poniedziałek, 14 lutego 2011

To niezła zabawa

Neil napisał w czwartek 10 lutego 2011 o 14:26
Z okazji dziesiątych urodzin będziemy przypominać niektóre z licznych wielkich przebojów. (Przysyłajcie propozycje swoich ulubionych postów przez FAQ. Albo Twittera albo Facebook, ale FAQ to najpewniejszy sposób. Niektóre z wiadomości z Twittera czytam, ale nie dałbym rady przeczytać wszystkich, a Facebooka czytam bardzo wybiórczo.)

Poniższy fragment pochodzi z http://journal.neilgaiman.com/2005/12/skippy-show.html. Różni się znacznie od innych wpisów dodawanych na bloga. Chyba jest najgłupszy ze wszystkich... (Mnie się podobał, ale dostałem smutny list od człowieka, którego dziewczyna pisała scenariusze dla programu Disneya i była moją fanką.)

W dzisiejszym USA Today wyczytałem, że Krzysia zastąpi "dziewczynka-chłopczyca", bo bardziej odpowiada dzisiejszej młodzieży. http://www.usatoday.com/life/television/news/2005-12-06-winnie-the-pooh_x.htm. Niewątpliwie Disney przeprowadził wiele badań rynku w tej sprawie. W artykule można przeczytać, że "Nawet u nas w firmie na początku budziło to zdziwienie, ale wszyscy czujemy, że te ponadczasowe postaci potrzebują oddechu, który może zapewnić im jedynie wprowadzenie nowej bohaterki", powiedziała Nancy Kanter z Disney Channel.

Po pięciu latach pisania bloga jesteśmy na www.neilgaiman.com boleśnie świadomi, że autor w średnim wieku plotący jakieś bzdury na temat pisania zniechęca do siebie całe nowe pokolenie czytelników. Potrzebujemy świeżego powiewu, zupełnie jak Kubuś Puchatek. Dlatego pozostałą część tej wiadomości napisze Skippy, fikcyjna sześciolatka, chłopczyca i przy okazji geniusz komputerowy, pojawi się również kilka uroczych i wpadających w ucho powiedzonek.



Neil--Szybkie pytanie o bilety na imprezę 92Y, szczególnie ważne dla biednych studentów (w tym dla mnie). Dzwoniłem wczoraj, żeby dowiedzieć się o zniżkowe bilety dla studentów (12,50 $) i powiedziano mi, że nie ma ich w przedsprzedaży. Można kupić je wyłącznie w kasie na godzinę przed rozpoczęciem. Pomyślałem, że ta informacja przyda się też innym czytelnikom. Do zobaczenia w styczniu, Circus

Dzięęęęęęki, Circus. Sądzę, że wszystkich nas czegoś to nauczyło. Buziaki!

W zachodniej Pennsylvanii od 19 do 16 lipca 2006 odbędą się warsztaty pisanie SF/Fantasy/Horroru dla młodych pisarzy. Ostateczny termin nadsyłania rękopisów to 31 marca. W tym roku gośćmi specjalnymi będą Wen Spencer, Timothy Zahn, Dora Goss i Tamora Pierce oraz inni pisarze. Dwudziestu uczniów (w wieku 14-19) zostanie przyjętych na podstawie zgłoszonych opowiadań. Jeśli opłata wynosząca 900 $ stanowi dla kogoś problem, może uda się zorganizować stypendia. To będą piąte warsztaty. Więcej szczegółów na stronie http://alpha.spellcaster.org

Jeeeej. Gdybym nie miała sześciu lat i nie była postacią fikcyjną, poleciałabym tam w mgnieniu oka. A niech to.

Byłem trzeciego na podpisywaniu w Dreamhaven i kiedy ktoś zapytał "I co dalej?" wspomniałeś o wielu rzeczach, o których dotąd nie słyszałem, ale nie powiedziałeś ani słowa o następnym zbiorze opowiadań. Zastanawiam się, czy jest coś nowego w tym temacie.

