Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogowanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 sierpnia 2008

na temat pojęcia literatury pięknej

Neil napisał w piątek 1 sierpnia 2008 o 01:57

Spójrzmy...

Panie Gaiman,
czytałem niedawno pana dziennik i odpowiedź, jakiej udzielił pan komuś, kto atakował pana poprzednie i przyszłe prace nad "Batmanem". Mnie ta osoba wydała się przeciętnym krzykaczem, który z jakiegoś powodu odczuł potrzebę poinformowania pana, że nie podoba mu się to, co pan robi. Ale zdziwiło mnie to, że odpowiedział pan na jego krytykę na forum publicznym. Pomyślałem, że może był to sposób na przywołanie argumentu, którym wszyscy popularni twórcy muszą posłużyć się od czasu do czasu: "Nie martwi mnie, że nie podoba Ci się to, co robię". Z drugiej strony mógł to równie dobrze być sposób na wytknięcie ignorancji owej osoby, żebyśmy jako fani mogli wszyscy źle sobie o niej pomyśleć. A więc postanowiłem zapytać: dlaczego zamieścił pan na blogu tak jadowity komentarz i swoją odpowiedź na niego?

Jeśli zajdzie taka potrzeba, proszę skracać ten list jak się panu podoba.


Zazwyczaj przy wybieraniu listów do zamieszczenia na blogu posługuję się unikalnym i skomplikowanym algorytmem stworzonym na podstawie 1)  tego ile osób pyta o podobne rzeczy, 2) jak interesujący wyda mi się list, 3) czy uda mi się go zamieścić, czy może utonie w powodzi w przeciągu następnej godziny, dnia lub tygodnia oraz 4) kaprysu. W tym przypadku dostałem wiele maili od osób, które bardzo ucieszyła wieść, że będę pisał o Batmanie, co było bardzo miłe, ale też nie stanowiło czegoś, co bym tutaj zamieścił. Dostałem także kilka od ludzi, którzy wydawali się głęboko zranieni faktem, że będę pisał o "Batmanie", co wydało mi się dziwne i dość interesujące. Tamten był najlepszy z nich. Pewnie powinienem był powycinać wulgaryzmy, ale obawiałem się, że gdybym zostawił zamiast nich puste miejsca, to mogłoby wyglądać jakbym coś zmieniał w jego liście, żeby wyszedł na głupka, więc tego nie zrobiłem.

Ten następny wybrałem spośród czterech listów, jakie przyszły w ramach protestu przeciw zamieszczonym wczoraj zdjęciom. Jeden z nich był nieco szalony, od kogoś, kto postanowił mi napisać, że już nigdy więcej nie kupi niczego co napisałem, drugi był ordynarny, a trzeci zabawny, ale ten był moim zdaniem najbardziej interesujący:

Cześć Neil, czy ta pani nosi majtki? Wygląda to paskudnie. Co Maddy myśli o tym zdjęciu? Moja mama mówi, że jest w złym guście. LOL. Patti

Myślę, że Maddy bywała na planach filmowych i zdjęciowych od dawna i wie, że plany filmowe i zdjęciowe nie są prawdziwe. To był kostium jaki Amanda założyłą do zdjęć, które były robione wcześniej. (Poniżej możecie zobaczyć trzy z sześciu dzisiejszych strojów na zdjęciach, które będą - mam nadzieję - pocieszające i bardziej familijne. Jak teraz patrzę, to może z wyjątkiem tego pierwsze.) Kyle przygotowuje fotografie do albumu pt "Kto zabił Amandę Palmer". Amanda pojawia się na wszystkich zdjęciach (przypominają one nieco sceny z fimu), a ja piszę krótkie historyjki, które mają im towarzyszyć. Próbuję napisać większość tutaj na miejscu, bo mój terminarz ostatnio pęka w szwach, a poza tym wydawało się, że będzie łatwiej pojawić się podczas robienia zdjęć, zobaczyć co tu się dzieje i pisać.

Zdjęcia z wczoraj i te poniżej Kyle robił pomiędzy właściwymi ujęciami, bo ten facet nie odkłada aparatu nawet na moment.









Dni są bardzo długie: było grubo po północy, a my nadal robiliśmy zdjęcia, a ja piszę to o 3:30 nad ranem, ale to świetna robota, a Kyle robi niesamowite fotografie. (Poza sesją z Obojem i Dirndl. Z tymi jest coś po prostu nie tak.) (I pisze na swoim blogu w drugim kącie pokoju.)

