Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bill Hader. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bill Hader. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 lutego 2011

Nadrabianie (i Prawo Do... raz jeszcze)

Neil napisał w czwartek 17 lutego 2011 o 20:27

Zorientowałem się właśnie, że nie dodałem dziś żadnej archiwalnej notki w ramach lutowej akcji urodzinowej.

I pojawiło się jeszcze kilka rzeczy...

Jestem już w domu i trochę się ociepliło. Śnieg zrobił się bardziej miękki, ale nie zaczął topnieć. Las wygląda teraz tak:









(Zdjęcia robiłem tym razem prawdziwym aparatem, a nie Nexusem-S...)


Black Phoenix Alchemy Labs przygotowało kolejne fantastyczne zapachy, które będą sprzedawać na rzecz Comic Book Legal Defense Fund:

Lepki Nietoperz O Zapachu Cytrynowym
http://www.blackphoenixalchemylab.com/stickybat.html

Herbatka Kochanków
http://www.blackphoenixtradingpost.com/teezoom-vtlovers.html

Aromat Kochanków
http://www.blackphoenixalchemylab.com/vampiretarot.html

Bill Hader podesłał mi link to tego krótkiego klipu z Saturday Night Live, który przywodzi mi na myśli wszystkie zamieszczane na blogu Marka Evaniera filmy, gdzie ludzie mówią z różnymi akcentami, choć tak naprawdę nic nie mówią. Uśmiechałem się, kiedy to oglądałem.



...

Wiele osób prosiło o przypomnienie jednego, konkretnego wpisu. Oto najdłuższa i najlepiej wyrażona prośba...

Panie Gaiman,
Chciałbym zgłosić swoją nominacje do akcji z okazji "Dziesiątej Rocznicy Bloga".

Być może ten post nie wywołuje ataku śmiechu ani nie powoduje chwilowego zaduma i powstał stosunkowo niedawno, ale naprawdę ZAWIERA coś do przekazania zarówno szalonym fanom (niezależnie od ich intencji), jak i małemu, wygłodniałemu pisarzowi, który we mnie mieszka. Mam na myśli post, który zatytułowałeś "Prawo do..." (http://journal.neilgaiman.com/2009/05/entitlement-issues.html), który jednak większość moich znajomych nazywa po prostu "George R R Martin nie jest twoja dziwką".

Ten wpis jest unikalny nie tylko dlatego, że w bezpośredni i humorystyczny sposób mówi to, wokół czego niektórzy z nas chodzili na paluszkach próbując odpowiedzieć na narzekania znajomych, klientów i przypadkowych osób komentujących nasz wybór książek. Również dlatego, że przekazał on coś bardzo istotnego (nawet jeśli nie było to zamierzone) temu pisarzowi w mojej głowie...

Wiesz kogo mam na myśli, prawda? Faceta, który ma do opowiedzenia te wszystkie historyjki, ale jest nieustannie terroryzowany przez Co Innego Do Roboty oraz I Tak Nic Z Tego Nie Będzie? Kojarzysz go? Teraz
wrzeszczy na mnie, jeśli nie usiądę z nim i nie wysłucham jego opowieści raz na jakiś czas. Bo nie chodzi o to, czy uda się zrealizować Wielki Plan ani czy nasze historyjki są Wystarczająco Dobre By Usłyszeli Je Inni. Chodzi tylko o to, że COŚ robimy i że robimy to, bo to uwielbiamy.

Właśnie tak. Będę bardzo wdzięczny, jeśli zechcesz zamieścić tamten post dla niego i dla mnie. Obaj bardzo dziękujemy... za to i za wiele, wiele innych słów, którymi się nami podzieliłeś.

