Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia z komórki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia z komórki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 grudnia 2010

Anatomia gatunków wędrujących

Neil napisał w czwartek 9 grudnia 2010 o 12:13

Nie przeszkadza mi, że muszę wychodzić z psami na spacer. Lubię je wyprowadzać.

Przeszkadza mi natomiast wszystko, co muszę przed takim spacerem zrobić, gdy temperatura, jak teraz, spada poniżej 0 °F (-18 °C). Ciepłą bieliznę i dwa swetry zakładam tak czy inaczej. Na to kombinezon narciarski, ciepłe rękawiczki i ciężkie buciory. Do tego maska narciarska i wielka ujgurska czapka... Wyglądam jak nieudany żydowski ninja.


Nawet kiedy pracuję w swojej altance, przy tej temperaturze mimo włączonych grzejników będę siedział w znoszonej skórzanej kurtce i ogromnym szaliku w stylu Doctora Who...



Kiedy 18 lat temu zamieszkałem w tej części świata zauważyłem dziwne zjawisko. Znajomi, którzy stąd pochodzili i bardzo im się tu podobało, którzy tworzyli również tutejszą scenę i światek artystyczny Minneapolis nagle, zupełnie niespodziewanie ogłaszali, że wyjeżdżają i to na dobre. Sprzedawali wszystko i wyruszali Na Południe. Zawsze Na Południe.

Pomyślałem, że to bardzo dziwne. Przecież byli tu tacy szczęśliwi.

Wydawało się to nieco złowieszcze.

Dziś na spacerze z psami dotarło to do mnie wreszcie. Nagle zimno i myśl, że każdy spacer z psami w ciągu najbliższych dwóch, trzech, czy nawet pięciu miesięcy, czy to za dnia...

czy w nocy...


...będzie wymagał przygotowań godnych kosmonauty wyruszającego na powierzchnię planety niesprzyjającej ludzkiemu życiu. Za każdym razem. I będę niecierpliwie oczekiwał chwili, kiedy temperatura wzrośnie do 0 °F, bo wtedy oddychanie nie sprawia bólu i nie potrzeba stosować absurdalnych warstw przed wyjściem na zewnątrz, a psy też świetnie się na dworze czują.

Pomyślałem sobie: założę się, że Karaiby o tej porze roku muszą być naprawdę przyjemne.

I poczułem, że pod kombinezonem przeszedł mnie dreszcz, który nie miał nic wspólnego z niską temperaturą. Pomyślałem: na pewno oni myśleli dokładnie to samo. Ci, którzy Wyruszyli Na Południe.

Nie sądzę, żebym miał do nich dołączyć. Jeszcze nie teraz. Ale zdecydowanie ich rozumiem.
...

Skrzynka FAQ jest kompletnie zapchana. Zaznaczyłem sobie kilkaset pytań. Spróbujmy odpowiedzieć na kilka z nich:

Razem z moją żoną, Kestrell (która ma oczy Delirium), wybieram się za kilka miesięcy do Nowego Orleanu. Ona chciałaby zajrzeć do sklepu, w którym kupiłeś swój urodzinowo-ślubny cylinder. Mógłbyś podać jego nazwę?

To był sklep Fleur de Paris (http://www.fleurdeparis.net). Wspaniałe kapelusze, uroczy ludzie, Holly kupiła tam również prześliczną sukienkę. Natomiast Amanda kupiła sobie sukienkę, a także inne rzeczy, w Trashy Diva, który jest sklepem o wiele bardziej eleganckim, niż sugerowałaby jego "tandetna" nazwa.

Mój cylinder (i wiele innych kapeluszy zakupionych w tym samym czasie, tak że pod koniec wyglądało to jak jakiś zjazd kapeluszników) jest marki Meyer the Hatter - http://www.meyerthehatter.com/meyer/. Naprawdę bardzo mi się tam podobało, mają naprawdę świetną obsługę. Po zakupie kapelusza (który musieli dla mnie nieco dopasować) wróciłem do tego sklepu ze znajomymi i właściciel, Sam Meyer, zabrał mi mój kapelusz i wręczył inny, jeszcze lepiej dopasowany do mojej głowy, bo właśnie przyszła do nich świeża dostawa. Idealne dopasowanie mojego kapelusza było dla niego kwestią dumy zawodowej.
...