Część piosenek z albumu "WHO KILLED AMANDA PALMER" możecie usłyszeć na YouTube: do tej pory na  http://www.youtube.com/user/amandapalmer zamieszczono cztery videoklipy. Chociaż moja ulubiona zatytułowana "OASIS" nie ma jeszcze klipu.
...

W marcu "The New Yorker" opublikował znakomity artykuł o magicznych sztuczkach, magikach i Jamym Ianie Swissie (który poza byciem tak fajnym jak o nim piszą w artykule czytał na moją prośbę rękopis "Amerykańskich Bogów" i poprawiał moje sztuczki z monetami). Można go teraz przeczytać na http://www.newyorker.com/reporting/2008/03/17/080317fa_fact_gopnik?currentPage=all.

...

To na tyle jeśli chodzi o dzisiejsze blogowanie. Jeżeli jestem wam winien list, przykro mi...

wtorek, 12 lutego 2008

L jak Lustra w które zapatrzysz się na zawsze/ N jak Noc, jak Nic i Nigdy

Neil napisał w poniedziałek 11 lutego 2008 o 15:40

Otworzyłem pocztę i znalazłem w niej pierwszy egzemplarz “Niebezpiecznego Alfabetu”, książki którą ja napisałem, a zilustrował Gris Grimly. Wszystko zaczęło się od kartki świątecznej rozesłanej przyjaciołom. Jedna z tych osób, Elise Howard - moja redaktorką w Harper Collins – zadzwoniła pewnego dnia żeby powiedzieć, że ją oprawiła, powiesiła na ścianie i nie mogła przestać czytać. Zapytała co myślę o przerobieniu mojej kartki świątecznej na książkę.

Wiele rozmów telefonicznych z Grisem Grimlym później, kartka stała się książką... (chociaż w księgarniach w Stanach pojawi się dopiero pod koniec kwietnia).

Jeśli wszystko się uda, będzie to swego rodzaju interaktywna książka. Ilustracje opowiadają pewną historię, słowa ją wzmacniają, ale tak naprawdę to co rzeczywiście wydarzy się w książce będzie zależało od każdego czytelnika. Mam nadzieję.


Cześć Neil,

Ciekawi mnie to już od pewnego czasu, a niedawny jubileusz twojego bloga skłonił mnie do zapytania...

Czy prowadzisz ten blog dla czystej przyjemności, czy to część zobowiązania w kontrakcie z twoim wydawcą? (A może zmusza cię do tego jakiś zupełnie inny powód?)

Weź proszę pod uwagę, że żadna odpowiedź nie powstrzyma mnie przed nałogowym czytaniem w dalszym ciągu – “dlaczego” zupełnie nie wpływa na moje zainteresowanie efektem końcowym – po prostu jestem ciekaw!
--K.

Robię to, bo lubię. Nie ma żadnego kontraktu. Nikt mi za to nie płaci. Nikt nie nakłaniał mnie do rozpoczęcia i tylko ja zadecyduję kiedy zakończyć. Należy w całości do mnie. (Za całą stronę neilgaiman.com płaci Harper Collins, co bardzo mi odpowiada, bo wykorzystanie łącza jest ogromne, ale dzięki temu nie ma tu reklam, a oni mają prawo chwalić się ilością odwiedzin na stronie.)

Są oczywiście konkretne korzyści – nie zdarzają się spotkania dla czytelników na które nikt nie przychodzi, książki trafiają na pierwsze miejsca list bestsellerów i inne tego typu. Podoba mi się, że blog pomaga odkrywać proces pisania i wydawania książki. A czasami mogę odpowiedzieć pytania dotyczące niejasnych kwestii w przeciągu kilku minut. Ale to tylko efekty uboczne.

Najmniej zrozumiały (w równym stopniu co osoby uważające, że mam Ludzi Którzy Piszą Za Mnie Bloga) jest dla mnie pomysł, że robię to, bo wymaga tego kontrakt. Uwierzcie, że nie ma na świecie tyle pieniędzy, aby zmusić mnie do robienia przez siedem gdybym czegoś czego bym nie chciał.

Piszę bloga, bo to świetna zabawa. Robię to, bo pisze się tak jak umiera – w samotności. Robię to, bo nigdy nie udało mi się przez dłuższy czas prowadzić pamiętnika, a niesamowita jest możliwość przeszukania strony i sprawdzenia kiedy ostatnio było się w Finlandii (powiedzmy).


