Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Księga Cmentarna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Księga Cmentarna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 października 2018

Duchy, strachy i cmentarze: Margaret Atwood pisze o magii Neila Gaimana




Kiedyś podczas dyskusji na jednym z festiwali literackich przeraziłam Neila Gaimana naśladując głos Złej Czarownicy z Zachodu z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”. „I twojego pieska też!” zarechotałam złowieszczo. „Nie, nie! Nie rób tego!” zawołał Neil. Potem wyjaśnił mi, że wiedźma o zielonej twarzy przestraszyła go, gdy miał osiem lat. Proszę bardzo, oto ujawnione zostało źródło literackich inspiracji!

Przyjemność płynąca z przerażenia… Neil Gaiman. Fot. Tim Knox dla Guardiana

Najlepsi twórcy literatury dziecięcej gdzieś w głębi serca wciąż są ośmiolatkami. Wiedzą, co jest przerażające. Pamiętają, jak to jest zanurzyć dłoń w misce pełnej obranych winogron w ciemnym pokoju w halloweenowy wieczór, kiedy powiedziano ci, że to gałki oczne. Rozkoszują się uczuciem przerażenia w muzyce i w opowieściach. Rozumieją zalety strachów wyobrażonych: owszem, to przerażające, ale ostatecznie można się z tym rozprawić, przynajmniej w świecie fikcji.

Gaiman wychował się, jak należy. Czytał mnóstwo książek stosownych do swojego przyszłego powołania i zachował w pamięci zawarte w nich memy i lekcje. Kiedy doradzano mu przejście na słoneczną stronę ulicy, szedł za tą radą – nie pisze tragedii – ale i nie unikał ciemnej strony, bo, jak pamiętnie ujęła to Ursula K. Le Guin: „Tylko w milczeniu słowo, tylko w ciemności światło, tylko w umieraniu życie: jasny jest lot sokoła na pustym niebie.” Czy jak dowiodła Beatrix Potter, wykradanie rzodkiewki z ogródka McGregora to żadna zabawa, jeśli nie ma groźby potrawki z królika. Jak można żyć w pełni, gdy nie ma niebezpieczeństwa, że staniemy się martwi jak przysłowiowa w języku angielskim kołatka? (Choć tę kołatkę trzeba przemyśleć, zważywszy na „Opowieść wigilijną” Dickensa.)

Gaiman to astrologiczny skorpion z bliźniętami na ascendencie i jeśli ktoś wierzy w takie rzeczy – a on najwyraźniej tak, skoro znalazłam jego horoskop w sieci – to wiele wyjaśnia. Skorpionami rządzi Pluton, patron świata poziemnego, a także kanalizacji, bielizny, kryminalnego półświatka i wszystkiego co jest pod. Bliźniętami rządzi Merkury lub Hermes: bóg złodziei, żartów, komunikacji, podróży i sekretów; jest też przewodnikiem dusz w drodze do krainy cieni. Dla większości droga do krainy zmarłych to podróż w jedną stronę, ale Hermes porusza się po niej swobodnie, tak samo jak bohaterowie książek Gaimana, w tym „Księgi cmentarnej”.

Większość z nas odczuwa silną awersję do idei bycia martwym. Bardzo trudno nam wyobrazić sobie, że po prostu przestaniemy istnieć: nawet zdanie „będę nieżywy” zawiera pierwszą osobę. Więc gdzie będzie ta osoba, kiedy nastanie pora „nieżycia”? Przez wieki podawano wiele odpowiedzi na to pytanie: w suchej, zakurzonej krainie podziemia (Mezopotamia), w skomplikowanym, wielokomnatowym życiu-po-życiu, o ile twoje serce przejdzie próbę i okaże się lżejsze od Pióra Prawdy (starożytny Egipt), na usłanych złocieniami ale monotonnych Polach Elizejskich – dostępnych dla greckich bohaterów; w piekle, czyśćcu, raju lub niebie – dla chrześcijan z epoki wczesnego renesansu; na ziemiach zmarłych, po przebyciu trzydniowej drogi (rdzenni mieszkańcy Ameryki Północnej) lub w pomysłowych, gotyckich krainach Tima Burtona, w stylu świata z „Gnijącej Panny młodej” albo radosnej krainie meksykańskiego Dnia Zmarłych z „Coco” wytwórni Pixar.

Ale jest wiele innych możliwości. Można na przykład stać się wampirem: ani żywym ani umarłym. Można zostać ghulem: na swój sposób żyć, ale żywiąc się ciałami zmarłych. Można też zostać duchem: jednocześnie istnieć i nie istnieć, czasem być widocznym, czasem niewidzialnym i często spotykanym na cmentarzach.

Z tej ostatniej ewentualności i obszernego folkloru z nią związanego Gaiman czerpie w „Księdze cmentarnej”. Bohater jego opowieści zaczyna jako niemowlę, które przez okno wydostaje się z domu podczas gdy jego rodzice zostają zamordowani i dociera do pobliskiego cmentarza, gdzie niektóre z duchów rezydentów – pod wpływem ulotnego pojawienia się ducha jego matki – w drodze głosowania postanawiają go zaadoptować. Ponieważ nie znają jego imienia, nazywają go „Nikt” (zdrobniale „Nik”), przypominając nam o podstępie, który wykorzystał przebiegły Ulisses podczas ucieczki przed tymi wścibskimi cyklopami. To bardzo praktyczne, kiedy na pytanie „Kto to?” można odpowiedzieć „Nikt”.

Rzeczony cmentarz jest bardzo stary i składa się z wielu warstw pochodzących z najróżniejszych czasów – celtyckich, rzymskich, wielu stuleci angielskich – więc Nik z nagrobków uczy się różnych rodzajów pisma, a przy okazji poznaje angielską historię dzięki mieszkańcom nekropolii. Próba pójścia do zwyczajnej szkoły kończy się niepowodzeniem – Nik niezupełnie tam pasuje – ale udaje się pokrzyżować plany jego prześladowcom.

Bohaterowie są zwyczajowo kształceni w nietypowy sposób – naucza ich centaur, jak w przypadku Achillesa albo czarodziej, jak króla Artura. Nierzadko mają nieżyjących rodziców i dziwaczne moce, jak Harry Potter.

„Księga cmentarna” to bildungsroman – powieść o kształtowaniu się bohatera – w której niezwykli nauczyciele Nika to duchy, wampir i wikołaczyca, a dziwne moce stanowią nadnaturalne umiejętności przyznane chłopcu przez istoty żyjące (powiedzmy) na cmentarzu.
Sytuację taką spowodował fakt pozbawienia rodziców Nikta życia przez grupę arcywrogów, z których każdy ma na imię Jack choć z innym przydomkiem. Należą do bractwa Jacków Wszelkich Fachów – Jack Matros, Jack Zręczny, Jack Mróz… W kartach “Jack” może być synonimem waleta, którego po angielsku określa się „łotrem” (knave). Tak właśnie jest w „Księdze cmentarnej”, gdzie wszyscy Jackowie są członkami starożytnego i potężnego zakonu, a Nikt jest jednym z legendarnych dzieci naznaczonych przepowiednią – w jego przypadku przepowiednia głosi, że będzie on końcem Jacków. Rozumiecie więc, dlaczego starają się go pozbyć.

Ale kiedy twoim opiekunem jest tak elegancki wampir jak Silas – strzegący granic cmentarza wymazujący wspomnienia, a do tego zdolny poruszać się pomiędzy światami i dzięki temu robić zakupy spożywcze – i kiedy ów wampir ma zastępstwo w postaci wschodnioeuropejskiej wilkołaczycy nazwiskiem pani Lupescu, która jest znakomitym sprzymierzeńcem pomimo upodobania do barszczu, wtedy siły sprzyjające i przeciwne Nikowi stają się bardziej zrównoważone.
Czy Jackom uda się odnaleźć i zamordować Nika zanim dorośnie na tyle, żeby pokrzyżować im szyki? Czy siły Gotyku Dobra zwyciężą siły Gotyku Zła? Czy podczas lektury będziecie się bawić równie dobrze, co ewidentnie Gaiman podczas jej pisania? Oczywiście, że tak! Czy uronicie dyskretnie łzę w czasie makabrela, gdy żyjący ruszają do tańca ręka w rękę ze zmarłymi pod okiem samej Śmierci, ale wampir Silas jest z tego korowodu wykluczony, jako że nie należy ani do jednych ani do drugich? Bez wątpienia.

“Księga cmentarna” to opowieść działająca na wielu poziomach, co jest jedną z największych zalet najlepszej literatury dziecięcej: wciąga ośmiolatki, ale dla starszych czytelników rozbrzmiewa innymi, głębszymi echami. To prawdziwa przyjemność, od początku do początku – bo nasz bohater musi wreszcie zakończyć swoją edukację i ukończywszy śmierć, rozpocząć życie.

piątek, 17 marca 2017

O tłumaczeniach

Neil napisał w poniedziałek 13 marca 2017 r. o 6:01

Drogi Neilu,

Uczę przekładu na Uniwersytenie Notthingham i co roku prowadzę dodatkowe zajęcia z tłumaczeń kulturowych. Jeden tydzień zajęć przeznaczam na wykonanie przez studentów analizy i tłumaczenia zakończenia „Księgi cmentarnej”, ze szczególnym naciskiem na uchwycenie ładunku emocjonalnego, który te strony zawierają.

Większość moich studentów to ludzie dość młodzi (21-25 lat) i pracujący na języki bardzo od angielskiego oddalone (np. chiński, słoweński, rosyjski, arabski) i wielu z nich czuje dużo niepewności dotyczącej tego na co mogą sobie pozwolić, jeśli chodzi o składnię, wybory leksykalne, kolokacje itp. w tłumaczeniach literackich. Najwięcej trudności sprawia piosenka pani Owens, ponieważ próby odwzorowania rytmu i rymów tak, żeby trzymać się możliwie blisko angielskich słów, zwykle kończy się nieporadną rymowanką. Niektórzy decydują się na zastąpienie niektórych zawartych w oryginale obrazów innymi, czego efektem bywają bardzo piękne wiersze, które potrafią przypominać np. chińskie kołysanki, z rymami włącznie, podczas gdy inni tłumaczą praktycznie słowo w słowo, żeby nie ingerować w tekst oryginału.

