Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jubileuszowe wydanie Amerykańskich bogów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jubileuszowe wydanie Amerykańskich bogów. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 lutego 2013

Najlepsza rada

Neil napisał w sobotę, 2 lutego 2013 r. o 21:05

Niedawno, w trakcie wystąpienia w Sydney, ktoś mnie zapytał, jaka była najlepsza rada, jaką kiedykolwiek dostałem od innego pisarza, a ja opowiedziałem historyjkę o goleniu związaną z Harlanem Ellisonem, którą przytoczyłem tutaj. To bezcenna wiedza.

 Dziś rano pomyślałem Ciekawe, jaka była najlepsza rada niezwiązana z goleniem, jaką dostałem od innego pisarza... I wtedy sobie przypomniałem.

Był rok 1988, Światowy Konwent Fantasy w Londynie. Siedziałem w barze z grupą ludzi przy stoliku, gdzie wcześniej przeprowadziłem wywiad z Clivem Barkerem na temat komiksu do książki o Clivie. Po wywiadzie zaczęliśmy się sprzeczać – pamiętam, że zdenerwował mnie pogląd Clive'a, który twierdził, że komiks jest uboższy od prozy, ponieważ powieść może go doprowadzić do płaczu, a komiks nigdy. (Pamiętajcie, że było to 26 lat temu. Nie mam pojęcia, czy Clive nadal tak sądzi i czy w międzyczasie nie znalazł się komiks, który go wzruszył do łez. Mam nadzieję, że tak się stało.)

Po rozmowie Clive wziął mnie na bok. Powiedział: „Kiedy rozmawialiśmy, mówiłeś coraz głośniej i głośniej”.

Miał rację. W barze było głośno. A ja miałem ważne rzeczy do powiedzenia i wielkie opinie i, do cholery, zbyłem zdeterminowany, żeby mnie wysłuchano.

 Powiedział: „Neil, nie rób tego. Jeśli będziesz mówił coraz głośniej, wszyscy inni też będą to robić, żeby cię przekrzyczeć. A wtedy wszyscy będą krzyczeć, a nikt nie zacznie słuchać. Jeśli chcesz, żeby wszyscy cię słuchali, mów ciszej. Wtedy cię wysłuchają.”

Wtedy wydawało mi się to najdziwniejszą poradą, jaką kiedykolwiek otrzymałem. Ale uwielbiałem i szanowałem Clive'a, więc następnym razem, gdy wdałem się w barze w kłótnię/dyskusję, ściszyłem głos. A im bardziej chciałem, żeby ludzie mnie wysłuchali, tym bardziej zmuszałem się do ściszenia głosu. A gdy to zrobiłem...

…inni ludzie też zaczęli mówić ciszej. Nachylili się w moją stronę. Słuchali. Nie musiałem podnosić głosu.

Poczułem się tak, jakbym dostał jeden z kluczy do wszechświata.

A teraz przekazuję go wam.

Clive miał ostatnio problemy ze zdrowiem, ale mam nadzieję, że niedługo miną, a on znów będzie w pełni sił. Inspirował mnie na wiele sposobów, gdy miałem niewiele ponad dwadzieścia lat i z czasem wiele się od niego nauczyłem. Oto nasze zdjęcie z 1989 r. na planie Nocnego plemienia, ukradzione z jego strony na Facebooku.


...

W poniedziałek w południe czasu wschodniego zacznie się pierwsza część szalonego projektu związanego z tworzeniem dobrej sztuki, który realizuję z pomocą Blackberry. Odbędzie się (na początku) przez Twitter. Mój login to @Neilhimself (niektórzy mogą tego nie wiedzieć). O wszystkich aktualnościach i linkach będę pisał także tutaj.

 …

No dobrze. Jestem w domu w Midweście. Czeka tutaj na mnie mnóstwo fajnych rzeczy, w tym stos książek, z których jedna to nowe wydanie Amerykańskich bogów – po raz pierwszy amerykańska wersja autorskiej edycji wychodzi w miękkiej okładce (to również pierwszy raz, kiedy książki ukażą się w nowym, standardowym formacie w miękkiej okładce, a stanie się to za parę dni.) Na zdjęciu jest to książka druga od prawej w dolnym rzędzie...


(Na zdjęciu widać również dwa zagraniczne wydania Sandmana, trzy zbiory opowiadań, w których znajdują się moje historie, książka, którą uwielbiam, z moim posłowiem, oraz egzemplarz świetnego przewodnika o tym, od czego zacząć czytanie twórczości różnych pisarzy – dostałem go, ponieważ wsparłem Kickstartera, nie dlatego, że znajduje się tam rozdział na temat czytania moich książek, napisany przez niesamowicie utalentowaną Erin Morgenstern.)

Zimno tutaj. Ale mam na sobie ciepłą bieliznę, będę nosił grube ubrania i właśnie zamierzam pójść z Lolą na spacer do lampy w lesie. Wrzucę tu zdjęcie, jeśli jakieś wyjdzie.

Owszem, dom wydaje się pusty i obcy. Ale Lola to uroczy i kochający pies. A ja piszę.





(Niewielka latarka przy jej szyi nie służy temu, żeby mogła lepiej widzieć w ciemności. Jest tam po to, żebym ja ją widział w nocy.)

piątek, 7 października 2011

Głównie całkiem wielgachne Q&A o Doctorze Who

Neil napisał w czwartek 9 czerwca 2011r. o 17:19

Wciąż jestem w bardzo pustym domu wynajętym od znajomych i ciężko pracuję nad napisaniem wszystkiego, co muszę napisać przed wyruszeniem w trasę. Szkoda, że nie mam żadnego towarzystwa. Kiedyś lepiej mi wychodziło bycie samemu teraz usycham z tęsknoty za moją żoną, moimi dziećmi, nawet za moim psem. Ale pracuję, przez większość czasu w skupieniu, a to dobra rzecz.

Wyruszam w trasę z okazji opublikowania w Stanach autorskiej wersji Amerykańskich bogów. To jubileuszowa edycja w dziesięciolecie wydania. Zostanie opublikowana 21 czerwca, dziesięć lat po pojawieniu się pierwszej wersji, od której jest dłuższa o około 20 000 słów. Zawiera również kilka esejów. Jeśli kupicie e-booka, znajdziecie w nim także siedemnastominutowy wywiad ze mną, a również kawałki nadchodzącego audiobooka z pełną obsadą.

To zdjęcie, które wykorzystujemy do trasy. Zostało zrobione przez fotografa Allana Amato, który sprawił (bo jest bardzo sprytny i to umie), że wygląda jak stary dagerotyp.


To okładka edycji z okazji dziesiątej rocznicy wydania. (Z twardą okładką. Wspominałem już, że ma twardą okładkę?)



Ale lepiej wejdźcie na Indiebound na http://www.indiebound.org/book/9780062059888 i sprawdźcie, czy jakaś niezależna księgarnia obok was przypadkiem jej nie sprzedaje, lub kupcie ją online w niezależnej księgarni.