Ale naprawdę nie wiem ile to jeszcze potrwa. Głównie dlatego, że zaczynam mieć wrażenie, że się powtarzam. Niesamowite na jak wiele pytań które przychodzą na FAQ odpowiedziałem już w taki czy inny sposób.

Zdecydowanie kuszą mnie wydawcy, którzy proponują stworzenie książki z tego, co pojawiało się na blogu. (Jedyna która do tej pory powstała to Adventures In The Dreamtrade, [„Przygody z Branży Snu”] zawierająca między innymi wszystkie notki z powstawanie „Amerykańskich bogów”, od lutego do września 2001.) Ale na razie nie mam czasu na zastanawianie się jaka wyszłaby z tego książka.

To może poczekać.
...
Ankieta jest fascynująca – dla mnie po części dlatego że wyniki pozostały bez zmian przez ostatnie 18 000 głosów. Zagłosujcie, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście...

niedziela, 3 lutego 2008

Mamrotanie

Neil napisał w niedzielę 3 lutego 2008


Rozdział Siódmy Księgi Cmentarnej wciąż nie jest skończony, ale nic nie szkodzi. Idzie naprawdę świetnie. Myślę, że gdy go skończę będzie dwa razy dłuższy niż wszystkie inne historie z tej książki. Oprócz tego wiąże je wszystkie ze sobą czyniąc powieść ze zbioru opowiadań.

Wczoraj dotarłem do momentu, którego obawiałem się od lat, w którym dowiadujecie się dlaczego w pierwszym rozdziale zdarzyło się to, co się zdarzyło (czego nie wiedziałem, kiedy to pisałem. Wiedziałem, że się wydarzyły, ale nie dlaczego) a kiedy zaczynałem pisać, wydało mi się to oczywiste, dlatego napisałem to i wiele się dowiedziałem. Poczułem wielką ulgę. Nie zawsze sprawy rozwiązuj się ą w taki sposób.

Rozdział Szósty jest już przepisany i uporządkowany, w tym, co przeczytacie nie ma śladów po koszmarze, jakim było jego pisanie i tym, że nie miałem pojęcia co się stanie w następnym akapicie, ani uczuciu, jakbym zmyślał na poczekaniu (straszne uczucie dla pisarza).

Okej. Tutaj są trzy blogi, które możecie czytać, podczas kiedy ja jestem nieobecny przez większość czasu:

Cześć Neil,

Ktoś miał genialny pomysł, żeby założyć bloga, poprzez którego mógłby pomóc ludziom, którzy zgubili swoje aparaty/pendrive'y/filmy poprzez wrzucanie kilku z nich do sieci. Tutaj jest adres: http://ifoundyourcamera.blogspot.com/

Uważam, że to świetny pomysł, który zasługuje na rozgłos (wiem, że byłbym bardzo zdenerwowany, jeśli zgubiłbym aparat i wprost zachwycony, jeśliby mi go zwrócono, bardziej z powodu zdjęć niż samego aparatu.) Jeśli i Tobie się podoba, to miałbyś coś przeciwko przekazaniu tego adresu swoim czytelnikom, proszę?


Dzięki i pozdrawiam! Camilla Brokking


a ten złamał mi serce...

Drogi Neil,


Znalazłem dziwnego, smutnego i pięknego bloga. Technik weterynaryjny i wegetarianin zapisuje wszystkie zwierzęta, które musiał uśpić.


http://whatikilledtoday.blogspot.com/


Myślę, że powinieneś to przeczytać.


-Alex


a to znalazłem kilka miesięcy temu i miałem zamiar to opublikować, ale zgubiłem, a teraz Mistress Mousey mówi...


Kurt znalazł tę stronę. Kręciłem głową ze wstydem śmiejąc się jednocześnie przez ostatnie 15 minut bez przerwy.

http://quotation-marks.blogspot.com/

Miłego oglądania!

Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko dobrze. Nie mogę się doczekać, jak wyjdzie Ci Księga Cmentarna. :D

Uściski od
michelle


...

Cześć Neil--

Czytając Twojego bloga zorientowałem się, że także jesteś wielkim fanem Joe Hill. Wysłaliśmy ci z wyprzedzeniem egzemplarz jego nowego komiksu, LOCKE&KEY. Mam nadzieję, że ci się spodoba -- rysownikiem jet Gabriel Rodriguez, który pracował też przy BEOWULFIE, a komiks to niesamowicie dobra lektura.