Wiem, że różni pisarze mają różne zdania na temat tego, co wolno, a;&nbspczego nie wolno tłumaczom: Tolkien był za zachowywaniem oryginalnego brzmienia nazw, Eco wolał zachowanie scen i rytmu, ale niekoniecznie tych samych elementów i odniesień kulturowych, które zastosował. Zastanawiam się, czy mógłbyś dodać swój komentarz. Co powiedziałbyś (albo co mówiłeś) tłumaczowi pracującemu nad twoją twórczością, żeby – jak ująłeś to kiedyś w wywiadzie – sprawić, że pod koniec „Księgi cmentarnej” czytelnikowi „zakręci się łezka w oku”?

Mam nadzieję, że to przeczytasz i że znajdziesz chwilę na odpowiedź, a;&nbspchciałbym również zdradzić, że za każdym razem, kiedy zajmujemy się tym zadaniem, kiedy czytamy opis pożegnania z Nikiem, nagle na sali pojawia się całkiem sporo chusteczek.
Dziękuję za wszystko co robisz, Neil. Twoja praca naprawdę coś znaczy.

Klaus


To znakomite pytanie i nie jestem przekonany, czy można na nie jednoznacznie odpowiedzieć. Nie wydaje mi się, żeby istniały w tej kwestii jasne, sztywne zasady, może raczej zestaw warunków „jeżeli… to…”.

Co do piosenki pani Owens, chciałbym, żeby czytelnik odebrał ją jako kołysankę, jeżeli jest to możliwe do zrobienia w tłumaczeniu. Jeżeli nie, lepiej oddać ją bardziej dosłownie. Chciałbym, żeby czytelnik, niezależnie od swojego rodzimego języka, miał okazję doświadczyć wrażeń możliwie zbliżonych do doświadczenia angielskojęzycznego czytelnika czytającego po angielsku. Metrum nie musi być takie samo jak moje, rymy nie muszą być moimi rymami, ani słowa dokładnie moimi słowami, jeżeli całość jest kołysanką i przekazuje to samo.

(Najtrudniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek miałem do zrobienia jako pisarz – a;&nbspprzynajmniej zadanie, przy którem spędziłem najwięcej czasu nad najmniejszą liczbą słów – to napisanie angielskiego tekstu piosenki do motywu przewodniego z;&nbsp„Księżniczki Mononoke” i do pieśni kobiet Tatara. A nie jestem nawet pewny, czy słowa tej drugiej słychać w filmie. Wyzwanie polegało na tym, żeby oddać japoński tekst po angielsku w sposób umożliwiający zaśpiewanie go w rytm japońskich melodii.)

Zakładam, że tłumacze mają w swoim arsenale potężny zbiór narzędzi do dyspozycji. Niektórzy z;&nbspmoich tłumaczy postanawiali zachować imiona postaci, a;&nbspinni zmieniali tytuły książek (po francusku „Księga cmentarna” to L'Etrange Vie de Nobody Owens – „Osobliwe życie Nika Owensa”); niektórzy zmieniali imiona postaci, zachowując tytuł książki (We francuskim wydaniu „Amerykańskich bogów”, wydanych – we Francji – jako „American Gods” pan Wednesday nosi nazwisko Voyageur [„Wędrowiec”], bo Wednesday, czyli „środa” to po francusku mercredi, a zatem Dzień Merkurego, a nie Odyna).

Nie chciałbym, żeby tłumacze wkraczali pomiędzy czytelnika a książkę. (W jednym z dawnych francuskich wydań „Gwiezdnego pyłu” tłumacz uznał, że książka jest alegorią opartą na „Wędrówce pielgrzyma” Johna Bunyana i dodał przypisy, żeby czytelnik na pewno to zrozumiał.) Nie chcę, żeby tłumaczenie zawierało błędy, które w dobie wyszukiwarek są niewybaczalne. (Ten sam francuski tłumacz myślał – i dodał stosowny przypis – że Unseelie Court [w polskim tłumaczeniu Złowrogi Dwór] to skomplikowana gra słów łącząca znaczenia prefiksu przeczącego un- oraz słów „widzieć” (see) i „kłamać” (lie), a nie część klasyfikacji elfów i wróżek.

Nigdy nie mam nic przeciwko pytaniom od tłumaczy. Czasami po prostu czegoś nie rozumieją, czasami chcą wiedzieć, która część jakiegoś zagadnienia jest dla mnie ważna. Czasami mają pytania, które ujawniają moje wpadki dostrzeżone, bo wczytują się w tekst niezwykle uważnie.

Zakładam, że dla różnych języków i różnych tłumaczy będą rzeczy łatwiejsze i;&nbsptrudniejsze do przetłumaczenia. Gry słów i;&nbspelementy właściwe językowi angielskiemu zawsze będą trudne – tu moja jedyna rada dla tłumaczy to robić, co się da i mieć świadomość, że nie wszystko da się zrobić. Ale jeżeli to możliwe, próbować oddać klimat tego, co starałem się osiągnąć.

Pomogłem?


poniedziałek, 30 czerwca 2014

Dlaczego powinniście obejrzeć „Zimową opowieść” i inne głębokie myśli o różnych rzeczach

Neil napisał we wtorek 11 lutego 2014 r. o 1:12

Wczoraj wieczorem poszedłem zobaczyć Zimową opowieść, ekranizację znakomitej powieści Marka Helprina zrealizowaną przez pisarza (a teraz również reżysera) Akivę Goldsmana.

Po pierwsze, naprawdę bardzo, bardzo mi się podobało. Z obszernej, napisanej z ogromnym rozmachem książki, której akcja rozciąga się na ponad sto lat, Akiva wybrał elementy potrzebne mu do opowiedzenia historii, którą miał to opowiedzenia. Z konieczności zrobił z niej kameralną opowieść. To film fantasy z demonami, aniołami i latającym koniem. Występuje w nim szlachetny włamywacz, piękna umierająca pianistka, absolutnie przerażający Russell Crowe, Will Smith skupiający na sobie całą uwagę widzów jako Lucyfer, a także Nowy Jork w całej swojej okazałości.

Po drugie, przed wizytą w kinie widziałem jakieś trailery. Mówiąc krótko – są złe. Obiecują, że to będzie pewien rodzaj filmu, a wcale tak nie jest. To nie jest tak naprawdę historia miłosna, o pisanej małą literą miłości pomiędzy dwojgiem atrakcyjnych ludzi, którzy chcą się całować, ale może to być historia o Miłości (pisanej wielką literą – o Miłości, o tym kogo i co kochamy, i dlaczego, oraz co się dzieje, gdy ci, których kochamy, umierają).

Jeżeli lubicie fantasy albo Nowy Jork albo realizm magiczny – powinniście ten film obejrzeć. Naprawdę powinniście. (Powinniście również przeczytać książkę. A także powieść Little, Big Johna Crowleya, która ukazała się mniej więcej w tym samym czasie.) Publiczność na pokazie była zachwycona.

Moje jedyne zastrzeżenie, wątpliwość czy zarzut jest następujący:

niedziela, 13 listopada 2011

Klub książki z tylnego siedzenia i sałatka jajeczna

Neil napisał w poniedziałek 24 października 2011 o 14:45

Program ALL THINGS CONSIDERED na antenie Krajowego Radia Publicznego (NPR) zainaugurował działalność klubu książki dla młodych czytelników.



Oczywiście jestem przeszczęśliwy, że jako pierwszą książkę do omawiania wybrali Księgę Cmentarną. Pod tym adresem młodzi czytelnicy mogą zadawać pytania na temat książki, a ja postaram się odpowiedzieć w ten piątek na antenie ALL THINGS CONSIDERED na jak najwięcej z nich.

(Jestem również niezwykle szczęśliwy, że Księga cmentarna wróciła na listę bestsellerów New York Timesa.)

Na rynek trafiło całkiem Dorosłe Wydanie Księgi:



Zdjęcie pożyczyłem ze znakomitego bloga Cat:

(Ci, którym podobają się grafiki, z autografem lub bez, powinni zajrzeć na Neverwear.net – od 1 listopada cena plakatów Molly Crabapple do wiersza Pustynny Wiatr idzie w górę.)

...

Rano udzieliłem wywiadów na temat Simpsonów. Fajnie i dziwnie mi się o tym opowiadało. Na poniższym obrazku ja i sałatka jajeczna z odcinka, w którym się pojawiam. Dlaczego jestem taki zadowolony z tej sałatki jajecznej? Czy wyglądam na zadowolonego? Dlaczego tytuł odcinka to The Book Job? ["Książkowa robota", również gra słów: The Book of Job to Księga Hioba; przed obejrzeniem trudno stwierdzić na ile istotna – przyp. noita]. Dlaczego dodałem na blog w ciągu 12 godzin trzy wpisy, a wcześniej nie odzywałem się przez dwa tygodnie? Czy ktoś naprawi officialgaiman feed na Livejournalu? Dlaczego na WhoSay napisałem, że to sałatka z tuńczykiem, a nie sałatka jajeczna? Czy może mieć to coś wspólnego z jej kolorem?

Neil Gaiman's photo WIll this tuna salad save the world... or destroy it? Find out Nov 20th. A blatant commercial for my appearance on THE SIMPSONS.

niedziela, 7 marca 2010

Dziwne dni

Neil napisał we wtorek 2 marca 2010 o 16:14

Zamierzałem napisać o Świętym Kolumbanie i Świętym Oranie. Czytałem ostatnio dużo starych i niedostępnych już książek Otty F. Swire na temat legend z Hebrydów bez żadnego szczególnego powodu, po prostu podoba mi się jej sposób opowiadania i historie, które przytacza. Opowieści o Oranie i Kolumbanie szczególnie utkwiły mi w głowie. A kiedy wczoraj wieczorem wyprowadzałem psa na spacer, rytm moich kroków zaczął brzmieć jak

"Gdy święty Kolumban dotarł na wyspę Iona..."