Większość, jeśli nie wszystkie księgarnie sponsorujące wydarzenia w trakcie trasy będą miały w sprzedaży podpisane egzemplarze tej edycji Amerykańskich bogów po zakończeniu spotkania (będę podpisywać piętrzące się stosy książek dla każdego przystanku po drodze) i większość z nich zachęca was do zamówienia u nich podpisanych kopii już teraz sprawdźcie na stronach. Jeśli chcecie podpisany egzemplarz, skontaktujcie się z nimi. (Lista sklepów i księgarni, a także linki do stron znajdują się w tej notce: http://neilgaiman-pl.blogspot.com/2011/07/daty-trasy-znikajacego-pisarza.html)

...lub kupcie kopię od Grega Kettera na http://www.dreamhavenbooks.com/ w Minneapolis, ponieważ po zakończeniu trasy z pewnością skończę w Dreamhaven, torując sobie drogę przez wszystkie rzeczy do podpisania, które dla mnie ma.
...

Tak więc wiele pytań o Doctora Who.

Na szczęście, wiele z nich to te same pytania powtarzające się wciąż i wciąż. Mimo to, jest ich zbyt wiele, bym mógł na wszystkie odpowiedzieć... Ale zobaczymy, ile uda mi się zrobić przez następne dwie godziny.

Pojawią się Spoilery, więc przestańcie czytać teraz, jeśli nie chcecie ich poznać.

Drogi Neilu,

jak bardzo musiałeś się przygotowywać (o ile w ogóle), by być pewnym, że właściwie nawiązujesz do mitologii klasycznych serii Doctora Who? Przy wszystkich odniesieniach do wcześniejszych miejsc i koncepcji przewijających się przez Żonę Doktora, wydaje się, że całkiem dużo. I jak wiele zabawy sprawiało pamiętanie oraz umieszczanie tego wszystkiego w Twoim scenariuszu? Czy w ogóle oglądałeś ponownie stare odcinki, nawet ze względów sentymentalnych?

Nie za dużo. Na szczęście miałem Stevena Manfreda, który mógł odpowiedzieć na moje pytania, ponieważ zna wszystkie odpowiedzi, ale kiedy Maddy i ja zaczęliśmy razem oglądać Doctora Who w 2005r., kupiłem całe mnóstwo płyt DVD, by znów przeżyć to, co lubiłem, by pokazać to mojej córce, oraz by mieć trochę Doctora Who do oglądania w trakcie tych długich miesięcy, kiedy nie ma żadnych nowych odcinków. Pokazanie jej (na przykład) An Unearthly Child, The Three Doctors, The Five Doctors i City of Death sprawiło nam obojgu wielką przyjemność. A mi znów udało się je wszystkie zobaczyć i sobie przypomnieć.

Jednak większość szczegółów i mitologii po prostu tkwiło w zakamarkach mojego umysłu, czekając, aż je ktoś wyciągnie. Lubię mitologie i wiedziałem, czym jest Dalek, z jakiej planety pochodzi lub skrótem od czego jest TARDIS, kiedy miałem pięć lat, jeszcze zanim dowiedziałem się, kim był Thor lub Anubis.

Było też mnóstwo materiału, którego nie użyliśmy w ostatecznej wersji, rzeczy, które odnosiły się aż do pierwszego Doktora oraz do książki Doctor Who and the Daleks Davida Whitakera. (zależało mi na wspomnieniu Rtęciowego Ogniwa, ponieważ było ono pierwszą częścią TARDIS, której nazwę poznałem, razem z maszyną do robienia jedzenia, które wyglądało jak batoniki Mars, ale smakowało jak jajecznica z bekonem. Niestety ani jedno, ani drugie nie trafiło do odcinka.)

Przy okazji, niedawno napisałem wstęp do ponownego wydania tej książki (pojawi się w sierpniu), z której dowiedziałem się o obu tych rzeczach:



Czy kawałek dialogu między Doktorem a TARDIS o tym, że nie zabiera go tam, gdzie by chciał, jest nawiązaniem do cytatu z Długiego mrocznego podwieczorka dusz Douglasa Adamsa?

Niezamierzonym. W scenariuszu znajdowało się parę odniesień do dzieł Douglasa (z których najbardziej oczywistym było "wysypisko na końcu wszechświata"), ale to akurat było coś, o myślałem odkąd byłem dzieckiem. TARDIS nigdy nie zabiera Doktora w nudne miejsca, gdzie nic nigdy się nie stało lub nie stanie: zawsze wyrzuca go gdzieś we właściwym miejscu lub we właściwym czasie, by coś się wydarzyło. A biorąc pod uwagę, że przeważnie on tego nie robi celowo, to znaczy, że ona musi.

Cześć Neil,

czy kiedyś zostanie wydana wersja Twojego scenariusza zawierająca wszystkie kawałki, które, z różnych powodów, nie znalazły się w odcinku?

Z góry dzięki,

Paul

Nie sądzę, żeby to było zbyt praktycznie, głównie ponieważ jedne sceny zastąpiły drugie. Tak więc scena, w której polecieli zobaczyć Beatlesów została zastąpiona przez Planetę Bogów Deszczu, która została zastąpione sceną "Dostałem wiadomość!".

Ale jeśli zdecyduję się na nowelizację, zobaczę, jak wiele z tych rzeczy uda mi się umieścić. (Co też będzie ciężkie, ponieważ w paru pierwszych szkicach na końcu pierwszego sezonu z Mattem Smithem występowała tylko Amy, a w całej reszcie  na początku drugiego sezonu z Mattem Smithem występowała Amy z Rorym...)

Cześć Neil,

Tak tylko dla formalności, Twój odcinek był niezły. W sensie, naprawdę cholernie świetny. W sensie, oj no wiesz. Fajny. Tak żebyś wiedział.

A teraz moje pytanie. Czy istnieje coś w stylu "rady", która przegląda Twój pierwszy pomysł na scenariusz, a potem śledzi Twoją pracę, kiedy go piszesz? Doctor Who to ogromna opowieść i to oczywiste, że tolerancja na sprzeczności jest dosyć wysoka, ale wydaje mi się, że wciąż trzeba się dopasować, no i kontynuować akcję sezonu. Zawsze wyobrażałem sobie, że istnieje sześcioro naprawdę starych ludzi o niezdeterminowanej płci siedzących w średniowiecznym domu pełnym dziwnych ustrojstw, którzy piją herbatę, jedzą żelki i spędzają całe dnie pisząc listy na starych maszynach do pisania, ale mogę się zgodzić na paru profesjonalnych starszych doradców albo coś.

