Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chińskie wydanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chińskie wydanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 października 2010

Potężny Post z pociągu

Neil napisał w czwartek 7 października 2010 o 10:27

Kolejny dziwaczny tydzień.

Wcale nie zły. Po prostu dziwaczny. Nadal mam zaległości w pisaniu i jeżdżę tam i z powrotem pomiędzy Bostonem i Nowym Jorkiem.

W piątek dotarłem do Nowego Jorku w samą porę, żeby zobaczyć, jak Michael Chabon i Zadie Smith czytali swoje rzeczy na Festiwalu New Yorkera, na który tam przyjechałem. Prawie narobiłem sobie wstydu, bo podczas czytania Michaela prawie zemdlałem, ale udało mi się jakoś utrzymać na nogach (było blisko i to długa historia). Oto za ciemne zdjęcie Michaela i Zadie zrobione po zakończeniu.


Pokój w hotelu, który zarezerwował dla mnie New Yorker, miał najlepszy widok na świecie, nawet z wanny:


W sobotę poszedłem na darmowe lody z Danielem Handlerem (jak ogłaszałem na blogu wcześniej). Miałem nadzieję spotkać pisarza nazwiskiem Lemony Snicket, ale niestety coś tajemniczego go zatrzymało i pan Handler pojawił się jako jego przedstawiciel.

Poniższe zdjęcie upamiętnia to wydarzenie. Ja stoję po lewej stronie. Pan Handler trzyma lody.

Od czasu zrobienia tego zdjęcia zdążyłem pójść do fryzjera.

Potem spotkałem się z Holly i przeuroczą Claudią Gonson oraz jej prześliczną nowo narodzoną córeczką Eve. Następnie zjedliśmy sushi (wszyscy oprócz Eve) i poszliśmy do sklepu Evolution, gdzie kupiłem replikę czaszki ptaka Dodo.

Czaszka dodo miała być prezentem urodzinowym dla Hrabiny Cynthii Von Buhler. Hrabina jest ilustratorką i artystką, która również czasem wyprawia przyjęcia. Tego wieczora miało odbyć się jej przyjęcie urodzinowe i postanowiła przy tej okazji uczcić również moje i Amandy zaręczyny.

Były tam martwe syreny i karuzela na dachu.

Nigdy przedtem nie byłem na takim przyjęciu i nie spodziewam się, żebym jeszcze kiedyś miał okazję. Jeżeli można osiągnąć mistrzostwo w urządzaniu przyjęć, Cynthia (która wystąpiła jako syrena, najpierw w wannie, a następnie noszona w łożu) jest mistrzynią.

Następnego ranka Dana Goodyear przeprowadzała ze mną wywiad na Festiwalu New Yorkera i było to bardzo przyjemne doświadczenie. (Skrót można przeczytać na stronie Entertainment Weekly http://shelf-life.ew.com/2010/10/06/5584/).

A potem powrót do Bostonu. Teraz siedzę w pociągu, znów w drodze do Nowego Jorku, żeby wziąć udział w imprezie promującej antologię Best American Comics 2010, którą współredagowałem.


...

Dzisiejszego ranka dowiedziałem się, że jestem jedną ze 175 osób nominowanych do nagrody im. Astrid Lindgren: http://alma.se/en/Nominations/Candidates/2011-eng/

Nie znam wszystkich pozostałych 175 nominowanych, ale nazwiska, które rozpoznaję sprawiają, że czuję się jednocześnie szczęśliwy i zupełnie niegodny trafienia na tę listę. (Jest tam Quentin Blake. I David Almond.)

(Przy okazji - Dave McKean dał mi egzemplarz Slog's Dad, opowiadania Davida Almonda, które zilustrował; jest wzruszające, piękne i to jedno z tych opowiadań, które zostają w pamięci na długo i skłaniaja do myślenia. Oto recenzja na blogu FPI.)

(A Dave McKean udzielił wywiadu na Bookslut na temat wznowienia Cages: http://www.bookslut.com/features/2010_10_016702.php)
...

W USA jest już dostępne wydanie Księgi cmentarnej w miękkiej oprawie. Ciągle zapominam o tym napisać. Na dowód - link do AMAZONU. A tutaj link do księgarni Indiebound, jeśli chcecie kupić w księgarni innej, niż sieciowa.

A jeśli wolicie ją tylko wypożyczyć - oto lista bibliotek publicznych w USA.
...