W archiwum Twojej strony znalazłem wpis na temat tego, czy college jest konieczny, jeśli ktoś chce zostać pisarzem, ale moje pytanie sięga nieco dalej. W szkole średniej znany byłem z tego, że piszę. Dostałem kilka nagród (choć nie są one znaczące, w końcu to tylko liceum), a w ostatniej klasie ogłoszono mnie Największym Intelektualistą spośród ponad 650 uczniów z mojego rocznika, gdzie średnia oceną było "C".

W tej chwili jestem nieszczęśliwym studentem
Middle Tennessee State University i po jednym semestrze zastanawiam się, czy nie rzucić studiów. Przez nie kompletnie zniknęła moja miłość do pisania i co nawet gorsze - do czytania. Od dwóch miesięcy nie przeczytałem ani jednej książki, niczego się nie nauczyłem i nie napisałem niczego, co by mi się podobało. Usunięto mnie z grupy zajęć pisarskich po tym, jak profesor (który rzekomo mnie faworyzował) upomniał mnie w e-mailu na temat nieobecności. Mam prawie dwadzieścia lat, nigdy nic nie wydałem, nie mogę znaleźć pracy, a kiedy przekonałem się na czym polega praca wykładowcy, nie chcę już nim zostać.

Zastanawianie się nad rzuceniem studiów sprawiło, że wiele straciłem. Wielu znajomych i członków rodziny (w tym moja matka), a także mój niegdysiejszy mentor (nauczyciel łaciny i mitologii z ogólniaka) praktycznie nie chcą mnie znać. Również dlatego rzuciła mnie dziewczyna (nie jest mi bardzo przykro z tego powodu, ale to istotny fakt) i jeśli ostatecznie podejmę tę decyzję, prawdopodobnie zostanę wyrzucony z domu.

Moim ratunkiem jest, i było od zawsze, opowiadanie nad którym pracuje od pięciu lat. Jestem w nim kompletnie zakochany i jestem pewien, że będzie szło świetnie, dopóki jego powstanie napędza ta właśnie miłość.

Doskonale rozumiem, że życie będzie o wiele trudniejsze bez dyplomu i pamiętam, że pisałeś: "jeśli redaktorowi spodoba się pierwsza strona, przewróci ją i będzie czytać dalej" niezależnie od tego, czy mam dyplom. Jednak moje pytanie brzmi...

Czy w takich okolicznościach rzucenie studiów to słuszna decyzja? Czy jestem raczej leniwym, zarozumiałym dzieciakiem, który uważa, że pozjadał wszystkie rozumy? Czy niezrozumianym pisarzem, który podąża własną ścieżką? Albo jeszcze lepiej - kimś w pełni przekonanym, że sprawiedliwość jego pieśni oddać może tylko jego własny głos (lub pióro). (Czytałem ponownie "Chłopaków Anansiego")

Pytałem swoich wykładowców; oni obiektywnie widzą moją sytuację. Pomyślałem, że zapytam Ciebie, skoro zawsze tak chętnie odpowiadasz na pytania na blogu i osobiście oraz dlatego, że w tym, co piszę często stosuję bogów i mitologię jako metaforę. Wiem dobrze, że nie masz odpowiedzi na wszystko, ale będę dozgonnie wdzięczny za Twoją opinię.

Niezależnie od tego, czy odpowiesz, dziękuję, że zechciałeś poświęcić mi swój czas i niecierpliwie oczekuję Amerykańskich bogów na srebrnym ekranie.
-Levi


Pytasz, czy powinieneś rzucić studia albo zrobić sobie przerwę? Brzmi, jakbyś już zadecydował.

Myśl o pisarzu, który traci zainteresowanie pisaniem i czytaniem niezwykle mnie smuci. A oprócz tego mam jeszcze dwie uwagi. Pierwsza to, jak sam powiedziałeś (a i ja o tym wspominałem w przeszłości), nikt nie będzie pytał cię o wykształcenie zanim sięgnie po twoją książkę.
Może powinieneś przez jakiś czas zająć się czymś innym lub postudiować coś innego. Spróbuj popracować jako dziennikarz albo pojeździj po świecie. Nazbieraj doświadczeń, o których pewnego dnia będziesz pisać. (Niewielu jest dwudziestolatków, którym poradziłbym rzucić wszystko i pisać książki.)
Druga uwaga jest taka, że cieszę się, że poniższy list przyszedł kilka dni po twoim. Jak Diane sama napisała, jest długi. A także fascynujący.

Cześć Neil,
Wybacz, że to będzie długi list, ale myślę o tym już od dawna.