Pozdrawiam
-mathew


Nie ma sprawy. Ale żeby to zamieścić, muszę zacząć od pytania, które ten post zapoczątkowało.
Prawo Do z 12 maja 2009:

Cześć Neil,

Zapisałem się ostatnio na blogu George'a RR Martina (http://grrm.livejournal.com/) z nadzieją, że będę otrzymywał z pierwszej ręki informacje na temat publikacji kolejnej części "Pieśni Lodu i Ognia". Uwielbiam ten cykl, ale od kiedy się tam zapisałem, rośnie tylko moja frustracja, bo Martin nie wspomina nawet o dacie wydania książki. Prawdę mówiąc wygląda to tak, jakby celowo unikał za wszelką cenę pisania kolejnej książki. Pojawia się przy tej okazji kilka pytań:

1. Czy wraz z nastaniem blogów, twittera i innych mediów elektronicznych odbiorcy zaczynają mieć zbyt duży wpływ na artystę i za dużo możliwości, by poddawać go krytyce? Gdybyś ogłosił przed dwoma laty rozpoczęcie pracy nad nową książką i wciąż nie dotrzymał słowa, czy myślisz że unikanie tematu na blogu sprawiłoby, że czytelnicy pomyśleliby, że jesteś "leniwy". Czy opisując na blogu swoją pracę i życie masz większy obowiązek dotrzymywania słowa i zobowiązań?

2. Kiedy pisarz tworzy cykl, jak "Pieśń Lodu i Ognia" Martina, czy ma on obowiązek zakończyć opowieść? Czy nierozsądne jest odczucie, że nie pisząc kolejnej części sagi Martin mnie zawiódł, choć to tylko od niego zależy czy i kiedy ją napisze?

Jestem bardzo ciekaw Twojego zdania.
Dzięki,
Gareth


Moje zdanie....

1) Nie.

2) Tak, przekonanie, że George "cię zawiódł" jest nierozsądne.

Słuchaj, Gareth, może nie będzie to miłe i próbowałem wymyślić, jak inaczej mogę to ująć, ale przynajmniej z mojego punktu widzenia sprawa wygląda tak:

George R.R. Martin nie jest twoją dziwką.

Dobrze być tego świadomym i dobrze przypomnieć sobie o tym, kiedy zaczynasz myśleć, że może jednak jest i powinien natychmiast zająć się pisaniem tego, co chcesz czytać.

Ludzie to nie automaty. Pisarze i inni artyści to nie automaty.

Narzekasz, że George robi inne rzeczy zamiast pisać książkę, którą chcesz przeczytać, jakbyś wraz z zakupem pierwszej części cyklu zawarł z nim kontrakt: ty płacisz dziesięć dolarów, a George będzie pracował nieustająco, aż do momentu ukończenia serii.

Nie ma takiego kontraktu. Zapłaciłeś dziesięć dolarów za książkę, którą chciałeś przeczytać i skoro chcesz wiedzieć, co będzie dalej zakładam, że ci się podobała.

Moim zdaniem największy problem z seriami jest taki, że albo czytelnicy narzekają, że wcześniejsze części były dobre, ale pisarz próbujący wydać co roku kolejną przestał dbać o jakość, albo narzekają, że choć kolejne części są wciąż bardzo dobre, wychodzą za rzadko.

Z tego właśnie powodu cieszę się, że nie jestem sam w trakcie pisania żadnej serii. Jeszcze bardziej cieszę się, że przez te dziesięć lat, kiedy pisałem serię - Sandmana - byłem jeszcze młodym, ambitnym pracoholikiem i miałem mnóstwo szczęścia (a nawet wtedy, pod sam koniec, pisanie comiesięcznego komiksu zajmowało mi pięć tygodni, ze wszystkimi problematycznymi konsekwencjami przegapionych terminów).

Znacznie bardziej wolałbym przeczytać dobra książkę napisaną przez zadowolonego pisarza. Wszystko mi jedno jak powstała.