Pozdrowienia,

Anders Sjölander

Nie. Jest Steven Moffat. Zasięgałem jego opinii, kiedy miałem pytania, a on odpowiadał szybko i rozsądnie, a jego pierwsza wiadomość do mnie brzmiała "Chcę wiedzieć, w jakim kierunku zmierzasz, a nie Cię ograniczać" i tego się trzymał. Był Piers Wenger, producent wykonawczy, oraz Beth Willis, także Producent Wykonawczy oni też zwykle mieli drobne, ale istotne uwagi. Beth świetnie udaje się być osobą nieznającą się na SF, której trzeba wyjaśniać rzeczy, które myślałem, że każdy rozumie. Był Brian Minchin i Lindsey Alford (który zastępował Briana, gdy ten zajmował się Sarą Jane), którzy byli Scenariuszowymi Szefami, którzy zbierali notatki wszystkich Stevena, Piersa, Beth i swoje, a później przychodzili do mnie z listą sugestii co do scenariusza lub też ze smutnymi, mądrymi słowami o ty, co ile by kosztowało.

Szkic po szkicu, próbowaliśmy znaleźć sposoby, by mówić szybciej, działać sprawniej, opowiedzieć historię w ciągu 42 minut.

Niech pomyślę o jakimś przykładzie.

Okej. Korsarz. Pierwszy raz, gdy zacząłem o nim pisać, jeszcze nawet nie w pierwszym szkicu, chciałem upewnić się, że Steven Moffat zgodzi się na to, co chciałem zrobić, więc wysłałem mu e-mail z tym fragmentem:

Doktor: Nazywał się Korsarz. Nie miał imienia. Po prostu Korsarz. I... i kiedyś wyruszał na wyprawy, badając granice Czasu i Przestrzeni.

Amy: Co się z nim stało?

Doktor: Pewnego razu nie wrócił. Cóż, taki jest kłopot z badaniem Czasu i Przestrzeni. Nigdy nie wiesz, czy ktoś nie wrócił, czy po prostu jeszcze nie wrócił. Założę się, że wciąż są osoby, które czekają na mnie...

(Zauważa wyraz twarzy Amy. Właśnie powiedział niewłaściwą rzecz... Próbuje wrócić do tematu.)

Ja ja go spotkałem. Na ramieniu miał tatuaż w kształcie węża, uroborosa. Po każdej regeneracji robił sobie ten tatuaż. Pewnego razu z nim rozmawiałem.
Amy: Tak?

Doktor: Powiedziałem, żeby zabrał mnie ze sobą. Mógłbym z nim odlecieć. Być jego asystentem.

Amy: Więc tak zacząłeś? Podróżując z nim?

Doktor: Co? O, nie. Wyśmiał mnie. Miałem dwanaście lat. Nie mogę go winić. To było... eony temu.

Na co Steven odpowiedział:

Podoba mi się tatuaż i odgrzebanie wykorzystanie postaci ale czy moglibyśmy sprawić, by Korsarz nie wydawał się tak bardzo osobą, na której wzorował się Doktor? To odpowiada na zbyt wiele pytań, które powinny być zostawione bez odpowiedzi. To Doktor, robi to, co robi z powodów zbyt licznych i strasznych, by o nich opowiadać.

Czemu, ujętymu w taki sposób, absolutnie nie można było się sprzeciwiać. Tak więc kiedy powstała pierwsza-wersja-z-Rorym, scena wyglądała tak:

DOKTOR

... kiedy musieliśmy przesłać wiadomość do Wysokiej Rady, zwijaliśmy swoje myśli w  pewnie dlatego przyleciało do mnie. Nie miało gdzie indziej iść. Juhu gdzieś tam jest żywy Władca Czasu, drużyno. Jeden z tych dobrych. I ma kłopoty.

Tardisem szarpie WSTRZĄS, teraz wydaje dźwięki jakby kosmiczne silniki NAPIERAŁY na coś dźwięk urywa się... Silnik Tardis wydaje naprawdę niedobry dźwięk. Amy wyciera włosy ręcznikiem.

RORY
Brzmi jakby jechał pod górę przy złym biegu...

DOKTOR

To mniej więcej robi. Jesteśmy teraz na krańcu wszechświata, więc tak jakby naginamy tu parę praw... Praw takich jak Ochrona Rzeczywistości i... (do Tardis) No dalej, piękna.

AMY

Wydawało mi się, że powiedziałeś, że nie ma żadnych innych Władców Czasu. To zaczęło migać. Powinnam nacisnąć?

DOKTOR

Nie najlepszy pomysł. Cząsteczki mogą się... odcząsteczkować. Władcy Czasu zniknęli z tego wszechświata. Dlatego właśnie go opuszczamy.

AMY

Ten Władca Czasu. Jaki on jest? A może to Władczyni Czasu?

Doktor cały czas odchodzi od panelu sterującego, by z nią rozmawiać, po czym wraca, by coś przestawić.

DOKTOR

Nazywa się Korsarz. Świetny koleś. Ma serca we właściwych miejscach. Wysoka Rada Władców Czasu też nie mogła go znieść...
(do Tardis)
Uda ci się! Naprzód!
RORY

Co się z nim stało?

DOKTOR

Wyleciał w TARDIS, nigdy nie wrócił. Kłopot związany wyłącznie z badaniem Przestrzeni. Nigdy nie wiesz, czy ktoś nigdy nie wrócił, czy też jeszcze nie wrócił.

DOKTOR (dalej)

Uroczy człowiek. A czasami, urocza kobieta. Miał tatuaż na ramieniu. Węża, który zjada własny ogon. Miał go w każdym wcieleniu. Mówił, że nie czuł się sobą bez tatuażu. Zupełnie i totalnie utknęliśmy. Potrzeba większego ciągu.

Co pewnie było połową pierwszej wersji, którą napisałem z Amy, a i tak ostatecznie musiałem przekazać tę informację w ułamku chwili...

Cześć Neil,

Jedną z rzeczy, które najbardziej mnie uderzyły, było to, jak dobrze udało Ci się napisać Jedenastego Doktora (w odróżnieniu od Dziesiątego). To moje pytanie:

Na ile obraz Doktora różnił się w pierwotnej wersji? Czy były jakieś kwestie, które powiedziałby Dziesiąty Doktor, lecz które usunąłeś lub zmieniłeś, by bardziej trzymać się kreacji Jedenastego Doktora w wykonaniu Matta Smitha?

Dzięki,

Ben

Dobre pytanie. Myślę, że zupełnie pierwszy szkic był tak jakby dla neutralnego doktora, który prawdopodobnie brzmiał bardziej jak David Tennant niż ktoś inny, ponieważ do niego się przyzwyczaiłem (patrz dialog powyżej) ale przecież Matt jeszcze nie otrzymał roli, kiedy nad nim pracowałem. Tak więc napisałem najlepiej jak mogłem odcinek dla "Doktora", ale próbowałem nie pisać go dla nikogo konkretnego. Kiedy byłem na etapie drugich przeróbek, dopisując Rory'ego, widziałem już serię z Mattem, Karen in Arthurem. Wiedziałem, jak brzmią. Nietrudno więc było sobie ich wyobrazić, kiedy pisałem i poprawiałem. Niektóre kwestie Doktora trochę się zmieniły dopisałem wtedy na przykład rzecz z "łóżka piętrowe są cool" ale nie tak bardzo, jak można by sobie wyobrażać. Duża część dialogów, które widzieliście na ekranach, była tam od pierwszej wersji scenariusza.