Od czasu do czasu początkujący pisarze pytają cię w listach, czy warto iść do college'u i studiować pisanie [creative writing]. Radzisz im i mówisz, co trzeba robić, by zostać pisarzem, ale z zastrzeżeniem, że nie możesz nic powiedzieć o kursie, na którym sam nigdy nie byłeś. Chciałabym dołożyć swoje trzy grosze i ponad 20 lat doświadczenia. Dyplom [BA] z creative writing otrzymałam w 1987, w zeszłym roku uzyskałam stopień MFA z pisania prozy. Jestem asystentką z przedmiotu, który muszą zaliczyć wszyscy studenci pisania, aby otrzymać dyplom z creative writing.

Po pierwsze, wielu prowadzących uniwersyteckie kursy z tego przedmiotu pracuje w ten sposób, bo jako pisarze nie mogą się utrzymać. Praktycznie wszyscy poeci są zmuszeni do pracy jako nauczyciele, aby mogli się zajmować pisaniem, bo za poezję już nikt nie płaci. Ale wielu pisarzy/wykładowców zajmuje się tym przedmiotem, bo ich dzieła nie mają szansy znaleźć odpowiednio szerokiej publiczności. Istnieją wyjątki, np. Zadie Smith i Jane Smiley. Prowadzenie takich zajęć może być też atrakcyjne dla uznanych pisarzy (czyt. tych, którzy osiągnęli sukces finansowy) na jeden, czy dwa semestry, ale utrzymanie ich na stanowisku na stałe (na etacie) jest trudne ze względu na wymogi stanowiska, konieczność udziału w komisjach egzaminacyjnych itd. Potrzeba siedmiu lat, aby zostać stałym członkiem kadry wykładowców. Jedna z moich wykładowczyń opuściła właśnie uniwersytet, bo podpisała kontrakt na swoją pierwszą powieść, opiewający na sumę z sześcioma zerami. Nie spodziewam się, żeby miała jeszcze wrócić do tej pracy, bo już zwyczajnie nie musi, choć jest znakomitym wykładowcą i lubiła uczyć.

Jednym słowem, personel interesuje się przede wszystkim artystyczną stroną prac, które powstają. Na tym się znają i tego uczą. Jednym z głównych produktów kursów pisania nie są wzięci pisarze, ale nauczyciele prowadzący takie właśnie kursy - dla szkół podstawowych i średnich, lokalnych college'ów i uniwersytetów. Są jednak wyjątki! Wielu pisarzy po kursach w Iowa i Teksasie, stypendiach Stegnera na Stanford i innych renomowanych programach (ale są one zazwyczaj podyplomowe) mogą wykorzystać takie uprawnienia, gdy szukają agentów i wydawców. Pozostali nie zyskują wiele poważania ze względu na ukończenie takiego kierunku i nawet tytuł niewiele pomoże, bo nie wymaga się go przy przyjmowaniu na te studia. Przychodzi się na zajęcia i dostaje tytuł niezależnie od jakości tego, co się pisze.

Na kursie creative writing można nauczyć się bardzo wiele na temat warsztatu: jak rozwijać postaci, jak pracować nad poszczególnymi elementami narracji i otrzymać od innych pisarzy konstruktywną krytykę własnej twórczości. Najczęściej forma kursu to warsztaty, na których rozdaje się wszystkim do przeczytanie swoje opowiadanie i na następnym spotkaniu jest ono omawiane. W zależności od prowadzącego może to być doświadczenie wartościowe lub miażdżące. Jeśli osoby z twojej grupy pragną zniszczyć każdego innego pisarza, bo postrzegają go jako konkurencję, taki warsztat może mieć destrukcyjny wpływ na młodego pisarza, który dopiero zaczyna szukać własnego głosu. Czy będą to dobre warsztaty, czy nie, trafisz na grupę ludzi, którzy chcą tworzyć SZTUKĘ i będą szydzić ze wszystkiego, co nie ma literackich aspiracji.

Kursy takie nie nauczą za to, jak zostać pisarzem, którego dzieła są wydawane. Większość programów nie wspomina słowem o biznesowej stronie pisarstwa. Nie uczą jak czytać umowy, szukać publikacji, które zechcą przyjąć to, co piszemy, szukać agentów lub w jakikolwiek sposób zarabiać na pisaniu. Co prawda niewielu pisarzy utrzymuje się wyłącznie z pisania, to programy creative writing nie planują przygotować swoich uczestników do rynku pracy. Myślę, że to właśnie tabu sprawia, iż na większości tego typu kursów niemile widziane są gatunki typu s-f, fantasy, powieść historyczna, romanse, czy literatura młodzieżowa (choć ostatnio zaczynają powstawać kursy pisania poświęcone temu właśnie gatunkowi). Pisanie wszystkiego, co nie mogłoby się znaleźć w księgarni na półce z literaturą piękną będzie odradzane, a w niektórych przypadkach wręcz zabronione na zajęciach.