Niektórzy pisarze potrzebują dłuższej przerwy, żeby naładować baterię, a potem piszą bardzo szybko. Niektórzy piszą około strony dziennie, piątek, świątek czy niedziela. Niektórzy pisarze w pewnym momencie tracą rozpęd i muszą coś porobić, zanim znów będą gotowi do pracy. Czasem pisarze mogą nie mieć jeszcze w głowie gotowej następnej części serii, ale mają w zanadrzu coś zupełnie innego. Wtedy piszą i wydają najpierw to, co powoduje oburzenie i żądania wyjaśnień, jak autor mógł zająć się pisaniem Książki X, skoro jego fani czekają na Książkę Y.

Pamiętam, że słyszałem kiedyś, jak rozzłoszczony redaktor komiksu opowiadał innym redaktorom o scenarzyście, który wziął kilka tygodni wolnego, żeby pomalować dom. Redaktor kilkakrotnie powtarzał, że za równowartość jego płacy spokojnie mógł kogoś zatrudnić do tego zadania i jeszcze by mu zostało. I pomyślałem sobie wtedy, choć nie powiedziałem tego głośno, "A co jeśli on chciał pomalować swój dom?"

Niedawno zawaliłem termin. Tak ostatecznie. Po raz pierwszy od 25 lat westchnąłem i powiedziałem "nie dam rady tego zrobić, nie dostaniecie mojego opowiadania". Było już mało czasu, goniły mnie jeszcze inne terminy, dopiero co zmarł mój ojciec, a w opowiadaniu na kartce też nie było życia. Podobał mi się ton, w jakim się zaczynało, ale reszta się jakoś nie składała i zamiast doprowadzać do szaleństwa redaktorów i wydawców czekających na opowiadanie, którego nigdy bym nie skończył, postanowiłem w końcu się poddać, przeprosiłem i martwiłem się, że nie potrafię już pisać.

Zająłem się kolejnym najbliższym terminem, był to scenariusz. Szło mi łatwo i przyjemnie, od dawna pisanie niczego nie sprawiało mi tyle radości, wszystkie postaci robiły dokładnie to, na co liczyłem, a sama historia była znacznie lepsza, niż mogłem sobie wymarzyć.

Czasami tak się dzieje. To nie zależy od ciebie. Za każdym razem robisz, co w twojej mocy. I próbujesz możliwie zwiększyć prawdopodobieństwo, że powstanie jakaś przyzwoita twórczość.

A czasami - i dotyczy to zarówno pisarzy, jak i czytelników - zdarza się życie. Ludzie wokół chorują lub umierają. Zakochujesz się lub odkochujesz. Przeprowadzasz się. Przyjeżdża do ciebie ciotka. Pięć lat temu zgodziłeś się wystąpić gdzieś na drugim końcu świata i nagle okazuje się, że to już. Wychodzi twoja książka, krytycy głośno wyrażają swoją dezaprobatę i po prostu nie masz ochoty pisać następnej. Twój kot nauczył się lewitować, więc sprawa ta musi zostać szczegółowo zbadana i udokumentowana. W sadzie, między jabłonkami, są jelenie. Uderza piorun i spala się zarówno twój dysk twardy, jak i zapasowy...

A życie jest dla pisarzy korzystne. Choćby dlatego, że z niego czerpiemy nasz surowiec. Lubimy się zatrzymać i nieco mu poprzyglądać.

Zw względów ekonomicznych mało który z nas może pozwolić sobie na pisanie powieści na 5000 stron, podzielenie jej na kawałki i wydawanie ich rok po roku. Pisarze tworzący opowieści długie lub takie, które - jak Sandman - rozrastają się w miarę pisania, muszą więc pisać i wydawać na bieżąco.

A jeśli czekasz na kolejną część długiej serii, czy to George'a, czy Pata Rothfussa, czy kogokolwiek innego...