I tę część wczorajszej nocy, kiedy nie szukałem błędów w OPOWIADANIACH [Stories] (w zbiorze opowiadań autorstwa najbardziej niesamowitych pisarzy, który redaguję wraz z Alem Sarrantonio - wyjdzie w czerwcu) przeznaczyłem na pisanie wiersza o Oranie i Kolumbanie. Którego nikt nie zamawiał. Zamiast pisać te wszystkie rzeczy, które były zamówione i na które ktoś czeka.

Ale kiedy skończyłem go pisać, czułem się równie zadowolony, jak po skończeniu czegoś, na co wszyscy czekają i niecierpliwie spoglądają na zegarki (albo kalendarze). Drobne przyjemności w życiu pisarza.
...
Jeszcze nie znam wszystkich szczegółów dotyczących moich podróży w marcu. Większość jest już w dziale Gdzie Jest Neil.
Ale tego jeszcze nie ma:
http://www.nzfestival.nzpost.co.nz/writers-and-readers/once-upon-a-time
Margo Lanagan i ja będziemy w Wellington 12 Marca.

Z nowej Zelandii lecę na Filipiny i tak a propos:

Drogi Panie Gaiman,
Byłam niezwykle mile zaskoczona, że znów przyjeżdża Pan na Filipiny.
Jak tylko zobaczyłam plakat reklamujący Pańską wizytę, udałam się do najbliższej księgarni Fully Booked. Moja "wyprawa" tylko zdrowo mnie wkurzyła, proszę wybaczyć takie określenie.
Widzi Pan, sprzedawca w Fully Booked poinformował mnie, że abym mogła zdobyć pana podpis na książce/książkach (a zbieram je od lat, choć część została zniszczona przez Ondoy, huragan, który rok temu nawiedził Manilę. I tak uważam, że mamy szczęście, że przeżyliśmy.) muszę kupić u nich książki warte co najmniej 2000PHP [ok. 125 zł]. Natychmiast odpowiedziałam (biedny sprzedawca, nie chciałam być aż tak dosadna), że "to do bani". Na co on odpowiedział: "{cośtam, cośtam, wciąż nie mogłam się otrząsnąć}... może pani kupić książki za WIĘCEJ, niż 200o PHP." JASNE. Pracuję na pół etatu jako nauczycielka i kończę studia. Rzeczywiście mam mnóstwo pieniędzy do wydawania na CO TYLKO ZECHCĘ.
To zdarzyło się w ubiegłym tygodniu, ale nadal mnie ten wymóg wkurza. Jednak rozumiem, że to biznes. Zawsze trzeba liczyć się z wydatkami i warunkami marketingu itp. Jestem już gotowa powiedzieć sobie "następnym razem". Założenie jest takie: następnym razem będę mieć lepiej płatną pracę i już będę po (albo prawie po) studiach ;P

Mimo wszystko, JESTEM WDZIĘCZNA, że Pan tu przyjeżdża. Jest pan bardzo popularnym pisarzem w
śród Filipińczyków (zwłaszcza młodych {choć ja mam 25 lat, hehe}) i każda pańska wizyta promuje nie tylko czytanie literatury pięknej, ale czytanie w ogóle (co jest WSPANIAŁĄ RZECZĄ). Mocno wierzę, że czytanie jest niezbędne i dlatego właśnie wybrałam kierunek studiów związany z taką edukacją.
Na koniec dodam jeszcze, że JESTEM NIEZWYKLE WDZIĘCZNA, że Pan przyjeżdża, bo to sprawia, że my, skromni filipińscy czytelnicy, czujemy się ważni. Nawet w najśmierszych marzeniach nie spodziewałam się, że Pan nas naprawdę odwiedzi. A przecież był pan u nas już dwa lub trzy razy! To wspaniałe uczucie, kiedy skromni czytelnicy są brani pod uwagę przez autora Pana pokroju. A więc, żeby nie przedłużać: za pisanie, za publikowanie książek, za dzielenie się przemyśleniami i po prostu za Pana...
DZIĘKUJĘ.

Bem


Trochę mnie to zdziwiło, bo początkowo słyszałem, że bilety na spotkania będą losowane. (Ostatnim razem podpisywałem książki w namiocie, trwało to od 16:00 do 1 w nocy, a i tak ponad 2000 osób wróciło do domu z pustymi rękami, więc musieliśmy wymyślić jakiś sposób, żeby to ograniczyć.)
Zapytałem o to Jaimego Diaza z Fully Booked i taką odpowiedź dostałem:

Omawialiśmy organizację tego spotkania z moim zespołem i rozważyliśmy wszystkie możliwości, żeby znaleźć najlepsze wyjście. Ponieważ będziesz podpisywał książki tylko podczas jednego spotkania (i ustaliliśmy limit 500 osób) uznaliśmy, że najlepiej będzie przyznać bilety osobom, które zakupią Twoje książki za określoną kwotę. W ten sposób każdy, kto kupi Twoje książki będzie miał szansę dostać autograf. Byłoby idealnie, gdyby szansę na podpis mógł mieć każdy, ale wszyscy wiemy, że
wtedy przyszłyby dosłownie tysiące ludzi i wielu z nich byłoby zawiedzionych nie otrzymawszy autografu. Podczas wieczoru rozdania nagród, 17 marca, w Rockwell Tent, Fully Booked rozlosuje wśród uczestników imprezy jeszcze 100 biletów na podpisywanie, a wstęp jest bezpłatny.

To jego decyzja. Bo to jego impreza.

Po Filipinach polecę do Polski, gdzie też będę podpisywał książki.

W Poniedziałek 22 marca w Warszawie, Empik Junior, ul. Marszałkowska 17:00-17:40 - spotkanie z autorem 18:00 - podpisywanie książek

A stamtąd ruszam do Moskwy. O ile uda mi się dostać wizę, rzecz jasna. To moja pierwsza podróż do Rosji i będę podpisywał książki gdzieś w Moskwie 24 lub 25 marca. Jak tylko będę znał szczegóły, napiszę o tym tutaj.

Dalsze szczegóły na temat tego wydarzenia też się tu znajdą, jak tylko je poznamy, a na razie wiadomo, że w okolicach 17 kwietnia w Chicago odbędzie się Wieczór z Neilem Gaimanem, pierwsze tego typu spotkanie od czasu, gdy dziesięć lat temu pojechałem w trasę Last Angel Tour na rzecz CBLDF.

Drogi Panie Gaiman.
Chciałem tylko napisać, że otrzymałem dziś swój egzemplarz limitowanej edycji "Nigdziebądź". Harper Collins spisało się znakomicie. Chciałem podziękować Panu i wydawnictwu Harper Collins za to, że dzięki Wam ta książka powstała. Zajmie zaszczytne miejsce obok innych moich książek Gaimana z autografem autora.
Jeszcze raz dziękuję.
Sean


Cześć, Neil. Chciałem bardzo pochwalić Twojego wydawcę. Jennifer Brehl przeszła samą siebie, kiedy skontaktowałem się z nią w sprawie mojego egzemplarza limitowanego wydania "Nigdziebądź". Zamówienie złożyłem jeszcze w Hill House i rok temu wysłałem mój nowy adres do Harper Collins, ale mój pajęczy zmysł podpowiadał mi, że mimo wszystko mógł on nie trafić do bazy danych. I miałem rację. Jennifer skontaktowała się ze mną natychmiast po moim wczorajszym telefonie i obiecała upewnić się, że książka na pewno do mnie dotrze. Otacza się pan naprawdę wspaniałymi ludźmi.
PS: Nie mogę się doczekać, aż będę mógł ponownie przeczytać "Nigdziebądź!"


OGROMNIE się cieszę. Jennifer Brehl, mój wydawca z Harper Collins, dokonała cudów, żeby te książki w końcu powstały i żeby uszczęśliwić osoby, które je zamówiły w nieistniejącym już wydawnictwie Hill House. Nie wiem, czy udało jej się uszczęśliwić wszystkich, ale i tak dokonała niemożliwego.

Neil,
Nie wiem czy znasz Wila Wheatona albo serial "Big Bang Theory" ["Teoria wielkiego podrywu"], ale podejrzewam, że tak. W każdym razie, natrafiłem na blogu Wila na wpis (link poniżej), w którym pojawiły się zeszyty "Sandmana". U mnie wywołał on uśmiech, mam nadzieję, że tak samo będzie w Twoim przypadku.
Josh
http://wilwheaton.typepad.com/wwdnbackup/2010/02/the-cooperhofstadter-coffee-table-proof.html


Widziałem. Maddy i ja uwielbiamy Big Bang Theory, a egzemplarze Sandmana zauważyłem już wcześniej (tak samo jak tomy Absolute Sandman w sypialni Leonarda, co oznacza, że Johnny Galecki grał postaci czytelników Sandmana od 1992 roku. Co stanowi swego rodzaju rekord, zważywszy, że nawet nie znam innych aktorów grających czytelników Sandmana).
[fanem Sandmana był też grany przez Galeckiego bohater serialu Roseanne - przyp. noita]

Autorka jednej z moich ulubionych stron (bakerella) zrobiła koralinowe ciasteczka! Są przeurocze. Nie mam niestety tyle cierpliwości, co ona.
http://www.bakerella.com/coraline-cookies/


Wyglądają wspaniale.

