Neil napisał w poniedziałek, 22 kwietnia 2019 r. o 14:31
W maju 217 r. zgodziłem się przeczytać na głos menu Cheesecake Factory na rzecz zbiórki dla uchodźców. Celem zbiórki było 500 tys. dolarów. To był pomysł Sary J Benincasy, komiczki, pisarki i aktywistki. Ludzie zaczęli wpłacać pieniądze. Wszyscy mieliśmy nadzieję, że Cheesecake Factory dorzuci się na tyle, żeby osiągnąć cel, ale nie okazali zainteresowania. Ale że udało się przekroczyć cel pośredni wystarczający, żebym przeczytał Fox in the Socks Dra Seussa, radośnie się zgodziłem. Pytanie tylko - kiedy?
Bo praktycznie od razu zacząłem pracę nad Dobrym omenem. I moje życie zostało zawieszone na dwa lata.
Kiedy wróciłem z planu i pracy nad serialem, była to jedna z rzeczy na szczycie mojej listy do zrobienia.
Na szczęście miałem za sobą dwa lata ćwiczeń, a przynajmniej czytania wierszyka Ashowi.
Proszę bardzo...
Proces adaptowania Dobrego omenu dla telewizji zakończyłem pod
koniec stycznia 2019 r. Od tamtej pory minęło dziesięć tygodni, a dopiero teraz
zaczynam czuć się z powrotem jak człowiek. I to jeszcze nie roześmiany,
rozbiegany, roztańczony człowiek, a raczej wciąż zmieszany, skrępowany niby-człowiek, który przypomina sobie szukane słowo jakieś pięć minut po tym, jak
przestało mu być potrzebne. Jak Charlie na ostatnich stronach Kwiatów dla Algernona. Pewnie odzyskam
pełnię człowieczeństwa, wraz z mózgiem, gdzieś w okolicach czerwca.
Amanda jest w trasie przez 3 lub
4 dni w tygodniu, a w domu przez pozostałe 4 lub 3. (Tutaj znajdziecie plan jej
trasy: http://amandapalmer.net/shows/).
Jestem mężem domowym, który stara się przypomnieć sobie jak szło to pisanie,
którym się kiedyś zajmowałem i spędzić z Ashem czas, którego nie miałem w grudniu
i styczniu, bo kończyłem Dobry omen.
Ash dostarcza mi rozrywki i
radości. Głównie tym, co mówi, a czasem śpiewa. Na Gwiazdkę upodobał
sobie świąteczne piosenki i dopiero teraz zaczyna mu przechodzić. Na całe szczęście
dla tych z nas, którzy obawiali się niepodzielnego panowania Bałwanka Frosty’ego
i Czerwononosego Rudolfa. W tej chwili jego ulubione piosenki to Coconut Harry’ego Nilssona i Banana Boat Song Harry’ego Belafonte,
co oznacza, że w losowych momentach z małego chłopca wydobywa się
niecharakterystycznie potężny głos ryczący „Day-o! DAAAAAY-O! Daylight Come an' mi Want To Go
Hooome!"
Ja: Ash, może mógłbyś to śpiewać
odrobinę ciszej?
Ash (bardzo grzecznie, jakby
tłumaczył coś osobie nieco ociężałej umysłowo): Nie, Dadda, to musi być bardzo
głośno. Rozumiesz? DAAAAAAAY-O!
A tak Ash śpiewał (po cichu) dziś
rano:
Skrzek, który słychać w tle to
perliczka…
Dlatego, że trzymamy tu teraz
małe stadko perliczek. Które skrzeczą.
Przypominają mi też nieco stadko
dinozaurów i wywołują uśmiech na twarzy. Ubiegłego lata mieliśmy ich dwanaście,
a potem pewnego dnia było tylko osiem i te osiem zostało u nas przez jesień i
zimę.
Rzeczownik zbiorowy dla perliczek
to mętlik, co wydaje się trafne i
właściwe.
