niedziela, 31 stycznia 2010

z działu Możliwe Tylko w Książkach


Przedziwne zestawienie przypadkowych wydarzeń, przez które zaczynasz czuć się jak postać z powieści:

To był jeden z tych dni, kiedy nie miałem specjalnie czasu zająć się pocztą. Po obiedzie otworzyłem kilka pakunków, które leżały na kuchennym stole.

W pierwszej paczce, do której zajrzałem, był używany egzemplarz książki Otty F. Swire'a "Hebrydy Wewnętrzne i ich legendy". Otworzyłem ją na przypadkowej stronie i przeczytałem:

"...w dzień trzeciego maja, kiedy Diabeł i jego anioły zostały wygnane z nieba (i dlatego trzeci maja jest dniem, kiedy nie powinno rozpoczynać się żadnego ważnego przedsięwzięcia, a wszystkie popełnione w tym dniu zbrodnie są niewybaczalne)..."

Bardzo interesujące,
pomyślałem. Mogę użyć tego w następnym opowiadaniu, gdzie będę potrzebował złowróżebnej daty.
I odłożyłem książkę z powrotem.

Otworzyłem następną kopertę. Była ogromna, przysłali ją z brytyjskiego wydawnictwa Bloomsbury, a było w niej... to, co w niej było zostało podpisane na oddzielnej karteczce eleganckim pismem:

Drogi Neilu,
Z przyjemnością załączam próbny egzemplarz pierwszego wydania "Instrukcji" (data publikacji: 3 maja)
Z najlepszymi życzeniami,
Madeleine

To jest nieco niezręczne,
pomyślałem. Gdybym ja to pisał, datę wrzuciłbym w zdaniu w takie miejsce, żeby każdy czytający łatwo mógł o niej zapomnieć.
Prawdziwe życie ma czasem taki dziwny scenariusz.

Dobrze. Wracam do pracy. Byc może jutro napiszę notkę o "tych książkach, które do mnie przysłano, a teraz zalegają na kuchennym stole i są niezwykle interesujące", ilustrowaną zdjęciami. Na początek musicie się dowiedzieć o "Drawing Down the Moon" Charlesa Vessa.
...
A skoro już przyszło mi to do głowy: "Danse Macabre" Beli Flecka, do którego link na iTunes podawałem w zeszłym tygodniu jest teraz do kupienia na Amazon.com.

Oraz mam zaszczyt znaleźć się wśród nominowanych do nagrody branży komiksowej ComicsPRO

Nominowani do nagrody ComicsPRO w 2010 roku to:
o Neil Gaiman
o Steve Geppi
o Paul Levitz
o Dave Sim
o Bob Wayne

Nominowani pośmiertnie do nagrody ComicsPRO w 2010 roku zostali:
o Will Eisner
o Carol Kalish
o Phil Seuling
o Julius Schwartz

Gdybym mógł głosować (a nie mogę, bo nie jestem sprzedawcą komiksów) najprawdopodobniej oddałbym swój głos na Paula Levitza, a siebie widziałbym na ostatnim miejscu spośród żyjących kandydatów, a jeśli chodzi o te cztery ostatnie nazwiska...? Oj. Niełatwe. Czterech gigantów, którzy uczynili świat komiksu tym, czym jest teraz. Cieszę się, że nie musze głosować.

A na końcu...

Neil napisał w poniedziałek 25 stycznia 2010 o 12:26


Noc spędziłem na poddaszu, spałem z Zoe. Schodziła z łóżka, żeby wymiotować, potem wracała, ale kiedy wstawałem tano, leżała na swoim kocim posłaniu na podłodze.

W południe przyszedł weterynarz. Lorraine, ja i Mary (moja była żona) poszliśmy z nim na górę. Każde z nas pożegnało się z Zoe, głaskaliśmy i mówiliśmy do niej. Weterynarz ostrzegł nas co będzie dalej, wstrzyknął jej lek usypiający (zaskamlała i próbowała uciec), a potem, kiedy sie uspokoiła, kiedy znów zwymiotowała i kiedy wreszcie zasnęła, wstrzyknął jej coś, co zatrzymało serce Zoe. Do końca głaskałem ją po łebku.

(Z powodu eufemizmów i dwuznaczności rozmowa zrobiła się w pewnym momencie bardzo dziwna: zapytałem weterynarza "Czyli ten zastrzyk ją uśpi?", a on odpowiedział mi "Nie, następny ją uśpi. Po tym będzie tylko nieprzytomna." "Właśnie to miałem na myśli. Ten ją uśpi. Następny ją "uśpi". "Aha, no tak".)