W ramach eksperymentu próbowałem wyobrazić sobie kwestie dialogowe Doktora wymawiane przez Patricka Troughtona, Jona Pertwee, Toma Bakera, Colina Bakera lub Christophera Ecclestona (i resztę) i byłam najbardziej zadowolony, gdy udało mi się napisać kwestię, którą każdy z nich mógłby odegrać każdy na własny sposób. "Strzeż się, zabiłem ich wszystkich" na przykład.

Przez wszystkie lata emisji Doctora Who, jaki według Ciebie był najważniejszy morał/przekaz oferowany światu przez program?

Zawsze da się wymyślić sposób, by wybrnąć z kłopotów.

Skąd wzięła się Idris i dlaczego nosiła wiktoriańską suknię balową?

Przeszła przez Pęknięcie. I była na wiktoriańskim przyjęciu.

Istnieje możliwość, że kiedyś jakiś twórca napisze inną historię, w której Idris powróci, odegrana przez Suranne Jones albo przez kogoś innego.

Jak byś się czuł, gdybyś dowiedział się, że na pewno się to stanie?
Jak byś się czuł, gdybyś dowiedział się, że to się nigdy nie stanie?

Jeśli tak się wydarzy, że Suranne (albo ktoś inny) kiedyś powróci jako Idris/Piękna (a nie jest to zbyt prawdopodobne, chociaż nic nie jest niemożliwe) mam nadzieję, że będzie to zrobione w sposób, który mnie zaskoczy i sprawi, że poczuję się dumny.

Drogi Panie Gaiman,

dziękuję Panu za zaoferowanie, że odpowie Pan na pytania dotyczące Pańskiego odcinka Doctora Who.

Nie zrozumiałem jednej rzeczy: dlaczego nagle tak łatwe stało się opuszczanie i powracanie do wszechświata? I jeśli to było takie proste, dlaczego nie dało się wejść do innego? Po co właściwie całe to płakanie za Rose, jeśli właściwie wystarczyłoby pozbyć się basenu, by znów ją zobaczyć?

Jestem przekonany, że coś przeoczyłem lub źle zrozumiałem i z niecierpliwością czekam na Pańskie wyjaśnienie.

Z podziękowaniami,
Wibkie

Nie było łatwo dostać się lub i to szczególnie wydostać z przyległego wszechświata. Trzeba było spalić pokoje TARDIS, by osiągnąć ciąg, który pozwolił im dostać się i wydostać. Ale się udało.

Jednak jest różnica między malutkim wszechświatkiem przyległym do naszego a całą-nową-rzeczywistością-w-równoległym-wszechświecie. Pierwszy wciąż jest związany z naszym wszechświatem, a pomiędzy nimi znajduje się pęknięcie, drugi jest całkowicie innym porządkiem stworzonych rzeczy.

Oczywiście tak naprawdę jest zupełnie inaczej, ale mam nadzieję, że to ułatwi Ci zrozumienie.

Korsarz jest intrygujący. Naprawdę, szczerze, absolutnie intrygujący, wraz z tym swoim imieniem, tatuażem i wszystkim. Zastanawiałem się, czy Ty/ludzie zajmujący się Doktorem mieli jakieś pomysły na to, kim był dawne czyny! czego dokonał! czego /ona/ dokonała! albo inne takie? Bo inaczej pewnie skończę pisząc fanfiki. Bogowie, ratujcie.

Jeśli kiedyś zdecyduję się na nowelizację, z chęcią napiszę parę scen z retrospekcjami dotyczącymi Korsarza. Podejrzewam, że jego Tardis wyglądał jak mały jednomasztowiec, kiedy tylko mógł. A on często się śmiał.

W początkowych szkicach należał do Wszechświatowego Zespołu Ankietowego Władców Czasu ("Ankiety we Wszechświecie?" "To spore miejsce. Ktoś musi mieć na nie oko".).

Drogi Neilu,

W jakim stopniu Twój odcinek Doctora Who był oparty na bogatej tradycji Doctora Who poza tym, co pojawiało się w telewizji słuchowiskach, powieściach?

Z podziękowaniami,

Jon

Oprócz książki Davida Whitakera, w ogóle*. Kiedyś uwielbiałem książki z serii Dalek World i lubiłem Roczniki Dra Who, ale one bardzo odbiegały od ciągłości serialu i wiedziałem to jeszcze jako chłopiec. Przeczytałem książkę z Telos napisaną przez Paula McAuleya, do której napisałem wstęp (większość znajduje się na http://neilgaiman-pl.blogspot.com/2007/05/natura-infekcji.html), ale Big Finish Audio, Nowe Przygody etc to rzeczy, o których istnieniu wiedziałem, ale w które nigdy się nie zagłębiałem.

*Edycja, żeby dodać: jeszcze The Making of Doctor Who od Piccolo Books, napisana przez Hulke'a i Dicksa. Kupiłem swój egzemplarz w 1972r. i na pewno przeczytałem go ze sto razy przed moimi trzynastymi urodzinami.

Cześć, prosiłeś o pytania związane z Doctorem Who, więc: słyszałem, że Twój odcinek miał być częścią sezonu piątego, ale został przesunięty do szóstego. Czy potrzebne były jakieś duże zmiany, żeby pasował do szóstej serii? A także, raczej bezczelne pytanie, bo jestem pewien, że dostajesz podobne cały czas: co mógłbyś doradzić ośmioletniemu chłopcu, który uwielbia pisać?

Nie było żadnych dużych zmian, ale mnóstwo drobnych. Gdyby pojawił się w piątej serii, myślę, że byłby straszniejszy, ponieważ to Siostrzeniec grałby w zabójczą grę w chowanego z Amy w TARDIS opętanym przez dom. Miałby też o wiele bardziej mroczne zakończenie, ponieważ Doktor i Amy pochowaliby ciało Idris, a później rozmawialiby o śmiertelności i końcach, podczas gdy Doktor plótłby wianek ze stokrotek.

(Radziłbym mu dużo czytać, przeżywać przygody, czytać książki takie jak http://www.dangerousbookforboys.com/ i wcielać to, o czym czyta, w życie, ponieważ pewnego dnia będzie potrzebował mieć o czym pisać, a doświadczenia są surowym materiałem, z którego powstaje wyobraźnia.)

Dlaczego, tak naprawdę, tytuł Twojego odcinka został zmieniony z Większa w środku na Żona Doktora? Ten poprzedni wydawał się głębszy, więcej znaczący. Przeczytałem gdzieś, że powiedziałeś, że można by to pomylić z Miększa w śrdoku, ale uznałem to za żart.
D.D.