Zajmuje się nimi nasza sąsiadka
Caroline (jest garncarką i zrobiła dla mnie niedawno Idealny Kubek Do Herbaty –
jest olbrzymi!), a ja z dumą i
sympatią przyglądam się, jak szwendają się po okolicy zjadając kleszcze i w
ten sposób ograniczając ryzyko złapania przez nas boreliozy w regionie, gdzie jest to
bardzo prawdopodobne.
Niepokoję się na wypadek
tajemniczych drapieżników, więc automatycznie liczę perliczki, kiedy tylko je
widzę.
Kilka tygodni temu naliczyłem
tylko siedem. Zrobiło mi się smutno, bo założyłem, że brakującą perliczkę
pożarło coś miejscowego z kłami i pazurami.
Wspomniałem o tym Caroline, która
zaprowadziła mnie głębiej w las i pokazała zaginioną, przekonaną o swoim
niezawodnym kamuflażu sztukę, która wysiadywała sporą stertę jaj.
Udaliśmy, że jej nie zauważyliśmy
i ruszyliśmy dalej, a już chwilę potem sprawdzaliśmy ile czasu potrzeba, żeby
wykluły się młode perliczki (około 28 dni). Trzymajmy kciuki, żeby za jakieś
dwa tygodnie pojawiły się pisklęta.
Od lat nie prowadziłem bloga
regularnie. Zobaczmy, czy teraz uda mi się zacząć znów. (Być może. To dobra
rozgrzewka przed pisaniem, a nie mogę się doczekać, aż znów będę pisarzem.)
Neil napisał w poniedziałek 31 grudnia 2018 r. o 16:11
To był dziwny rok. Publikowałem na blogu zaledwie kilka razy, głównie dlatego, że nie miałem o czym pisać poza jednym tematem, ogromem powstawania Dobrego Omenu. Zakończyliśmy większość zdjęć w marcu, czyli wszystko, co robiliśmy od tego momentu należy do "postprodukcji".
To oznacza, że zmontowaliśmy sześć odcinków (a mówiąc "my" mam w tym wpisie na myśli zwykle reżysera Douglasa Mackinnona i siebie). Czasami było łatwo, ale najczęściej nie było. Dobry omen jest skomplikowany. Odcinek 1 początkowo trwał 75 minut i nie sposób było za nim nadążyć. Teraz trwa 52 minuty i widzowie nie tracą wątku, nawet przy podmianie dzieci. Odcinek 5 okazał się za krótki, a odcinek 6 za długi, ale to nic nie szkodzi, bo już dawno zorientowaliśmy się, że jedyny sposób, żeby zrobić coś na taką skalę to nakręcić 6-godzinny film, więc przesunęliśmy fragmenty 6. odcinka do wcześniejszego. Każdy odcinek był dopracowywany i cyzelowany do perfekcji. (Montażyści, z którymi współpracowaliśmy to Will Oswald przy pierwszych trzech i Emma Oxley przy kolejnych).
A kiedy wszystko zostało zmontowane i dopięte, David Arnold mógł napisać i nagrać muzykę, a potem zespół w MILK mógł zacząć pracę nad efektami wizualnymi: zarówno wielkimi i ostentacyjnymi, jak londyńska obwodnica M25 zmieniająca się w płonący pierścień wokół miasta czy głowa Dereka Jacobiego wypełniająca wnętrze księgarni Aziraphala, jak i bardziej dyskretnymi, jak brakujące detale naszej uliczki w Soho.
A w trakcie wszystkich tych prac czarodzieje z Bang! przesłuchali nagrany dźwięk i mówili co mogą wykorzystać, czego będą potrzebować na zapas, a co jeszcze aktorzy muszą dograć (proces nosi nazwę ADR - Automated Dialog Replacement). Nie mówiąc już o technicznych wyzwaniach najróżniejszych głosów, jakie będą wydobywać się z ust Mirandy Richardson (gra Madame Tracy, medium): Johnny Vegas i Michael Sheen również nagrywali głosy, którymi będzie mówić Miranda...