Oprócz tego zrobiliśmy trailer do komiksu, który mamy zamiar wkrótce puścić w obieg:

http://charliefoxtrotfilms.com/tom/

Staramy się wydać tę książkę w dobrym stylu. Joe na to zasługuje. To takie pewne i fascynujące pierwsze wydanie.

Chris


Bardzo mi się podobał, ale mimo żałuję, że nie był dwa razy dłuższy, albo z czarno-białą zajawką następnej części, albo czemś podobnym. Boję się, że tracę radość z czytania komiksów wychodzących periodycznie i zostałem dostrojony do komiksów z kawałem historii. Już nie mówię "NIE MOGę SIę DOCZEKAć NASTęPNEGO NUMERU!". Teraz mówię "I co potem?" Ale wciąż był to świetny początek...


Właśnie przeczytałem "Journal of a Novel" i "Working Days" Steinbecka, książki według mnie były niesamowitymi tekstami o sztuce pisania i pisarskich bolączek. Czytając twój pamiętnik uderzyła mnie myśl, że wpisy o postępie w pisaniu Księgi Cmentarnej i podobne wpisy z przeszłości mogłyby stworzyć interesującą kompilację wspomnieniową tak jak w tych książkach. Czy rozważyłbyś kiedyś coś takiego?


Co dziwne, kilka tygodni temu dostałem maila od wydawcy z pytaniem, czy dostaną moje pozwolenie na publikację tego bloga jako książki. Wyobrażam sobie, że możliwe byłoby odkopanie miliona i sześćdziesięciu ośmiu tysięcy słów (za zawsze fascynującym http://www.neilgaiman.com/journal/clouds/words/) i wydobyć dość materiału na książkę, lub dwie, pewnie w podobny sposób jak stary http://quotableneil.blogspot.com/. Ale to będzie musiało poczekać aż będę miał trochę czasu, żeby o tym pomyśleć.

Tymczasem...

Rozumiem, że Hill House rozsyła wszystkie egzemplarze limitowanego wydania CHŁOPAKÓW ANANSIEGO i poświęcili adres mailowy, żeby potwierdzić adresy pocztowe odbiorców -- szczegóły tutaj: http://hillhousepublishers.com/hh-update-28dec07-01.htm
a Lisa Snellings poprosiła mnie, żebym powiedział światu, że ogłosiła aukcję na http://stores.ebay.com/Poppet-Art-by-Lisa-Snellings-Clark

Następny post: Czy doktor Who jest tak naprawdę Fennic Foxem? Sami ocenicie...

czwartek, 31 stycznia 2008

Dla Patry Francis...

Neil napisał we wtorek 29 stycznia 2008 o 11:05

Promowanie nowej książki jest trudne, szczególnie gdy jest się świeżo upieczonym autorem. Nie ma znaczenia jak dobra jest książka, ani jak miłym jesteś człowiekiem - i tak skończysz na spotkaniu z czytelnikami w pustej sali, o ile w ogóle ktoś pozwoli ci takowe zorganizować.

Jednak znacznie trudniej jest w sytuacji, kiedy twoja pierwsza książka zostaje wydana, a ty nie jesteś w stanie jej promować.

Czasami cała blogowa społeczność potrafi zebrać się i zrobić co w ludzkiej mocy aby powiadomić innych o nowej książce skoro ty nie możesz zająć się tym sam.

I czasem autor w trakcie pisania książki zatrzyma się i pomyśli "Czekajcie. Dwudziesty ósmy. To było wczoraj? Myślałem, że... cholera."

Książka nosi tytuł "The Liar's Diary" ["Pamiętnik kłamcy"]. Przeprasza skruszony autor.

kiepski blogujący. żadnych historyjek o wątróbce.

Neil napisał w poniedziałek 28 stycznia 2008 o 13:35

w tym momencie fatalnie bloguję.
Dzieje się tak ponieważ

a) piszę.

Właśnie przeczytałem ponownie entuzjastyczną mowę napisaną z okazji Narodowego Miesiąca Pisania Powieści dla pisarzy, którzy w danym momencie są na etapie trzech czwartych książki kiedy już po prostu trzeba podążać naprzód i trochę pomogło. ("Ha!" pomyślałem. "Co ty możesz wiedzieć, niemądry pisarzyno?" Ale w głębi ducha wiedziałem, że miał rację.)