Nie rozumiem skąd te uprzedzenia, skoro jest tyle wspaniałych opowiadań należących do rozmaitych "gatunków", które trafiły do kanonu literatury: Nowy wspaniały świat, Rok 1984, Sto lat samotności, praktycznie wszystko, co napisała Ursula LeGuin. Również Twoja twórczość, Neil, szybko staje się częścią kanonu. Nie mam pojęcia skąd biorą się takie uprzedzenia w programie kursów pisarskich. Są oczywiście wyjątki - kursy, w których wspiera się pisarzy niezależnie od gatunku, który tworzą, ale trzeba się ich naszukać i pytać "czy inne gatunki są dozwolone".

W młodości pisałam sporo science fiction i fantasy. W wieku 13 lat napisałam ponad dwustustronicową powieść fantasy, a jeszcze przed pójściem do college'u wysyłałam swoje opowiadania do Asimova i innym magazynów. Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że interesuje mnie creative writing i tego chcę się uczyć, ale już podczas pierwszych zajęć prowadząca ustaliła zasady. Interesowała ją tylko tradycyjna proza, żadne odmiany. Tak było przez cały okres moich studiów i chyba z tego powodu jeszcze przez kilka lat po skończeniu uczelni nie mogłam się odnaleźć jako pisarka. Nie wiedziałam już, co chcę pisać, a nie chciałam pisać tego, czego oczekiwali ode mnie i co chwalili wykładowcy.

Piszę o tym ze względu na prowadzącą i to, co zrobiła w ciągu ostatnich paru miesięcy. Tytuł MFA otrzymałam w maju, ale w semestrze jesiennym jestem asystentką prowadzącej zajęcia. Jeden ze studentów w jej grupie pisał powieść fantasy, moim zdaniem całkiem niezłą. W połowie semestru prowadząca zaczęła powtarzać asystentom: "czy nie mówiłam, że nie toleruję innych gatunków" i mówić o tym, jak okropne jest to, co ów student napisał. Wraz z innym asystentem broniłam jego pracy, nam obojgu bardzo się podobała. Na wczorajszym spotkaniu przed zajęciami profesor opowiedziała nam o swoim pomyśle, aby studenci musieli podpisać swego rodzaju umowę, że nie będą pisać nic poza "zwykłą" prozą. Jeden z powodów, które podała brzmiał: są za młodzi, żeby tworzyć w innych gatunkach. Pomyślałam sobie: "za młodzi? Neil Gaiman napisał Sandmana mając dwadzieścia parę lat i dzięki temu zmienił całą branżę. Dlaczego oni mieliby być za młodzi?" Po zajęciach rozmawiałam w tym studentem, jak pisarz z pisarzem i powiedziałam mu, że jeśli prowadząca rzeczywiście zrobi, co zamierzała, powinien ją zignorować i nie brać tego do siebie, bo nikt nie ma prawa mówić pisarzowi, co pisać.

Pisze o tym ze względu na pytania o kursy pisarskie, które zadają Ci młodzi pisarze i chcę zwrócić uwagę na dyskryminację wobec pewnych gatunków. Jeśli ktoś potrafi odsunąć na bok swoje opowiadanie fantasy i pracować nad nim samodzielnie, a na zajęcia pisać realistyczną prozę - świetnie, college i kierunek creative writing jest właśnie dla niego. Patrząc na obecna sytuację, nie ma co spodziewać się pozytywnego feedbacku na temat swojej twórczości. Z mojego doświadczenia wynika, że jeśli chce się stać lepszym pisarzem tworzącym te "inne" gatunki, najlepsze co można zrobić to dużo czytać i dużo pisać. Jeśli ktoś chce koniecznie pomocy z zewnątrz musi poszukać warsztatów, grup, konferencji i spotkań z pisarzami, gdzie będą oni opowiadać o swoim rzemiośle. Stopień naukowy lepiej zdobyć w interesującej go dziedzinie, jak historia lub psychologia, która dostarczy materiału do pisania.

Dzięki za wysłuchanie,
Diane Glazman


Dziękuję, że napisałaś i to tak wyczerpująco.