Mamy ponad 200 ról mówionych. To bardzo dużo dubbingu.
A w Molinare jest Gareth Spensley odpowiedzialny za koloryzację, który jest czarodziejem sprawiającym, że sceny wyglądają jeszcze piękniej, niż kiedy kręcił je Gavin Finney. Czasem potrafi sprawić, żeby ujęcia nakręcone rano wyglądały jak zmierzch i robi inne, równie osobliwe rzeczy. Beren Croll zajmuje się pracą "online" ze swoimi własnymi sztuczkami graficznymi i nakłada, gdzie trzeba zadziwiające efekty i przedziwne, odręczne grafiki przygotowane dla nas przez Peter Anderson Studios...
I tak minęło ostatnie dziewięć miesięcy. Poniżej trailer, który wypuściliśmy, gdyby ktoś go jeszcze nie widział albo miał ochotę zobaczyć ponownie.
Jeszcze nie skończyliśmy. Potrzeba około miesiąca, żeby dopiąć wszystko na ostatni guzik. Mieliśmy nadzieję, że uporamy się z tym wcześniej, dlatego moja żona, synek i opuszczająca nas niania wyjechali na zaplanowane wakacje pod hasłem "Hurra! Neil skończył z Dobrym omenem!" na Karaiby, a mnie, jak widać, nie ma z nimi. W drodze powrotnej do UK (dzieląc czas pomiędzy Soho w Londynie, gdzie są różne nasze studia postprodukcyjne a Cardiff, gdzie mieści się siedziba Bang!) zatrzymałem się w domu przyjaciół, w którym napisałem znaczną część Amerykańskich bogów, Chłopaków Anansiego i opowiadań, np. Studium w szmaragdzie. Tyle wspomnień.
Dwa dni temu pojechaliśmy do Sarasoty, odwiedzić moją kuzynkę Helen. Za parę tygodni skończy 101 lat. Nie traci nic ze swojej bystrości. (To jest link do niedawnego artykułu o niej na stronie Brainpickings i listu, który napisała o swojej własnej historii, a który przyczynił się do jego powstania
Helen ma prawie 101 lat. Ash ma 3 lata. Amanda i ja wypadamy gdzieś pomiędzy.
To będzie pierwszy Sylwester od bardzo dawna, kiedy nie pocałuję swojej żony o północy. Pierwszy rok, kiedy nie będziemy wspólnie obchodzić rocznicy ślubu. Będę za nimi strasznie tęsknił.
Moje cele na 2019 rok to dokończyć Dobry Omen i posłać go w świat, a potem wycofać się z produkcji serialowej na pełen etat, żeby na takiej emeryturze wrócić do pisania. Brakuje mi tego.
Jeśli lubicie słuchać radia, to coś dla Was:
With Great Pleasure: Wybrałem fragmenty prozy, wiersze i piosenki, które uwielbiam. Czytają je Peter Capaldi, John Finnemore i Nina Sosanya, a Mitch Benn i Ukulele Orchestra of Great Britain śpiewają.
The Magic Wood: jedna z wielu rzeczy nagranych do audycji With Great Pleasure, która nie zmieściła się w programie. Ale ponieważ czyta pan Capaldi, jest za dobre, żeby przepadło.
Mitologia nordycka Neila Gaimana: słuchowisko z udziałem Diany Rigg i Dereka Jacobiego, Natalie Dormer i Colina Morgana. Adaptacji dokonała Lucy Catherine, a wyreżyserowała i zrealizowała Allegra McIlroy.
Wszystkich tych rzeczy możecie słuchać w dowolnym miejscu na świecie jeszcze przez najbliższe 3 tygodnie...
Jeśli przyszliście tu po noworoczne życzenia, nie mam nic nowego.
Ale zamieszczam te, które napisałem wcześniej.