To przyszło dziś rano ze szkoły Hurricane Intermediate.

Pracujemy w publicznej bibliotece dla młodzieży szkolnej - 6 i 7 klasy. Przyszedł do nas uczeń z książką "Gwiezdny pył" i pokazał, że pada tam słowo "k***a". Jeśli nie chcecie, żeby wasi uczniowie czytali takie rzeczy, nie kupujcie tej książki do swojej biblioteki, czy domu.

Bardzo mądra rada. Nie jestem jednak pewien, dlaczego nie powinno się kupować książki do swojego domu, jeśli nie chce się, żeby uczniowie to czytali. Nie mam też pojęcia, dlaczego wysłaliście to do mnie. Ale jest to z pewnością jeden z powodów, dla których "Gwiezdny pył" nie jest lekturą dla 6 klasy. To powieść dla dorosłych, która zdobyła nagrodę YALSA jako książka dla dorosłych, która podoba się młodzieży i w USA została wydana ponownie jako powieść dla młodzieży, ale nigdy jako książka dla dzieci.

A skoro jesteśmy w temacie denerwowania i obrażania:

jedno zdanie w Księdze cmentarnej brzmiało "masowe mogiły to dobre miejsce żeby coś przekąsić". to obraża Chińczyków

Wiem, że jesteś tylko dla zabawy, ale nie mogę tego znieść!


Odpisałem i wyjaśniłem, że
w oryginale zdanie brzmi „Doły zarazy to świetne żarcie". Czy istnieją chińskie doły zarazy? I czy możesz mi wyjaśnić w jaki sposób obraża to Chińczyków? Nie chciałbym nieumyślnie ich obrażać i chętnie dowiem się, dlaczego było to obraźliwe.

Otrzymałem następującą odpowiedź

Przykro mi, bo książka którą czytałem była przetłumaczona na chiński, bo zdanie któe napisałęś jako "Doły zarazy to świetne żarcie" przetłumaczone na chiński znaczy, że "dziesięć tysięcy ludzi zostało zatorturowanych na śmierć i pochowanych w dołach" i to zdarzyło się w latach 1910 i trzydziestych kiedy rząd Chin był wtedy bardzo słaby i kraj był skolonizowany przez różne zachodnie państwa i Japonię, nasz rząd nie mógł chronić swoich obywateli, więc robotnicy w fabrykach, któe inwestowane przez inne państwa tacy jak górnicy zginęło wielu w tamtym czasie!
Ale teraz wiem, że to wina tłumacza, nie twoja.
Chińskie tłumaczenie poniżej pokazuje:
"Doły zarazy to świetne żarcie" które ja tłumaczę po chińsku jest “鼠疫坑很好吃” i nie jest obraźliwe
a tłumaczenie w książce, gdzie tłumacz napisał "万人坑很好吃" jest obraźliwe.


Ach tak. Przepraszam wszystkich urażonych chińskich czytelników (choć zważywszy, że ten blog jest zazwyczaj blokowany przez Wielką Chińską Zaporę Sieciową nie wiem, czy ktokolwiek z nich to przeczyta).

Na stronie http://americanindiansinchildrensliterature.blogspot.com/2010/04/what-neil-gaiman-said.html Debbie Reese bardzo słusznie wypomniała mi coś wyjątkowo głupiego i obraźliwego, co zdarzyło mi się powiedzieć w tym roku, kiedy ktoś z Amerykańskiego Stowarzyszenia Bibliotek zapytał mnie, dlaczego nie umieściłem akcji "Księgi cmentarnej" w USA. Wydaje mi się, że odpowiedziałem myśląc jak pisarz, a nie jak osoba udzielająca wywiadu: próbowałem opisać jak przedstawiały się potencjalne postaci książki na cmentarzu w europejskim stylu w małym amerykańskim miasteczku (podobnym do brytyjskiego miasteczka z "Księgi"). Pamiętam, że przyszło mi wtedy do głowy, że powiedziałem coś niezmiernie głupiego, ale kiedy udzielasz wywiadu i palniesz jakąś głupotę, idziesz dalej.