Heeeej, pan Neil mówi, że będzie nosił tytuł Rzeczy ulotne i zostanie wydany pod koniec przyszłego roku, a on i redaktorka z Morrow, pani Jennifer Brehl pracują nad składaniem, układaniem i wynajdywaniem opowiadań, o których zapomnieli i kombinują w jakiej kolejności je poukładać. Jejuńciu, żebyście mogli usłyszeć jak się sprzeczają o to, co ma gdzie być! Poprosiłam Blinky'ego, mój śliczniutki komputer, żeby ułożył je w kolejności i zrobił to w ciągu milisekundy. Ale czy oni kiedykolwiek mnie słuchają? No jasne, że nie. Buziaki!

Drogi Neilu, na twojej stronie FAQ znalazłem link do Greater Talent Network. Przypomniał mi się fragment autobiografii Jamesa Michenera, w której opowiada o pracy mówcy i o tym, jak bardzo jej nienawidził (najwyraźniej uważał, że Agencja była w rzeczywistości skąpa). Zastanawiałem się, czy tobie publiczne przemawianie sprawia więcej radości i czy nie przeszkadza ci powtarzanie tych samych podstawowych tematów. Pozdrawiam, Paul Barnier, Australia

Pan Neil podpisał kontrakt z Greater Talent Network przede wszystkim po to, by zaproszenie go na publiczne wystąpienie kosztowało astronomiczną kwotę, a jeśli nikt nie będzie go nigdzie ściągał, będzie mógł zostać w domu, żeby pisać śmieszne historyjki. Ale jak już wystąpi... jejuńciu, każda pogadanka jest inna, bo pan Neil nie pamięta, co mówił poprzednio. Chciałabym, żeby Greater Talent Network mnie zaproponował kontrakt, zrobiliby wtedy śliczne lalki, które wyglądałyby jak ja i zabawkowe Komputery Blinky.

Hej Neil, kiedy oglądałem twoje zdjęcia z drugiego coś mi przyszło do głowy. Nie obraź się... ale wyglądają, jakbyś pozował do zdjęć reklamowych :) Czy weszło ci to już w krew? Wycelowany obiektyw na dwunastej... przyjąć pozycję! Pozdrawiam, Mick

Znudziło mi się pisanie o panu Neilu. Pogadajmy o mnie. Jestem zabawna, urocza i przesłodka, zupełnie nie jak ten stary maruda, co zawsze wygląda jakby pozował do zdjęć reklalamowych. Wiecie komu powinni robić zdjęcia? Zgadza się! Mi! Skippy! Hurra! Buziaki!

Cześć, wybacz że zawracam ci głowę takim bzdurnym pytaniem (sprawdzałam w FAQ czy już na nie nie odpowiadałeś), ale dlaczego mieszkasz w Minnesocie? Nie chciałabym być nieuprzejma (i tak naprawdę nie oczekuję odpowiedzi), ale czy to miejsce dostarcza ci inspiracji? Zawsze wyobrażałam sobie, że najbardziej popularni pisarze/artyści mieszkają tam, gdzie zawsze jest ciepło, słonecznie i tropikalnie. Wiem, to niemądre. Dzięki. Trzymaj się. Pozdrawiam, Celeste

On lubi po prostu trzymać się na uboczu. Powtarzam mu wciąż, jedź do Hollywood. Tam są największe szychy. Ale nie słucha. Albo chociaż gdzieś, gdzie rosną palmy. Nie słucha. Siedzi na tym mrozie, ogląda z Maddy Doctora Who (właśnie oglądają odcinek Boom Town). Jejuńciu. Ale z niego stary maruda. Za tydzień wyjeżdża, więc Blinky i ja, oraz cała banda nowych postaci, przejmujemy całkowitą władzę nad tym dziennikiem. Będzie tu Johnnie Wesolutka Sokowirówka, Minko Magiczna Norka i Beppo Chłopiec Popcorn. Buziaki!
...

Otóż to. Dziękuję ci, Skippy. Chwilowo przebywam w limbo, czekając na odpowiedź, czy lecę jutro do UK na spotkania dotyczące scenariuszy. Jakie to dziwne. A rzecz, która zastanawia mnie najbardziej w sprawie umieszczania przez Sony
na płytach CD podejrzanej treści, która instalowała się potem na komputerach to: co w tym czasie robiły programy antywirusowe? Ciesze się, że nie tylko mnie to zastanowiło.