Te są z 2014 roku:
Piętnaście lat temu napisałem:
Niech nadchodzący rok będzie przepełniony magią, marzeniami i dobrym szaleństwem. Mam nadzieję, że przeczytacie jakieś dobre książki i pocałujecie kogoś, kto myśli, że jesteście wspaniali, i nie zapomnijcie czegoś stworzyć - napiszcie, narysujcie, zbudujcie lub zaśpiewajcie albo żyjcie jak tylko Wy potraficie. I mam nadzieję, że w jakimś momencie przyszłego roku zaskoczycie samych siebie.
Prawie dekadę temu życzyłem:
... mam nadzieję, że to będzie dla was cudowny rok, że będziecie śnić śmiało i niebezpiecznie, że stworzycie coś, co dotąd nie istniało, że będziecie kochani i że będziecie lubiani i że również Wy będziecie mieli kogo kochać i lubić. I, co najważniejsze (bo uważam, że świat potrzebuje teraz więcej dobroci i mądrości), że kiedy trzeba będziecie mądrzy i że zawsze będziecie dobrzy.
Pięć lat temu napisałem:
A w tym roku chciałbym życzyć nam wszystkim czegoś bardzo niewielkiego
i bardzo prostego.
Mam nadzieję, że w nadchodzącym roku, będziecie popełniać błędy.
Bo kiedy popełniacie błędy, robicie coś nowego, próbujecie nowych rzeczy, uczycie się, żyjecie, mobilizujecie się, zmieniacie siebie i zmieniacie świat. Robicie rzeczy, których dotąd nie robiliście i, co najważniejsze, Coś Robicie.
Tego właśnie życzę Wam i sobie samemu. Popełniajcie Nowe Błędy. Popełniajcie zadziwiające, wspaniałe błędy. Popełniajcie błędy, których nikt przed wami jeszcze nie popełnił. Nie popadajcie w przerażenie, nie przestawajcie, nie martwcie się, że coś nie jest wystarczająco dobre, albo że nie jest doskonałe, cokolwiek to jest: sztuka, miłość, praca, rodzina czy życie.
Jeżeli czegokolwiek się boicie - zróbcie to.
Popełniajcie własne błędy,
w tym roku i zawsze.
W 2012, z przerażeniem, ale starając się dzielnie trzymać za kulisami przed koncertem napisałem:
Nastał Nowy Rok, a wraz z nim nowa szansa na kształtowanie naszego świata.
Oto moje życzenie, życzenie zarówno dla mnie, jak i dla Was: obyśmy w świecie, który na nas czeka, byli odważni. Obyśmy wkraczali w ciemność bez strachu i szli w nieznane z uśmiechem na twarzy, nawet jeżeli będzie to uśmiech udawany.
I cokolwiek nam się przydarzy, cokolwiek będziemy robić, czegokolwiek będziemy się uczyć – obyśmy potrafili czerpać z tego radość. Możemy odnaleźć radość w świecie, jeżeli to właśnie radości szukamy. Możemy czerpać radość z aktu tworzenia.
Tego właśnie życzę Wam i sobie. Odwagi i radości.
...
Życzyłem Wam i życzę nadal tego wszystkiego. Nie planowałem dodawać w tym roku nic więcej. A jednak...
Bądźcie dla siebie dobrzy w nadchodzącym roku.
Pamiętajcie, żeby sobie wybaczać i żeby wybaczać innym. W obecnych czasach aż za łatwo jest się oburzać, a o wiele trudniej coś zmienić, wyciągnąć do kogoś rękę, zrozumieć.
Postarajcie się, żeby czas miał znaczenie: minuty, godziny, dni i tygodnie przemijają jak zeschłe liście, a jedyne, co po nich zostaje to czas, kiedy być może nie udaje się do końca robić tego co się chciało albo kiedy na coś czekamy.
Poznawajcie nowych ludzi i rozmawiajcie z nimi. Róbcie nowe rzeczy i chwalcie się nimi tym, którym mogą się spodobać.
Przytulajcie za mocno. Uśmiechajcie się za często.