Pierwszy post Deb nieco wyprowadził mnie z równowagi (bo czytałem to powtarzające sobie, że "przecież WIADOMO, że zupełnie nie o to mi chodziło") i bez sensu narzekałem na twitterze, ale kiedy (za namową Pam Noles) spojrzałem raz jeszcze na to, co dokładnie powiedziałem, zrozumiałem, że ludzie mieli rację. Z moich słów wynikało, że jestem przekonany iż a) USA było terenem praktycznie niezamieszkanym przed przybyciem białych kolonistów w XVII wieku lub/i że b) pomniejszam powagę rzezi jaką dokonano na rdzennych mieszkańcach Ameryki Północnej albo c) Indianie to nieistotny epizod w historii obu Ameryk. (Żadnej z tych rzeczy nie miałem zamiaru sugerować. Ale wiadomo, jak to jest z zamiarami.) A wyrażenia "martwi Indianie" nie sposób użyć nie przywołując, celowo lub nie, powiedzenia "dobry Indianin to martwy Indianin".

Pytano mnie, jakbym się czuł, gdyby w tym miejscu wywiadu pojawiło się zdanie "kilku martwych Żydów", co wywołało we mnie dodatkowo poczucie winy, bo jedną z rzeczy, których najbardziej mi w "Księdze cmentarnej" zabrakło to Żydzi na cmentarzu. Chciałem ich tam jakoś pomieścić, ale historia nie chciała się zgodzić ze zwyczajami pogrzebowymi.

Prawdopodobnie powinienem napisać opowiadanie powiązane z "Księgą cmentarną", w którym występowaliby ukradkiem pochowani Żydzi oraz jacyś martwi Indianie Amerykańscy bardzo daleko od ojczyzny.

W każdym razie serdecznie przepraszam wszystkich, szczególnie Debbie Reese.

Siostra przysłała mi "Księgę cmentarną" do przeczytania na Halloween. Właśnie skończyłam. Wszystko mi się podobało, dopóki nie doszłam do "dodatków" na końcu książki.
Dlaczego musiałeś koniecznie wspomnieć Stephena Colberta w podziękowaniach przy okazji odbierania Medalu Newberry? Teraz został on na zawsze uwieczniony w druku z tyłu książki. Wielka szkoda. Twoje opowieści będą wciąż żywe na długo po tym, jak on zostanie zapomniany. Powinieneś więcej myśleć o przyszłości zanim zaśmiecisz swoje przemówienia, a przede wszystkim książki wspominając gwiazdy jednego sezonu.

Dlaczego. Cóż. Bo chciałem? Bo mój syn ucieszył się, że wystąpiłem w tym programie, a radość dziecka nie trwa tylko jeden sezon? Bo podziękowanie za Medal Newberry wygłaszałem w 2009 roku, więc jest w nim mowa o wydarzeniach z 2009 roku? Bo Stephen Colbert cytuje z pamięci opis Toma Bombadila autorstwa J.R.R. Tolkiena?

Oto link do odcinka programu Colbert Report, o którym mowa. Sprawdź, czy zmienisz zdanie, niepocieszony nadawco listu. Nie byłem wtedy w najlepszej formie (i miałem na sobie garnitur, w którym dopiero co byłem na pogrzebie Ojca), a on był bardzo miły.


The Colbert ReportMon - Thurs 11:30pm / 10:30c
Neil Gaiman
www.colbertnation.com
Colbert Report Full Episodes2010 ElectionMarch to Keep Fear Alive


Jedna z rzeczy, które podobają mi się najbardziej w Twojej twórczości to poczucie, że do każdego opowiadania masz opracowany gotowy, kompletny świat. Próbowałem stworzyć w głowie taki świat od miesięcy i jeśli wkrótce tego nie zapiszę, wspomniana głowa eksploduje. Mój problem polega jednak na tym, że nie wiem, od czego zacząć. Kiedy zaczynasz pracować nad opowiadaniem osadzonym w zupełnie nowym świecie od czego najłatwiej jest Ci zacząć?

Zacznij od opowiadania. Zawsze zaczynaj od opowiadania. (Chyba że jesteś Lud in the Mist.) Świat jest po to, żeby historia miała się gdzie wydarzyć. Tu i teraz, nie trzeba opowiadać historii świata, żeby rozpocząć opowiadanie o czymś, co wydarzyło się na Wyspie Man. Piszesz opowiadanie i pozwalasz tłu oraz historii przebijać się tam, gdzie to konieczne. To samo dotyczy światów, które sam wymyślasz.

Pociąg dojeżdża na stację Penn.