Nadal tkwię w Rozdziale Siódmym. Wczoraj było dużo gadania. Dzisiaj coś może się wydarzyć.

b) piszę, więc kiedy znajdę albo dostanę interesujący link mówię sobie "Tak, powinienem to zamieścić" i zaraz zapominam.

i oczywiście główny powód dlaczego tak fatalnie mi idzie jest taki, że

c) piszę.

Kiedy nie zajmuje się pisaniem powieści mam wyrzuty sumienia. I choć pojawiają się rzeczy warte opisania na blogu (mógłbym teraz napisać o odwilży, o słońcu i pszczołach; trzy dni temu nie pojawiła się naprawdę ciekawa notka o tym co zrobić, gdy twoja asystentka wręcza ci dwudziestofuntowy kawał krowiej wątroby, który dostała dla psa w miejscowej masarni. A wczoraj ułożyłem w głowiem ale w końcu nie zapisałem Dlaczego Ludzie w Sezonie Pierwszym "Torchwood" Są Zbyt Głupi Żeby Istnieć - łącznie z zagadkowym incydentem z 1941 roku kiedy pewna osoba zapisała coś na papierze czarnym atramentem (który pozostanie czytelny przez wieki, jeśli tylko nie będzie trzymany na słońcu) lecz obawiając się nie wiedzieć czemu, że atrament z czasem wyblaknie, najpierw sfotografowała tekst Polaroidem, a następnie zapisała część krwią, wsadziła w puszkę po kawie i schowała w wilgotnej piwnicy. Bo to z pewnością pozwoli na odczytanie tekstu po siedemdziesięciu latach. Dlaczego nie wykonała również czekoladowego modelu - nie dowiem się nigdy.)

och, i pomimo przepowiedzenia, że Blink otrzyma nagrodę za najlepsze dramatyczne jakmutam ten blog oficjalnie kibicuje dwuczęściowemu "Family of Blood/Human Nature" ["Rodzina krwi/ Ludzka natura"] Paula Cornella. Oczywiście dlatego, że zostałem przekupiony.

Niech to. Miałem tylko wpaść tylko na moment, a teraz się rozpisałem.

Odpowiem na pytanie. Tylko jedno. Potem siadam do pracy.

Dzień dobry, Neil!
Zastanawiałem się, czy mógłbyś polecić mi dobre pióro wieczne skoro sam używasz ich od tak dawna.
Wczoraj dostałem swoje pierwsze. Wspomniałem przyjacielowi, że wszystkie zapiski robię odręcznie, bo tak najłatwiej uciszyć swojego wewnętrznego redaktora, ale że chciałbym przerzucić się na pióro żeby nie zaśmiecać świata zużytymi jednorazowymi długopisami. A on zniknął w czeluściach swojego domu, a po chwili wrócił i wręczył mi wieczne pióro z tłoczkowym mechanizmem do napełniania.

Teraz mam już pióro, ale potrzebny mi jeszcze atrament. A chcę mieć pewność, że otrzymam buteleczkę atramentu dobrej jakości -- najlepiej takiego, który się nie rozmazuje, bo lubię pisać zwinięty gdzieś na kanapie z notatnikiem na kolanie.

Na postawie tego co właśnie napisałeś na temat Noodler Polar Black - tego raczej nie zamówię. (I tak mieszkam na południu, więc zamarzający atrament nie będzie raczej moim zmartwieniem.) Jakiego rodzaju ty używasz lub jaki poleciłbyś piórowemu nowicjuszowi takiemu jak ja?
Wielkie dzięki!
Andi

Żeby oddać sprawiedliwość powinienem napisać, że dostałem wiadomość od osoby używającej Noodler Polar Blue z informacją, że ten się nie rozmazuje.

Sporo informacji na temat atramentów (łącznie z tym co jak wygląda) było na http://www.inksampler.com/
ale niestety, większość zniknęła. Ale wciąż jest internet oraz ludzie, któży opisują wyczerpująco atramentów do piór i nawet polecają swoje ulubione.
Znajdź kolor, oraz atrament, który Ci odpowiada. Wypróbuj kilka. Parker's Quink jest niezawodny. Private Reserve mają urocze kolory (lubię ich Czarną Wiśnię i Miedzianą Eksplozję). Atrament Watermanna jest zawsze dobry. Warto rozważyć też kształt - z flakoników Mont Blanc (nie lubię ich piór, a i atrament nie jest dużo lepszy, ale uwielbiam wygląd buteleczki) i Levanger łatwo napełniać, nawet gdy atramentu jest już mało.