Kiedyś podczas dyskusji na jednym
z festiwali literackich przeraziłam Neila Gaimana naśladując głos Złej
Czarownicy z Zachodu z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”. „I twojego pieska też!”
zarechotałam złowieszczo. „Nie, nie! Nie rób tego!” zawołał Neil. Potem
wyjaśnił mi, że wiedźma o zielonej twarzy przestraszyła go, gdy miał osiem lat.
Proszę bardzo, oto ujawnione zostało źródło literackich inspiracji!
Przyjemność płynąca z przerażenia… Neil Gaiman. Fot. Tim Knox dla Guardiana
Najlepsi twórcy literatury dziecięcej
gdzieś w głębi serca wciąż są ośmiolatkami. Wiedzą, co jest przerażające.
Pamiętają, jak to jest zanurzyć dłoń w misce pełnej obranych winogron w ciemnym
pokoju w halloweenowy wieczór, kiedy powiedziano ci, że to gałki oczne.
Rozkoszują się uczuciem przerażenia w muzyce i w opowieściach. Rozumieją zalety
strachów wyobrażonych: owszem, to przerażające, ale ostatecznie można się z tym
rozprawić, przynajmniej w świecie fikcji.
Gaiman wychował się, jak należy.
Czytał mnóstwo książek stosownych do swojego przyszłego powołania i zachował w
pamięci zawarte w nich memy i lekcje. Kiedy doradzano mu przejście na słoneczną
stronę ulicy, szedł za tą radą – nie pisze tragedii – ale i nie unikał ciemnej
strony, bo, jak pamiętnie ujęła to Ursula K. Le Guin: „Tylko w milczeniu słowo,
tylko w ciemności światło, tylko w umieraniu życie: jasny jest lot sokoła na
pustym niebie.” Czy jak dowiodła Beatrix Potter, wykradanie rzodkiewki z
ogródka McGregora to żadna zabawa, jeśli nie ma groźby potrawki z królika. Jak
można żyć w pełni, gdy nie ma niebezpieczeństwa, że staniemy się martwi jak
przysłowiowa w języku angielskim kołatka? (Choć tę kołatkę trzeba przemyśleć,
zważywszy na „Opowieść wigilijną” Dickensa.)
Gaiman to astrologiczny skorpion
z bliźniętami na ascendencie i jeśli ktoś wierzy w takie rzeczy – a on
najwyraźniej tak, skoro znalazłam jego horoskop w sieci – to wiele wyjaśnia.
Skorpionami rządzi Pluton, patron świata poziemnego, a także kanalizacji,
bielizny, kryminalnego półświatka i wszystkiego co jest pod. Bliźniętami rządzi
Merkury lub Hermes: bóg złodziei, żartów, komunikacji, podróży i sekretów; jest
też przewodnikiem dusz w drodze do krainy cieni. Dla większości droga do krainy
zmarłych to podróż w jedną stronę, ale Hermes porusza się po niej swobodnie,
tak samo jak bohaterowie książek Gaimana, w tym „Księgi cmentarnej”.
Większość z nas odczuwa silną
awersję do idei bycia martwym. Bardzo trudno nam wyobrazić sobie, że po prostu przestaniemy
istnieć: nawet zdanie „będę nieżywy” zawiera pierwszą osobę. Więc gdzie będzie
ta osoba, kiedy nastanie pora „nieżycia”? Przez wieki podawano wiele odpowiedzi
na to pytanie: w suchej, zakurzonej krainie podziemia (Mezopotamia), w
skomplikowanym, wielokomnatowym życiu-po-życiu, o ile twoje serce przejdzie
próbę i okaże się lżejsze od Pióra Prawdy (starożytny Egipt), na usłanych
złocieniami ale monotonnych Polach Elizejskich – dostępnych dla greckich
bohaterów; w piekle, czyśćcu, raju lub niebie – dla chrześcijan z epoki
wczesnego renesansu; na ziemiach zmarłych, po przebyciu trzydniowej drogi
(rdzenni mieszkańcy Ameryki Północnej) lub w pomysłowych, gotyckich krainach
Tima Burtona, w stylu świata z „Gnijącej Panny młodej” albo radosnej krainie
meksykańskiego Dnia Zmarłych z „Coco” wytwórni Pixar.