Poczekaj. Przeczytaj raz jeszcze poprzednią książkę. Przeczytaj coś innego. Pożyj trochę. Miej nadzieję, że pisarz, na którego książkę czekasz pisze, a nie umiera albo znajduje się w podobnie dramatycznej sytuacji. A jeśli maluje dom - jego prawo.

A na przyszłość, Gareth, jeśli usłyszysz jak ktoś narzeka, że George R. R. Martin robi cokolwiek poza pisaniem książki, na którą ten ktoś czeka, wyjaśnij im grzeczniej niż ja to zrobiłem na początku prosty i niezaprzeczalny fakt: George R. R. Martin nie pracuje dla was.

Jeśli komuś przeszkadza użyty język, odsyłam do drugiej części tego wpisu: http://neilgaiman-pl.blogspot.com/2010/01/zoe.html. Wkleiłbym ją, ale śmierć Zoe jest jeszcze świeża w mojej pamięci.

piątek, 25 kwietnia 2008

Dozwolony użytek i inne rzeczy

Neil napisał w sobotę 19 kwietnia 2008 o 21:01

Po czytaniu Bill Hader, Doug Jones i ja poszliśmy coś zjeść. Za nami widać Saint Mark's Bookshop, o której wspominam tylko dlatego, że to moja ulubiona nowojorska księgarnia. Sfotografowała nas młoda Japonka, która wcześniej podeszła do Billa żeby powiedzieć mu, że jest jego fanką i żeby zrobić sobie z nim zdjęcie. I dlatego kiedy wychodząc zobaczyliśmy ją na ulicy pomyślałem, że bardziej niż w przypadku przygodnego nowojorczyka możliwe jest, że zrobi nam zdjęcie i odda mi telefon z powrotem.

Nie zostaję w Nowym Jorku na czas święta Paschy i papieskiej wizyty (co oznacza, że moje szanse na okazję wypowiedzenia słów "Good yontiff, pontiff" [żydowskie świąteczne pozdrowienie; pontiff - ang. papież] z zadziwiająco niewielkich spadły do zera.)

Wczorajsza impreza pozwoliła zebrać mnóstwo pieniędzy dla CBLDF i to bardzo dobrze. I wygraliśmy sprawę Gordona Lee, a to jeszcze lepiej.

I pomyślałem, że najwyższy czas przypomnieć link do strony członkowskiej CBLDF tym, którzy chcieliby dołączyć, albo tym którzy chcą odnowić swoje członkostwo. Jest tutaj. (www.cbldf.com zaprowadzi was na stronę, gdzie można wykupić członkostwo, reprodukcje z autografami i całą resztę.) (I nie zapomnijcie, że są różne poziomy członkostwa, aż do ANIOŁA za $1000 rocznie.)

A także mnóstwo fajnych produktów, w tym koszulki z nowym wzorem, który mnie całkiem się podoba...
["PIERWSZA POPRAWKA - Kongres nie może stanowić ustaw wprowadzających religię albo zabraniających swobodnego wykonywania praktyk religijnych; ani ustaw ograniczających wolność słowa lub prasy, albo naruszających prawo do spokojnego odbywania zebrań i wnoszenia do rządu petycji o naprawę krzywd. Chroń Pierwszą Poprawkę, wspieraj CBLDF"

...
Było mnóstwo maili w których proszono mnie o skomentowanie procesu JK Rowling/ Steve Vander Ark o prawa autorskie. Po przeczytaniu na ten temat tego, co tylko mogłem i biorąc pod uwagę szarą strefę praw autorskich w której ta sprawa się mieści, moja ogólna reakcja to "Cóż, gdyby to o mnie chodziło, prawdopodobnie by mi to schlebiałoby", ale ewidentnie J.K. Rowling tego zdania nie podziela. Nie wyobrażam sobie, żebym próbował powstrzymać wydanie którejkolwiek z nieautoryzowanych książek, które przez te wszystkie lata napisano na temat mnie albo stworzonych przeze mnie rzeczy. Tam gdzie było to możliwe starałem się pomóc, a nawet jeżeli mi się nie podobały to wzruszałem ramionami i odpuszczałem.