Cześć.
Jako osoba, która śledzi twojego twittera, zastanawiałem się któregoś dnia, czy twoim zdaniem twitter i inne bezcelowe internetowe zajęcia sprawiają, że jesteś mniej produktywnym pisarzem? Czy myślisz, że byłeś bardziej produktywny w latach 80. i na początku lat 90., kiedy o internecie jeszcze mało kto słyszał? A może internet pomaga w pisaniu, bo np. ułatwia wyszukiwanie informacji?
Jestem po prostu ciekawy
Ryan Long


Nie jestem pewien. Trudniej teraz znaleźć czas na cokolwiek, ale ma to mniej wspólnego z twitterem i tego typu rzeczami (które i tak robi się w przerwach pomiędzy innymi zajęciami), a znacznie więcej np. z ilością e-maili, które dostaję. Kiedyś odpowiadanie na dzienną porcję poczty zajmowało mi rano 45 minut, potem miałem 45 minut na pisanie bloga, a potem mój dzień zaczynał się na dobre. Teraz mogę wstać, zacząć odpowiadać na e-maile i zanim się obejrzę - minie pół dnia, a do końca jeszcze daleko. Tęsknie za dniami, kiedy znajomi przysyłali mi powieści, a ja mogłem po prostu usiąść i je przeczytać. Teraz przychodzą one do mnie jako załączniki, a ja, udręczony, mam dobre chęci, ale nie udaje mi się ich przeczytać.

Chcę przetłumaczyć/zaadaptować twoją książkę "Nigdziebądź" na rosyjski i umiejscowić jej akcję w moskiewskim metrze. Próbowałem się skontaktować z twoją agentką i asystentką, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Jakie zasady obowiązują w przypadku adaptacji w obcym języku?
Mogę się tym zająć?
Z góry dziękuję.
Pozdrawiam.


Obawiam się, że "Nigdziebądź" już zostało w Rosji wydane i ktoś już kupił prawa do tłumaczenia i publikacji. http://www.neilgaiman.com/works/Books/Neverwhere/ed/313/ to najnowsze rosyjskie wydanie.

Wygląda na to, że chciałbyś zrobić z tym coś kreatywnego, może powinieneś zamiast tego napisać własną książkę i umieścić akcje w Moskwie. Tak?

Cześć,
Któregoś dnia natrafiłem na twój blog i zobaczyłem zdjęcia twojego psa.
Tego typu zdjęcia zawsze mnie wzruszają, bo przypominają mi mojego.
Choć nieco poirytował mnie fakt, że nazywasz go białym owczarkiem "niemieckim". Twój pies to tak naprawdę biały owczarek szwajcarski.
Poza tym, że są białe, są one także inaczej zbudowane (wystarczy porównać tylne łapy/postawę).
Muszę też przyznać, że nie jestem właściwie twoim "fanem", ale tylko dlatego, że od 20 lat nie zdarzyło mi się przeczytać książki dla przyjemności. Doceniam jednak twój kunszt, a to, że pewna Kate jest tobą bardzo zainteresowana ma dla mnie duże znaczenie, więc - tak trzymaj!
Pozdrawiam,
Ydo


No dobrze. (Do przypadkowych czytelników: jeśli nie interesujecie się szczególnie rasami psów, proszę ominąć poniższy fragment. Naprawdę.)

Zgodnie ze wszystkim, co przeczytałem (głównie w sieci, więc należy to traktować z pewną dozą ostrożności) biały owczarek szwajcarski/berger blanc (rasa nazwana w 1992) to właściwie ta sama rasa, co biały owczarek amerykańsko-kanadyjski, biały owczarek alzacki, biały owczarek niemiecki, Weisse Schäferhund czy każda inna odmiana owczarka niemieckiego z genem warunkującym biały kolor sierści.

Początkowo niektóre owczarki niemieckie były białe. To gen. Mają to we krwi. A potem (za Wikipedią):
Biała sierść dyskwalifikowała psy według standardów niemieckiego Klubu Owczarków Niemieckich ustalonych w 1933 roku, po przejęciu klubu przez władze partii nazistowskiej, która przejęła wówczas kontrolę nad wszystkimi aspektami życia społecznego po ogłoszeniu przez Hitlera w lutym 1933 roku "dekretu o ochronie narodu i państwa". Niemieckie standardy hodowli pozostały niezmienione, gdy niemieccy hodowcy zajęli się po zakończeniu drugiej wojny światowej rozmnażaniem rasy.
Nie jest to elegancki tekst, ale fakty się zgadzają. (Tu inny artykuł.) A wprowadzone pod rządami nazistów zasady hodowli rozprzestrzeniły się na cały świat i spowodowały, że białe owczarki przestały być uważane za prawdziwe owczarki niemieckie, czyli musiały być inną rasą, dlatego w 1992 Szwajcarzy uznali je oficjalnie za oddzielną rasę. Tutaj jest oficjalna strona rasy Berger Blanc Suisse i standardy hodowli: http://www.berger-blanc-international.com/english/standard347.htm A jak dowiadujemy się ze strony http://www.wgsdca.org/thebreed/wgsdvsws.asp, na niektórych wystawach można wybrać, czy wystawia się psa jako białego owczarka, czy białego owczarka niemieckiego. (Przynajmniej tak mi się wydaje. Nigdy nie brałem udziału w wystawie psów.)

Z tego, co wiem na temat przodków Cabala (niewiele) jest on z odmiany białych owczarków amerykańsko-kanadyjskich, które pochodzą z długiej linii białych owczarków niemieckich, a żadej z nich nie został przywieziony ze Szwajcarii czy od hodowców Berger Blanc po roku 1992, więc nie sądzę, żeby zasługiwał na miano "szwajcarskiego".

Osobiście uważam, że dzielenie psów na rasy według koloru sierści jest bardzo dziwne. To tak jakby ktoś nagle stwierdził, że brązowe pudle to inna rasa, niż czarne pudle i tak naprawdę są to Pudle Brązowe.

A przy tej okazji zareklamuję stronę http://www.echodogs.org/dogs.htm, która pomaga znajdować domy Białym Owczarkom (Jakimś) oraz http://www.petfinder.com, która szuka domów dla różnych zwierząt, a jeśli ktoś spośród czytelników potrzebuje zwierzaka, powinien najpierw odwiedzić najbliższe schronisko. W waszej okolicy może być jakaś żywa istota, która potrzebuje nowego domu.

Panie Neil?
Czy jeśli z jakiegoś nieznanego i przerażającego powodu przestanie pan prowadzić blog, czy mógłby pan wydać go od początku w formie książkowej, żebym mogła czytać go do poduszki?
Wiem, że linki będą do niczego, ale od dawna mam zamiar przeczytać blog od początku, a nie moge się do tego zabrać na komputerze.
To tylko taki pomysł.
Pozdrawiam serdecznie,
Maggie (MotleyHippie)
x


Oczywiście. Choć warto wspomnieć, że pierwsze 50 tysięcy słów na tym blogu - część dotycząca "Amerykańskich bogów" - została opublikowana jako książka "Adventures in the Dream Trade", znalazło się tam też kilka napisanych przeze mnie wstępów itp: http://www.nesfa.org/press/Books/Gaiman.html

...
I na koniec - naprawdę przepiękna okładka chińskiego wydania "Księgi cmentarnej".


czwartek, 26 lutego 2009

Śmierć, Macki i Pip

Neil napisał w środę 25 lutego 2009 o 6:01

Pewnie myśleliście, że już po mnie. Przynajmniej ci z was, którzy nie spojrzeli na okienko Twittera z boku strony. A nawet jeśli spojrzli, to mogłem przecież być Martwy lecz Wciąż Twitterujący. Takie coś mogłoby się zdarzyć i pewnie się zdarza.

Ale nie jestem martwy. Nie jestem nawet chory. Jestem w domu, wróciłem wczoraj po południu. Sześć tygodni szalonej eskapady dobiegło końca i ponieważ wczoraj położyłem się przed dziewiątą, to dziś o szóstej rano jestem na nogach, złapałem za komputer i piszę bloga w łóżku, w ciemności.

(Pies Cabal bardzo się ucieszył na mój widok. Po operacji stan zdrowia poprawił mu się o 90%: co prawda jeszcze przez 10 dni nie wolno mu wchodzić i schodzić po schodach [więc nadal śpię w prowizorycznym łóżku na dole], ale wolno mu biegać i ma - po raz pierwszy w historii - apetyt, jak każdy normalny pies i nawet przybyło mu parę kilo. Przypomina teraz bardziej białego owczarka niemieckiego,  a mniej dużego, białego charta.)

Ja też ucieszyłem się na jego widok. Oto uśmiechnięte zdjęcie z powitania...

Po raz ostatni dawałem znaki życia z hoteliku w krainie szkockich gór i wysp, podczas tajemniczej wyprawy. (Najlepszą jej część stanowiło karmienie frytkami mew na małej szkockiej przystani.)

Potem pojechałem do Inverness i stamtąd poleciałem do Londynu, gdzie zobaczyłem się z Holly, posiedziałem w hotelowej bibliotece, żeby trochę popisać, spotkałem się ze znajomymi, wziąłem udział w kilku spotkaniach związanych z filmami, telewizją i książkami, zjadłem jeszcze więcej ryby z frytkami, piłem herbatę i ostatecznie mając do wyboru spotkanie z Dave'em McKeanem, którego nie widziałem od Halloween, oraz pójściem na brytyjska premierę "Strażników" zjadłem w towarzystwie Dave'a przemiły obiad, a do znajomych, którzy poszli na premierę dołączyłem później. Ale po wysłuchaniu ich wrażeń mam nieco większą ochotę iść do kina.

(A mój przyjaciel Duncan Jones pokazał mi swój najnowszy film - "Moon" i wkrótce o nim tu napiszę. Ten film to kawał prawdziwego science-fiction, juz takich nie robią.)

Zobaczmy. Zdobyta przez "Księgę cmentarną" nagroda Newberry nadal czyni cuda. Do księgarń trafiają egzemplarze ze złotą taklejką-medalem na okładce, a książka sprzedaje się jak (miałem zamiar powiedzieć "ciepłe bułeczki", ale szczerze mówiąc w życiu nie słyszałem, żeby ktoś pytał "czy te bułeczki sa ciepłe? W takim razie biorę wszystkie!") [nasze "ciepłe" lub "świeże" bułeczki po angielsku są "ciastkami", zdaniem Neila ciastek najwyraźniej nie kupuje się na ciepło ;) przyp.noita] a jej recenzje pojawiają się tak, gdzie nie nie była opisywana przed otrzymaniem nagrody.

