Zdjęcia ze spotkania z "Chłopakami Anansiego" w Białołęckim Klubie Książki

czwartek, 26 kwietnia 2007

Czytania pszczoły i książki

Neil napisał w czwartek, 26 kwietnia 2007 o 07:31

Dzień dobry, świecie.

Holly i ja dotarliśmy wczoraj do Nowego Jorku, zameldowaliśmy się w hotelu, a następnie pobiegliśmy na próbę MOTH. Odrobinę się spóźniliśmy. Obejrzałem jak ktoś o imieniu Edgar opowiada w stylu Southern Gothic historię szaleństwa, które mu się przytrafiło , po czym opowiedziałem własną, mniej imponującą. Zrobiłem notatki, a potem razem z Holly wyszliśmy na deszcz, żeby dostac się do hotelu gdzie inni uczestnicy panelu YA czekali na zawiezienie do Small Press Centre, księgarni na 44 ulicy obok której od lat przechodziłem, ale nigdy nie zajrzałem. Zaliczyłem dyskusję (na temat „Opuszczenie domu jako rytuał przejścia w literaturze dziecięcej”) z czterema rozmówcami o bardzo odmiennych poglądach, mimo wszystko dobry panel, a potem pospieszyłem w deszczu do Ratusza na czytanie.

Byłem nieco przerażony – nie ma to jak być częścią zupełnie wyprzedanego spotkania dla 1500 osób z udziałem laureatów nagrody Noba, nagrody Booker, Pulitzera oraz gwiazdy „Człowieka z Dwoma Mózgami”, żeby poczuć się, jakbyś znalazł się tam tylko przypadkiem i przed samym Twoim wejściem ktoś to zauważy, każe oddać ołówek i iść sobie do domu.

Za kulisami wszyscy mierzyli się z tym samym- ściskając kurczowo albo kartkując swoje książki czy kartki. Udałem się do cichego kącika żeby skończyć i wyliczyć sobie czas (mieliśmy po osiem minut. Caro, organizatorka festiwalu, groziła, że jeśli go przekroczymy będzie nas ściągać ze sceny hakami) i spotkałem Dona DeLillo opuszczającego ten właśnie kąt. Połowę z nas wysłano na lewą stronę sceny, połowę na prawą. („Naprawdę mam nadzieję, że to nie ma być odbiciem naszych politycznych przekonań” powiedziała Nadine Gordimer stanowczo gdy odesłano ją to bandy po prawej.) Salman Rushdie przedstawiał prawa stronę, a czytał po lewej. Ja siedziałem po lewej wraz z Pią Tafdrup, Tatianą Tolstaya i Kiran Desai. Kiran była zdenerwowana i zabawna, gadaliśmy cicho czekając na rozpoczęcie.

Nigdy nie piję przed czytaniami i zorientowałem się z niejakim zdziwieniem, że najwidoczniej nalałem sobie plastikowy kubek białego wina.

(To wykształcona publiczność, powtarzałem sobie. Nie przyniosą kamieni. Nie będą rzucać żadnymi kamieniami, które mogliby przynieść. Nawet jeśli przynieśli kamienie i planują nimi rzucać, to ja wchodzę pod koniec, może wyrzucą już wszystkie kamienie zanim zdążę wejść, a przed pozostałymi pewnie uda mi się zrobić unik.)

Steve Martin wyszedł jako pierwszy, czytał fragment swoich wspomnień z czasów gdy występował jako komik, kiedy jeszcze zastanawiał się czym powinien się zająć, Jako część tych wspomnień śpiewał, zrobił sztuczkę z serwetką, a publiczność się śmiała i podobało im się to, mu po lewej stronie sceny tez się śmialiśmy i też się nam podobało i nic nie rzucał kamieniami i wszystko miało być w porządku.

Wszystkie odczyty były wspaniałe i bardzo różnorodne. Gdy przyszła moja kolej przeczytałem dwie strony o domu z końcówki „Amerykańskich Bogów” oraz „Instrukcje” i wydawało się, że publiczność to polubiła. Zszedłem ze sceny i udałem się za kulisy, gdzie oglądałem występy Nadine i Salmana na ekranie (tam brzmiały znacznie lepiej, niż z brzegu sceny) i już było po wszystkim. Poza podpisywaniem książek.

Szybko zauważyłem, że wszyscy inni już się rozeszli, a ja nadal podpisywałem książki. I wciąż podpisywałem. Trochę to trwało.

Potem wróciliśmy z Holly do hotelu, gdzie przyjęcie trwało w najlepsze. Zjadłem wystarczająco dużo przystawek z mijających mnie tac by wystarczyło to za obiad, którego w biegu nie zdążyłem zjeść; powiedziałem „dziękuję” wielu miłym ludziom, którzy opowiadali jak bardzo podobał im się mój występ i mniej więcej wtedy zdałem sobie sprawę, że już długo nie wytrzymam na jawie. Uciekłem do pokoju hotelowego, położyłem się w łóżku i pomyślałem, że „jestem taki zmęczony. Zbyt zmęczony żeby iść spać”. I wtedy zasnąłem.