A dobra wieść na dziś dotyczy tego, że CBGB dostało dzierżawę na kolejny rok: http://www.ny1.com/ny1/content/index.jsp?stid=1&aid=55477 .



CBGB już nie istnieje, ale zanim zniknęło, udało mi się przeczytać na tamtejszej scenie "Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach". I jest to opowiadanie pełne muzyki z lat 70.

A jeśli zastanawiacie się, co stało się z nowszym modelem Krzysia - Wikipedia twierdzi, iż:

Darby [w polskiej wersji programu - Tosia -przyp.noita]
Darby to sześcioletnia rudowłosa dziewczynka z programu Moi przyjaciele - Tygrys i Kubuś. Głos Darby podkłada Chloë Moretz (w USA) i Kimberlea Berg (w UK). Jej ulubione powiedzonka to "Czas w drogę" oraz "Detektywi, hip hip hurra!" Z odcinka "Zaklęty w żabę" wiemy, że przyjaźni się z Krzysiem.


niedziela, 13 lutego 2011

Mamy już DZIESIĘĆ LAT

Neil napisał w środę 9 lutego 2011 o 0:21
Najlepsze życzenia urodzinowe dla bloga. Dziękuję wszystkim, którzy go czytają, wszystko jedno gdzie i kiedy.

Właściwie można się kłócić, czy to już dziesiąte urodziny bloga, czy jeszcze nie. Kiedy 9 lutego 2001 zaczynałem go pisać był to blog american.gods.com i blogiem na neilgaiman.com został dopiero we wrześniu 2001, kiedy postanowiłem zatrzymać go sobie na stałe, a Trevor Valle (właściciel domeny neilgaiman.com) oddał ją mi, a ja przekazałem ją Harper Collin i zaczęliśmy tworzyć tę stronę.

Ale 9 lutego 2001 dodałem swój pierwszy wpis. Był to wpis nr 2, bo pierwszy dodał ówczesny administrator strony z Authors On The Web. Miał to być blog o wydawaniu książki i zaczął się tymi słowami:

19 czerwca 2001 roku to data wydania "Amerykańskich bogów" i mimo półek w gabinecie uginających się od książek z moim nazwiskiem na grzbiecie, mam nieodparte wrażenie, że jest to moja pierwsza prawdziwa powieść. (Może dlatego, że nigdy nie napisałem niczego tak długiego samodzielnie i nie było to pierwsze coś innego.) A jeśli zastanawiacie się co to za strona, jest to uzupełniany od czasu do czasu dziennik na stronie americangods.com. Pomyślałem, że będzie można w ten sposób odliczać czas do wydania książki, relacjonować jej brytyjską i amerykańską premierę oraz przebieg trasy promocyjnej w czerwcu i lipcu.

Po raz pierwszy zaproponowałem takie przedsięwzięcie mojej budzącej respekt redaktorce, Jennifer Hershey, ponad rok temu, kiedy byłem jeszcze w trakcie pisania książki (proces ten zakończył się około trzy tygodnie temu). Ale ona wolała zaczekać, aż książka będzie gotowa do złożenia i wydania, żeby oszczędzić czytelnikom wpisów typu "13 luty: napisałem parę stron. straszny gniot." i "14 luty: napisałem parę znakomitych rzeczy. To będzie naprawdę fantastyczna książka. Poważnie." oraz "15 luty: jednak nie. straszny gniot." i tak dalej. Pisanie było trochę, jak zapasy z niedźwiedziem. W niektóre dni, moje było na wierzchu. Większość czasu - jego było na wierzchu. Ominęło was obserwowanie pisarza, który z niedowierzaniem przygląda się, jak jego rękopis staje się coraz dłuższy, terminy przelatują mu nad głową jak liście na wietrze, a końca książki wciąż nie widać.

Resztę możecie przeczytać na http://neilgaiman-pl.blogspot.com/2010/02/blog-amerykanskich-bogow-post-nr-2.html

Choć nie zamieszczę zdjęcia z pisania bloga nago, to po dziesięciu wspólnie spędzonych latach znamy się wystarczająco dobrze, że możecie zobaczyć jak wyglądam, gdy najczęściej zasiadam do pisania notki. Tak wyglądałem, gdy kilka godzin temu zaczynałem pisać ten post: nieogolony i w piżamie...