Co oznacza, że zdążę już tylko wspomnieć o Najważniejszej Wiadomości na Dziś - być może odkryto przyczynę masowego ginięcia pszczół:

niedziela, 7 marca 2010

Dziwne dni

Neil napisał we wtorek 2 marca 2010 o 16:14

Zamierzałem napisać o Świętym Kolumbanie i Świętym Oranie. Czytałem ostatnio dużo starych i niedostępnych już książek Otty F. Swire na temat legend z Hebrydów bez żadnego szczególnego powodu, po prostu podoba mi się jej sposób opowiadania i historie, które przytacza. Opowieści o Oranie i Kolumbanie szczególnie utkwiły mi w głowie. A kiedy wczoraj wieczorem wyprowadzałem psa na spacer, rytm moich kroków zaczął brzmieć jak

"Gdy święty Kolumban dotarł na wyspę Iona..."

I tę część wczorajszej nocy, kiedy nie szukałem błędów w OPOWIADANIACH [Stories] (w zbiorze opowiadań autorstwa najbardziej niesamowitych pisarzy, który redaguję wraz z Alem Sarrantonio - wyjdzie w czerwcu) przeznaczyłem na pisanie wiersza o Oranie i Kolumbanie. Którego nikt nie zamawiał. Zamiast pisać te wszystkie rzeczy, które były zamówione i na które ktoś czeka.

Ale kiedy skończyłem go pisać, czułem się równie zadowolony, jak po skończeniu czegoś, na co wszyscy czekają i niecierpliwie spoglądają na zegarki (albo kalendarze). Drobne przyjemności w życiu pisarza.
...
Jeszcze nie znam wszystkich szczegółów dotyczących moich podróży w marcu. Większość jest już w dziale Gdzie Jest Neil.
Ale tego jeszcze nie ma:
http://www.nzfestival.nzpost.co.nz/writers-and-readers/once-upon-a-time
Margo Lanagan i ja będziemy w Wellington 12 Marca.

Z nowej Zelandii lecę na Filipiny i tak a propos:

Drogi Panie Gaiman,
Byłam niezwykle mile zaskoczona, że znów przyjeżdża Pan na Filipiny.
Jak tylko zobaczyłam plakat reklamujący Pańską wizytę, udałam się do najbliższej księgarni Fully Booked. Moja "wyprawa" tylko zdrowo mnie wkurzyła, proszę wybaczyć takie określenie.
Widzi Pan, sprzedawca w Fully Booked poinformował mnie, że abym mogła zdobyć pana podpis na książce/książkach (a zbieram je od lat, choć część została zniszczona przez Ondoy, huragan, który rok temu nawiedził Manilę. I tak uważam, że mamy szczęście, że przeżyliśmy.) muszę kupić u nich książki warte co najmniej 2000PHP [ok. 125 zł]. Natychmiast odpowiedziałam (biedny sprzedawca, nie chciałam być aż tak dosadna), że "to do bani". Na co on odpowiedział: "{cośtam, cośtam, wciąż nie mogłam się otrząsnąć}... może pani kupić książki za WIĘCEJ, niż 200o PHP." JASNE. Pracuję na pół etatu jako nauczycielka i kończę studia. Rzeczywiście mam mnóstwo pieniędzy do wydawania na CO TYLKO ZECHCĘ.
To zdarzyło się w ubiegłym tygodniu, ale nadal mnie ten wymóg wkurza. Jednak rozumiem, że to biznes. Zawsze trzeba liczyć się z wydatkami i warunkami marketingu itp. Jestem już gotowa powiedzieć sobie "następnym razem". Założenie jest takie: następnym razem będę mieć lepiej płatną pracę i już będę po (albo prawie po) studiach ;P

Mimo wszystko, JESTEM WDZIĘCZNA, że Pan tu przyjeżdża. Jest pan bardzo popularnym pisarzem w
śród Filipińczyków (zwłaszcza młodych {choć ja mam 25 lat, hehe}) i każda pańska wizyta promuje nie tylko czytanie literatury pięknej, ale czytanie w ogóle (co jest WSPANIAŁĄ RZECZĄ). Mocno wierzę, że czytanie jest niezbędne i dlatego właśnie wybrałam kierunek studiów związany z taką edukacją.
Na koniec dodam jeszcze, że JESTEM NIEZWYKLE WDZIĘCZNA, że Pan przyjeżdża, bo to sprawia, że my, skromni filipińscy czytelnicy, czujemy się ważni. Nawet w najśmierszych marzeniach nie spodziewałam się, że Pan nas naprawdę odwiedzi. A przecież był pan u nas już dwa lub trzy razy! To wspaniałe uczucie, kiedy skromni czytelnicy są brani pod uwagę przez autora Pana pokroju. A więc, żeby nie przedłużać: za pisanie, za publikowanie książek, za dzielenie się przemyśleniami i po prostu za Pana...
DZIĘKUJĘ.

