sobota, 17 maja 2014

Wieści o serialu „Amerykańscy bogowie” i nie tylko…

Neil napisał w poniedziałek 3 lutego 2014 o 23:37

To było interesujące. W piątek nagrałem i zamieściłem w sieci Kto zje zielone jajka sadzone. Tak naprawdę nagrałem tę historyjkę już na początku stycznia – to było piękne, eleganckie nagranie, sfilmowane w wyłożonej dębem bibliotece w Cambridge, z ogniem w kominku w tle. Byłem dość szykownie ubrany i uczesany na tyle przyzwoicie na ile to możliwe. Jedyny problem w tym, że – jak odkryłem w piątek – dźwięk w nagraniu nie nadawał się zupełnie do niczego, a oglądanie jak ktoś czyta coś, co może być doktorem Seussem, ale równie dobrze może być książką telefoniczną albo pieśnią wielorybów, nie brzmiało jak dobry pomysł. Więc kiedy dowiedziałem się, że Worldbuilders zebrali 500 tys. Dolarów, poszedłem pobiegać, wziąłem prysznic, jeszcze raz nagrałem siebie czytającego Kto zje zielone jajka sadzone, wrzuciłem do sieci i o tym zapomniałem.

Dziś klip na ponad 315 tys. wyświetleń, napisano o nim dosłownie wszędzie. Zajrzałem do niektórych komentarzy. Podejrzewam, że gdybym zdecydował się na to pierwsze nagranie, w którym nie było nic słychać, mniej osób pisałoby o tym, że wyglądam jak bezdomny. Ale chowanie się i pisanie (przynajmniej dla mnie) polega właśnie na tym, że mogę zapuścić brodę i nie mieć pojęcia gdzie w domu znajduje się szczotka do włosów, nie wiadomo jak długo nie słuchać wiadomości i dopóki wychodzą ze mnie nowe słowa – wszystko jest w porządku.

Mój ulubiony komentarz do tej pory zamieściło Entertainment Weekly:


Kto by nie chciał mieć Neila Gaimana jako ulubionego, szurniętego wujaszka? Wymykałby się z tobą do cyrku, żeby pogłaskać Największego Amazońskiego Pytona Na Świecie (o imieniu Lucille). Pomagałby wrzucać żaby siostrze do wanny. Dotrzymywałby tajemnic, jak wtedy kiedy przypadkiem zakopałeś w parku ulubiony zegarek taty. Zgodziłby się, że piracki skarb nadaje się do czegokolwiek tylko jeśli jest zakopany. Jeśli potrzebujecie czegoś, żeby ta fantazja wydawała się bliższa rzeczywistości – oto jak Neil czyta Dra Seussa.

Co jeszcze… wieści, jak obiecałem w nagłówku. Freemantle Media zajęło się produkcją serialu na podstawie Amerykańskich bogów. Jeśli chodzi o to, gdzie będzie można go obejrzeć, kto w nim zagra i kto go napisze – żadna z tych rzeczy nie została jeszcze ustalona. Ale już wygląda na to, że prace będą postępować sprawniej niż w HBO, więc bardzo się cieszę.


(Trochę ludzi pytało o dodatkowe informacje w tej sprawie: HBO miało prawa do Amerykańskich bogów przez kilka lat. Przerobili trzy różne scenariusze pilota. Telewizja posiada ograniczoną ilość miejsca w ramówce i po jakimś czasie przekazała projekt stowarzyszonemu kanałowi Cinemax, który postanowił, że jednak nie chce nakręcić serialu i prawa wygasły. Niestety oznaczało to brak możliwości współpracy z firmą producencką Toma Hanksa, Playtone, ponieważ ma ona umowę na wyłączność z HBO. Jednak Stephanie Berk, która w Playtone była jedną z najlepszych, przeniosła się niedawno do Freemantle i jej determinacja, by serial zrealizować nie zniknęła. A ja byłem pod wrażeniem tej determinacji.)

Dostałem dzisiaj również inne wieści telewizyjne, ale nie mam linku, który mógłbym podać, więc musicie uwierzyć mi na słowo: RED wyprodukuje dla BBC miniserial na podstawie Chłopaków Anansiego.

Tak, obydwie rzeczy ogromnie mnie cieszą. Freemantle ma trudniejsze zadanie, bo muszą zrobić z Amerykańskich bogów coś obejmującego więcej, niż sama książka.
RED musi tylko nakręcić absolutnie fantastyczną, wierną ekranizację Chłopaków Anansiego.


Miałem zareklamować warsztaty dla młodych pisarzy Alpha SF/F/H (14-19 lat). Odbędą się w Greensburg Campus uniwersytetu w Pittsburghu od 25 lipca do 3 sierpnia 2014, w tym tygodniu zbierane są fundusze na stypendia dla dzieciaków, które w innym wypadku nie mogłyby sobie pozwolić na udział. Jeżeli wspomożecie sprawę, otrzymacie elektroniczną wersję zbioru krótkich opowiadań autorstwa uczestników. To słuszna sprawa… Więcej można się dowiedzieć na http://alpha.spellcaster.org/.

Na Kickstarterze Len Peralta kończy zbierać pieniądze na drugą serię kart Geek A Week. Oczywiście, że chcecie je mieć. Równie oczywiste jest, że ma nadzieję dobić do 60 tys., bo wtedy zrobi wznowienie pierwszej serii, w której jest karta ze mną, i będziecie mogli grać w Geeka Tygodnia ze mną.




A w temacie Kickstartera: poznałem Kat Robichaud przy okazji Wieczoru z Neilem i Amandą w nowojorskim ratuszu i była świetna. Naprawdę zabawna, rozsądna, miła i ma niesamowity głos.  Jest też ogromną fanką Doctora Who. (Tu Kat i Amanda w piosence Delilah.)