Przeszkodziła mi kilka rzeczy (w tym pobieranie krwi na okoliczność corocznych badań lekarskich*) i teraz, kiedy kończę pisać, ogolony, wykąpany i ubrany, wyglądam tak:

To gabinet. Pisze się tu wiele e-maili. Czasem pisze się bloga, ale praktycznie nigdy nie powstają tu książki. Za mną widać kącik Maddy. Po prawej biurko Lorraine, czy którym siedzi, odbiera telefony i załatwia sprawy.

* Lekarz poinformował mnie właśnie przez telefon, że moje wyniki krwi nigdy nie były tak dobre. Rah, jak mawia moja żona, niech żyje dieta i ćwiczenia.

Mam pewne plany z okazji Dziesiątych Urodzin Bloga. Jedna z rzeczy, które chciałbym zrobić w tym miesiącu, to zamieścić raz jeszcze ulubionych wpisów z tego dziesięciolecia. I dowiedzieć się, które wpisy najbardziej spodobały się czytelnikom.

Ten powstał w październiku 2001, po tygodniu spędzonym z dala od komputera. Wydaje mi się, że pisałem wówczas Sandmana: Noce Nieskończonych.

http://journal.neilgaiman.com/2001/10/this-is-kind-of-journal-entry-you-can.asp

Ten typ wpisu może powstać jedynie w czasie wolnym - i to wymuszonym, bo nie mam dostępu do sieci, więc zostanie on zamieszczony dopiero za dzień czy dwa. Prawdę mówiąc brak Internetu mi nie przeszkadza, tak samo jak brak zasięgu telefonu komórkowego. To dobrze. Jedyny kontakt, jaki nawiązuje ze światem zewnętrznym to codzienny telefon do domu, żeby przeczytać Maddy rozdział z książki LIZARD MUSIC [Muzyka jaszczurek] Daniela Pinkwatera. Siedzi po drugiej stronie z własną książką i sama czyta niektóre akapity.

A więc.

Łup.

Obudziły mnie dziś rano odgłosy bombardowania artyleryjskiego w snach. Łup. Łup. Łubudu trach. Łup. Otworzyłem oczy i okazało się, że ktoś zrzuca z nieba cegły. Cegły z hukiem odbijają się od dachu domku, w którym mieszkam i lądują w trawie. Wstałem i mimo zamglonych oczu wyjrzałem przez okno.

Łup. To z kolei był odgłos cegły spadającej na mój samochód.

Stwierdziłem w końcu, że przyczyną są orzechy. Nie takie ładne, brązowe i pomarszczone,
jak w świątecznych koszyczkach, tylko takie, które spadają z drzew, niczym ciężkie, zielone piłki do krykieta z orzeszkiem tkwiącym gdzieś w środku. Ta zewnętrzna otoczka zawiera sok orzechowy, o czym przekonałem się, gdy go podniosłem. Jako chłopiec czytałem, że wszyscy używali tego soku do przebierania się za Indian lub arabów i nie potrafiłem zrozumieć, jak wyciska się sok z orzecha. Wcale się nie wyciska. Sok to żółtawa maź pod zieloną skórką.

A więc. Ukrywam się w świecie z czasów przed nastaniem technologii, w towarzystwie opalanej drewnem kuchni i zabójczych opadów hałaśliwych orzechów włoskich. Próbuję trochę popisać pomiędzy innymi zobowiązaniami (np. wystąpieniem na MIT z p. Harlanem Ellisonem i p. Peterem Davidem czy najbliższym weekendem z rodzicami na uczelni mojego syna Mike'a).

Wystąpienie na MIT było bardzo przyjemne. Harlan był Harlanem, Peter Peterem, a ja byłem sobą. Na koniec pomyślałem, że być może po mnie i po Peterze nie było bardzo widać, jak doskonale się bawiliśmy i że ktoś powinien ustalić datę rewanżowego spotkania Harlan Ellison vs. MIT. ("W prawym narożniku elegancki dżentelmen odziany w brązowy garnitur i pomarańczowe buty, który wciąż korzysta ze staroświeckiej maszyny do pisania i nawet nie ruszył jeszcze do ataku. W drugim końcu ringu 900 lekko oburzonych osób, które mają coś przeciwko nadaniu im przez pana Ellisona wspólnego określenia "ciemnej masy, która tylko marnuje tlen"...)