To było tak bardzo trudne. Trudniejsze, niż się podziewałem. Zdjęcia zrobione przez ten czas telefonem wysłałem do Olgi, bo musiała wracać do San Francisco, ale chciała być na bieżąco, ale nie będe ich tu zamieszczał.

Gdyby nie zima, pochowalibyśmy Zoe za domem, na kocim cmentarzyku w pobliżu mojej altany. Ale ziemia pod śniegiem jest zmrożona, a ja nie chciałbym przez najbliższe kilka miesięcy trzymać małej kotki w zamrażarce, więc weterynarz zabrał ją do kremacji.

Nie mam nic więcej do powiedzenia na ten temat. Chwilowo czuję się pusty i zmarnowany. Za kilka minut zejdę na dół, przez telefon przekażę kilka poprawek do opowiadania, a potem pójdę coś napisać.

Od napisania ostatniej notki przyszło jeszcze 400 e-maili, prawie wszystkie od osób piszących "przykro mi z powodu Zoe, pozwól, że opowiem Ci, jak było ze mną i z moim kotem". Nadal je czytam. Czasem mnie dołują, ale najczęściej sprawiają, że czuję się częścią czegoś większego - tysiące ludzi przyznają, że jakieś zwierzę znalazło szczególne miejsce w ich sercu i mogą mi o tym opowiedzieć i nie będzie to dziwne, bo ja też przez to przeszedłem.

Lorraine napisała wczoraj o Zoe na swoim blogu. Olga też opisała swoją wizytę tutaj. Kyle Cassidy przeznaczył na aukcję na rzecz City Kitties podpisane zdjęcie, które zrobił mnie i Zoe.

Tym, którzy pytają, gdzie mogą wpłacić pieniądzę proponujemy http://www.greatlakesbengalrescue.com, to organizacja pomagająca kotom, z którą współpracuje Lorraine.

I to tyle.


[tytuł notki oraz tag pochodzą z tekstu piosenki Beatlesów "The End" - przyp. noita]

sobota, 30 stycznia 2010

Przyjazd Olgi

Neil napisał w sobotę 22 stycznia 2010 o 17:14

Wczesnym rankiem odebrałem z lotniska Olgę, która spędziła w samolocie całą noc. Z powodu wypadku musieliśmy jechać objazdem przez St. Paul, co oboje potraktowaliśmy jako znak (po dojechaniu na miejsce zgodnie stwierdziliśmy, że umieramy z głodu), że powinniśmy zatrzymać sie na śniadanie w Mickey's Diner. Tak też zrobiliśmy. Olga spędziła mnóstwo czasu bawiąc się aparatem.

Do domu jechaliśmy przebijając się przez mgłę i coś, co stałoby się burzą lodową, gdyby temperatura spadła o dwa stopnie, a tak było tylko marznącą mżawką. W końcu udało nam się wrócić tutaj i weszliśmy na strych. Martwiłem się, że Zoe umrze pod naszą nieobecność, albo będzie już przytomna, ale nie - wciąż tam była i nawet nie spała. Ale słabnie z każdym dniem. Coraz słabiej reaguje i choć cieszy ją głaskanie, to potrafi nagle zejść z łóżka, odejść kawałek od miejsca, w którym sypia, a potem wydać z siebie skrzecząco-szczekliwy dźwięk, niczym przerażone pisklę orła, a potem zwymiotować odrobinę spienionej mazi.



W końcu Zoe przestała wymiotować i rozluźniła się.

Kiedy wydawało się, że obu paniom jest już wygodnie, zabrałem Psa (wciąż mocno niepocieszonego tym, jak mało uwagi poświęca mu się ostatnio) na spacer w deszczu ze śniegiem. Albo w śniegu z deszczem. Przed zimnem ORAZ deszczem trudniej się obronić, niż przed samym zimnem. Oto ja, kiedy doszedłem już do wniosku, że robienie nowym, pięknym aparatem zdjęć, kiedy ręce momentalnie ziębną w zamarzającym deszczu nie jest najlepszym pomysłem.
Psu to niespecjalnie przeszkadzało. Był zadowolony, że wreszcie nie nudzi się siedząc samotnie w kuchni.
...
Skrzynka FAQ wypełniła się setkami wiadomości od tych z Was, którzy chcieli opowiedzieć mi łamiącą serce lub podnoszącą na duchu (bardzo często i jedno, i drugie) historię o tym, jak umarł Wasz ukochany kot. Czytam je wszystkie. Czasem mnie one pocieszają, innym razem sprawiają, że czuje się jakbym kroczył Doliną Cienia Kociej Śmierci. Ale czytam je wszystkie i za wszystkie bardzo serdecznie dziękuję.