W napisanej przez Gaimana opowieści o duchach dreszczyku strachu i emocji nie brakuje, ale to nie wszystko. Historia jest wielowymiarowa, złożona, o ogromnej warości literackiej. Gaiman stara się dodać czytelnikom otuchy i zapewnić ich, że człowiek może dostastać w nawet najbardziej złowrogich okolicznościach i że zawsze istnieje możliwość zmiany na lepsze. I jak we wszystkich wartościowych opowieściach o dorastaniu, zakończenie stanowi jednocześnie początek nowego.
The Chicago Tribune,
...łaczy realistyczne dialogi z fantastycznymi możliwościami w opowieści, która nie opiera się na podanej w atrakcyjnej formie przemocy, ale na myśli, że szczęście może pojawić się w życiu każdego. Czytajcie więc powoli, bo jest to książka naprawdę znakomita. Zdaniem wielu dorosłych czytalników, niezależnie od tego, czy mają dzieci, jest frapująca.
Poleca ją redakcja "New York Times", ale nie "The Boston Globe", który opublikował pierwszą znaną mi recenzję książki zgodną z mottem zająca Tuptusia [z filmu "Bambi" - przyp.noita] "jeżeli nie możesz powiedzieć o kimś czegoś dobrego, lepiej nie mów nic". W całości brzmi ona:

Uważam, że książka jest dosłownie i w przenośni straszna, a ponieważ podziwiam i szanuję literacki geniusz Gaimana, to na tym zakończę.

... co skłoniło mnie do rozważań jak coś może być straszne w przenośni. ("To było straszne. Tak w przenośni!) i doszedłęm do wniosku, że Liz Rosenberg użyła tego słowa chociaż tak naprawdę chodziło jej o to, że książka była straszna w kilku znaczeniach tego słowa (tzn. pełno w niej martwych rzeczy oraz nie spodobała jej isę ani trochę). No cóż. Mam nadzieję, że spodoba jej się moja kolejna książka, cokolwiek to będzie.

A właśnie. Jak mi powiedziano, twa właśnie drukowanie książki "Kto Zabił Amandę Palmer" i już wkrótce powinna ona ujrzeć światło dzienne. (Tutaj informacje na temat zamawiania.)

A oto krótkie opowiadanie z owej książki. Wszystkie opowiadania są króciutkie i bardzo się różnią między sobą, ale w każdym z nich Amanda ginie. To jest bajką. Zaczyna się około 2:19.


(Tutaj można zobaczyć zdjęcie, które pokazuje Amanda. A jeżeli chcielibyście dowiedzieć się jak to spotaknie wyglądało od frontu, tu znajdziecie zdjęcia oraz jeszcze więcej zdjęć. A także relację z jej koncertu w Sugar Club. Mam zmierzwione włosy. Kto by pomyślał?)
...

Dobrze, a teraz przejdźmy do "Koraliny"



Przewidywano, że wtym tygodniu trafi na 3. miejsce. Ale pod koniec weekendu znalazła się na 2. Gdyby nie fakt, że na nasze miejsce na ekrany 3D trafią w piątek Jonas Brothers, polałby się szampan.

Dobrze. Czas pozamykać rozdziały związane z "Koraliną".

Tutaj znajduje się świetny artykuł na temat projektantów komputerowych modeli do "Koraliny", które były następnie wykonywane za pomocą trójwymiarowej drukarki, co pozwoliło zaoszczędzić około czterech lat pracy rzeźbiarskiej. (Czy jeśli naciskasz klawisz i coś powstaje, to wciąż nazywamy to efektami specjalnymi?). Wywiad ze mną i Henrym Selickiem.

Więcej na temat śnieżnych kul z zoo w Detroit. Artykuł na temat Phila Knighta i promocji "Koraliny". Recenzja, która mi się spodobała. Recenzje z "Christianity Today", "Catholic News Service" i "Episcopal Life" są rozsądne i pochlebne. Wciąż czekamy na recenzję na Capalert. (ale oni uznali przecież film "Lew, Czarownica i stara szafa" za niebezpieczny dla dzieci.)

Recenzję "Koraliny" zamieścił "New Yorker". Mike Baker wydobył bardzo starą okładkę tej książki. Tutaj znajduje się plik pdf z instrukcją, jak zrobić na drutach sweter Koraliny.

Irene Gallo zaczęła zbierać na blogu (http://igallo.blogspot.com/) linki do stron związanych z projektowaniem i animacją w "Koralinie". A prace Chrisa Turnhama na http://christurnham.blogspot.com/ są wspaniałe. Stef Choi właśnie zamieścił trochę rysunków na http://stefchoi.blogspot.com/(Powtórzę, że bardzo chciałbym zobaczyć książkę poświęconą artystom związanym z "Koraliną" i ich pracom. W swoim przewodniku do filmowej "Koraliny" Steve Jones musiał ograniczyć się do informacji i materiałów, które dostaczyło mu studio Laika. Teraz, kiedy nikt już nie pracuje w morderczym tempie nad ukończeniem filmu na czas, wspaniale byłoby udokumentować cały przebieg procesu tworzenia wizualnej strony filmu.)
...

Na kuchennym stole czekało na mnie wiele cudownych rzeczy. Spróbuję zrobić zdjęcie. Czekał na mnie egzemplarz magazynu "The Lifted Brow", a także DVD "American Scary". (Pierwsze dziesięć minut można obejrzeć na http://www.youtube.com/watch?v=ukvJYs4Kq_k)

Pisałem tutaj już kilkakrotnie o Juliem Schwartzu. Przeczytajcie to. Jest cudowne, w każdym znaczeniu tego słowa.

Tydzień od 1-7 marca jest Tygodniem Willa Eisnera. Jak dowiadujemy się ze strony http://www.cbldf.org/pr/archives/000386.shtml

Tydzień Willa Eisnera ma być okazją do nieustającego promowania czytelnictwa powieści graficznych, walki o wolność słowa oraz przedstawienia dorobku samego Eisnera szerokiej publiczności. Pierwsza edycja planowanej jako coroczna akcji nosi tytuł "The Spirit of A Legend" ["Duch Legendy"] i będzie dotyczyć kluczowego komiksu Eisnera - "Spirit", a także tkwiącego w jego pracach ducha, który inspirował pokolenia czytelników i artystów komiksowych. Będzie to temat przewodni obchodów w College of Art and Design w Minneapolis, College of Art and Design w Savannah, a także w Nowym Jorku. Oprócz organizowanych imprez, na stronie WillEisnerWeek.com znajdą Państwo różnorodne materiały i związane z tematem opracowania naukowe.

I na koniec...

W sobotę 7 marca w księgarni Books of Wonder na Manhattanie będziemy z Chrlesem Vessem podpisywać ksiązki. Spotkanie rozpocznie się o 13.00. Przeczytam "Blueberry girl" (nie jest długa.Może przeczytam ją dwa razy, albo będę czytał barrrrdzo powooooli, a Charles przygotuje wystawę obrazów i będą też reprodukcje do kupienia. Potem będziemy odpowiadać na pytania i powinno być fajnie.  Bałem się, że miejsca będzie za mało, ale Peter z Books of Wonder zapewnił mnie, że od kiedy byłem tam po raz ostatni przenieśli się do nowej siedziby i organizowali spotkanie z J.K. Rowling, więc bez problemu poradzą sobie z ilością ludzi, jaka może się pojawić. A zatem hurra, przybywajcie! Część zysków zostanie przekazana na konto fundacji RAINN (z którą TOri Amos współpracuje - przyp.noita), bo napisałem "Blueberry girl" dla Tori i jej wtedy-jeszcze-nienarodzonej-córki i chyba właśnie tak należy postąpić.

środa, 22 października 2008

Ethel the Aardvark prowadzi sondę dotyczacą jakości

Neil napisał 15. października

Jestem trochę rozkojarzony po zmianie stref czasowych, więc teraz moja głowa jest niczym babeczka. Wszystko jest niewyraźne, a większość rozmów kończę, mówiąc „Może powinieneś wysłać mi maila, żeby powiedzieć, że o tym rozmawialiśmy”. Właściwie to normalne, jak sądzę. Jedynym lekarstwem jest odpoczynek, odsypianie i może wyjście z psem przez dzień czy dwa.

Ranking ruszył i „Księga cmentarna” faktycznie jest Numerem Jeden. Kiedy to pisałem, Elise’a, moja edytorka, zadzwoniła do mnie, żeby mi powiedzieć, że już drugi tydzień jest na szczycie. To prawdziwe osiągnięcie, biorąc pod uwagę to, że podobno bardzo ciężko ją znaleźć. Oto moja ulubiona historyjka o jej poszukiwaniu http://folkchick3.livejournal.com/380582.html, która zmienia się w coś podobnego do tego:



(Nie ma obrazu, ale oto audio i kilka zdjęć)

A to ponury lament z Melbourne…

Hej Neil,

Uważam, że reakcja księgarni w Australii na zapowiadane wydanie „Księgi cmentarnej”, 1. listopada, jest totalnym niewypałem.

Mieszkam w Melbourne i pytałem w każdym sklepie CBD w okolicy , gdy zaczęła się zbliżać data wydania, mając nadzieję, że może gdzieś zmówiono już jakieś egzemplarze. Okazało się, że większość dużych sieci zdaje się o niczym nie wiedzieć ewentualnie nie przejmują się datą publikacji.

Zdziwiło mnie to, bo myślałem raczej, że po twojej ubiegłorocznej wizycie „Księga cmentarna” będzie zdecydowanie lepiej wypromowana.

Borders, najbliższa księgarnia w Melbourne postarała się tylko o pięć egzemplarzy!
Biorąc pod uwagę, że mam zamiar kupić więcej niż jedno wydanie, martwię się o mnie i mojego kumpla Assiego – fanów, którzy zostali zmuszeni czekać dodatkowy miesiąc na dotarcie „Księgi cmentarnej” na Antypody.