Ale jest wiele innych możliwości.
Można na przykład stać się wampirem: ani żywym ani umarłym. Można zostać
ghulem: na swój sposób żyć, ale żywiąc się ciałami zmarłych. Można też zostać
duchem: jednocześnie istnieć i nie istnieć, czasem być widocznym, czasem
niewidzialnym i często spotykanym na cmentarzach.
Z tej ostatniej ewentualności i
obszernego folkloru z nią związanego Gaiman czerpie w „Księdze cmentarnej”.
Bohater jego opowieści zaczyna jako niemowlę, które przez okno wydostaje się z
domu podczas gdy jego rodzice zostają zamordowani i dociera do pobliskiego cmentarza,
gdzie niektóre z duchów rezydentów – pod wpływem ulotnego pojawienia się ducha
jego matki – w drodze głosowania postanawiają go zaadoptować. Ponieważ nie
znają jego imienia, nazywają go „Nikt” (zdrobniale „Nik”), przypominając nam o
podstępie, który wykorzystał przebiegły Ulisses podczas ucieczki przed tymi
wścibskimi cyklopami. To bardzo praktyczne, kiedy na pytanie „Kto to?” można
odpowiedzieć „Nikt”.
Rzeczony cmentarz jest bardzo
stary i składa się z wielu warstw pochodzących z najróżniejszych czasów –
celtyckich, rzymskich, wielu stuleci angielskich – więc Nik z nagrobków uczy
się różnych rodzajów pisma, a przy okazji poznaje angielską historię dzięki mieszkańcom
nekropolii. Próba pójścia do zwyczajnej szkoły kończy się niepowodzeniem – Nik
niezupełnie tam pasuje – ale udaje się pokrzyżować plany jego prześladowcom.
Bohaterowie są zwyczajowo
kształceni w nietypowy sposób – naucza ich centaur, jak w przypadku Achillesa
albo czarodziej, jak króla Artura. Nierzadko mają nieżyjących rodziców i
dziwaczne moce, jak Harry Potter.
„Księga cmentarna” to
bildungsroman – powieść o kształtowaniu się bohatera – w której niezwykli
nauczyciele Nika to duchy, wampir i wikołaczyca, a dziwne moce stanowią nadnaturalne
umiejętności przyznane chłopcu przez istoty żyjące (powiedzmy) na cmentarzu.
Sytuację taką spowodował fakt
pozbawienia rodziców Nikta życia przez grupę arcywrogów, z których każdy ma na
imię Jack choć z innym przydomkiem. Należą do bractwa Jacków Wszelkich Fachów –
Jack Matros, Jack Zręczny, Jack Mróz… W kartach “Jack” może być synonimem
waleta, którego po angielsku określa się „łotrem” (knave). Tak właśnie jest w
„Księdze cmentarnej”, gdzie wszyscy Jackowie są członkami starożytnego i
potężnego zakonu, a Nikt jest jednym z legendarnych dzieci naznaczonych
przepowiednią – w jego przypadku przepowiednia głosi, że będzie on końcem
Jacków. Rozumiecie więc, dlaczego starają się go pozbyć.
Ale kiedy twoim opiekunem jest
tak elegancki wampir jak Silas – strzegący granic cmentarza wymazujący
wspomnienia, a do tego zdolny poruszać się pomiędzy światami i dzięki temu
robić zakupy spożywcze – i kiedy ów wampir ma zastępstwo w postaci
wschodnioeuropejskiej wilkołaczycy nazwiskiem pani Lupescu, która jest
znakomitym sprzymierzeńcem pomimo upodobania do barszczu, wtedy siły
sprzyjające i przeciwne Nikowi stają się bardziej zrównoważone.