Jeśli to żart, to nie mój. Zupełnie, zupełnie, ZUPEŁNIE pierwszy tytuł, zanim jeszcze zabrałem się za pisanie, kiedy wszystko to było tylko pomysłem, brzmiał Dom niczego. Dom naprawdę miał być domem, z rurami i innymi biegnącymi w nim rzeczami. Ale powiedziano mi, że w sezonie było już parę strasznych domów, a pomysł na straszną, inteligentną planetę spodobał mi się bardziej. Przez następne dwa lata tytuł brzmiał Większa w środku dopóki nie doszliśmy do momentu, około sześć tygodnie przed emisją, kiedy musieliśmy podać widzom ostateczny tytuł. (Miałem wielką uciechę z Ukrywania w Najbardziej Widocznym Miejscu frazy Większa w środku w etykietach notek blogowych za każdym razem, kiedy pisałem o odcinku.)

Problem polegał na tym, że przez ostatnich parę miesięcy zaczęliśmy się martwić, czy tytuł Większa w środku nie wyjawiał zbyt wiele. Chcieliśmy, żeby widzowie nie mieli zepsutego tego momentu, kiedy po raz pierwszy odkrywają, że "O mój Boże to ona jest TARDIS!" i obawialiśmy się, że kiedy poznają tytuł i obsadę, zbyt wiele osób się domyśli.

Żona Doktora to tytuł użyty w latach 80. przez producenta Doctora Who, Johna Nathana Turnera, w celu sprawdzenia, czy w jego biurze produkcji nie ma przecieków. I to naprawdę była opowieść o kimś, kto poślubił swój statek i o kimś, kto był jednocześnie jego żoną, matką i dziewczyną, jedyną osobą, która zawsze towarzyszyłaby mu w trakcie wszystkich jego przygód...

I tak zmieniliśmy tytuł na ten.

Bardzo podobał mi się pomysł z Korsarzem. Trochę rozczarowało mnie, że nigdy go/jej nie zobaczyliśmy, a także przykro mi było, że zginął (co było zaskakujące, w ten dobry sposób, bo przecież usłyszeliśmy o nim tylko parę minut wcześniej). W każdym razie, pytanie: skoro Korsarz zginął na wysypisku, możemy założyć, że nie brał udziału w Wojnie Czasu, prawda? Przynajmniej nie wtedy, gdy Doktor uwięził wszystkich i odszedł. To samo dotyczy "setek Władców Czasu", które padły ofiarą Domu. Czy masz nadzieję/planujesz/oczekujesz/przypuszczasz, że to możliwe, by Korsarz lub ktoś z z reszty pojawił się w przyszłości Doktora, a ich przeszłości?

(Bonusowe pytanie: czy kiedyś będziemy mogli przeczytać, jak wyglądały sceny z Pokojem Zero albo Basenem?)

Oni nie żyją. Zginęli tysiące i miliony lat temu na asteroidzie w malutkim przyległym wszechświecie.

(Bonusowa odpowiedź: jeśli kiedyś zdecyduję się napisać o tym powieść lub nowelę, przypuszczam, że tak.)

Kiedy Dom znęcał się nad Amy, co działo się z prawdziwym Rorym?

Niedobre rzeczy.

O niektórych z nich napisałem. Była na przykład scena, w której Rory został uwięziony w Pokoju Zero, bez żadnej drogi ucieczki i ze świadomością, że ludzie zamknięci w Pokojach Zero tracą zmysły, a także inna, w której myślał, że Amy czeka za rogiem, by go zabić, a Dom dał mu nóż. Była też Sala Luster, chociaż to akurat była z scena z nimi obojgiem...

Ale Rory całkiem nieźle radził sobie ze sztuczkami Domu. Wiele przeżył i poradził sobie z całą masą przeciwności.

Ale ostatecznie, ograniczenia w czasie, budżecie i planach filmowych sprawiły, że łatwiej i praktyczniej było zrobić, co zrobiliśmy i pokazać, co pokazaliśmy.

Czy nadal było dla Ciebie dużym przeżyciem zobaczyć swoje imię w napisach początkowych czy też to przeżycie zostało przytłumione przez bycie zawodowym pisarzem od tak dawna?

Czułem się tak dobrze, widząc swoje nazwisko na ekranie, jak możesz sobie wyobrażać, że się czułem.

Przez co rozumiem uczucie nie tak dobre jak ślub z Amandą albo bycie przy porodzie moich dzieci, ale mniej więcej dorównujące wygraniu mojej pierwszej nagrody Hugo.

Dobry dzień, Neil.

Słyszałem, że niektórzy ludzie (chociaż przy tym całym twitterowaniu (twitter po angielsku oznacza ćwierkać przyp. Varali) może powinniśmy nazwać ich wróblami) czepiali się całej kwestii "POCIĄGNIJ, BY OTWORZYĆ).

Jeśli zastanowić się, do czego używano *prawdziwej* policyjnej budki telefonicznej, wydaje się oczywiste, dlaczego drzwi musiały otwierać się na zewnątrz. *Oczywiste*. Każdy, kto twierdzi inaczej, nigdy nie korzystał z ciasnej kabiny w toalecie, w której drzwi otwierają się do środka i aby otworzyć drzwi i się wydostać, trzeba wspiąć się na sedes:-)

W związku z tym, zawsze uważałem, że "POCIĄGNIJ, BY OTWORZYĆ" odnosi się do małej skrytki zawierającej telefon (którą Doktor otworzył w odcinku The Empty Child, gdy zadzwonił telefon), a nie do całych drzwi. Przecież nie można by było dać ludziom nieograniczonego dostępu do środka policyjnej budki telefonicznej (mogliby ukraść drugie śniadanie pana władzy/gliniarza/stróża prawa!), ale potrzebny był dostęp do telefonu, by otrzymać "PORADĘ I POMOC DOSTĘPNE NATYCHMIAST", jak obiecywała tabliczka.

Czy zechciałbyś krótko opowiedzieć (napisać) o tej kwestii i mieć ostatnie słowo w temacie, na swoim blogu, by te niewróble spośród nas dowiedziały się, o co chodzi?

Steve

"Pociągnij, by otworzyć" oczywiście odnosi się do skrytki z telefonem, owszem. Ale Idris miała rację: to JEST instrukcja i drzwi policyjnej budki telefonicznej naprawdę otwierały się na zewnątrz.

Jako ktoś, kto widział tylko jeden odcinek Dra Who i był absolutnie zachwycony Żoną Doktora bardzo bym chciał zacząć oglądać serial, ale nie wiem, co najbardziej nadaje się na początek. Ponieważ to Ty wciągnąłeś mnie w ten wszechświat maszyn, które mają uczucia i które bardziej niż tylko trochę przypominają byłe postaci z Coronation Street, czy mógłbyś poradzić mi, od czego z kanonu serialu zacząć?

Jasne.

Odcinki, które pokazywałem różnym ludziom, by ich zachęcić:

BLINK

THE GIRL IN THE FIREPLACE

DALEK

THE EMPTY CHILD/ THE DOCTOR DANCES

HUMAN NATURE/THE FAMILY OF BLOOD
Klasyczne Odcinki, taki jak CITY OF DEATH Douglasa Adamsa.