Żałuję, że Melbourne nie ma swojego Kinokuyniya tak jak Singapur, albo nawet Sydney (co, jako mieszkańcowi Melbourne, ciężko mi było przyznać).

Pozdrowienia,
Daniel

Hmmm. Mówiąc jako autor tej kwestionowanej książki...

Myślę, że najlepszą opcją będzie zadzwonienie do księgarni i zarezerwowanie sobie jednego wydania, jeśli je mają. Australijscy wydawcy Allen i Unwin będą mieli w Sydney mnóstwo egzemplarzy, które będą rozprowadzać i jeśli księgarnia wysprzeda jedną partię to (miejmy nadzieję) zamówi następną, która zostanie dostarczona superszybko. To nie tak, że książki będą płynęły do Melbourne statkiem z Anglii.

Jeszcze innym możliwym powodem tego australijskiego problemu z kupieniem „Księgi” (poza tym, że trzeba zaczekać aż tam dotrze) jest to, że możliwe, że należy zapytać o dwa różne wydania (ISBNS): edycja dla dzieci: http://www.allenandunwin.com/default.aspx?page=94&book=9780747569015, która zostanie opublikowana w listopadzie oraz wersja dla dorosłych http://www.allenandunwin.com/default.aspx?page=94&book=9780747596837, która, według informacji ze strony, wychodzi dopiero w grudniu.

Powiedziano mi, że Borders w USA zauważyło duży popyt na „Księgę cmentarną”, pomimo problemów z jej znalezieniem, dlatego teraz planuje przerzucić część nakładu na przód sklepu, żeby łatwiej było je odnaleźć. Co napełnia moje serce miłością do Borders.

A moje serce jest już pełne miłości do niezależnych sklepów z całego świata, które umieściły ksiązki, gdzie tylko chciały i dla ludzi z wielkich sieciowych sklepów, którzy, ignorując polecenia szefostwa, układają je w stosy przy wejściu.

Sugeruję księgarzom, żeby, jeśli pracują w sklepach mających sezonowe wystawy, zrobili taką ekspozycję „Księgi cmentarnej”. Co sprawi, że więcej książek będzie łatwo dostępnych. Poza tym, nadchodzi Hallowe'en i, jeśli macie specjalną Hallowe'en’ową ofertę dla dzieci i dorosłych upewnijcie się, że jest w nich “Księga cmentarna”.

Słyszałem od kilku indywidualnych sklepikarzy, że kładą dodatkowe wydania książki tam, gdzie według nich powinny się znaleźć. To nie jest coś, co bym polecał, przede wszystkim dlatego że może spowodować zamieszanie wśród pracowników odsyłających klientów, do miejsc, gdzie wedle komputerów można je znaleźć.

Z drugiej strony eksponowanie książek, które lubisz (albo które zostały napisane przez twoich przyjaciół), to coś, za co żaden sąd cię nie ukarze.

...

William Gibson ma kolekcję torebek sygnowaną jego nazwiskiem! (To zabawne. Nie chcę, żeby nazwali moim nazwiskiem kolekcję torebek, co tak jakby niweluje czynnik zazdrości, ale gdyby to była seria wiecznych piór Williama Gibsona, byłbym zielony z zazdrości. Jeśli chcielibyście stworzyć kolekcję wiecznych piór Neila Gaimana, to możecie na mnie liczyć. Jeśli będą fajne.)

William Carlos Williams był złym współlokatorem.

Moja asystentka Lorraine znalazła dom dla dwóch bengalskich kotów, którymi się opiekowała. Teraz będzie wychowywać "F1" wśród kotów, na pół azjatyckiego leoparda na pół udomowionego mruczka. Życzę powodzenia...

A to mnie uszczęśliwiło, też jak podejrzewam z Australii:

Doberek Neil.

Dziękuję ci. Gdybyś nie wspomniał o jej wpływach na „Księgę cmentarną” nigdy nie przeczytałbym wspaniałej „Księgi dżungli” Kiplinga (a potem „Drugiej księgi dżungli”, która według mnie jest nawet lepsza).

Nigdy nie podejrzewałem, że są one równie dobrze napisane i zabawne jak inne krótsze dzieła Kiplinga (chociażby „Mężczyzna, który mógłby być królem” czy „Proste jak abecadło”). Walt Disney zbyt lekko potraktował tę historię (niespodzianka, niespodzianka), co zniechęciło mnie do jej przeczytania na dobre 30 lat. Kiedy go wreszcie odmrożą, będzie musiał za wiele odpowiedzieć ;-)

Więc jeszcze raz dzięki. Już cieszę się na lekturę „Księgi cmentarnej”, czekam jedynie na jej nadejście pocztą.

Steve

....

I wreszcie, przypomniał mi się artykuł z Onion sprzed prawie ośmiu lat, dlatego zastanawiałem się jak się dziś trzyma...

A ma się lepiej niż oczekiwałem. http://www.theonion.com/content/node/28784

...

PS: Wg Reutersa, Bloomsbury ma się dobrze w czasie kryzysu kredytowego, a "Ostatnio wydane przez Heston Blumenthal, książki JK Rowling i Neial Gaimana zdobyły popularność." Czy jest coś, co łączy dwie z trzech wspomnianych tam jesiennych książek (czy też ich autorów)?

wtorek, 7 października 2008

W Boulder, w Colorado

Rzeczywiście spałem w samolocie...

Pomyślmy...

Słyszałem o liczbach związanych ze sprzedażą „Księgi Cmentarnej” w pierwszym tygodniu, a są one zawrotne i cudowne. To dobrze. Poza tym dostaję mnóstwo maili od ludzi, którzy po prostu nie mogą jej znaleźć – księgarnie jej nie mają, dopiero zamawiają albo okazuje się, że jakiś jeden egzemplarz tajemniczo został wrzucony pod hasłem ‘wędkarstwo muchowe’. To nie jest dobre.

Niektóre księgarnie Barnes and Nobles prawidłowo ją wystawiły, umieściły w 'Nowościach' itd. Wiele niestety nie. Borders ma natomiast problemy – słyszałem od managerów Borders, że otrzymali tylko niewielką część swojego zamówienia i ciężko im zamówić więcej.

(Słyszałem także o wersjach źle złożonych, z zagubionymi stronami lub z powtarzającymi się sygnaturami: była źle wydrukowana, strony 248-217 są w odwrotnej kolejności (to jest powodem, dla którego tak to napisałem), do góry nogami i obcięte, jednym słowem wszystko najgorsze, co mogło się zdarzyć podczas drukowania książki, właśnie się wydarzyło - westchnieniem skwitował jeden z korespondentów, strony 217-248 nie wydrukowały się, a w ich miejsce są zdublowane strony 249-280. Mam nadzieję, ze to wyrwa w czasoprzestrzennym kontinuum, jednakże czytelnicy powinny dwa razy sprawdzić, czy u nich te strony są, a także inne rzeczy. Dlatego weź swoją książkę i jeśli jest źle wydrukowana, wymień ją w księgarni na prawidłowy egzemplarz. (Jeśli posiadasz podpisaną książkę, która jest źle wydrukowana, zrobię wszystko, co w mojej mocy żebyś otrzymał dobry, podpisany egzemplarz.)

Recenzja z Tor.com „Księgi Cmentarnej”, którą przeczytałem i do której chciałem zalinkować (jako pierwszy krytyczny artykuł online, który nie jest tylko zbiorem luźnych spostrzeżeń i pochlebnych opinii) oraz kilka słów na bookslut.


Artykuł Terry’ego Pratchett’a w Daily Mail. Ciężki, ale warty uwagi.

To, co jest potrzebne to wola i determinacja. Pierwszym krokiem jest otwarcie mówić o demencji, ponieważ zakorzenionym w tradycji faktem jest, że jeśli chcemy zabić demona, to przede wszystkim musimy go nazwać.

W momencie, w którym rozpoznaliśmy już demona, bez ukrywania niczego i żalu, możemy odnaleźć jego słabe strony.

Niestety jeden z najlepszych mieczy do zabijania takich potworów jak ten jest zrobiony ze złota – z dużej ilości złota.

Te dni nazywamy tworzeniem. Wierzę, że dzień inicjujący bitwę z Alzheimerem nastąpi w krótkim czasie i wszystkie te rzeczy, które usłyszałem od ekspertów, nie zawsze oficjalnie, wzmacniają to przeświadczenie.

To choroba o podłożu fizycznym, nie jakaś mistyczna klątwa; zatem upadnie pod naporem kuracji medycznej. Jest czas aby zabić demona nim dorośnie.

Recenzja „Księgi Cmentarnej” w wersji audio na Audiofile: http://www.audiofilemagazine.com/reviews/showreview_pub.cfm?Num=39534

Ups. Jestem spóźniony. Czas podpisać książki dla Boulder.

czwartek, 2 października 2008

Dlaczego Stephin Merritt chce zniszczyć świat...

To lekko przerażające. Filmik z poprzedniej nocy jest już zamieszczony, zanim zdążyłem napisać cokolwiek na temat wydarzenia, w czasie którego został nagrany (tego ranka spałem w samolocie), więc możecie zobaczyć jak czytam Rozdział Drugi na:


http://mousecircus.com/videotour.aspx?VideoID=2




Widziałam Cię wczoraj w Nowym Jorku, gdy czytałeś pierwszy rozdział swojej nowej książki. Nie, nie jestem dziewczyną, którą przytuliłeś. Oglądałam Cię z góry i to było świetne. Nie czytałam jeszcze wszystkich twoich opowiadań, ale mam nadzieje, że dalej będziesz pisał, bo jest to dla nas wszystkich inspiracją. Wróć kiedyś do Nowego Jorku, ale nie idź do Beauty Bar. Myślę, że jesteś zbyt spoko, żeby chodzić do takich pretensjonalnych miejsc, cosmo i pedicure? Lol… dobrej zabawy na trasie!


Więc taki jest Beauty Bar? Sądziłem, że to fajne miejsce, bo Stephin Merritt pracuje tam jako DJ i miałem z nim okazje pogadać o jego musicalu na podstawie Koraliny i innych rzeczach. Każda okazja, by pogadać ze Stephinem jest spoko, a każde miejsce, gdzie można z nim pogadać, jest z definicji też spoko.


