Zdjęcia ze spotkania z "Chłopakami Anansiego" w Białołęckim Klubie Książki

niedziela, 17 stycznia 2010

Orle kamienie

Neil napisał w niedzielę 10 stycznia 2010 o 21:55

Kilka osób napisało do mnie z pytaniem, czy wczorajsza informacja była żartem. Nie, wyjrzałem za okno, zobaczyłem coś i przez moment myślałem, że to wielka sowa, a potem zrozumiałem, że to orzeł chwytający wiewiórkę, która szukała jedzenia na ziemi, pod karmnikiem.
Ptak miał chyba zamiar złapać wiewiórkę wpół, ale w szpony chwycił jej głowę i kiedy próbował ją unieść, wyślizgnęła mu się, upadła na śnieg i uciekła. Ptak przysiadł na najbliższym drzewie i złowrogo łypał dookoła. Wtedy miałem okazję lepiej się mu przyjrzeć i wyglądał dokładnie tak, jak orły przednie, które widziałem w Szkocji i w ogrodach zoologicznych.

(Gdy zadzwoniliśmy do Sharon, i wziąłem od Billa sluchawkę, żeby opowiedzieć jej co widziałem, Dziewczyna Od Ptaków zapytała, czy to mógł być myszołów rdzawosterny. Nie chciałem jej mówić, że widziałem orła, żeby nie pomyślała, że jestem jakiś dziwny.
Odpowiedziałem, że być może, ale tylko jeśli był to największy myszołów na świecie. Nie są do siebie podobne.)

Chwyciłem aparat z teleobiektywem, Cabala, Billa Stitelera i wyruszyłem na poszukiwania. Zrobiliśmy kilka zdjęć, na których pokazuję palcem różne rzeczy i kilka zdjęć śladów na śniegu.
Sfotografowaliśmy z daleka wiewiórkę na drzewie. Potem zagłębiliśmy się w las. Wrony dręczyly coś większego od siebie, ale zasłaniały je wierzchołki drzew.

Odkryliśmy, że mimo temperatury -19 C (-2 F) purpurowy ul wcale nie spał. Kilka zuchwałych pszczół wyfrunęło na zewnątrz, choć nie minęło wiele czasu, zanim upadły na śnieg i przestały się ruszać. Odsunąłem się na bezpieczną odległość (żeby nie musiały do mnie wylatywać i sprawdzać jakie mam zamiary) i zrobiłem z pomocą teleobiektywu kilka zdjęć wygrzewających się na słońcu pszczół.



Zrobiłem mnóstwo zdjęć psa. Nie wiedziałem, że przed wieczorem pojawi się strona Tumblr poświęcona w całości zdjęciom mojego psa.


Dużo później Bill i ja przyjrzeliśmy się zdjęciom, zrobiliśmy zbliżenie wiewiórki na drzewie i zorientowaliśmy się, że to właśnie ta uniknęła upolowiania...
....
Drogi Panie Gaiman (lub Webgoblinie, który mam nadzieję docenia Doctora Who na tyle, żeby docenić szalik Pana Gaimana)

Kto zrobił ten szalik?? Czy jest ciepły? Jak długo to trwało??

(żeby nie było wątpliwości, mam na myśli wspaniały szalik w stylu Doktora Toma Bakera, który Neil ma na zdjęciu, gdzie wskazuje jakiegoś Orła).

Proszę nie przejmować się zbytnio odpowiadaniem na to pytanie, chciałam po prostu wyrazić radość, że mój ulubiony pisarz nosi replikę mojego prawie ulubionego szalika Doktora. Nie potrzebuję odpowiedzi, po prostu chciałam wysłać Panu gigantyczne ":D". Tylko że nie ma tu formatowania tekstu, więc nie może być gigantyczne. Przykro mi.

- Sara z Brighton, w trakcie dziergania podobnego szalika
.

Szalik to prezent od Pani Ally B z Montany, która napisała do mnie na twitterze i przysłała go za pośrednictwem Neverwear. ( Na Twitterze napisała "Marnie robię na drutach. Nauczyłam się na tyle, żeby zrobić szalik, potem to rzuciłam.")

Drogi Neilu,
Czy masz sposób na to, aby Twoje wieczne pióra nie wylewały w czasie podróży samolotem? Niedawno leciałam z San Francisco do Nowego Jorku i z powrotem. I kiedy po lądowaniu chciałam użyć mojego pióra (z kolekcji
Namiki Pilot Knight), dwukrotnie atrament się rozlał i trzeba było rozłożyć je na części i wyczyścić tusz ze wszystkich miejsc, w których nie powinien był się znaleźć. Masz jakis sekretny sposób, żeby się przed tym uchować? A jeśli tak, czy mógłbyś się nim podzielić z czytelnikami? Ogromnie dziękuję!
lindac


Już dawno pogodziłem się z poplamionymi atramentem palcami. Ale mimo tego, jeżeli mam ze sobą w podróży pióro z pompką, na którą mogą wpływać zmiany ciśnienia, próbuję zawsze pamiętać o opróżnieniu zbiornika przed wejściem do samolotu. Zostało mi kilka marynarek z nieźle poplamioną podszewką po tych podróżach, kiedy o tym zapomniałem.