Biorąc pod uwagę zawiły rejon prawa autorskiego, w którym mieści się zasada "dozwolonego użytku" ["fair use"] mogę rozumieć, że sędzia nie chciał wydać wyroku i zakładam, że cokolwiek zasądzi to sprawa i tak znajdzie się w sądzie apelacyjnym.

Sercem jestem po stronie ludzi piszących nielegalne książki , prawdopodobnie dlatego, że pierwsze dwie, które ja napisałem były właśnie nielegalne, a w przypadku jednej z nich, "Ghastly Beyond Belief" ["Niewyobrażalnie potworne"] gdyby tylko ktoś zechciał, mógłby bez trudu pozwać Kim Newman i mnie do sądu oskarżając nas o to, że książka złożona z cytatów, których autorzy wcale nie musieli chcieć się w niej znaleźć, znacznie wykracza poza dozwolony użytek.
(jak powiedział mi mój brytyjski wydawca, to pojęcie zniknęło z brytyjskiego prawa autorskiego, choć najwyraźniej Google temu przeczy.)

Większość komentarzy w internecie zamieszczają ludzie opowiadający się za jedną ze stron na podstawie osobowości i osobistych opinii. Jak to bywa z najmniej jasnymi obszarami prawa, nic tu nie jest ściśle ustalone i prawdobodobnie nawet po zapadnięciu decyzji sądu apelacyjnego ustalone nie będzie, bo "dozwolony użytek" to jedna z tych rzeczy, które - tak jak pornografię - powinniśmy być w stanie rozpoznać na pierwszy rzut oka.

Powiedziawszy to wszystko, jestem zafascynowany "nową plotką" która się pojawiła - ja zauważyłem ją dzisiaj wśród komentarzy na stronie "The Guardian", gdzie ktoś rozpoczął swój wpis od:
Mówi się, że Neilowi Gaimenowi zapłacono za powstrzymanie się od krytykowania Rowling za pewne podobieństwa do jego twórczości.
"Jeżeli się tak mówi, to ja o tym nie słyszałem" pomyślałem. O ile mi wiadomo, jedyna osoba, która coś takiego twierdziła to szalona mugolka Nancy Stouffer, na stronie
http://discuss.washingtonpost.com/wp-srv/zforum/01/author_stouffer032801.htm
WDC: Przeczytałem gdzieś, że pewne szczegóły z książek Rowling mogą być postrzegane jako zapożyczenia z komiksów o Sandmanie - wydaje mi się, że jednym z przykładów były sowy doręczające listy. Zapytany o to twórca Sandmana, pisarz Neil Gaiman odpowiedział po prostu "i co z tego?". Podczas tworzenia oryginalnej opowieści autorzy przez cały czas zbierają kawałki z przeróżnych miejsc. Dlaczego ciebie martwi to znacznie bardziej, niż inne osoby od których owe "kawałki" mogły (podkreślam , MOGŁY) zostać zapożyczone? Dlatego, że znalazłaś tak wiele przykładów? Czytałem o nich na Twojej stronie i wydaje mi się, że większość podobieństw jest przypadkowa albo brakuje im podstaw i nie wystarczą one do uzasadnienia całego tego zamieszania, tak samo jak sowia poczta nie wystarczy, żeby Gaiman załamał ręce i zakrzyknął, że to plagiat.

Nancy Stouffer: Prawda jest taka, że początkowo Gaiman rzeczywiście załamał ręce i zakrzyknął, że to plagiat. Dopiero po sprzedaży praw do filmu jego wypowiedzi zaczęły się zmieniać. Na początku był niesamowicie poirytowany.
(To ta sama Nancy Stouffer której sprawa została odrzucona przez sąd i której nakazano zapłacić dwa miliony dolarów kosztów sądowych i karę w wysokości $50,000 za "przedstawienie sfałszowanych dokumentów i fałszywych zeznań". Dużo nakłamała.)