Bem


Trochę mnie to zdziwiło, bo początkowo słyszałem, że bilety na spotkania będą losowane. (Ostatnim razem podpisywałem książki w namiocie, trwało to od 16:00 do 1 w nocy, a i tak ponad 2000 osób wróciło do domu z pustymi rękami, więc musieliśmy wymyślić jakiś sposób, żeby to ograniczyć.)
Zapytałem o to Jaimego Diaza z Fully Booked i taką odpowiedź dostałem:

Omawialiśmy organizację tego spotkania z moim zespołem i rozważyliśmy wszystkie możliwości, żeby znaleźć najlepsze wyjście. Ponieważ będziesz podpisywał książki tylko podczas jednego spotkania (i ustaliliśmy limit 500 osób) uznaliśmy, że najlepiej będzie przyznać bilety osobom, które zakupią Twoje książki za określoną kwotę. W ten sposób każdy, kto kupi Twoje książki będzie miał szansę dostać autograf. Byłoby idealnie, gdyby szansę na podpis mógł mieć każdy, ale wszyscy wiemy, że
wtedy przyszłyby dosłownie tysiące ludzi i wielu z nich byłoby zawiedzionych nie otrzymawszy autografu. Podczas wieczoru rozdania nagród, 17 marca, w Rockwell Tent, Fully Booked rozlosuje wśród uczestników imprezy jeszcze 100 biletów na podpisywanie, a wstęp jest bezpłatny.

To jego decyzja. Bo to jego impreza.

Po Filipinach polecę do Polski, gdzie też będę podpisywał książki.

W Poniedziałek 22 marca w Warszawie, Empik Junior, ul. Marszałkowska 17:00-17:40 - spotkanie z autorem 18:00 - podpisywanie książek

A stamtąd ruszam do Moskwy. O ile uda mi się dostać wizę, rzecz jasna. To moja pierwsza podróż do Rosji i będę podpisywał książki gdzieś w Moskwie 24 lub 25 marca. Jak tylko będę znał szczegóły, napiszę o tym tutaj.

Dalsze szczegóły na temat tego wydarzenia też się tu znajdą, jak tylko je poznamy, a na razie wiadomo, że w okolicach 17 kwietnia w Chicago odbędzie się Wieczór z Neilem Gaimanem, pierwsze tego typu spotkanie od czasu, gdy dziesięć lat temu pojechałem w trasę Last Angel Tour na rzecz CBLDF.

Drogi Panie Gaiman.
Chciałem tylko napisać, że otrzymałem dziś swój egzemplarz limitowanej edycji "Nigdziebądź". Harper Collins spisało się znakomicie. Chciałem podziękować Panu i wydawnictwu Harper Collins za to, że dzięki Wam ta książka powstała. Zajmie zaszczytne miejsce obok innych moich książek Gaimana z autografem autora.
Jeszcze raz dziękuję.
Sean


Cześć, Neil. Chciałem bardzo pochwalić Twojego wydawcę. Jennifer Brehl przeszła samą siebie, kiedy skontaktowałem się z nią w sprawie mojego egzemplarza limitowanego wydania "Nigdziebądź". Zamówienie złożyłem jeszcze w Hill House i rok temu wysłałem mój nowy adres do Harper Collins, ale mój pajęczy zmysł podpowiadał mi, że mimo wszystko mógł on nie trafić do bazy danych. I miałem rację. Jennifer skontaktowała się ze mną natychmiast po moim wczorajszym telefonie i obiecała upewnić się, że książka na pewno do mnie dotrze. Otacza się pan naprawdę wspaniałymi ludźmi.
PS: Nie mogę się doczekać, aż będę mógł ponownie przeczytać "Nigdziebądź!"


OGROMNIE się cieszę. Jennifer Brehl, mój wydawca z Harper Collins, dokonała cudów, żeby te książki w końcu powstały i żeby uszczęśliwić osoby, które je zamówiły w nieistniejącym już wydawnictwie Hill House. Nie wiem, czy udało jej się uszczęśliwić wszystkich, ale i tak dokonała niemożliwego.