. . .

Witaj Neil,
Jak wspomina artykuł, do którego linka podałeś, od kilku miesięcy słyszymy o stracie pszczół. Po tym jak po raz pierwszy wspomniałeś o nich w swoim dzienniku zastanawiałem się, skąd weźmiesz swoje, bo zastanawiałem się co zostanie zrobione by zastąpić te wszystkie pszczoły wymierające w całym kraju. Czy masz zamiar zaimportować trochę pszczół z Afryki?

trzymaj się,
Cal

Nie sądzę, żeby straty w pszczołach były tak duże, jak Ci się wydaje. Są pszczoły i są hodowcy pszczół.

Sharon Stitele wyjaśnia, że

nasze pszczoły to Minnesota Hygienic Italian Bees wyhodowane przez marle Spivak z Uniwersytetu Minnesota. Jest jednym z badaczy studiujących Chorobę Wymierających Kolonii – mówiła, że to jest problemem od 15 lat, a w tym roku media uchwyciły się tego tematu. Badała roztocza Varroa, które w ciągu ostatnich 20 lat stały się głównym zagrożeniem dla pszczół dających miód. Odkryte w USA w 1987 roku roztocze osłabia system odpornościowy pszczół. Wyniszcza większość kolonii w rok lub dwa po zainfekowaniu. Pszczelarze stosują pestycydy, by kontrolować roztocza, ale Spivak szukała sposobu na wyhodowanie odpornych pszczół. Pszczoły są uczone wykształcania „higienicznych” zachowań. Wyczuwają kiedy jaja są zarażone i usuwają je. Pozbywają się też wszystkich martwych pszczół. Takie zachowanie eliminuje zakażone potomstwo i inne problemy kolonii. Strona Marli:
http://www.entomology.umn.edu/Faculty/spivak/spivcv.htm
Ona również jest osobą, która prowadziła Krótki Kurs Pszczelarstwa w którym uczestniczyłam w ubiegłym miesiący, by wiedziec jak dbac o nasze pszczoły. Oto link do artykułu który o nich napisała:
http://www.beeculture.com/storycms/index.cfm?cat=Story&recordID=290
Sharon

Możecie poczytać o pszczelarskiej przygodzie Sharon i Lorraine (beze mnie, a niech to) tutaj:
http://www.birdchick.com/2007/04/hiving-part-1-panic-at-bee-hive.html
http://www.birdchick.com/2007/04/part-2-enjoyment-at-beehive.html oraz
http://www.birdchick.com/2007/04/trouble-with-olga.html

Ostatnio najczęściej zadawane pytanie dotyczące zdjęć książki, którą aktualnie piszę, „The Graveyard Book” to (na przykład) W poście na temat The Graveyard Book gdzie pokazałeś nam rękopis w wymyślnym włoskim notatniku zauważyłem, że nie skreśliłeś ani słowa. Wybrałeś do pokazania wyjątkowo udaną stronę, czy po prostu pisząc nie potrzebujesz nic skreślać? Jeśli to ostatnie zdanie jest prawdą, to wielu pisarzy będzie zazdrosnych oraz warianty: Mam podobny, w którym piszę swoje wiersze i zastanawiałem się: skoro piszesz w nim pierwszy szkic, to czy skreśliłbyś stronnicowy fragment, który jednak nie powinien znaleźć się w tej historii, czy wyrwałbyś stronę, czy zrobił coś w tym stylu, co zniszczyłoby schludność takiego pustego notatnika i sprawiło, że będzie mniej „piękny”? bo ja nie miałbym serca.

Najlepiej pamiętam komentarz Aubrey’a o Jonsonie, który opowiadał o ile lepiej byłoby, gdyby Shakespeare, który tego nie robił jednak skreślił pewne rzeczy.

Jeśli pisze prozę ręcznie, (i zazwyczaj chcę, żeby to było czytelne, w razie gdybym zmienił zdanie, albo gdybym znalazł tam coś, co można wykorzystać) Ale to tylko pierwszy szkic, prosto z głowy na papier, trochę jak ten blog. Dla mnie ważne jest, by posuwać się naprzód: poprawianie, naprawianie porządkowanie, wycinanie, to wszystko odkładam na później, gdy znajdzie się na komputerze, to wszystko w kolejnej wersji.

Dobra. Lepiej wstanę i skończę blogować: Laura Miller będzie tu za kilka minut żeby przeprowadzić ze mną wywiad na temat Narni, a moje włosy wyglądają naprawdę przerażająco.

Brak komentarzy:

 
Copyright 2009
Original theme by WP Themes Creator, modified by VARALI, main graphics by KUNDAGI