Tak naprawdę, kiedy zaczął się ten cały nonsens, w 1998, na długo zanim powstało to miejsce, na stronie the Dreaming napisałem

Czwartek, 19 marca 1998
Neil o Harrym Potterze i J.K. Rowling

Napisał by puck o 3:00 AM PST | (3)
Komentarze
Krąży plotka o tym, że Neila denerwuje zbyt duże podobieństwo książek o Harrym Potterze do "Ksiąg Magii". Neil poprosił, żebym to zamieścił aby wyjaśnić sprawę:

"Byłem zaskoczony, kiedy z wczorajszego [Daily] MIRROR dowiedziałem się, że jakoby oskarżyłem J.K. Rowling o kopiowanie pomysłów z KSIĄG MAGII w HARRYM POTTERZE.

Najzwyczajniej nie jest to prawdą - a teraz, kiedy taka informacja ukazało się publicznie, będzie się za mną ciągnąć już zawsze.

W listopadzie wytropił mnie szkocki dziennikarz, który zauważył podobieństwa pomiędzy postaciami mojego Tima Huntera i Harry'ego Pottera i chciał zrobić z tego sensację. I chyba rozczarowałem go gdy wyjaśniłem, że nie, zdecydowanie *nie* uważam, że Rowling ściągała z "Ksiąg Magii" i że wątpię, czy w ogóle je czytała, a nawet jeśli czytała, to nie ma to znaczenia, bo ani ja nie jestem pierwszym pisarzem, który stworzył postać młodego zdolnego czarodzieja, ani Rowling nie była pierwszą, która wysłała go do szkoły.
Nie liczą się same pomysły, ale to co z nimi zrobisz.

Każdy gatunek fikcji literackiej to, jak stwierdził Terry Pratchett, potrawka. Bierzesz coś z garnka i coś dorzucasz od siebie. Potrawka dalej bulgocze.


(Jak powiedziałem szkockiemu dziennikarzowi - jedyne co mnie martwi, to że w filmie "Księgi Magii", który planuje wytwórnia Warner Tim Hunter nie będzie już mógł być dwunastoletnim angielskim dzieciakiem w okularach. Ale wiedząc jak wygląda świat filmu będę zadowolony jeżeli nie będzie go grał potężnie umięśniony Austriak w średnim wieku.)

Nie jestem pewien jak to przeistoczyło się w "Gaiman oskarżył Rowling o plagiat". Ale podejrzewam, że taka historia, jest ciekawsza, niż prawda.

Niestworzone historie Stouffer powtarzały takie strony, jak ta: http://www.geocities.com/versetrue/rowling.htm
Czy Warner Brothers przekupiło Neila Gaimana, "Worst Witch" i Melissę Joan Hart?
Warner jest właścicielem praw do Harry'ego Pottera. Później nabyło prawa do twórczości Gaimana, "Sabriny nastoletniej czarownicy" i prawa do dystrybucji "Niefortunnej Czarownicy". Były to trzy największe zagrożenia dla znaku towarowego.