Nigdy nie używaj do pióra wiecznego atramentu India, do szkicowania lub rysunku. Zakleisz wnętrze albo jeszcze gorzej. Ale jeśli jesteś zainteresowany, są w sieci miejsca gdzie dowiesz się jak samemu zrobić inkaust według starożynych receptur...
...
I na koniec podziękowania dla Dana Goodsella, który zauważył swoją zabawkę Pana Tosta w klipie Maddy z Comic-Con i przysłał jej zatrzęsienie tostowych gadżetów. Niech żyje Pan Tost.

poniedziałek, 5 listopada 2007

Jak nie udało mi się wyspać do oporu

Neil napisał w niedzielę 4 listopada 2007


Nie ma to jak dzień w którym można spać do oporu, szczególnie kiedy jesteś w hotelu z dala od domu i nie musisz zawozić nikogo do szkoły ani zabierać na spacer. To nie zdarza się prawie nigdy – w normalnych okolicznościach muszę nastawiać budzik. A całe to spanie jest jeszcze fajniejsze jeśli poprzedni dzień był długi i męczący, a jeszcze lepsze przez fakt, że cofnęliśmy zegarki, więc mogłem spać jak długo chcę plus jeszcze godzinę…

Ale zadzwoniono do mnie o siódmej rano z recepcji, żeby mi oznajmić, że przyjechał po mnie kierowca którego nie zamawiałem i nie potrzebowałem, ponieważ nie chciałem się nigdzie przemieszczać. Tyle więc wyszło z przesypiania poranka. Dlatego zamiast tego napiszę trochę zaspany poranny post.

Dziwne. Nazywają takie rzeczy junket (ang. feta, piknik, spotkanie towarzyskie). To słowo oznacza zarówno "słodki deser", "przyjęcie" albo "wycieczka dla przyjemności na koszt kogoś innego". Część o wycieczce dla przyjemności z pewnością odnosi się dla obecnych tutaj dziennikarzy, którzy zostali wysłani w miłe miejsce przez studio filmowe, umieszczeni w hotelach, wysłani, żeby obejrzeć film a potem spędzić dzień, albo kilka godzin rozmawiając z osobami, które go zrobiły. Kiedy byłem dziennikarzem bycie wysłanym na taką wycieczkę było czymś pozytywny - mała ilość pracy za dużą ilość pracy i przygody.

Teraz, kiedy już przeżyłem kilka z takich wyjazdów po drugiej stronie stołu konferencyjnego myślę, że warto wspomnieć, że te fety nie oznaczają tego samego dla ludzi, którzy je organizują albo ludzi, z którymi przeprowadza się wywiady. Oni są w pracy.

Zebraliśmy się wczoraj wcześnie rano na hotelowym zapleczu. Pewna pani czesała nas i charakteryzowała na potrzeby kamer (co w praktyce oznacza trochę pudru i jej spojrzenie na moje włosy i pytanie "Czy to tak miało być?" i moja odpowiedź, y, tak, przepraszam). Potem do pokoju z którego mieliśmy być poprowadzeni na scenę na konferencję prasową. Ray Winstone i Crispin Glover właśnie obejrzeli film, który ich oczarował (Crispin: "A zwykle nie lubię filmów, w których gram"), John Malkovitch, Anthony Hopkins i Angelina Jolie jeszcze go nie widzieli. Bob Zemeckis był tam, ale kilka lat temu zdecydował, że nie będzie robił takich rzeczy jak wywiady i bankiety promocyjne i konferencje prasowe (bardzo mądrze, wolałbym raczej przyrzec to samo).

Lubię Angelinę. Jest miła, bardzo profesjonalna i ma trochę zwariowane poczucie humoru. Ostatnio spotkałem ją w listopadzie 2005 roku, kiedy nagrywała swoją część gry aktorskiej w Beowulfie. Nawet wtedy już oznajmiono w gazetach, że zakończyła produkcję Beowulfa opuszczając plan po kłótni z Rayem Winstonem -- dwa tygodnie przed jej pierwszym dniem na planie. Zdałem sobie sprawę, że kiedy tylko chodziło o nią prasa z radością zwyczajnie zmyślała różne wydarzenia, które brzmiały prawdopodobnie. Te rzeczy nie musiały posiadać żadnych rzeczywistych podstaw.