Chociaż możesz po prostu zacząć od THE ELEVENTH HOUR i oglądać dalej. Albo zacząć od ROSE i oglądać dalej. (Raczej nie poleciłbym zaczynania od THE UNEARTHLY CHILD i oglądania dalej, chociaż u mnie to mniej lub bardziej podziałało...)

Dlaczego Ood? Nie wydawało się, żeby to musiał być właśnie on. Po prostu ich lubiłeś?

Naprawdę lubię Oodów.

Pierwotnie Wujek, Cioteczka i Siostrzeniec wszyscy byli pozszywanymi potworami, a Siostrzeniec był najmniej ludzki z nich wszystkich.

Rok temu w czerwcu byliśmy na spotkaniu Upewnijmy Się, Że Wszystko Zamknie Się W Budżecie i Steven, Beth oraz Piers byli zdecydowani, by zatrzymać wszystkie efekty CGI i wszystkie tardisowe rzeczy, które wymyśliłem, więc mój oryginalny plan, by Cioteczka, Wujek i Siostrzeniec byli trojgiem nowych, innych, pozszywanych potworów, został zmieniony.

Sprawiłem, by Cioteczka i Wujek wyglądali na bardziej ludzkich, a mniej pozszywanych, a dla Siostrzeńca i zaoferowano mi dowolny istniejący kostium potwora. Wybrałem Ooda, ponieważ idealnie nadawał się do tego, czego potrzebowałem jego rasa miała już w swojej historii incydent z  opanowaniem umysłów, a poza tym spodobał mi się pomysł, by oczy i tłumacząca kula świeciły w zgodzie z zielonym światłem domu, w przeciwieństwie do czerwonych, opętanych oczu Oodów, których widzieliśmy za pierwszym razem. Siostrzeniec nigdy się nie odzywał, więc milczący, opętany Ood wydawał się idealny. No i było to nawiązanie do serii Russella Daviesa. A co więcej wyglądało na to, że fajnie będzie, jeśli Oodowie znów będą straszni...

Dało to nam też całą scenę z majstrowaniem przy translatorze Ooda i słyszeniem Władców Czasów, której nie mieliśmy wcześnie i która sprawiła, że odcinek był jeszcze lepszy.

Pisanie dla telewizji a szczególnie dla Doctora Who, gdzie trzeba wymyślać cały nowy świat (w moim przypadku nowy wszechświat) przy każdym odcinku jest zawsze negocjacją między snem a jawą. (To ten sam e-mail, z którego dowiedziałem się, że nie zrobimy sceny w Tardisowym Basenie, ponieważ Karen Gillan nie umie pływać.)

Zawsze robi się wstępny kosztorys, by Upewnić Się, Że Wszystko Zamknie Się W Budżecie, gdyż rzeczywistość "Wszystkiego, Co Tylko Wymyślisz" musi stanąć twarzą w twarz z "Tym, Co Możemy Zrobić". W przypadku Doctora Who producenci wywracali kieszenie na drugą stronę i pożyczali pieniądze z innych odcinków, by stworzyć coś najbardziej zbliżonego do tego, co sobie wymarzyłem.

Co więcej, sceny były pisane na nowo i zmieniane, ponieważ nie stać nas było na rzeczy, o które prosiłem na początku, dopóki nie zaczęliśmy właściwego kręcenia. Tak wygląda telewizja. Tak było z Nigdziebądź. Tak jest ze wszystkim, co oglądacie.

I dlatego też Ood.

Dlaczego nie przypilnowałeś, by stary panel sterujący, który zobaczyliśmy, był tym z lat 80.? Byłem tak pewien, że to będzie on.

Ponieważ nie miałem możliwości poprosić ówczesnych producentów o zostawienie swoich dekoracji dopóki nie będę ich potrzebował. Podczas gdy miałem taką możliwość ze Sterownią Dziewiątego Doktora. Mogłem poprosić ich, żeby zostawili ją dopóki nie będę jej potrzebował. I zrobili to. Okłamywali każdego, kto pytał, dlaczego jeszcze jej nie rozebrali, i ją zatrzymali.

Czy sprawiłeś, że Dom zniszczył Sterownię Devida Tennanta, by pokazać, że jej nienawidziłeś? Teraz nie istnieje.

Oczywiście, że istnieje. TARDIS zarchiwizowała ją. Dom wykasował ją, ale nie mam wątpliwości, że kiedy tylko dotarli do odpowiedniego miejsca, TARDIS przywróciła ją, posprzątała i ukryła gdzieś na boku, razem ze wszystkimi innymi rzeczami, które są bliskie jej sercu.

I jak to nienawidziłem? Przeciwnie, uwielbiałem ją. Oto zdjęcie, na którym ją uwielbiam.

...

Skończyłem. Praca wzywa, łóżko także.

Ale jeśli dotarliście aż tutaj...

Niektórzy z Was mogą nie wiedzieć, że w przyszłym miesiącu w Madison odbędzie się Amerykański Konwent Świata Dysku 2011, z Terrym Pratchettem w roli gościa honorowego. Strona wydarzenia to http://www.nadwcon.org/. Zostało jeszcze trochę wejściówek, ale większość już się rozeszła...

Dobranoc.

środa, 14 września 2011

Pisany późnym wieczorem trzeciego lipca post, którego skończenie trochę zajęło

Neil napisał w niedzielę 3 lipca 2011 o 22:51


Właśnie wróciłem ze spaceru z psami. W głębokim lesie można poczuć ciężki zapach dzikiej zwierzyny - zgaduję, że niedźwiedzia. Pamiętam taki zapach sprzed kilku lat i wtedy po okolicy kręcił się niedźwiedź.


Nie zmartwiłem się specjalnie: niedźwiedzie nie przepadają za psami i nie sądzę, żeby psy pogoniły za niedźwiedziem. Ale przez chwilę było dziwnie.


W tym roku jest więcej świetlików, niż widziałem kiedykolwiek w życiu. Kiedy nocą przechodzi się w pobliżu uli, widok przypomina widziane z daleka miasto nocą. Świetliki kłębią się wśród drzew i latają od jednego do drugiego.


Czyli wróciłem do domu. Trasę skończyłem, przeżyłem, i co najważniejsze, przez większość czasu nieźle się bawiłem.


Najgorszy moment przyszedł w Seattle. Zatrzymałem się w Hotelu W. Przez przypadek wysłałem swój numer telefonu hotelowego i pokoju w świat, przez Twitter. Miała go dostać Amanda, ale coś było nie tak z komórką. Ten moment nie był najgorszy dla mnie (ja najzwyczajniej nie odbierałem telefonu i rozmawiałem sobie z Amandą), ale żal było mi obsługi hotelowej centrali telefonicznej, kiedy już wyjaśniłem im, co zaszło. Umieścili mnie natychmiast w innym pokoju i pod innym nazwiskiem, więc kiedy pojawiła się osoba mająca mnie dostarczyć do ratusza miejskiego, usłyszała, że nikt o takim nazwisku nie jest już w tym hotelu zameldowany.