Po tym jak Neil Gaiman doniósł o plagiacie, według jego strony "Warner Brothers wykupiło prawa do filmu na podstawie 'Sandmana'...". Kiedy zapowiadało się, że stacja ABC porzuci "Sabrinę nastoletnią czarownicę" Warner zapłaciło za nią więcej, niż kiedykolwiek przedtem za serial komediowy. Jak często zdarza się, że serial który jakaś stacja chce zakończyć zmienia stację, nie mówiąc już o tym, że płaci się za niego rekordową cenę? Czy Gaimana oraz Hartów, którzy posiadają prawa do "Sabriny", przekupiono?
Jako że nie posiadam praw do "Sandmana" ani do "Ksiąg Magii"/Tima Huntera - w obu przypadkach byłem jedynie wykonawcą dzieła ["work for hire"], którego właścicielem jest DC Comics będące od czasu założenia firmy w latach 80. częścią Time-Warner - nigdy nie "doniosłem o plagiacie" nigdzie poza smutną, szaloną wyobraźnią Nancy Stouffer, a ponieważ prawa zarówno do filmu na postawie "Sandmana" jak i "Ksiąg Magii" Warner posiadało na kilka lat przed wydaniem pierwszej książki o Harrym Potterze
to nie tylko zdumiewająco źle napisana, obłąkana i niedorzeczna teoria spisku, ale -choć przyprawia o gęsią skórkę- jest to też łatwa do obalenia niedorzeczność.

czwartek, 10 kwietnia 2008

cztery klipy

Neil napisał w środę 9 kwietnia 2008 o 12:58

(Są tu wstawione cztery filmiki, więc jeśli korzystacie z feedów i wiadomość kończy się po pierwszym z nich wejdźcie bezpośrednio na stronę http://journal.neilgaiman.com/2008/04/four-videos.html.)

Zapomniałem wspomnieć, że podczas tej imprezy Comic Book Legal Defense Fund na New York Comic Con na której mam czytać i gadać Mistrzować Ceremonii/prowadzić konferansjerkę będzie Bill Hader, który specjalnie z tej okazji musiać zrobić sobie wolne od "Saturday Night Live" (byłem zachwycony, że się zgodził).



Bill Hader doskonale udaje Vincenta Price'a i nie należy go mylić z Adamem Buxtonem, który w "Gwiezdnym pyle" grał Quintusa i który podsunął komuś pomysł przysłania mi tego:

Zakładam, że już to widziałeś. Chociaż nie jestem pewien, czy jest to odpowiednie dla wszystkich Twoich czytelników...

Nie widziałem, ale moim zdaniem jest zabawne. To alternatywne zakończenie "Gwiezdnego pyłu" i rzeczywiście nie jest odpowiednie dla dzieci...



Cześć, Neil. Zobaczyłem to i pomyślałem, że w interesujący sposób przywołuje na myśl "Lustrzaną Maską", ale i samo w sobie jest przejmujące. http://www.youtube.com/watch?v=zl6hNj1uOkY

ciao
jon

(Piękne. Wyraźniejsza wersja jest na http://www.andrewthomashuang.com/MOV_Doll_Face.htm)

I na zakończenie piosenka przysłana mi przez znajomego, który widział występ Tima w Nowym Jorku...

sobota, 2 lutego 2008

Dni, które odpłacają za złe dni...

Neil napisał w czwartek 31 stycznia 2008


Jest taki dziwny moment w procesie pisania, kiedy docierasz do kawałka, o którym już od lat wiedziałeś że się zdarzy. Wielu, wielu lat. A wtedy zdarza się zupełnie inaczej, niż podejrzewałeś...

To tak jakby za tekstem kryła się historia o duchach, o której nie wie nikt oprócz mnie.

Ciągle piszę Rodział Siódmy Księgi Cmentarnej, ale jestem już blisko drugiej połowy rozdziału i już nie czuję się jakbym szedł w stronę horyzontu, który ucieka w miarę jak się zbliżam... Bardzo łatwo poszło mi dzisiaj napisanie około 11 stron i nie mogę się doczekać, aż do nich wrócę. Ciągle nie śpię i piszę, być może zarwę noc.

Prawie nie czuję, jakbym to ja pisał. Bardziej, jakbym był pierwszym czytelnikiem.

Już niedługo pan Ketch wpadnie do dziury. Brama otworzy się dla pana Dandy'ego, pana Nimble'a i pana Tara, a człowiem Jack dostanie to, czego zawsze pragnął...

...

O, zobaczcie, Bill Hader sprzedaje Lafferty światu przez New York Timesa.