Było oczywiste, że lwia część dziennikarzy na konferencji chciała po prostu porozmawiać z nią o jej życiu prywatnym, czymś czego odmówiła i z czym radziła sobie z gracją i pewnością siebie. Ogólnie konferencja poszła dobrze (moim zdaniem najlepszy był sposób w jaki Ray odpowiadając na pytania zawsze mówił o mnie i Rogerze Avarym jako o "Chłopcach", jakbyśmy byli dwójką piszących troglodytów, którzy przyjdą do twojego domu i spiorą cię maszynami do pisania.)

Potem przeszliśmy do wywiadów. Okrągłe stoliki: tuzin dziennikarzy w każdym pokoju, wchodzimy razem z Rogerem, mówimy przez pół godziny a potem przenosimy się do następnego pokoju, gdzie tuzin innych dziennikarzy czeka, aby zadać te same pytania, podczas gdy Anthony Hopkins, zawsze pokój za nami, jest przenoszony do pokoju, w którym byliśmy my.

Następnie przejście do pokoi hotelowych na indywidualne wywiady i wywiady telefoniczne z dziennikarzami w Kansas i podobnych miejscach. A potem, z martwicą mózgu, skończyliśmy.

Wydawało się, że reporterzy i dziennikarze, którzy widzieli film poprzedniej nocy przyjęli go zadziwiająco pozytywnie, co było jak kamień z serca.

To miłe, że ludzie zaczęli oglądać film i teraz mówią o tym, co widzieli. (Trochę zmęczyłem się czytaniem tak zwanych "recenzji" w internecie, które co do jednego były pomieszaniem tego co ci ludzie myśleli, że widzieli w trailerach i co myśleli, że zrobiliśmy z historią plus narzekaniem na efekty wizualne, których właściwie jeszcze tak naprawdę nie widzieli, zakończone głośnym i dumnym ogłoszeniem, że ponieważ wiedzą, że film im się nie spodoba, nie zamierzają go oglądać, i że z pewnością nie będzie to Beowulf. Kilkanaście z nich zostało napisane przez ludzi, o których myślałem, że powinni wiedzieć lepiej. Nigdy nie przeszkadzały mi złe recenzje, ale w przeszłości zawsze dostawałem je of ludzi, którzy przynajmniej czytali lub widzieli coś, na temat czego narzekają.)

W każdym razie teraz kiedy zaczęliśmy jego wyświetlanie, prawdziwe reakcje nadchodzą.

Oto list, który Jeff Wells zamieścił na swoim blogu zanim pojawi się jego recenzja, który zamieścił jak sądzę, ponieważ zawstydził się swoich niemiłych słów o Beowulfie tydzień zanim go jeszcze obejrzał http://hollywood-elsewhere.com/archives/2007/11/beowulf_2.php
Tutaj ktoś, kto widział pokaz przedpremierowy na Uniwersytecie Kalifornijskim - http://strstruckdreamr9.blogspot.com/2007/11/beowulf.html
I jeszcze jeden post po pokazie http://blog.myspace.com/index.cfm?fuseaction=blog.view&friendID=43263288&blogID=325323587
Moriarty zamieściło recenzję na aintitcool http://www.aintitcool.com/node/34678 jestem pewien, że wyłoni się wielu innych recenzentów, teraz kiedy już ludzie oglądają film. (To nie tak, że zachowywaliśmy dokończony film dla siebie. On po porostu nie był skończony -- jego ostateczna wersja opuściła komputery w tym tygodniu. A trójwymiarowa wersja do IMAX 3D, którą można było oglądać w piątek wieczorem została dokończona w piątek rano.)

...

Drogi Neilu,

Około dwóch lub trzech miesięcy temu znaleziono mi książkę autorstwa twojego i Michaela Reavesa w dziale Nowości. Będąc Twoją wielbicielką kupiłam książkę zakładając, że będzie dobra. Taka też była.

Jednakże nie wydawała się być w twoim stylu, więc sprawdziłam datę wydania: 2007.

Byłam zaskoczona, że nie słyszałam nic o tej książce na Twoim blogu, chociaż czytałam go przez około rok, może więcej.

Pomyśłam sobie, że to możliwe, choć mało prawdopodobne, że jest gdzieś tam w świecie ktoś jeszcze kto nazywa się Neil Gaiman.