Magnetic Fields jest najprościej mówiąc moim ulubionym zespołem, dowcipnym, inteligentnym i mądrym. Gothic Archies też są wspaniali, tak samo zresztą jak Future Bible Heroes i Sixths (wszystkie te muzyczne byty były prowadzone przez Stephina Merritta). Zauważyłem wspaniały wywiad ze Stephinem (o nowym albumie Magnetic Fields i musicalu „Koralina” oraz o tym, czy Francuzi powinni mu wysłać jedną spośród par butów, które nazwano na jego cześć) na http://blogs.villagevoice.com/music/archives/2008/10/interview_magne.php

i pozwólcie że zacytuje fragment z końcówki:


Czy widziałeś linie obuwia przypuszczalnie zainspirowaną tobą?
Widziałem ją w sieci. Nie posiadam osobiście żadnej pary. Stało się tak bo, ech ci Francuzi, nic mi nie wysłali. Gdybym nazwał album tak jak jedna z ich linii obuwia, wysłałbym im go.


Nie wysłali Ci ani jednej pary?

Nawet jednej sznurówki.


To godne pogardy!

Ta, wiesz, pewnie powinienem być zaszczycony, że nazwali buty, całą ich linie, moim imieniem, ale nie wysłali mi nic? Zrzućmy bombę atomową na Europę!


Tak, myślę, że to dobry moment, żeby zakończyć ten wywiad. Dziękuje za rozmowę ze mną…

Nie ma sprawy.


… Chyba że chcesz wyjaśnić swoją ostatnią wypowiedź?

Zmiażdżyć Unię Europejską!


Świetnie. Dziękuje Stephin.

Chcę moje buty. Zniszczyć cały świat. Do widzenia.


(Jeżeli jesteście w Stanach i chcecie zobaczyć Magnetic Fields, co szczerze powinniście zrobić, to sprawdźcie: http://houseoftomorrow.com/calendar.php, by dowiedzieć się o ich październikowej trasie.)

Na tej stronie jest wspaniały wywiad z Eddiem Campbellem i jego odczyt http://www.bookslut.com/features/2008_09_013473.php Jeżeli chcę zjeść lunch, to muszę przestać teraz pisać i zamieścić kolejnego posta później, napiszę o tym co stało się w Filadelfii, spotkaniu z Gardnerem Dozoisem i Michaelem Swanwickiem oraz Kylem Cassidym i im podobnymi gwiazdami...


Jedzenie, jedzenie dobre. Tak.

środa, 1 października 2008

Bardzo przydatny post

To jest naprawdę bardzo przydatny post. Możecie chcieć dodać go do zakładek, dać do niego linka, wysłać do znajomych albo coś w tym stylu.

Tak więc... trasa się rozpoczęła. Na każdym przystanku czytam rozdział książki i co wieczór jest to filmowane. Rozkład znajduje się na http://journal.neilgaiman.com/2008/09/graveyard-book-tour.html i w Gdzie jest Neil)

http://www.mousecircus.com/videotour.aspx to strona, na której będą umieszczane filmiki z czytaniem.

Po wczorajszym występnie (urocza recenzja znajduje się tu w Publishers Weekly), zjadłem późną kolację z moją edytorką z Harper Collins, Elise Howard, w śliczności zwanej Sushi Sasabune (skrzyżowanie ulic 73 i 1), podczas gdy filmowiec i kamerzysta Brandy Hall pracował do późna w nocy edytując wideo ostatniego rozdziału, konwertując i umieszczając w internecie.

Tak więc, ROZDZIAŁ PIERWSZY "Księgi cmentarnej" jest już dostępny. Krótkie włosy wyglądają jeszcze dziwniej niż zwykle.

Dziś wieczorem będę czytał drugi rozdział. Powinien być udostępniony jutro. I tak dalej.

Pod koniec trasy otrzymacie książkę za darmo. (Cóż, w każdym razie za darmo w sensie, że nie musicie za nią płacić.)

wtorek, 30 września 2008

Przetrwałem rozdział pierwszy -- i wszyscy byli naprawdę mili!

Ale było fajnie.

Za kulisami panowało lekkie zamieszanie, nauczyliśmy się czegoś (mam nadzieję) na resztę wystąpień w trakcie trasy, a mi udało się skomplikować dzień zapominając zjeść obiad. Podpisałem 750 książek, a potem przez niedobór cukru we krwi ogarnęło mnie ponure otępienie w trakcie próby dźwięku. Na szczęście Cat pobiegł przynieść mi coś do jedzenia i najadłem się wystarczająco, by odzyskać dobry humor. Nie sądzę, by wiele z problemów technicznych, które próbowaliśmy gorączkowo rozwiązać, pozostało nierozwiązanych i sądzę, że widownia była zadowolona i i tak nie wiedziała o problemach technicznych. Mam nadzieję, że to doświadczenie było nawet fajniejsze od rozdawania autografów ludziom, którzy tam byli.

Specjalny wstęp Billa Hadera poszedł jak marzenie, co mnie naprawdę ucieszyło. Jeśli przyjdziecie na jedno ze spotkań z czytaniem, usłyszycie go. Jeśli nie przyjdziecie, nie usłyszycie.

Podziękowania dla Barnes and Noble College, Columbia Teachers College, Harper Collins, CBLDF oraz dla wszystkich moich przyjaciół, którzy się zjawili, lecz nie zdołali ze mną porozmawiać.

Parę osób napisało, że nie udało się im dostać "Księgi cmentarnej" w swojej lokalnej księgarni lub w księgarni powiedziano im, że nie została jeszcze wydana. Bardzo wybitnie została. Jest dostępna na Amazon. Jest też na indiebound.

Właśnie ściągnęłam Twoją najnowszą książkę, żeby posłuchać jej w czasie najbliższej podróży służbowej. Zastanawiam się, czy zakup wersji audio Twojego nowego dzieła (np. "Księgi cmentarnej") przyczynia się się do statystyk sprzedaży? Czy też nabywając wersję audio, pozbawiam Cię sprzedaży, która byłaby liczona do Listy Bestsellerów NYT? Mam nadzieję, że to nie zabolało... Dzięki, Tricia

Nie wiem, ale naprawdę wszystko mi jedno -- jestem naprawdę dumny z wersji audio "Księgi cmentarnej", bardzo się cieszę, że ją ściągnęłaś, więc proszę, nie martw się. Kup ją w takim formacie, jaki Ci pasuje i nie zastanawiaj się dwa razy.

http://phobos.apple.com/WebObjects/MZStore.woa/wa/viewAudiobook?id=292061896&s=143441 to link do US iTunes. Zapewne nie będzie działał, jeśli nie jesteś w Stanach.

(A http://phobos.apple.com/WebObjects/MZSearch.woa/wa/search?entity=audiobook&media=all&submit=seeAllLockups&term=gaiman to wszystkie moje audiobooki na iTunes, włącznie z niemieckim.)

Cześć Neil,

Moja córka chciałaby, żebyśmy uszyły jej kostium Królowej Cieni na tegoroczne Halloween. Obejrzałyśmy jeszcze raz (i jeszcze raz) "Lustrzaną maskę", by zebrać pomysły. Jednak ciężko jest wypatrzeć wszystkie szczegóły. Znasz może jakieś strony internetowe ze szkicami, projektami, zdjęciami za kulisami garderoby Królowej?

Dzięki!

Nie za bardzo -- jednak książka Art of Mirrormask, którą opracował Dave McKean, powinna zawierać to wszystko.

Drogi Panie Gaiman:

Rozbawił mnie fakt, że nowa wersja strony internetowej Mouse Circus została zaprojektowana przez "Sandman Studios".
Czy była to świadoma decyzja ze strony ludzi odpowiedzialnych za stronę (Harper Collins?) czy czysty zbieg okoliczności? W każdym wypadku to zabawne.

Naprawdę podoba mi się nowa strona (jako użytkownikowi i jako projektantowi www), nie tylko dobrze wygląda, ale (co najważniejsze) jest przydatna i dobrze zorganizowana. Mimo to, będzie mi brakowało muzyki Stephina Merritta, która grała w tle koralinowej części strony w starym flashu. Może mógłbyś sprawić, by Sandman Studio (porozumiewawcze mrugnięcie) dodało ją w formie mp3 albo coś w tym stylu.

Pozdrowienia,
Santiago Mendez

P.S: Jeśli Pan Gaiman umieści to na stronie, Sandman Studio będzie mu coś winne (oraz mnie) za reklamę. Nie ma za co, Sandman Studio.
P.S. 2: Przysięgam, że nie jestem pracownikiem Sandman Studio.

Obawiam się, że to zbieg okoliczności. (Czyżby?)(Owszem.)(Aha... ale czyżby?)(Właściwie tak.)

Ale masz rację co do muzyki Stephina Merritta. Powinniśmy gdzieś ją zamieścić...

...

Właśnie przerwałem blogowanie i wziąłem kąpiel. A teraz idę spać. Jutro rano do Filadelfii... Podam linka do dzisiejszego czytania jak tylko pojawi się w sieci. Albo właściwie jak tylko mi go przyślą.

Na koniec, sądziłem, że rozdawanie autografów w trasie ze złamanym palcem to głupota, dopóki nie dowiedziałem się, że Amanda Palmer ma zamiar rozdawać autografy i przetańczyć przez świat ze złamaną stopą. Myślę, że być może będzie musiała zrezygnować z tańczenia, ale cieszę się, że podpisywanie pójdzie dobrze jak zawsze. A tu coś dla mnie z Belfastu: http://www.youtube.com/watch?v=1hDlkMbf7uc

Postowanie widgeta

Tak więc -- co najmniej teoretycznie, a myślę, że i praktycznie -- dzięki temu magicznemu widgetowi (który znalazłem na http://harperaudio.gigya.s3.amazonaws.com/harper_v1.html możecie usłyszeć cały Rozdział Pierwszy "Księgi cmentarnej" czytany przeze mnie. A także uroczą muzykę danse macabre graną na banjo przez Bela Flecka.


czwartek, 1 maja 2008

Ładne obrazki

Właśnie przyszły ilustracje Chrisa Riddella do edycji Bloomsbury "Księgi cmentarnej". Tutaj parę moich ulubionych. Jedna z rozdziału trzeciego ("The Hounds of God"), jedna z rozdziału czwartego ("The Witch's Headstone") i jedna z rozdziału siódmego "Every Man Jack").