(I hurrah, oprócz tego dołącza Joe Hilla, Clive'a Barkera i Johna Wyndhama. Ale to Lafferty sprawił, że się uśmiechnąłem. Będę przemawiał w wakacje w Tulsie głównie dlatego, że chciałbym odwiedzić rękopisy Lafferty'ego...) ( A tutja jest własne opowiadanie Lafferty'ego "Dziewięć setek babć", dla tych, którzy chcą coś przeczytać.)

czwartek, 27 września 2007

Już nie w Japonii

Dziś jestem z powrotem w Zjednoczonym Królestwie, wyraźnie zaczynając czuć przemęczenie po zmianie strefy czasowej, co oznacza, że długi opis wszystkiego, co robiłem w Japonii pewnie będzie musiał zaczekać albo stać się jedną z tych rzeczy, które zawsze zamierzam napisać i nigdy mi się nie udaje. Ale miałem naprawdę zajętą niedzielę. Zabrano mnie do wielu miejsc- z których najdziwniejszym była Maid Cafe, w której na szczęście nie gościliśmy zbyt długo. "Granica pomiędzy pop kulturą i pornografią zaciera się czasami w Japonii" powiedziała moja przewodniczka zabierając mnie tam, co oznaczało, ze czegokolwiek bym się nie spodziewał, i tak nie byłby to japoński odpowiednik wizyty w kawiarni, gdzie kelnerki wyglądają jak aseksualne gospodynie dziecięcych przyjęć, które same udają, że mają sześć lat, mówią głosem jak po wdychaniu helu i są ubrane niczym Alicja z Krainy Czarów. Czułem się tam jakbym włączył program rozrywkowy na jakimś kanale w obcym języku, którego nie rozumiem. Wciąż starałem się wyobrazić sobie jak można by przenieść coś takiego w realia Stanów lub Zjednoczonego Królestwa, lecz mi się nie udało.

Kupiłem mnóstwo pędzli.

Wróciłem do Zjednoczonego Królestwa.

A teraz mój umysł jest w stanie spoczynku (na co mu pozwalam, jako że nie udzielam dziś żadnych wywiadów). Jutro jako gość specjalny będę prowadził spotkanie z Susanną Clarke.

WYJĄTKOWE WYDARZENIE
Susanna Clarke z gościem specjalnym, Neilem Gaimanem, w roli prowadzącego, czwartek 25 września, 19:00
UCL T Teatr Bloomsbury, Gordon Street 15, WC1H OAH

Susanna, autorka bestsellerowej książki "Jonathan Strange & Mr Norrell" będzie świętować najnowszą publikację "The ladies of Grace Adieu". Rozmawiać będzie z pisarzem-legendą, Neilem Gaimanem. To jedno z nielicznych wystąpień Susanny przy okazji wydania jej nowego dzieła, a zarazem jedyne w Zjednoczonym Królestwie, tak więc radzimy szybko zarezerwować bilety w celu uniknięcia ewentualnych rozczarowań.

Kliknijcie tutaj, by uzyskać informacje na temat rezerwacji i ceny biletów.

(Całkowicie przypadkowo, 25 października Mike Carey także wystąpi w ramach tej samej serii spotkań.)

Sporo osób przysłało mi linka do tego artykułu z New York Timesa na temat Billa Hadera. Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że przyniosłem komuś szczęście, tak długo jak tym czymś, co przynosi szczęście jest czytanie moich książek, a nie, powiedzmy, odcinanie jednej z moich stóp i noszenie jej przy sobie w kieszeni, co, biorąc wszystko pod uwagę, byłoby naprawdę okropne.

A ponieważ do tej pory umieszczałem linki dotyczące sprawy Joyce Hatto- oto artykuł z New Yorkera, który wszystko roztrzyga i który jest o wiele bliższy mojemu wyobrażeniu tego, co się stało, niż przypuszczałem.