Myślę, że mogła się poczuć zaniepokojona, zwłaszcza że zaledwie godzinę wcześniej, po podpisaniu przeze mnie około 2000 książek, odstawiła mnie do tego właśnie hotelu. (Prawdopodobnie w księgarni uniwersyteckiej w Seattle jeszcze trochę ich zostało.)


To był właśnie najgorszy moment trasy. Uspokojenie asystentki, która przez chwilę myślała, że trafiła do Strefy Mroku.


Zobaczmy, co jeszcze.


Ostatnio pisałem przed nagraniem programu WITS w St Paul.


WITS było wspaniałe. Zaśpiewałem „Problem ze świętymi” i jedną zwrotkę „Srebrnego młotka Maxwella”. Przeczytałem wiersz i fragment książki. Świetnie się bawiłem razem z Joshem Ritterem, dwoma Johnami – Munsonem i Moem oraz z gościnnymi Szydercami: Kevinem Murphy i Billem Corbetem.


(Tak przy okazji, Josh Ritter właśnie napisał powieść. Jest naprawdę dobra.)


Oto fragment programu z udziałem drugiego telefonicznego gościa, pana Adama Savage'a z Pogromców mitów. (Pierwszym gościem był Wil Wheaton.) Kiedy się połączył, poprosiłem go o potwierdzenie pewnej anegdoty...



A tutaj gospodarz programu, niegodziwiec John Moe, każe Joshowi Ritterowi i mnie grać w grę pt. “Co wydarzyło się postaciom z piosenek?” Kocham opowieść Josha o Alison z piosenki Elvisa Costello...


Następnie pojechałem do Seattle. Uczestniczyłem w bankiecie z okazji rozdania nagród Locus i z przyjemnością odkryłem, że otrzymałem dwie z nich – za najlepsze opowiadanie, The Thing About Cassandra [„Rzecz o Kasandrze”] (to było dość niezręczne, bo zapomniałem, że w ogóle znalazło się na liście nominacji, byłem zupełnie zaskoczony, zapomniałem podziękować redaktorom, którzy cierpliwie na nie czekali i zechcieli je kupić i po prostu nawijałem) oraz za najlepszą nowelę, „Prawda jest jaskinią w Czarnych Górach”. (do tego momentu zdążyłem się pozbierać i podziękowałem WSZYSTKIM). A oto pełna lista nagrodzonych... http://www.locusmag.com/News/2011/06/locus-awards-2011-winners/


Zabrałem ze sobą Tima Minchina, którego twórczość naprawdę lubię i jak się okazało – bardzo lubię również jego samego. Odebrał Locusa dla najlepszego rysownika w zastępstwie Shauna Tana (Tim był narratorem nagrodzonego Oskarem krótkometrażowego filmu Shauna, The Lost Thing [„Zagubiona rzecz”]).


Kiedy po raz pierwszy pojawiłem się na rozdaniu nagród Locus (a było to w 2006 roku, można o tym przeczytać na http://journal.neilgaiman.com/2006/06/wild-ginger-and-jimi-hendrix.html), Connie Willis wyśmiała mnie za brak hawajskiej koszuli. Tym razem specjalnie zabrałem czarno-czarną koszulę hawajską i gniew Connie nieco zelżał.


Brakowało mi zmarłego niedawno Charlesa N. Browna.


Po rozdaniu Locusów ruszyłem do Hali Sławy Science Fiction i przedstawiłem oraz umieściłem tam Harlana Ellisona. Niestety, sam Harlan nie czuł się na siłach pojawić się tam osobiście. (CNN spekuluje, że jest już na łożu śmierci, co nie jest prawdą, ale nie czuł się wystarczająco dobrze, żeby wystąpić.)



Wieczorem poszedłem na koncert Tima Minchina w Seattle z pisarką Marią Dahvaną Headley (która następnego dnia miała przeprowadzić ze mną wywiad). Jeśli Tim ma wystąpić w Waszym mieście, idźcie koniecznie. Po prostu.



Na sam koniec zaśpiewał specjalnie dla mnie White Wine In The Sun [„Białe wino w słońcu”], bo wielokrotnie pisałem na blogu, jak bardzo uwielbiam tę piosenkę i byłem absolutnie zachwycony.



Po występie Maria, Tim i ja zjedliśmy zupełnie niesamowitą kolację w Elemental at Gasworks. To jedna z restauracji, gdzie nie ma menu, tylko należy powiedzieć obsłudze, czego się nie lubi, a poda najlepszy posiłek, jaki jadło się od lat wraz z wyśmienitymi winami; obsługa jest zabawna, miła i nie wyjawi co jesz lub pijesz, ostatnie pół godziny spędza się na pogawędce z właścicielami (którzy pracowali w charakterze twojego kucharza i obsługiwali cię przy stole), rachunek jest o połowę niższy, niż można się było spodziewać, gdzie nie wierzą w napiwki i skąd wychodzi się o 3 nad ranem nie do końca przekonanym co się właśnie wydarzyło, ale z pewnością, że jest się bardzo szczęśliwym człowiekiem.



Następnego dnia podpisywałem książki w Seattle, podałem swój numer pokoju na Twitterze (wybaczcie, pracownicy hotelu W, dziękuję za wyrozumiałość i przepraszam Gail, pisarkę, która miała mnie odwieźć na miejsce za wpędzenie w paranoję) w Ratuszu udzieliłem wywiadu Marii Dahvanie Headley. Jej książka, Queen of Kings [„Królowa królów”] jest świetna: Kleopatra jako Potworna Nieumarła, coś w pół drogi pomiędzy „Ja, Klaudiusz” i „Królową potępionych”. (Chociaż nie sposób tego stwierdził po amerykańskiej okładce, która sugeruje zwyczajna powieść historyczną. Natomiast brytyjska okładka jest niezła.)



Dziękuję Molly Lewis, która rozpoczęła spotkanie grą na ukulele. (Zauważyłem, że zapowiedziała na Twitterze, że się pojawi i zapytałem, czy może zabrać ze sobą ukulele.) Dziękuję Marii za wywiad. Dziękuję Duane i całej księgarni uniwersyteckiej za zorganizowanie tego spotkania.



Ze Seattle poleciałem do San Francisco.



Podczas WITS w Minneapolis sms-owałem z Adamem Savage'em, dziękując mu za udział w programie. A potem wspomniałem, że wybieram się do Berkeley. A potem... zapytałem, czy zechciałby przeprowadzić ze mną wywiad.



Zgodził się, co bardzo mnie ucieszyło, bo nie miałem zupełnie pomysłu na prowadzącego i byłem gotów po prostu wyjść na scenę i zacząć mówić (co jest świetne, ale znacznie mniej zaskakujące z mojego punktu widzenia.)



Oto rysunek Justina Devina przedstawiający rozmawiającego ze mną w Berkeley Adama Savage'a.


(Co najdziwniejsze, akurat tam rozmawialiśmy o Doctorze Who. Tak jakby.)