Neil,
Nie wiem czy znasz Wila Wheatona albo serial "Big Bang Theory" ["Teoria wielkiego podrywu"], ale podejrzewam, że tak. W każdym razie, natrafiłem na blogu Wila na wpis (link poniżej), w którym pojawiły się zeszyty "Sandmana". U mnie wywołał on uśmiech, mam nadzieję, że tak samo będzie w Twoim przypadku.
Josh
http://wilwheaton.typepad.com/wwdnbackup/2010/02/the-cooperhofstadter-coffee-table-proof.html


Widziałem. Maddy i ja uwielbiamy Big Bang Theory, a egzemplarze Sandmana zauważyłem już wcześniej (tak samo jak tomy Absolute Sandman w sypialni Leonarda, co oznacza, że Johnny Galecki grał postaci czytelników Sandmana od 1992 roku. Co stanowi swego rodzaju rekord, zważywszy, że nawet nie znam innych aktorów grających czytelników Sandmana).
[fanem Sandmana był też grany przez Galeckiego bohater serialu Roseanne - przyp. noita]

Autorka jednej z moich ulubionych stron (bakerella) zrobiła koralinowe ciasteczka! Są przeurocze. Nie mam niestety tyle cierpliwości, co ona.
http://www.bakerella.com/coraline-cookies/


Wyglądają wspaniale.

Cześć.
Jako osoba, która śledzi twojego twittera, zastanawiałem się któregoś dnia, czy twoim zdaniem twitter i inne bezcelowe internetowe zajęcia sprawiają, że jesteś mniej produktywnym pisarzem? Czy myślisz, że byłeś bardziej produktywny w latach 80. i na początku lat 90., kiedy o internecie jeszcze mało kto słyszał? A może internet pomaga w pisaniu, bo np. ułatwia wyszukiwanie informacji?
Jestem po prostu ciekawy
Ryan Long


Nie jestem pewien. Trudniej teraz znaleźć czas na cokolwiek, ale ma to mniej wspólnego z twitterem i tego typu rzeczami (które i tak robi się w przerwach pomiędzy innymi zajęciami), a znacznie więcej np. z ilością e-maili, które dostaję. Kiedyś odpowiadanie na dzienną porcję poczty zajmowało mi rano 45 minut, potem miałem 45 minut na pisanie bloga, a potem mój dzień zaczynał się na dobre. Teraz mogę wstać, zacząć odpowiadać na e-maile i zanim się obejrzę - minie pół dnia, a do końca jeszcze daleko. Tęsknie za dniami, kiedy znajomi przysyłali mi powieści, a ja mogłem po prostu usiąść i je przeczytać. Teraz przychodzą one do mnie jako załączniki, a ja, udręczony, mam dobre chęci, ale nie udaje mi się ich przeczytać.

Chcę przetłumaczyć/zaadaptować twoją książkę "Nigdziebądź" na rosyjski i umiejscowić jej akcję w moskiewskim metrze. Próbowałem się skontaktować z twoją agentką i asystentką, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Jakie zasady obowiązują w przypadku adaptacji w obcym języku?
Mogę się tym zająć?
Z góry dziękuję.
Pozdrawiam.


Obawiam się, że "Nigdziebądź" już zostało w Rosji wydane i ktoś już kupił prawa do tłumaczenia i publikacji. http://www.neilgaiman.com/works/Books/Neverwhere/ed/313/ to najnowsze rosyjskie wydanie.

Wygląda na to, że chciałbyś zrobić z tym coś kreatywnego, może powinieneś zamiast tego napisać własną książkę i umieścić akcje w Moskwie. Tak?

Cześć,
Któregoś dnia natrafiłem na twój blog i zobaczyłem zdjęcia twojego psa.
Tego typu zdjęcia zawsze mnie wzruszają, bo przypominają mi mojego.
Choć nieco poirytował mnie fakt, że nazywasz go białym owczarkiem "niemieckim". Twój pies to tak naprawdę biały owczarek szwajcarski.
Poza tym, że są białe, są one także inaczej zbudowane (wystarczy porównać tylne łapy/postawę).
Muszę też przyznać, że nie jestem właściwie twoim "fanem", ale tylko dlatego, że od 20 lat nie zdarzyło mi się przeczytać książki dla przyjemności. Doceniam jednak twój kunszt, a to, że pewna Kate jest tobą bardzo zainteresowana ma dla mnie duże znaczenie, więc - tak trzymaj!
Pozdrawiam,
Ydo


No dobrze. (Do przypadkowych czytelników: jeśli nie interesujecie się szczególnie rasami psów, proszę ominąć poniższy fragment. Naprawdę.)