Myślę, że dla osób piszących SF czy fantasy niezły będzie Clarion. http://clarionfoundation.wordpress.com/). Kilka lat temu uczyłem u nich, a John Scalzi, który będzie prowadził zajęcia w tym roku pisze o tym na http://whatever.scalzi.com/2010/12/02/clarion-submission-period-open/. Kat Howard, uczestniczka zajęć w roku, kiedy tam uczyłem opisała swoje wrażenia na blogu http://strangeink.blogspot.com/2010/12/most-wonderful-time-of-year.html i powinni go przeczytać wszyscy zainteresowani warsztatami.

Nie prowadziłem zajęć na Clarion West - http://www.clarionwest.org/ - ale zestawienie tegorocznych prowadzących jest niesamowite.

A na tej stronie można znaleźć zestawienie wszystkich warsztatów/obozów treningowych dla pisarzy SF/fantasy: http://www.johnjosephadams.com/2007/10/article-basic-training-for-writers/

...
Właśnie wysiadł prąd. Potem się włączył. Znów wysiadł, wrócił, wysiadł ponownie. I wrócił.
Kiedy w ciepłych miejscach wysiada prąd, ludzie specjalnie się nie przejmują, prawda?

...
Jutro będę opowiadał o komiksach na TALK OF THE NATION. Właściwie to już dzisiaj.

Wywiad Kevina Smitha ze Smodcastle, jest w dwóch trzecich dostępny:
część pierwsza na http://smodcast.bandcamp.com/track/chapter-1-the-neil-amanda-interview
(To jest sam wywiad).


Już za moment zamieszczona zostanie ostatnia część, w której czytam "Being an Experiment..." i z pomocą Kevina i Amandy przedstawiam scenkę z Bilquis z pierwszego rozdziału Amerykańskich bogów.
...
Na koniec artykuł z Boing Boing o Kairze, nie tym w Egipcie, tylko tym w stanie Illinois, o którym ostatnio często myślę przy okazji przygotowywania jubileuszowego wydania Amerykańskich bogów. Choć uważam, że nazwanie przez Cory'ego miasta "wymarłym" jest przesadą, to sytuacja rzeczywiście nie wygląda najlepiej. A z tego wpisu dowiedziałem się o problemach, na jakie natknęli się ludzie chcący otworzyć tam punkową kawiarnię (teraz jest na sprzedaż).

piątek, 25 kwietnia 2008

Dozwolony użytek i inne rzeczy

Neil napisał w sobotę 19 kwietnia 2008 o 21:01

Po czytaniu Bill Hader, Doug Jones i ja poszliśmy coś zjeść. Za nami widać Saint Mark's Bookshop, o której wspominam tylko dlatego, że to moja ulubiona nowojorska księgarnia. Sfotografowała nas młoda Japonka, która wcześniej podeszła do Billa żeby powiedzieć mu, że jest jego fanką i żeby zrobić sobie z nim zdjęcie. I dlatego kiedy wychodząc zobaczyliśmy ją na ulicy pomyślałem, że bardziej niż w przypadku przygodnego nowojorczyka możliwe jest, że zrobi nam zdjęcie i odda mi telefon z powrotem.

Nie zostaję w Nowym Jorku na czas święta Paschy i papieskiej wizyty (co oznacza, że moje szanse na okazję wypowiedzenia słów "Good yontiff, pontiff" [żydowskie świąteczne pozdrowienie; pontiff - ang. papież] z zadziwiająco niewielkich spadły do zera.)

Wczorajsza impreza pozwoliła zebrać mnóstwo pieniędzy dla CBLDF i to bardzo dobrze. I wygraliśmy sprawę Gordona Lee, a to jeszcze lepiej.

I pomyślałem, że najwyższy czas przypomnieć link do strony członkowskiej CBLDF tym, którzy chcieliby dołączyć, albo tym którzy chcą odnowić swoje członkostwo. Jest tutaj. (www.cbldf.com zaprowadzi was na stronę, gdzie można wykupić członkostwo, reprodukcje z autografami i całą resztę.) (I nie zapomnijcie, że są różne poziomy członkostwa, aż do ANIOŁA za $1000 rocznie.)