Czy Jackom uda się odnaleźć i
zamordować Nika zanim dorośnie na tyle, żeby pokrzyżować im szyki? Czy siły
Gotyku Dobra zwyciężą siły Gotyku Zła? Czy podczas lektury będziecie się bawić
równie dobrze, co ewidentnie Gaiman podczas jej pisania? Oczywiście, że tak!
Czy uronicie dyskretnie łzę w czasie makabrela, gdy żyjący ruszają do tańca ręka
w rękę ze zmarłymi pod okiem samej Śmierci, ale wampir Silas jest z tego
korowodu wykluczony, jako że nie należy ani do jednych ani do drugich? Bez
wątpienia.
“Księga cmentarna” to opowieść
działająca na wielu poziomach, co jest jedną z największych zalet najlepszej
literatury dziecięcej: wciąga ośmiolatki, ale dla starszych czytelników
rozbrzmiewa innymi, głębszymi echami. To prawdziwa przyjemność, od początku do
początku – bo nasz bohater musi wreszcie zakończyć swoją edukację i ukończywszy
śmierć, rozpocząć życie.
Co byś zrobił, gdybyś miał wybrać sobie inny zawód?
Prawdopodobnie umarł z głodu. Nie
mam pojęcia co innego mogłoby mi się udać.
Jaki twój błąd okazał się najbardziej korzystny?
Utrata praw do ekranizacji
opowiadania z powodu sprytnego zapisu w kontrakcie. Nauczyło mnie to czytania
umów z myślą o najgorszej możliwej ewentualności, w stylu „no dobrze, a co
jeśli zrobią coś takiego?”. Bardzo mi się to przysłużyło.
Twoje najdziwniejsze doświadczenie?
Życie. Jest PRZEDZIWNE.
Przegapienia jakiej okazji najbardziej żałujesz?
Czasami żałuję, że w 1994 r. nie
wykorzystałem zaproszenia Kathy Acker, żebym pojechał z nią na parę dni do domu
Williama Burroughsa. Odmówiłem, bo chciałem, żeby Burroughs pozostał w mojej
głowie, jako poniekąd zmyślona postać i nie chciałem zderzyć się z rzeczywistością
bycia jego gościem. Straszna szkoda. I żałuję, że nie wysłałem Davidowi Bowiemu
egzemplarza „Drażliwych tematów”, bo zbiór zawiera opowiadanie, dla którego był
inspiracją. Mogłem to zrobić: miałem nawet odpowiedni adres, ale stchórzyłem.
Jak się relaksujesz?
Kiepsko. Czasami myślę, że jestem
zrelaksowany, a potem zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę pracuję.
Gdybyś mógł się jutro znaleźć gdziekolwiek na świecie, gdzie byś wyjechał?
Na Wyspę Skye.
Jakie jest twoje najbardziej niezatarte wspomnienie z dzieciństwa?
Miałem prawie dwa lata i właśnie rodziła
się moja siostra. Babcia zabrała mnie na kładkę i oglądaliśmy przejeżdżające parowozy.
Opisz swój wymarzony dzień.
Budzę się, ćwiczę, idę na spacer,
przygotowuje lunch, potem siadam do pisania. Gdzieś w międzyczasie bawię się z
Ashem, moim niespełna trzyletnim synkiem. Trochę mu czytam. I odbywamy głębokie,
poważne rozmowy – z gatunku tych, które można prowadzić tylko z niespełna trzylatkami.
Co robisz, kiedy opuszcza cię wena?
Idę na spacer. Patrzę na świat i na
drzewa. Odkładam to, nad czym pracuję na tydzień i potem próbuję
przeczytać to na świeżo.
Moment największej dumy z samego siebie?
Zdobycie w wieku 9 lat szkolnej
nagrody w dziedzinie sztuki. Kiedy inni chłopcy przyszli mi powiedzieć, że
wygrałem, myślałam że sobie ze mnie żartują. Nigdy wcześniej nic nie wygrałem.