Kat zbiera na Kickstarterze na debiutancki album:



Ilustrowana przez Dave'a McKeana wersja zbioru Dym i lustra trafiła dziś do drukarni. Wszystkie ilustracje są czarno-czerwone. Poniżej – rysunek towarzyszący opowiadaniu Shoggoth's Old Peculiar.




i do opowiadania Cena:





Subterranean Press podaje, że cały nakład jest już dawno wyprzedany, ALE twierdzą również, że ostatecznie może im zostać 20 dodatkowych egzemplarzy... http://subterraneanpress.com/news/neil_gaimans_smoke_and_mirrors_at_the_printer. Tłumaczą, że „teraz jeszcze nie pora sprawdzać ich dostępność, ale warto mieć się na baczności, kiedy ogłosimy, że rozpoczynamy wysyłkę”.


Natomiast książka, której pozostały nakład to znacznie więcej, niż tylko 20 egzemplarzy, to nowe wydanie pierwszego komiksu jaki stworzyliśmy z Dave'em – Drastyczne przypadki i jest to wydanie w twardej oprawie. Jako dorosły i doświadczony już artysta, Dave wykonał świetną robotę właściwie poprawiając całą grafikę i sprawiając, że po raz pierwszy komiks wygląda tak jak jego oryginalne obrazy 28 lat temu.







Jest tez trochę nowego materiału – poniżej  portret mój i Dave'a stworzony do programu teatralnego scenicznej adaptacji tej historii:




(Prawdopodobnie powinienem przeprosić za swoją fryzurę.)




Drastyczne przypadki były naszym pierwszym komiksem. Pod pewnymi względami bardzo przypomina Ocean na końcu drogi – to dorosła powieść z dziecięcym protagonistą, mówiąca o pamięci, bezsilności i tożsamości. Występuje tam osteopata Ala Capone'a, prohibicja w Chicago i przyjęcia. I tak jak Ocean..., wszystkie najbardziej nieprawdopodobne fragmenty są prawdziwe (a Neil DeGrasse Tyson wyjaśnił mi w ubiegłym roku podczas Connecticut Forum naukowe przyczyny jednej z tych nieprawdopodobnych rzeczy).

Komiks można dostać tutaj: http://bit.ly/ViolentCases, na indiebound lub w lokalnych sklepach z komiksami.


Uwielbiam ten klip. To wizualna interpretacja fragmentów wywiadów, które miały na celu ustalić jak naprawdę wyrażają się mieszkańcy różnych części USA. Pamiętam, jak kiedyś, podczas deszczu padającego w słoneczny dzień, po raz pierwszy usłyszałem wypowiedziane mimochodem zdanie „to diabeł bije swoją żonę”...



SODA / POP / COKE from The Atlantic on Vimeo.



W odp. Na twoje czytanie Kto zje zielone jajka sadzone. Mam bardzo mieszane uczucia co do tej książki (i nie tylko dlatego, że sam mam na imię Sam, a książka wyszła kiedy miałem trzy lata i przez całe życie musiałem znosić docinki). Największy problem powoduje fakt, iż oprócz zamierzonego przesłania „trzeba być otwartym i gotowym poszerzać swoje horyzonty” uczy również czegoś znacznie bardziej niepokojącego, mianowicie że „nie” wcale nie oznacza „nie”. Uczy, że „nie” oznacza „ignoruj, marudź i naprzykrzaj się, aż dostaniesz to, czego chcesz.” I to jest szkodliwa rzecz, której nie należy uczyć małych dzieci. To uczy je grymaszenia i marudzenia o zabawki, łakocie czy inne kapryśne zachcianki. Kiedy podrosną, w najgorszym przypadku wzmacnia to postawy i poglądy napędzające kulturę gwałtu. Jako ojciec córek narażony teraz i już na zawsze przez tę kulturę na ryzyko nie mogę nie martwić się przesłaniem zawartym w takiej książeczce.

Zgadzam się całkowicie, że jako ojciec absolutnie powinieneś uczyć córki (i jeżeli masz, to również synów), że NIE zdecydowanie oznacza NIE, że to oni maja ostatnie słowo w kwestii tego, co dzieje się z ich ciałem i że mają prawo podejmować decyzje jego dotyczące i trzymać się ich pomimo nękania, namawiania, marudzenia, nagabywania i nawet gróźb.

Uważam również, że jako ojciec swoje dzieci, szczególnie te najmłodsze, w wieku najbardziej odpowiednim do głośnego czytania, z myślą o których powstało Kto zje…, powinieneś zachęcać do jak najbardziej zróżnicowanej diety i do tego, żeby przynajmniej próbowały rzeczy, których swoim zdaniem mogą nie polubić. Dzieci są najczęściej z założenia bardzo konserwatywne w sprawie tego co chcą i czego nie chcą jeść (w sumie nie tylko dzieci) i zachęcanie ich do próbowania nowych, innych potraw, zamiast karmienia kanapkami z masłem orzechowym przez sześć lat to część twojego zadania jako rodzica. Przesłanie, które ja wyniosłem z lektury tej książki jest takie, że poza tymi wszystkimi bzdurami związanymi z namawianiem, warto sprawdzić czy się czegoś nie lubi zanim uznamy, że rzeczywiście tak jest. Szczególnie w kwestii jedzenia. Bo być może polubisz coś, co wygląda nieciekawie. (A także to, że jeśli zamierzasz komuś zawracać głowę należy robić to za pomocą rymowanki, w sposób oryginalny, pomysłowy, z użyciem zachwycających dla uszu dziecka słówek, ciekawie narysowanych zwierzątek i środków transportu.)

Oczywiście myślałem tak zanim przeczytałem ten komiks, który zmienił wszystko.

Brak komentarzy: