, które się rozwinęły i wyruszyły w świat i świetnie sobie poradziły. Ale naturalny cykl życia takich pomysłów jest krótki. Teraz chcemy je wskrzesić i się nimi pobawić. A więc czerpię radość z tego, że usiądę z inteligentnymi scenarzystami, którzy uwielbiają materiał wyjściowy i oznajmię „a teraz się pobawimy”.
Jak dobrałeś tych scenarzystów? Jakie masz nadzieje wobec tego, co wniosą do uniwersum Sandmana?
Zebrałem ich podczas pracy z zespołem redaktorskim Vertigo. Zaproponowano mi kilka nazwisk, ja zaproponowałem kilka nazwisk, przeczytałem kilka próbek i przy niektórych uznaliśmy „tak, to się powinno sprawdzić”. Ale w każdym przypadku starałem się dopasować autora scenariusza do postaci i historii. Przykład może stanowić Nalo, która pisze fantastykę naukową, fantasy, książki historyczne i mieszankę wszystkich tych gatunków, w dodatku zawsze okraszoną karaibskimi i afrykańskimi korzeniami. Dlatego kiedy uznaliśmy, że zajmiemy się Domem Szeptów, umieścimy w nim Erzulie i wykorzystamy te wszystkie wierzenia voodoo, to ja chciałem, żeby pisała to Nalo, bo nie ma nikogo lepszego. Tutaj radość polega na poszukiwaniach najodpowiedniejszej osoby do danego zadania. Z Kat Howard pracuję już od siedmiu czy ośmiu lat przy różnych projektach i zawsze byłem pod dużym wrażeniem. Jej powieści zdobywają coraz większy rozgłos i jest jedną z tych osób, które naprawdę świetnie radzą sobie z magią. Kat potrafi przekonująco pisać o magii ze zręcznością i wprawą, która powoduje, że od razu wiesz, że tego właśnie potrzeba. Rozważaliśmy reboot Ksiąg magii, więc natychmiast zwróciliśmy się do Kat. Ona ma do tego rękę, rozumie magię. To są zdolni i mądrzy scenarzyści, a co najważniejsze – rozumieją obszar, który im wytyczyliśmy. Tak naprawdę to działa jak casting – próbujesz obsadzić scenarzystę. Po Lucyferze, Mike Carey i Holly Black postawili poprzeczkę bardzo wysoko. Ale Dan jest inteligentny i rozważny, on to rozumie. Podejmuje się wyzwania odtworzenia tamtego dzieła.


Sandman to najgłośniejszy tytuł, ale te serie zahaczą również o Księgi magii. Do których aspektów Timothy’ego Huntera i jego uniwersum chciałbyś powrócić?
Najbardziej nie mogę się doczekać samego powrotu do pomysłu i rozpoczęcia go na nowo w 2018 roku. Pomysł Ksiąg magii powstał i został zrealizowany 30 lat temu. Uwielbiałem go i sprawił mi mnóstwo radości. Poprzedzał Harry’ego Pottera, a dwunastoletni, poczochrany okularnik z uczącą czarów sową był takim dziwacznym pomysłem, który staraliśmy się opracowywać na bieżąco. Cieszy mnie ogromnie, że mamy szansę zacząć od początku, bo teraz absolutnie każdy wie, jak taka historia powinna się potoczyć. A my wracamy do punktu wyjścia i zastanawiamy się jak może się rozwinąć, zarówno w lżejszym, jak i mroczniejszym klimacie (powiedział, bardzo ostrożnie ważąc słowa) niż oryginał. Podejście do tego tytułu przypomina mi nieco to, co DC zrobiło z pomysłem na Ziemię-1. Wzięli Flasha, stworzyli Flasha Barry’ego Allena i pozwolili, by Jay Garrick był Flashem Ziemi-2. To będzie nowy Tim Hunter na nowe czasy, a stary Tim Hunter mógł nawet istnieć i być może będzie to miało dla nas jakieś konsekwencje w dalszej perspektywie.

źródło:
http://ew.com/books/2018/03/01/neil-gaiman-sandman-universe-comics/

Neil Gaiman ogłasza nową linię komiksów osadzonych w uniwersum Sandmana

Gaiman zaprasza do komiksowej piaskownicy nowych scenarzystów
za EW
30 lat po rozpoczęciu wydawania oryginalnej serii komiksowej Gaiman zaprasza nowych scenarzystów do kosmicznej piaskownicy. Na linię będą się składały cztery serie podejmujące i rozwijające wątki znane z oryginalnego Sandmana. Gaiman będzie czuwał nad całością, ale za scenariusze i rysunki będzie odpowiadał zupełnie nowy zespół twórców.
Otworzy ją w sierpniu pojedynczy zeszyt specjalny, który przypomni nam aktualną sytuację w królestwie Morfeusza. Wymyśloną przez Gaimana historię w Uniwersum Sandmana #1 napiszą Nalo Hopkinson, Kat Howard, Si Spurrier i Dan Watters, rysunkami zajmie się Bilquis Everly, a okładkę stworzy Jae Lee. Potem każde z czwórki scenarzystów przejmie jedną z serii. Nazwisk rysowników jeszcze nie ogłoszono.


Poza zniknięciem jego władcy i rozpadliną pomiędzy światami, która sięga poza Śnienie okaże się, że jedna z wyśnionych lecz nienapisanych książek w pieczy bibliotekarza Luciena trafi na ziemię, w ręce grupki dzieci. Pojawi się też nowa lokatorka w Domu Szeptów, sąsiadującym z Domem Tajemnic Kaina i Domem Sekretów Abla. Tymczasem Lucyfer upadł ponownie, choć tym razem sam mógł się stać twórcą swojego piekła. A gdzieś w ziemskim Londynie kilkunastoletni Timothy Hunter śni na zmianę sen, że zostanie najpotężniejszym czarodziejem na świecie lub koszmar, że zostanie najgorszym czarnoksiężnikiem.
Nalo Hopkinson będzie autorką Domu Szeptów, opowieści o tym jak bóstwo voodoo Erzulie trafia do Śnienia i tytułowego lokum. Może to mieć coś wspólnego z pogrążoną w śpiączce kobietą imieniem Latoya, którą jej dziewczyna i siostry próbowały uleczyć z pomocą Księgi Szeptów. Po przebudzeniu Latoya cierpi na zespół Cotarda, urojenie polegające na tym, że uważa się za zmarłą – i zaczyna przekonywać o tym innych, ale skłania ich też do strzeżenia między wymiarowego przejścia, które otworzyło się w Śnieniu.
Kat Howard zostanie scenarzystką Ksiąg magii, kontynuujących motyw z mini serii komiksowej z 1990 r. o magicznej edukacji i przeznaczeniu Timothy’ego Huntera.
Si Spurrier stworzy scenariusz do Śnienia, które będzie śledziło losy pobocznych postaci z Sandmana, takich jak bibliotekarz Lucien, kruk Matthew, w królestwie bez władcy.

Dan Watters będzie pisał Lucyfera, w którym tytułowy bohater, ślepy i zubożały mieszka uwięziony w nędznym pensjonacie w cichym miasteczku, z którego nie sposób się wydostać.