A także mnóstwo fajnych produktów, w tym koszulki z nowym wzorem, który mnie całkiem się podoba...
["PIERWSZA POPRAWKA - Kongres nie może stanowić ustaw wprowadzających religię albo zabraniających swobodnego wykonywania praktyk religijnych; ani ustaw ograniczających wolność słowa lub prasy, albo naruszających prawo do spokojnego odbywania zebrań i wnoszenia do rządu petycji o naprawę krzywd. Chroń Pierwszą Poprawkę, wspieraj CBLDF"

...
Było mnóstwo maili w których proszono mnie o skomentowanie procesu JK Rowling/ Steve Vander Ark o prawa autorskie. Po przeczytaniu na ten temat tego, co tylko mogłem i biorąc pod uwagę szarą strefę praw autorskich w której ta sprawa się mieści, moja ogólna reakcja to "Cóż, gdyby to o mnie chodziło, prawdopodobnie by mi to schlebiałoby", ale ewidentnie J.K. Rowling tego zdania nie podziela. Nie wyobrażam sobie, żebym próbował powstrzymać wydanie którejkolwiek z nieautoryzowanych książek, które przez te wszystkie lata napisano na temat mnie albo stworzonych przeze mnie rzeczy. Tam gdzie było to możliwe starałem się pomóc, a nawet jeżeli mi się nie podobały to wzruszałem ramionami i odpuszczałem.

Biorąc pod uwagę zawiły rejon prawa autorskiego, w którym mieści się zasada "dozwolonego użytku" ["fair use"] mogę rozumieć, że sędzia nie chciał wydać wyroku i zakładam, że cokolwiek zasądzi to sprawa i tak znajdzie się w sądzie apelacyjnym.

Sercem jestem po stronie ludzi piszących nielegalne książki , prawdopodobnie dlatego, że pierwsze dwie, które ja napisałem były właśnie nielegalne, a w przypadku jednej z nich, "Ghastly Beyond Belief" ["Niewyobrażalnie potworne"] gdyby tylko ktoś zechciał, mógłby bez trudu pozwać Kim Newman i mnie do sądu oskarżając nas o to, że książka złożona z cytatów, których autorzy wcale nie musieli chcieć się w niej znaleźć, znacznie wykracza poza dozwolony użytek.
(jak powiedział mi mój brytyjski wydawca, to pojęcie zniknęło z brytyjskiego prawa autorskiego, choć najwyraźniej Google temu przeczy.)

Większość komentarzy w internecie zamieszczają ludzie opowiadający się za jedną ze stron na podstawie osobowości i osobistych opinii. Jak to bywa z najmniej jasnymi obszarami prawa, nic tu nie jest ściśle ustalone i prawdobodobnie nawet po zapadnięciu decyzji sądu apelacyjnego ustalone nie będzie, bo "dozwolony użytek" to jedna z tych rzeczy, które - tak jak pornografię - powinniśmy być w stanie rozpoznać na pierwszy rzut oka.

Powiedziawszy to wszystko, jestem zafascynowany "nową plotką" która się pojawiła - ja zauważyłem ją dzisiaj wśród komentarzy na stronie "The Guardian", gdzie ktoś rozpoczął swój wpis od:
Mówi się, że Neilowi Gaimenowi zapłacono za powstrzymanie się od krytykowania Rowling za pewne podobieństwa do jego twórczości.
"Jeżeli się tak mówi, to ja o tym nie słyszałem" pomyślałem. O ile mi wiadomo, jedyna osoba, która coś takiego twierdziła to szalona mugolka Nancy Stouffer, na stronie
http://discuss.washingtonpost.com/wp-srv/zforum/01/author_stouffer032801.htm
WDC: Przeczytałem gdzieś, że pewne szczegóły z książek Rowling mogą być postrzegane jako zapożyczenia z komiksów o Sandmanie - wydaje mi się, że jednym z przykładów były sowy doręczające listy. Zapytany o to twórca Sandmana, pisarz Neil Gaiman odpowiedział po prostu "i co z tego?". Podczas tworzenia oryginalnej opowieści autorzy przez cały czas zbierają kawałki z przeróżnych miejsc. Dlaczego ciebie martwi to znacznie bardziej, niż inne osoby od których owe "kawałki" mogły (podkreślam , MOGŁY) zostać zapożyczone? Dlatego, że znalazłaś tak wiele przykładów? Czytałem o nich na Twojej stronie i wydaje mi się, że większość podobieństw jest przypadkowa albo brakuje im podstaw i nie wystarczą one do uzasadnienia całego tego zamieszania, tak samo jak sowia poczta nie wystarczy, żeby Gaiman załamał ręce i zakrzyknął, że to plagiat.