Nie. Pod napisem INNE KSIĄŻKI NEILA GAIMANA DLA MŁODYCH CZYTELNIKÓW figurowała Koralina.

Książka nazywa się Interworld.

Pytam po prostu dlaczego nie wspomniałeś o niej na swoim blogu.

-Camille

Publikuję to, żeby przypomnieć że na stronie jest funkcja SZUKAJ (u nas na polskiej stronie niestety nie ma, przyp. tłum.) na www.neilgaiman.com. Ona przekieruje was na http://www.neilgaiman.com/search_form/. Jeśli wpisać Interworld wyskoczy około 15 wyszukanych na stronie, pierwsza z nichhttp://www.neilgaiman.com/journal/labels/Interworld.html która kieruje do wszystkich postów przy których w tagach do posta wpisałem Interworld odkąd wprowadziłem tagi na blogu (głównie w tym roku) i która odpowie na wszystkie twoje pytania...

Witam, Neil!

Wybacz, jeśli to stare wieści, ale Twój blog został nominowany do Najlepszego Bloga Literackiego 2007 nagrody Weblog.

http://2007.weblogawards.org/polls/best-literature-blog-1.php

Głosowanie kończy się w 8 listopada, a jak na razie prowadzisz!

Życzę szczęścia,

Leanne

Dziękuję! Jak fajnie. (Co nagle przypomniało mi się, że nie wiem, co się stało z nagrodą"Bloggers Choice" -- wygląda na to, że zostaną rozdane w następny weekend w Las Vegas.)

...

Wiele osób pyta, co ma się wydarzyć na Filipinach za kilka tygodni. Wygłaszam mowę na kongresie reklamowym -- nie sądzę, żeby to wydarzenie było otwarte dla szerszej publiczności -- i coś jeszcze z Fully Booked (Szukałem przez google, ale znalazłem tylkohttp://www.fullybookedonline.com/adsdetail.php?id=53).

W każdym razie. Maddy jest tutaj -- powiedziałem jej, że musi napisać posta o premierze -- a teraz odchodzę aby być tatą. (Żeby oddać sprawiedliwość powinienem dodać, że w ramach przeprosin ludzie którzy wysłali mi samochód o siódmej rano przysłali mi kosz owoców, który przypomina mi o występie Elvisa Costello z Larry Sanders Show. I o tym, że Maddy wyjada z niego misie-żelki.)

sobota, 10 marca 2007

Jak bloguję

Neil napisał w piątek, 9 marca, 2007

Czytam bloga Neila Gaimana prawie codziennie i zwykle porusza tam dużo różnych tematów (każdy z nich oddzielony wielokropkiem). Zastanawia mnie czy pan Gaiman pisze swój prawie codzienny blog cały naraz, czy używa w tle jakiegoś programu blogowego i na bieżąco dopisuje, co wyda mu się warte opisania? Przypuszczam, to moje przemyślenie, że Neil kończy pracę na dany dzień i wtedy idzie pisać swojego bloga. Ale czasami jego posty są prawie schizofreniczne, tzn. że (czasami) w jednym poście jest dużo różnych tematów. Tak się po prostu zastanawiałem :-) Obyś nadal tak dobrze prowadził swoją stronę, - Paul.

To wszystko zależy. Nie mam jednego schematu – czasami ciągnę jeden wpis dopóki wydaje się wystarczająco długi. Czasami piszę je rano, zanim zacznę pracować, czasami w nocy, na kanapie, a czasami, jak teraz, po prostu wchodzę na bloga żeby wstawić wiadomość dla każdego, kto może to przeczytać, a dodatkowo wysłał mi maila, że ponieważ konto g-mail stało się strasznie irytujące, ktokolwiek kto prześle mi maila na moje konto g-mail dostanie swoją wiadomość z powrotem.

Ale wtedy myślę sobie: „Nie mogę tego tak po prostu wrzucić. Jest tu sporo ludzi których guzik obchodzi moje konto g-mail. Powinienem przynajmniej dorzucić coś jeszcze.”

Wtedy wstawiam link do „Dylan Hears Who” - http://www.dylanhearsawho.com/home.htm - gdzie możecie posłuchać czegoś zadziwiająco przypominającego inkarnację Boba Dylana z lat sześćdziesiątych wyśpiewującego sobie drogę przez katalog Dr Seussa i prawdopodobnie was uszczęśliwi.