W Berkeley na samym początku wystąpiła Zoe Boekbinder. Kilka dni wcześniej zapytałem, czy mogłaby zagrać na rozpoczęcie, bo uznałem że 900 osób będzie się usadzać dłuższą chwilę. Była znakomita i w pełni wykorzystała panującą w kościele akustykę.

Po występie wyszedłem uściskać ludzi/starych znajomych, dałem wypolerować sobie buty przez kogoś, kto o to poprosił (a ja się zgodziłem) i pozowałem do zdjęć z tymi, którzy chcieli mieć zdjęcie na dowód, że naprawdę spotkali mnie, a nie kogoś innego.

Późną kolację zjadłem w tajskiej restauracji z Adamem, Zoe i Jaustinem (autorem powyższego szkicu).


Wcześnie rano obudził mnie automatyczny telefon od linii Delta z informacją, że mój lot do LA został odwołany. Przez Twitter wysłałem w świat wyraz swojej rozpaczy i w ciągu paru minut Brianne z Harper Collins Publicity, odpowiedzialna za przebieg trasy, przeczytała wiadomość i zarezerwowała mi miejsce w innym samolocie.

Dotarłem do Los Angeles. Zgoliłem brodę. Podpisałem książki na później. Spotkałem się z Craigiem Fergusonem.

Uwielbiam blog Marka Evaniera. Na http://newsfromme.com/ Mark pisze między innymi o animacji, telewizji, wiadomościach, filmach, Los Angeles, hydraulikach, kasynach, komiksach i programach telewizyjnych emitowanych bardzo późnym wieczorem. W odróżnieniu od tego bloga, jego wpisy podzielone są tematycznie. Nie zwróciłem uwagi, kiedy Craig Ferguson zajął miejsce poprzedniego prowadzącego Late Late Show, kimkolwiek był, ale zauważyłem od kiedy Mark zaczął pisać, że Craig jest najlepszym spośród gospodarzy tego typu programów. Obejrzałem fragmenty, które Mark zamieścił i stamtąd już tylko do nagrywania i oglądania każdego odcinka.



I smutku, że ten cudownie szalony Taniec Doctora Who nie trafił ostatecznie do programu:



Byłem w Bay Area w kwietniu, na Wonderconie, przy okazji Doctora Who brałem udział w panelu prowadzonym przez Chrisa Hardwicka z Nerdist , który pod koniec zapytał mnie, czy byłem kiedyś w programie Craiga Fergusona. Odpowiedziałem, że nie, ale go lubię, a on: “Zapytam go...”.


Wkrótce dostałem od Craiga zaproszenie do programu.


Jeszcze w latach 90. kilkakrotnie odmawiałem pojawienia się u Davida Lettermana. Nie miałem mu specjalnie co opowiedzieć – nie było takiej rzeczy, dla której byłbym gotów poświęcić choćby odrobinę swojej prywatności.


Ale Craig jest jednym z nas. Cokolwiek to znaczy. Jednym z ludzi, którzy lubią książki i SF, którzy żartują na temat H. P. Lovecrafta i mówią o Doctorze Who...


Poza tym program idzie bardzo późnym wieczorem, a ja przez lata pisania tego bloga poświęciłem pewną część swojej prywatności.


Zgodziłem się. Miałem pojawić się z okazji jubileuszowego wydania Amerykańskich bogów, ale po prostu taki był powód mojej najbliższej wizyty w LA. Wspomnieliśmy o tym, ale nie pojawiłem się tam, by promować książkę. Wolałem po prostu pogawędzić.


Pierwszym gościem wieczoru była Paris Hilton. Po raz trzeci czy czwarty znaleźliśmy się w tym samym fragmencie przestrzeni i póki co, nie zamieniliśmy ani słowa, więc nie mam na jej temat nic do powiedzenia.


Poniżej można obejrzeć całą moją pogawędkę z Craigiem. Trwała tak długo, że ostatecznie postanowili wyciąć otwierający monolog (był o rekinach) i piosenkę.


A dla skonsternowanych – wyjaśnienie zakończenia. Craig daje gościom do wyboru, jak chcą zakończyć swój występ w programie: zagrać na harmonijce ustnej (tę możliwość wybrała Paris Hilton, choć moim zdaniem czuła, że naraża się w ten sposób na drwiny), dotknąć miniaturową kulę dyskotekową lub wybrać moment krępującego milczenia.


Żeby dowiedzieć się, co ja wybrałem, będziecie musieli obejrzeć do końca.



Wil Wheaton, jego żona Anne, Cat Mihos (moja wspaniała asystentka z LA i królowa Neverwear) i ja wybraliśmy się coś przegryźć. Następnie popędziliśmy do Saban Theatre, gdzie już czekali na nas Patton Oswalt i Zelda Williams.


Przed wejściem stała kolejka – około 1300 osób, wszyscy z imiennymi biletami czekali na wywołanie. Żałowałem, że nie było ze mną Zoe Boekbinder albo Molly Lewis, żeby grą umilały im czas oczekiwania.


Spotkanie rozpoczęło się z godzinnym opóźnieniem, ale się zaczęło.


Poniżej kilka blogów z dużą ilością zdjęć, dzięki którym będziecie mogli poczuć się, jakbyście i Wy tam byli.

http://www.beatzo.net/blog/2011/07/a-neil-gaiman-evening/ kilka niezłych zdjęć kolejki i samego teatru.


Natomiast na http://mcvalada.blogspot.com/2011/06/it-is-great-to-be-grownup.html są niezłe zdjęcia moje, Pattona, Zeldy (gościnnie wzięła udział w czytaniu fragmentu Amerykańskich bogów), jest tam również zdjęcie mnie w wieku 21 lat, ciemnych okularach i skórzanej kurtce.


Nastepnego ranka miałem bliskie spotkanie z Chrisem Hardwickiem i jego zespołem, a także ze smartem Czytanie To Podstawa. (Więcej szczegółów na temat akcji „Czytanie to zabawa/podstawa” na stronie http://rif.org/)


Więcej wywiadów, więcej spotkań, próba z czytaniem scenariusza filmu mojego przyjaciela Michaela Reevesa, a potem powrót do domu do psów i do córki.


Ale tęsknię za Amandą. Jest teraz w Bostonie. To nie-bycie-w-tym-samym-miejscu zaczyna mi się przykrzyć. W przyszłym tygodniu jadę do niej na tydzień. Potem spędzimy razem cały sierpień w Edynburgu. Ale wolałbym wracać do domu do niej.


Kolejnym naszym pomysłem na wspólne spędzanie czasu jest trasa od Hallowe'en do 12 listopada. Ja będę wcześniej w San Diego na World Fantasy Conie, więc przejedziemy się po wybrzeżu śpiewając (ona) i czytając (ja) tam, gdzie postanowimy się zatrzymać.


Jak tylko ustalimy daty i miejsca, zostaną tu ogłoszone. (I tak, na pewno zatrzymamy się w Portland. A jeśli nam się uda, również w Vancouver lub/i w Victorii.)