wieści o Zoe

Neil napisał w sobotę 23 stycznie 2010 o 9:22 Wczorajszą noc znów spędziłem na strychu. Zoe zdawała się słaba i osowiała, kiedy wszedłem na górę kuliła się na podłodze przy grzejniku. Dziwnie pachniała, jakby żółcią. W ciągu nocy kilka razy wychodziła z łóżka i wymiotowała odrobinę piany. Potem doprowadzałem ją do porządku i zanosiłem z powrotem do łóżka, a wtedy ona zwijała się w kłębek i mruczała.

Kiedy obudziłem się dziś rano, Zoe leżała na podłodze na swoim kocim posłaniu. Posprzątałem to, co zwymiotowała kiedy ja spałem. Teraz czeka mnie podróż samochodem przez coś, co zgodnie z
wunderground.com zasługuje za miano burzy lodowej i przywiozę do domu Olgę, żeby mogła spędzić ostatni dzień ze swoja kotką.

I zastanawiam się, co takiego jest w tej małej, ślepej kotce, że wszyscy się tak zachowujemy - ja, Olga, Lorraine... przez osiemnaście lat miałem w tym domu koty, a w ogródku przy altance jest ich cmentarzyk. Dwa zmarły w ubiegłym roku ze starości. Ale to było zupełnie inaczej.

Myślę, że to miłość. Jeśli raz obdarzyła cię swoją miłością, kochała cię bezgranicznie i bezwarunkowo.

No dobrze. Czas ruszyć w zamieć i zawieję. (Tak, pojadę dużym samochodem terenowym, nie Mini. I będę jechał bardzo ostrożnie.)

Gdzie są teraz?

Neil napisał w piątek 22 stycznia 2010 o 20:34

Dziś nie dam już rady pisać o Zoe, więc macie tu coś, co byc może was rozbawi.

Zdjęcie z grudnia 1977 roku. Zespół punkowy, powiedzmy. Wyrośliśmy na (od lewej): wybitnego artystę, mnie, jednego z sekretnych mistrzów Brytyjskiej Komedii, jednego z Łowców Meteorytów (wyżej) i niżej, yy... nie mam pojęcia i to nie nie tylko dlatego, że niedużo później opuścił zespół, albo na odwrót. (Nazywa się - albo nazywał - Simon Wilson, a ostatnio spotkałem go 25 lat temu, kiedy właśnie zakończył pracę w dziale zabezpieczeń banku. Kilka lat temu, kiedy podpisywałem książki w Teksasie, dawny szkolny znajomy powiedział mi, że słyszał, że Simon nie żyje, choć mogło chodzić o kogoś innego. Mam nadzieję, że on nadal żyje.)

Do tej pory jestem zawiedziony działaniami Łowcami Meteorytów. Wciąż mam nadzieję, że odkryją Podejrzanie Świecący Meteor, który zmieni Geoffreya w potężnego potwora rodem z komiksów Kirby'ego i wtedy drugi z Łowców będzie musiał walczyć z nim, dopóki działanie meteorytu nie ustąpi. Jak dotąd nic podobnego nie nastąpiło. Z drugiej strony, sporo się tam poluje na meteoryty i to kawał dobrej rozrywki w telewizji.

Poza tym maja jeszcze ładny kawałek sezonu na odkrycie odpowiednio świecącego meteorytu, który przeobrazi Geoffreya w Nott-Kina: Stwora Który Powłóczy Nogami Prawie Jak Człowiek. Więc zamierzam dalej ich oglądać.

Małe post scriptum do przeszłości: Geoff i ja poszliśmy na koncert Adverts reklamowany na dole tego plakatu i od tamtego czasu jestem wiernym fanem T.V. Smitha (a teraz czytam jego pamiętniki z podróży - Hogew To Feel Human ["Jak poczuć się człowiekiem"]).

tagi: czy można powiedzieć że to przemieszczenie?, geoffrey notkin, obciachowe zdjęcie na którym wyglądam jak rodem z 1977