Zgodnie ze wszystkim, co przeczytałem (głównie w sieci, więc należy to traktować z pewną dozą ostrożności) biały owczarek szwajcarski/berger blanc (rasa nazwana w 1992) to właściwie ta sama rasa, co biały owczarek amerykańsko-kanadyjski, biały owczarek alzacki, biały owczarek niemiecki, Weisse Schäferhund czy każda inna odmiana owczarka niemieckiego z genem warunkującym biały kolor sierści.

Początkowo niektóre owczarki niemieckie były białe. To gen. Mają to we krwi. A potem (za Wikipedią):
Biała sierść dyskwalifikowała psy według standardów niemieckiego Klubu Owczarków Niemieckich ustalonych w 1933 roku, po przejęciu klubu przez władze partii nazistowskiej, która przejęła wówczas kontrolę nad wszystkimi aspektami życia społecznego po ogłoszeniu przez Hitlera w lutym 1933 roku "dekretu o ochronie narodu i państwa". Niemieckie standardy hodowli pozostały niezmienione, gdy niemieccy hodowcy zajęli się po zakończeniu drugiej wojny światowej rozmnażaniem rasy.
Nie jest to elegancki tekst, ale fakty się zgadzają. (Tu inny artykuł.) A wprowadzone pod rządami nazistów zasady hodowli rozprzestrzeniły się na cały świat i spowodowały, że białe owczarki przestały być uważane za prawdziwe owczarki niemieckie, czyli musiały być inną rasą, dlatego w 1992 Szwajcarzy uznali je oficjalnie za oddzielną rasę. Tutaj jest oficjalna strona rasy Berger Blanc Suisse i standardy hodowli: http://www.berger-blanc-international.com/english/standard347.htm A jak dowiadujemy się ze strony http://www.wgsdca.org/thebreed/wgsdvsws.asp, na niektórych wystawach można wybrać, czy wystawia się psa jako białego owczarka, czy białego owczarka niemieckiego. (Przynajmniej tak mi się wydaje. Nigdy nie brałem udziału w wystawie psów.)

Z tego, co wiem na temat przodków Cabala (niewiele) jest on z odmiany białych owczarków amerykańsko-kanadyjskich, które pochodzą z długiej linii białych owczarków niemieckich, a żadej z nich nie został przywieziony ze Szwajcarii czy od hodowców Berger Blanc po roku 1992, więc nie sądzę, żeby zasługiwał na miano "szwajcarskiego".

Osobiście uważam, że dzielenie psów na rasy według koloru sierści jest bardzo dziwne. To tak jakby ktoś nagle stwierdził, że brązowe pudle to inna rasa, niż czarne pudle i tak naprawdę są to Pudle Brązowe.

A przy tej okazji zareklamuję stronę http://www.echodogs.org/dogs.htm, która pomaga znajdować domy Białym Owczarkom (Jakimś) oraz http://www.petfinder.com, która szuka domów dla różnych zwierząt, a jeśli ktoś spośród czytelników potrzebuje zwierzaka, powinien najpierw odwiedzić najbliższe schronisko. W waszej okolicy może być jakaś żywa istota, która potrzebuje nowego domu.

Panie Neil?
Czy jeśli z jakiegoś nieznanego i przerażającego powodu przestanie pan prowadzić blog, czy mógłby pan wydać go od początku w formie książkowej, żebym mogła czytać go do poduszki?
Wiem, że linki będą do niczego, ale od dawna mam zamiar przeczytać blog od początku, a nie moge się do tego zabrać na komputerze.
To tylko taki pomysł.
Pozdrawiam serdecznie,
Maggie (MotleyHippie)
x


Oczywiście. Choć warto wspomnieć, że pierwsze 50 tysięcy słów na tym blogu - część dotycząca "Amerykańskich bogów" - została opublikowana jako książka "Adventures in the Dream Trade", znalazło się tam też kilka napisanych przeze mnie wstępów itp: http://www.nesfa.org/press/Books/Gaiman.html

...
I na koniec - naprawdę przepiękna okładka chińskiego wydania "Księgi cmentarnej".