...

Parę osób napisało z pytaniem, jak się czuję mając trzy ksiażki w Top 106 Nieczytanych Książek LibraryThing... wszedłem, sprawdziłem i z pewnym rozczarowaniem stwierdziłem, że już mnie tam nie ma-- według http://www.librarything.com/tag/unread nie mam już żadnej książki wśród pierwszych 106 miejsc. Cholera. Widząc, że najbardziej nieczytaną książką Library Thing jest "Autostopem przez galaktykę", założyłem, że jest to lista książek, które ludzie planują przeczytać pewnego dnia, nie ksiązek, których nie zamierzają nawet tknąć...

sobota, 29 marca 2008

Chris Riddell

Neil napisał w piątek, 28 marca 2008r.


Chris Riddell jest wielokrotnie nagradzanym ilustratorem książek dziecięcych w Zjednoczonym Królestwie.

Bloomsbury dobrze zdaje sobie sprawę, że istnieją dwie różne grupy odbiorców "Księgi Cmentarnej"-- że jest to książka, która jest zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych. Tak więc Sarah, moja edytorka, zaproponowała, że Chris wykona ilustracje do wersji dla dzieci, a ta ilustrowana przez Dave'a McKeana będzie skierowana do dorosłych czytelników. W Zjednoczonym Królestwie okładka Dave'a z dzieckiem na ostrzu noża będzie dla dorosłych (i być może doczeka się podpisanej edycji limitowanej). Wersja Chrisa będzie dla młodszych czytelników.

Oto wspaniała okładka Chrisa Riddella -- okładka zagina się po obu stronach. Tekst jest przykłądowy-- podejrzewam, że z tyłu będą różne cytaty, i trzeba poprawić parę rzeczy w notkach, biografiach i takich tam. Ale wykonanie jest naprawdę urocze i myślę, że ludziom się spodoba...


(Notka wrzucona jeszcze raz, ponieważ w poprzedniej było coś nie tak z kolorami.)

środa, 26 marca 2008

Notka z Easterconu z okładką Dave'a McKeana dla Subterranean

Neil napisał w poniedziałek, 24 marca 2007r.

Już po zjeździe; był naprawdę dobry. Mnóstwo wspaniałych ludzi, naprawdę miła atmosfera. Głównie żałuję wszystkich tych konwersacji, które nigdy nie miały miejsca-- obiecałem Chinowi Mieville, że zorganizujemy wspólnie panel, w trakcie którego będziemy mogli pogadać, ponieważ nigdy nie udaje nam się skończyć rozmowy, a on wie tyle fajnych rzeczy (i zdaje się, że sądzi to samo o mnie).

Mimo to wiele konwersacji miało miejsce. Wczoraj wieczorem jadłem z Mithcem Bennem, dzisiaj jadłem i rozmawiałem z Farah Mendelsohn, Edwardem Jamesem, Corym, Alice i Poesy Doctorow. Odbyły się też spotkania panelowe (dzisiaj moim ulubionym było to na temat różnorodnych wcieleń "Autostopem przez galaktykę" - czasami dobrze jest być po prostu fanem - albo to na temat ciemności w literaturze dziecięcej) i kolejne podpisywania i wpadanie na dobrych ludzi...

Mieliśmy również przyjęcie na cześć nadchodzącego Anticipation (dosł. "Oczekiwanie" przyp. Varali) - WorldCon 2009 w Montrealu. (http://www.anticipationsf.ca/English/Home) Rozmawiałem z głównym zarządcą konwentu, później z Farah (która ustala program) i zaczęliśmy wymyślać co byłoby naprawdę wyjątkowe i fajne na tą okazję.

(Jest to Światowy Konwent Science Fiction, odbędzie się za ok. 18 miesięcy i mam nadzieję, że przyjedziecie. Tu znajduje się mapa pokazująca skąd pochodzą członkowie i jak na razie nie ma nikogo ze wschodniej Europy ani z Chin ani z Brazylii....)

Zdaje się, że jestem też strażnikiem ogromnej różowej świni.

...

"To moje zdanie", powiedział senatorom i kamerom Wertham, "bez wątpienia i bez żadnych zastrzeżeń stwierdzam, że komiksy są ważnym czynnikiem przyczyniającym się do wielu przewinień nieletnich. Dzieckiem, na które najprawdopodobniej wpłyną komiksy jest dziecko normalne", powiedział; chorobliwe umysły bywają mniej dotknięte tym zjawiskiem "ponieważ są zaabsorbowane swoimi własnymi fantazjami". Komiksy nauczyły dzieci rasizmu i sadyzmu-- "Hitler był na poziomie początkującym w porównaniu z przemysłem komiksowym", powiedział. W swojej książce powiedział, że "Batman" jest homoerotyczny i że "Wonder Woman" mówi o sadomasochiźmie. Wyrażał się krytycznie nawet o "Supermanie": "Wyzwala w dzieciach fantazje o sadystycznej radości płynącej z patrzenia na ludzi, którzy wciąż na nowo poddawani są karom, podczas gdy obserwator pozostaje na to odprorny", zeznawał. "Nazwaliśmy to kompleksem Supermana".

Jeśli ciekawią was komiksy i ich związek z Ameryką lub też jesteście zainteresowani cenzurą lub głupotą, powinniście przeczytać to:
http://www.newyorker.com/arts/critics/books/2008/03/31/080331crbo_books_menand

...

Dave McKean przesłał mi okładkę "Księgi Cmentarnej" dla wydania Subterranean Press (i prawdopodobnie dla wersji Bloomsbury dla dorosłych).

Oto okładka...

A to okładka papierowa (w oryginale "wraparound"- czyli taka "do owinięcia" ;) przyp. Varali), przód, tył i miejsce na notkę, ale bez tekstu.

No i tak. Teraz do łóżka.

środa, 12 marca 2008

Co powiedział Kurt

Neil napisał w poniedziałek 10 marca 2008 o 7:29

A więc Kurt Busiek napisał na temat "Odda i Lodowych Gigantów", ja zamieściłem tutaj linka, a on napisał do mnie maila. I musiałem poprosić go o pozwolenie na wykorzystanie kawałka czegoś, co uknuliśmy razem podczas podróży samochodem około 12 lat temu, a on się zgodził. Jako podziękowanie wysłałem mu "Księgę cmentarną".

O niej też napisał:

Tytuł "Księgi cmentarnej" to hołd dla "Księgi dżungli", ponieważ "Księga cmentarna" opowiada o chłopcu którego rodzina ginie i jest wychowywany na cmentarzu przez duchy i inne czające się tam stworzenia.

Chłopiec o imieniu "Nobody"["nikt" - przyp. noita] (zdrobniale "Bod") uczy się wielu rzeczy, odkrywa dziwczne miejsca i osobliwych ludzi, niepewnie radzi sobie ze światem poza cmentarzem i w końcu musi stawić czoło siłom, które wymordowały całą jego rodzinę i nadal go szukają. Nie powiem nic więcej na temat fabuły, bo hej, przecież upłynie jeszcze kilka miesięcy zanim się ukaże.

Ale moim zdaniem może okazać się najlepszą z dotychczasowych powieści Neila. Ma w sobie mnóstwo ciepła, fantazji, mrocznej fantastyki (na granicy horroru), przygody, uroku, trzyma w napięciu, są tam potwory, ghule, czarownica, szkolne łobuzy, policjant, starożytne kopce mogilne, uzbrojeni w noże zabójcy, tańce, tajemnica, kłopoty, szczypta romansu, lekcje życia i stworzenie imieniem Silas, które jednocześnie jest i nie jest tym czym się wydaje. Oraz (w szalenie ujmujący sposób) najgroźniejszy starożytny strach z jakim kiedykolwiek będziecie mieć do czynienia. Akcja jest wciągająca, z autentycznym poczuciem zagrożenia i prowadzi do potężnego i satysfakcjonującego rozwiązania.

Duchy to prawdziwa rozkosz, a obecność magii i poczucie, że w cieniu dzieją się różne rzeczy jest fascynująca. Pisarstwo naprawdę dobre, ale też bezpretensjonalne - postaci i sama opowieść są zawsze na pierwszym planie.

To krótka powieść, ma niecałe 70 000 słów i nadaje się dla młodzieży (o ile nie ma się nic przeciwko powieściom dla młodzieży, które rozpoczynają się od martwych ciał (również dziecięcych), zakrwawionych noży i niemowlaka w niebezpieczeństwie), ale nie tylko. Książka zadowoli dorosłego w równym stopniu, co nastolatka, ale każdy znajdzie tam dla siebie co innego.

Ma ona dużo wspólnego z "Gwiezdnym pyłem" i "Nigdziebądź" pod tym względem, że to chwilami mroczna fantastyka rozgrywająca się po części w świecie odległym o krok od naszego, w odróżniemiu od "Amerykańskich bogów" i "Chłopaków Anansiego" (gdzie z kolei coś z zaświatów przenika do naszego świata), ale napisana przez kogoś, kto miał znacznie więcej praktyki niż którekolwiek z nich. Mógłbym powiedzieć, że to jak skrzyżowanie "Dobrego omenu" z "A fine and private place" [Zacne i zaciszne miejsce] ale cóż, to płytkie i uproszczone porównanie, więc nie zrobię tego.

W każdym razie polecam z całego serca. I niezależnie od tego, że podoba mi się większość tego, co pisze Neil, "Księga cmentarna" zajmuje na mojej liście bardzo wysokie miejsce.