To Harlan był największą gwiazdą, ale sądzę, że cała nasza trójka stanowiła dość imponującą konstelację.

Łup.

To był odgłos kolejnego orzecha spadającego z nieba na dach i staczającego się na ziemię.

Szurszur chrrup gryz.

A to był odgłos dużej świnki wietnamskiej pożerającej orzechy. Świnki wietnamskie mieszkają na sąsiedniej farmie. Ale wałęsają się po okolicy. I lubią orzechy. Podejrzewam, że pyski mają całe umorusane sokiem z orzechów. (Właśnie sprawdziłem. Rzeczywiście mają.)

Mi naprawdę podobało się spotkanie na MIT oraz towarzystwo na scenie i poza nią, choć obyłbym się bez podpisywania książek na sam koniec. Przeczytałem wiersz CRAZY HAIR, który muszę w końcu wydać w formie książki, bo za każdym razem, gdy z nim występuję, ludzie o to pytają. Przeczytałem też "Dom zegarów", fragment opowiadania, które piszę z Genem Wolfem do antologii World Horror. A potem pojechałem na południe i zatrzymałem się w małym domku z piecem opalanym drewnem, spiralnymi schodami, dobrze zaopatrzona lodówką i starodawnym telefonem, żeby w ciszy i spokoju zająć się pisaniem.

I dla jesiennego spokoju i słońca na tle błękitu październikowego nieba. Wiatr szumiący w gałęziach klonów i wiązów. Jelenie przy stawie. Bez telefonów, bez hałasu, bez niczego. W trzystupięćdziesięcioletniej chatce pod orzechem będę miał okazję zebrać myśli i popracować.

Łup. Bum.

Niuchhh gryz.


Łup.

.................................................................................

Kilka dni później...

Opuściłem już idealny jesienny domek. Zazwyczaj, gdy wyjeżdżam z tak fajnego miejsca, piszę gdzie byłem, ale jeśli to zrobię, przy następnej wizycie nie znajdę wolnego miejsca. Niewiele pozostało na świecie tak doskonałych miejsc.


Sąsiadka hoduje świnie. Codziennie chodzę witać się z nimi - małymi ślicznymi czarnymi prosiaczkami i wielkimi świniami - oraz z ludźmi. Świnki nie są hodowane na mięso: niektóre są tam jako zwierzątka domowe, niektóre przebywają tam czasowo, inne są na sprzedaż lub do adopcji.


Właścicielka oprowadziła mnie i przedstawiła świnkom.

Pokazała mi małego i wyjątkowo wesołego czarnego prosiaczka w klatce i powiedziała: "Ten był kiedyś trzymany w domu. Nie był kastrowany, a rodzina miała też psy, szpice miniaturki. Ale nie radzili sobie, więc opiekujemy się nim, dopóki ktoś nie zechce go zabrać do siebie. "

"Dlaczego sobie nie radzili?"

"Ach", powiedziała. "Nie da się tego powiedzieć delikatniej. Kilka dni temu sama go wysterylizowałam. Ale u niewykastrowanego samca co najmniej dwa razy dziennie musi nastąpić ejakulacja, żeby pozostał on zdrowy. A ten delikwent próbował zaspokoić swoje potrzeby ze wszystkim, co było w okolicy, czyli z psami. Właściciele nie pisali się na coś takiego."


Przyznałem, że faktycznie pewnie nie. A potem pokręciłem głową, przysłuchując się pochrumkiwaniom świń i kontemplując milczenie szpiców miniaturek.

sobota, 12 lutego 2011

Już prawie dziesięć

Neil napisał w poniedziałek 7 lutego 2011 o 20:25

Od kiedy wróciełem z Australii, dość dużo czasu poświęciłem na poprawę swojego zdrowia.