Nancy Stouffer: Prawda jest taka, że początkowo Gaiman rzeczywiście załamał ręce i zakrzyknął, że to plagiat. Dopiero po sprzedaży praw do filmu jego wypowiedzi zaczęły się zmieniać. Na początku był niesamowicie poirytowany.
(To ta sama Nancy Stouffer której sprawa została odrzucona przez sąd i której nakazano zapłacić dwa miliony dolarów kosztów sądowych i karę w wysokości $50,000 za "przedstawienie sfałszowanych dokumentów i fałszywych zeznań". Dużo nakłamała.)

Tak naprawdę, kiedy zaczął się ten cały nonsens, w 1998, na długo zanim powstało to miejsce, na stronie the Dreaming napisałem

Czwartek, 19 marca 1998
Neil o Harrym Potterze i J.K. Rowling

Napisał by puck o 3:00 AM PST | (3)
Komentarze
Krąży plotka o tym, że Neila denerwuje zbyt duże podobieństwo książek o Harrym Potterze do "Ksiąg Magii". Neil poprosił, żebym to zamieścił aby wyjaśnić sprawę:

"Byłem zaskoczony, kiedy z wczorajszego [Daily] MIRROR dowiedziałem się, że jakoby oskarżyłem J.K. Rowling o kopiowanie pomysłów z KSIĄG MAGII w HARRYM POTTERZE.

Najzwyczajniej nie jest to prawdą - a teraz, kiedy taka informacja ukazało się publicznie, będzie się za mną ciągnąć już zawsze.

W listopadzie wytropił mnie szkocki dziennikarz, który zauważył podobieństwa pomiędzy postaciami mojego Tima Huntera i Harry'ego Pottera i chciał zrobić z tego sensację. I chyba rozczarowałem go gdy wyjaśniłem, że nie, zdecydowanie *nie* uważam, że Rowling ściągała z "Ksiąg Magii" i że wątpię, czy w ogóle je czytała, a nawet jeśli czytała, to nie ma to znaczenia, bo ani ja nie jestem pierwszym pisarzem, który stworzył postać młodego zdolnego czarodzieja, ani Rowling nie była pierwszą, która wysłała go do szkoły.
Nie liczą się same pomysły, ale to co z nimi zrobisz.

Każdy gatunek fikcji literackiej to, jak stwierdził Terry Pratchett, potrawka. Bierzesz coś z garnka i coś dorzucasz od siebie. Potrawka dalej bulgocze.


(Jak powiedziałem szkockiemu dziennikarzowi - jedyne co mnie martwi, to że w filmie "Księgi Magii", który planuje wytwórnia Warner Tim Hunter nie będzie już mógł być dwunastoletnim angielskim dzieciakiem w okularach. Ale wiedząc jak wygląda świat filmu będę zadowolony jeżeli nie będzie go grał potężnie umięśniony Austriak w średnim wieku.)

Nie jestem pewien jak to przeistoczyło się w "Gaiman oskarżył Rowling o plagiat". Ale podejrzewam, że taka historia, jest ciekawsza, niż prawda.

Niestworzone historie Stouffer powtarzały takie strony, jak ta: http://www.geocities.com/versetrue/rowling.htm
Czy Warner Brothers przekupiło Neila Gaimana, "Worst Witch" i Melissę Joan Hart?
Warner jest właścicielem praw do Harry'ego Pottera. Później nabyło prawa do twórczości Gaimana, "Sabriny nastoletniej czarownicy" i prawa do dystrybucji "Niefortunnej Czarownicy". Były to trzy największe zagrożenia dla znaku towarowego.

Po tym jak Neil Gaiman doniósł o plagiacie, według jego strony "Warner Brothers wykupiło prawa do filmu na podstawie 'Sandmana'...". Kiedy zapowiadało się, że stacja ABC porzuci "Sabrinę nastoletnią czarownicę" Warner zapłaciło za nią więcej, niż kiedykolwiek przedtem za serial komediowy. Jak często zdarza się, że serial który jakaś stacja chce zakończyć zmienia stację, nie mówiąc już o tym, że płaci się za niego rekordową cenę? Czy Gaimana oraz Hartów, którzy posiadają prawa do "Sabriny", przekupiono?
Jako że nie posiadam praw do "Sandmana" ani do "Ksiąg Magii"/Tima Huntera - w obu przypadkach byłem jedynie wykonawcą dzieła ["work for hire"], którego właścicielem jest DC Comics będące od czasu założenia firmy w latach 80. częścią Time-Warner - nigdy nie "doniosłem o plagiacie" nigdzie poza smutną, szaloną wyobraźnią Nancy Stouffer, a ponieważ prawa zarówno do filmu na postawie "Sandmana" jak i "Ksiąg Magii" Warner posiadało na kilka lat przed wydaniem pierwszej książki o Harrym Potterze
to nie tylko zdumiewająco źle napisana, obłąkana i niedorzeczna teoria spisku, ale -choć przyprawia o gęsią skórkę- jest to też łatwa do obalenia niedorzeczność.

wtorek, 16 października 2007

widok z końca rozdziału 8.