Cześć Neil,
Jestem studentką literatury, zajmuje się Hope Mirlees i założyłam stronę internetową o niej i o jej twórczości
(http://hopemirrlees.com). Podsyłam to, bo być może jesteś zainteresowany Ty lub Twoi czytelnicy. Od tak dawna jesteś orędownikiem HM, więc pomyślałam, że warto dać Ci znać.
Na razie zamieściłam pełny tekst "Madeleine" (w Stanach Zjednoczonych należy do public domain), a także trochę informacji biograficznych i linków dyskusji na jej temat na innych stronach. W Anglii jest badaczka, która pracuje nad biografią Mirrless, co niezwykle mnie cieszy i powinno mi się udać zamieścić na stronie wywiad z nią
w przyszłym miesiącu .
Tak przy okazji, uwielbiam Twoją stronę i twittera. Jestem Twoją czytelniczką od... boże, od bardzo dawna... i to wspaniałe, że w sieci możemy trafić na te wszystkie urywki Twoich myśli.
Trzymaj się ciepło,
Erin


Miło mi, że mogę o tym wspomnieć. I chyba jeszcze nigdy o tym nie pisałem, oto link do Hope In The Mist, znakomitego, krótkiego studium biograficznego Michaela Swanwicka (z ilutracjami Charlesa Vessa i wstepem niżej podpisanego. (Obecnie całkowicie wyprzedane, zarówno wydanie w miękkiej, jak i w twardej oprawie).

Neil--
Jestem pisarzem i rysownikiem komiksu pt. "Love and Capes" ["Miłość i peleryny"]. (Jeśli chciałbyś egzemplarz, daj mi znać, a z przyjemnością ci wyślę.)
Trafił do wydawnictwa IDW, a kilka książek trafiło do lokalnych bibliotek, gdzie organizowałem wykłady i spotykałem się z czytelnikami.
Mam pytanie, czy jako Honorowy Przewodniczący Bibliotekarzy wiesz o programach, które miałyby ułatwić autorom dobrych (moim zdaniem) powieści graficznych kontakt z bibliotekami, które mogłyby być nimi zainteresowane.
Sam miałem tu, w Cleveland, całkiem dużo powodzenia, ale nie miałbym nic przeciwko podróżowaniu nieco dalej. Ale ogólnie byłoby miło, żeby dało się skontaktować autorów z miejscami, które chciałyby ich ugościć.
A jeśli nie, możesz zarządzić coś takiego, prawda?
Dzięki!
Thom Zahler


Nie wiem, czy mogę cokolwiek zarządzić, ale z pewnością mogę to zgłosić i zorientować się, czy ktokolwiek wie.

...
I na koniec: zafascynował mnie artykuł napisany do Timesa przez dziennikarza i byłego wicepremiera Wielkiej Brytanii, Roya Hattersleya, na temat mieszkańców Islandii. Nie zamierzam komentować jego treści, powiem tylko, że jego doświadczenia w spotkaniu z Islandczykami sa zupełnie odmienne od moich. A zdanie
W Wielkim Murze Chińskim znajdują się nagrobki wikingów
zupełnie mnie zafascynowało i zastanawiam się teraz, czy przegapiłem coś w czasie zgłębiania historii Wikingów i Chin.


Poza tym, że nigdy nie znalazłem nic na ten temat, a wikingowie nie mieli nagrobków (chociaż mieli kamienne kopce) i pojawili się albo na tysiąc lat po zbudowaniu muru za czasów dynastii Qin, albo na dwieście lat przed budową muru przez dynastię Ming, wydawało się, że ktoś wspomniałby o tym.

Tak, wiem o istnieniu szlaków handlowych. Ale to oznaczałoby, że co...? Kiedy Wikingowie pracujący przy budowie umierali, ich nagrobki wbudowywano w mur? Istniało starożytne chińskie konsorcjum, które sprowadzało z Norwegii kamień do budowy?

Zamieściłem na twitterze prośbę o informacje i ludzie nadsyłali mi linki do stron o mumiach z Tarim (pochodzą z 3000 r pne i z pewnością nie są to wikingowie. Czasem podejrzewam, że w końcu zawędrowali na północny zachód i stali się Szkotami) ale nawet historycy nie mają nic do powiedzenia.

A zatem jeśli ktoś zna Roya Hattersleya albo nim jest, chętnie dowiedziałbym się więcej na ten temat. Tak właściwie to jeśli ktoś z Was spotka Roya Hattersleya w pociągu lub w barze, zachęcam, żebyście przysiedli się do niego i poprosili o skontaktowanie się ze mną. Bardzo chciałbym, żeby się to wszystko okazało prawdą. I bardzo chciałbym poznać jakieś dowody.

Brak komentarzy:

 
Copyright 2009
Original theme by WP Themes Creator, modified by VARALI, main graphics by KUNDAGI