Jadałem bardzo rozsądnie, dużo ćwiczyłem, zbijałem wagę (to przez zdjęcia z Opery w Sydney, na których widać jak brzuch mi wystaje z kamizelki Kambriel. Dotarło do mnie, że jeśli jesteś w średnim wieku to trzeba się naprawdę pilnować). Zamiast półki ze spodniami w rozmiarze 33, zacząłem sięgać na półkę z rozmiarem 32 (to oznacza, że moje BMI wynosi tyle, ile powinno). Dziś zauważyłem, że na półce z 31 jest mnóstwo dobrych, mało noszonych jeansów i postanowiłem dociągnąć do tego rozmiaru, czyli do wagi, która zadowoli mojego lekarza. I zrobię, co w mojej mocy, żeby przy tym rozmiarze pozostać.

Nie jest to trudne, kiedy sam przygotowuję jedzenie, gorzej w trasie.

(Proszę nie spodziewać się częstych wieści na temat diety/wagi, choć dam znać, kiedy jeansy 31 będą na mnie dobre. Proszę również nie pisać do FAQ aby tłumaczyć, że to, co robię jest złe z przyczyn zdrowotnych lub ideologicznych, nie polecać diet i programów ćwiczeń. Zawsze jestem wdzięczny za rady, po przeczytaniu których jedynie wzruszam ramionami i dalej robię swoje. Teraz jem dużo warzyw i biegam w śniegu z psami.)

...

Ponieważ jest luty (a w lutym powstał ten blog), przez następne 21 dni Kryształowa Kula będzie wyglądała jakbym został Swami.

A jeśli ktoś zastanawia się czym jest Kula i jak powstała, wszystko zaczęło się tutaj: http://journal.neilgaiman.com/2007/02/now-we-are-six.html i był to prezent na szóste urodziny bloga.

To było cztery lata temu. W środę blog skończy dziesięć lat. Gorączkowo staramy się wymyślić w jaki sposób można to uczcić. Pomysły z Twittera to m. in. sprzedać firmie AOL za 315 milionów dolarów oraz pisanie bloga nago. (Niestety jestem prawie pewny, że akurat to już robiłem.)

Ech.

Poniższe zdjęcie zrobiłem dla Cat Mihos, która przysłała mi naklejkę "To tylko limonka", którą wziąłem za zakładkę i drugą, z Potężnym Cabalem (która powstała, aby wspierać schronisko dla zwierząt Valley of the Kings.)




Cabal ma się lepiej.

Weterynarze z kliniki nie wiedzieli co mu jest: często się przewracał, zdawało się, że nie panuje nad tylnymi łapami i miał trudności z bieganiem, chodzeniem po schodach i śliskich podłogach. Bywały takie dni, kiedy nie mógł wstać i piszczał z bólu. Stwierdzili, że może to być zwyrodnienie rdzenia kręgowego (DM - mielopatia zwyrodnieniowa), coś w rodzaju stwardnienia rozsianego u owczarków niemieckich. Sprawdziłem w Internecie i znalazłem tę stronę... Najpierw poczytałem czym jest DM... potem dowiedziałem się jaka dieta pozwala ograniczyć objawy. Stronę firmuje University of Florida. Wydaje się, że to wiarygodne źródło...

Weterynarz przestał podawać mu dotychczasowe leki. Cabal przeszedł na dietę.

I ma się lepiej. Zupełnie poprawiły się rzeczy, które najbardziej nas przerażały (to, że nie mógł wstać, jęki bólu, przewracanie się), a o 75% lepiej jest ze wszystkim innym. I poprawia się z każdym dniem.

Piszę to, aby rozpowszechnić link i informacje pod nim zawarte. I żeby powiedzieć, że w naszym przypadku metoda się sprawdziła.


...

Sxip Shirey napisał muzykę do Statuesque, krótkometrażowego niemego filmu, który nakręciłem, z Billem Nighy w roli głównej (w Wielkiej Brytanii jest już dostępny na DVD. Wspomniałbym o tym wcześniej, ale dopiero co zauważyłem.) Sxip jest genialny. Jego zespół, The Luminescent Orchestrii, połączył niedawno siły z grupą Carolina Chocolate Drops, i z połączenia dwóch bardzo odmiennych typów muzyki wyszło EP.

Obejrzałem film dokumentujący tworzenie sztuki: cztery minuty podczas których dwa zespoły dyskutują i omawiają w jaki sposób tego dokonać, potem cztery minuty wspaniałej muzyki - i uznałem, że to radość w czystej postaci. Uwielbiam to oglądać i patrzeć, jak grają. To jakaś magia, coś, co mogło zdarzyć się tylko raz, a my mieliśmy niezwykle dużo szczęścia, że dane nam było to zobaczyć.