Neil napisał w poniedziałek 15 października 2007 o 23:41


Padało, a pies siedział z głową na deszczu czekając, aż sie przejaśni i aż ja skończę pisac i będę mógł porobić coś - cokolwiek - bardziej interesującego.

(Na wypadek gdyby zachciało ci się robić coś innego polecam trzymanie na wierzchu projektu okładki, z naklejką Światowego Dnia Książki i w ogóle, którą przysłał ci wydawca. Moim zdaniem jest tu po to, aby przypominać, że jeśli nie skończysz pisać na czas będzie to okładka książki złożonej z samych pustych stron.)

piątek, 7 września 2007

Ogromny Polaroid




Żyję. Dziś rano zrobili Ogromne Zdjęcie Polaroidowe dla Vanity Fair. Dziwnie się czułem stojąc tam przez piętnaście minut podczas gdy wielkie urządzenie było regulowane. To jeden z pięciu istniejących gigantycznych aparatów polaroidowych- a w tym roku skończy mu się film i odczynniki i wtedy stanie się tylko bezużyteczną kupą drewana, mosiądzu, szkła i materiału. Tutaj wesoło wyglądająca Holly obok Polaroidu. (Zdjęcie jest zrobione moim nowym telefonem.)

No i tak. Teraz muszę opuścić pokój-dla-prasy-z-Internetem i iść na kolejny wywiad.

środa, 18 kwietnia 2007

Kwestia numeracji stron





Neil napisał w środę, 18 kwietnia 2007



To chyba naprawdę głupie pytanie, ale kiedy piszesz ręcznie, co najwidoczniej robiłeś będąc na wygnaniu, jak udaje ci się oceniać którą ‘stronę’ właśnie piszesz? Napisałeś, ze jesteś na 96-tej i wywnioskowałem, że to (przynajmniej roboczo) numer strony w drukowanej wersji. Czy miałeś na myśli stronę notatnika?

Nie wiem, na której stronie jestem w drukowanej wersji książki – to będzie zależało od rozmiaru czcionki i stron, ilustracji, oprawy i wielu innych rzeczy. Nie mogę powiedzieć, na której stronie jestem w książce, którą właśnie piszę.

Poczekaj, wyjmę komórkę i zrobię kilka zdjęć. Obejmę też swoją dłoń, żeby oddać skalę. (Ale dokładnie określić ją można tylko jeśli wiesz, jak dużą mam rękę. Ee, są dosyć duże.)

Książka wygląda tak:

Kupiłem tę pustą książkę w Wenecji i wygląda wręcz zbyt pięknie, by w niej pisać, ale jest naprawdę solidnie zrobiona i została ukarana wędrowaniem ze mną po świecie. Mam ich cztery – dwie kupiłem, dwie dostałem w prezencie. To jest jedna z dostanych.

Napisałem na pierwszej stronie „The Graveyard book” i moje imię, ponieważ to daje mi wrażenie, że coś zacząłem...

Piszę średnio coś poniżej 200 słów na stronie. Tak naprawdę to zależy od końcówki pióra...

Zwykle numeruję 50 stron do przodu zanim zacznę pisać, bo inaczej nieuważnie myliłbym się w numerkach pisząc. Kiedy zaczynam nową stronę, zakreślam numer strony. Rysowanie tych kółek nadzwyczajnie mnie uszczęśliwia. Oprócz tego rysuję mały nagrobek z numerem na koniec każdego rozdziału.

Naturalnie, piszę mniej słów na stronę, niż to będzie się działo w wydrukowanej książce. Jak dotąd w notatniku jest około 20 000 słów. Rozdział, który już napisałem, „Nagrobek czarownicy” ma około 10 000 słów. Myślę*, że książka będzie miała około 60 tysięcy słów – dwa razy tyle co Koralina.

*Cóż, mam nadzieję. Nie wygląda na to, żeby miała mniej. Mam jednak tendencję do zaniżania.