Obejrzyjcie. Nie obiecuję, że się wam na pewno spodoba (piosenka zaczyna się os 4:00) ale obstawiam, że sprawi wam równie dużo radości, co mnie.



...

PS: Właśnie dodaliśmy do www.neilgaiman.com nową podstronę: http://www.neilgaiman.com/p/About_Neil/Patronage Jestem Patronem Open Rights Group i obok Ursuli LeGuin i badacza kosmosu Davida Southwooda - jednym z patronów Science Fiction Foundation.

Tutaj opowiadam o Open Rights Group. Ale nie jest to tak radosne i wspaniałe jak poprzedni klip:




tagi:
Cabal i ja, jedzenie zdrowo, żadna etykieta nie odda sprawiedliwości temu postowi więc przestudiujcie go dokładnie i czerpcie wiedzę z jego nauki albowiem rozrywka oferuje jedynie pustkę tam gdzie zakazane to przez prawo, sxip, jeansy

A kiedy masz już latarnię...

Neil napisał w sobotę 5 lutego 2011 o 23:43




Kelly McCullough lubi moje psy. Myślę, że mnie również, ale to do nich w odwiedziny wpada popołudniami, w ramach nagrody za wyrobienie dziennej normy słów. (Kelly jest pisarzem i wie doskonale jak ważne jest wyrabianie normy na dany dzień.) Czasami zakłada śniegowce, czasami nie. Ale niezależnie od tego zabiera psy na włóczęgę po moim lesie.

Czasami przychodzi również jego żona, Laura.

Oznacza to, że od kiedy postawiłem latarnię, Kelly mija ją przy każdym spacerze. Jest to zasilana energią słoneczną latarnia w stylu wiktoriańskim, którą postawiłem w lesie, bo zimą wygląda jak żywcem z Narnii (a tym, którzy zapomnieli przypominam, że był to gwiazdkowy prezent od moich dzieci i ich matki).

Kilka dni temu Kelly wpadł do mnie po spacerze z psami i powiedział, że na widok tej latarni zapragnął być, no wiecie, faunem. I żeby zostało to uwiecznione na zdjęciu.

"Musiałbyś mieć różki", zauważyłem.

Zgodził się, że owszem, musiałby, a ja powiedziałem, że jeśli kiedykolwiek zostanie faunem, będzie mile widziany w okolicy mojej latarni...

Pomyślałem, że być może kiedyś do tego dojdzie. Ale dzisiejsza pogoda była doskonała: było wystarczająco ciepło, by pojawiła się delikatna mgiełka, która otula świat i sprawia, iż wydaje się, że nie istnieje nic poza tym, co widać - a widać było jedynie drzewa i śnieg.

Zabrałem psy na spacer, dumając nad tym, jak zmyślone wydawało się wszystko w tym momencie. Świat wyglądał jak gigantyczna scenografia, czy plan filmowy.




Wyciągnąłem swojego Nexusa S i porobiłem psom kilka zdjęć na śniegu.

Po powrocie do domu czekał na mnie Kelly oraz Matt Kuchta, zaprzyjaźniony z nim fotograf, a także jego żona ("Wiele o tobie słyszeliśmy", powiedziała. "W sumie to więcej słyszeliśmy na temat psów..."), która miała pomagać oraz Laura, która przebierała się w strój białej królowej.

I wyszli na mróz. Ja właśnie wróciłem z lasu i miałem zamiar nieco rozgrzać się w środku, więc pomachałem im tylko na pożegnanie. Kelly na odchodnym wspomniał coś o zdejmowaniu koszulki, ale pomyślałem, że to mało prawdopodobne, w końcu było zimno...

Jakże się myliłem.


Tak bardzo cieszę się, że mam tę latarnię.


L&K_7163

L&K_7139

L&K_7146


Psy mają idealnie wilcze pozy, ale nie do końca załapały o co chodzi z tym groźnym wyglądem, prawda?

Wszystkie opublikowane dotąd zdjęcia można zobaczyć na http://www.flickr.com/photos/kuchtam/sets/72157625860481709/with/5419998319/

piątek, 4 lutego 2011