Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 marca 2012

Edgar i Niepomyślne Wiatry

Neil napisał w niedzielę 22 stycznia 2012 o 19:18

Ostatni tydzień był nie do zniesienia: w niedzielę zostawiłem w samolocie swojego Macbooka Air i resztę tygodnia spędziłem na zajęciach typu telefonowanie do serwisu, dowiadywanie się, że urządzenie śledzące, które miało znajdować się w komputerze owszem, było w nim, ale nie zostało aktywowane, kupowanie nowego komputera etc. Nie napisałem tego, co miałem w tym tygodniu napisać. Byłem mocno marudny.

Ale ten stracony tydzień spędziłem na powracaniu do formy i zakupach. Mam teraz iPada, w którym zaczynam się zakochiwać. (Co dziwne, od iPhone'a wolę swojego Nexusa Androida. Xoom nigdy mi się nie podobał i wciąż go nie lubię - mam go, ale używam go głównie jako odtwarzacza do Audible, a podjęte na początku tygodnia próby pisania na nim, na klawiaturze połączonej przez bluetooth, był wręcz bolesne. Ale jeszcze w sierpniu w Edynburgu spodobał mi się iPad Amandy, spontanicznie postanowiłem kupić sobie swój własny i gdy zacząłem na nim pracować odkryłem, że pisze się na nim łatwo i przyjemnie.)

A tego ranka otrzymałem e-mail z wiadomością, że to nad czy miałem pracować przez cały tydzień i z czego napisałem już 15 stron...

... zmieni się tak drastycznie, że gdybym się tym zajmował, zmarnowałbym tydzień pracy, a więc jestem szczęśliwy.

A coś, co złościło mnie przez cały tydzień też już się jakoś wyjaśniło. Czyli miałem tydzień wolnego, na który normalnie bym sobie nie pozwolił i choć był to tydzień marudny to wszystko skończyło się dobrze.

A w poniedziałek rano dowiedziałem się, że za opowiadanie "Sprawa śmierci i miodu" jestem nominowany do Nagrody Edgara przyznawanej przez Mystery Writers of America. Rzadko piszę kryminały i nie byłem dotąd nominowany do Nagrody Edgara, więc ogromnie się cieszę. (Opowiadanie znajduje się w antologii Studium w Sherlocku i nie jest dostępne online, ale możecie poczytać o nim tutaj.)


Mój znajomy Dr Dan przyniósł mi płytę CD. "Oglądam te wszystkie twoje zdjęcia" powiedział, "na których jesteś do siebie zupełnie niepodobny. Latem zrobiłem ci zdjęcie, które mi się podoba. Na nim jesteś do siebie podobny."


Mnie również się to zdjęcie podoba, po części dlatego, że widać na nim siwe włosy. Nie przepadam za niektórymi rzeczy w starzeniu się (np. pogarszający się wzrok) ale większość jest dość przyjemna. Mam wrażenie, że moja twarz coś wyraża - a gdy byłem młody wydawało mi się, że nie ma w niej nic charakterystycznego, więc nosiłem wielkie ciemne okulary i wielkie skórzane kurtki, żeby ludzie mieli co zapamiętać. Ale teraz moja twarz wydaje mi się bardziej moja, choć czasem gdy spoglądam w lustro niepokojąco przypomina twarz mojego ojca.

Ostatnio było tu bardzo zimowo, ale dziś się ociepliło do temperatury już-nie-diabelnie-zimnej, dałem radę wyciągnąć telefon i - co ważniejsze - zdjąć rękawiczki, żeby dało się porobić zdjęcia psom. Które na tle śniegu często są niewidoczne.

Cabal.




Lola, czekająca z nadzieją, że wiewiórka, która wbiegła na drzewo zbiegnie z powrotem na dół, żeby mogła pobawić się nią jak gryzakiem.


Lola zwiedza zamarzniętą rzekę


I kilka opatulonych na zimę uli. Wewnątrz pszczoły kłębią się w kulach wielkości piłki do nogi i wytwarzają ciepło.


Rozpoczął się chiński rok smoka, więc dla moich przyjaciół w chinach nieudolnie nabazgrałem smoka. Powstał na podstawie rysunku starożytnego smoka, który miał trzy palce u tylnych łap, ale i tak był chiński...


Nie wiem, czy ktokolwiek w Chinach będzie mógł zobaczyć to z powodu Wielkiego Chińskiego Firewalla, ale dla tych, którzy mogą: 恭喜发财

sobota, 4 lutego 2012

Za dużo powrotu do domu

Neil napisał w poniedziałek 9 stycznia 2012 o 12:14

Wróciłem do domu i cóż, wciąż nie jest tak zimno jak powinno być. (W razie gdyby Was to interesowało) To był najcieplejszy 5 stycznia w tej części świata. A mnie ta ciepła pogoda odpowiada chyba o wiele bardziej, niż powinna.

Ostatnio pisałem w sylwestra z Melbourne.

Nowy Rok był dniem cichym i wyjątkowo upalnym. Amanda skończyła post na temat naszego ślubu, który zaczęła pisać prawie rok wcześniej. (Możecie go przeczytać na http://blog.amandapalmer.net/post/15120706154/the-wedding-blog.
Po pierwszym przeczytaniu trochę pociągałem nosem. Zostaliście ostrzeżeni.)

Dla zainteresowanych: moja własna relacja ze ślubu jest do przeczytania na http://neilgaiman-pl.blogspot.com/2011/01/tak.html. Jest znacznie krótsza, niż Amandy, ale powstała tuż po ślubie. Kończy się parafrazą zdania z dramatu Oscara Wilde'a Bądźmy poważni na serio.

W ramach niesamowitego zbiegu okoliczności obchodziliśmy naszą pierwszą rocznicę ślubu 2 stycznia w Melbourne, oglądając właśnie tę sztukę, z Geoffreyem Rushem w roli Lady Bracknell. Bilety zdobyliśmy dzięki aktorowi Toby'emu Schmitzowi, który grał w sztuce rolę Jacka Worthinga i zauważył, że pytałem na twitterze o pomysły na spędzenie wieczoru w Melbourne. Znakomita obsada, wspaniała inscenizacja, pięknie wystawiona produkcja. Sprawiła, że zacząłem myśleć o tym, co na powierzchni, o Oscarze Wildzie  oraz o tym, co znaczy i czego dokonuje sztuka i jak się te kwestie łączą. Następnie nieco przygnębieni, bo wreszcie dotarło do nas, że ja lecę do domu, a Amanda zostaje, zjedliśmy kolację i udaliśmy się na spoczynek do luksusowego hotelu. Rano ruszyłem na lotnisko. Nie zobaczę Amandy przed około 3 miesiące. Spodziewajcie się zatem przez najbliższe trzy miesiące okazjonalnych tęsknych wpisów.

W drodze do domu zrobiłem sobie przystanek w Los Angeles. Spotkałem się ze Scottem i Ivy McCloudami oraz z ich córkami, Sky i Winter, moimi córkami chrzestnymi. Za rzadko ich widuję. W moim wieku najlepsze jest to, że zna się ludzi Od Dawna. Od tak dawna, że maja już swoje dzieci. Od tak dawna, że te dzieci są już dorosłymi, albo prawie dorosłymi.


Spotkałem się z Harlanem Ellisonem i wyraziłem niekryty zachwyt zbiorem jego opowiadań i esejów zatytułowanym Encountering Ellison: Harlan 101 ["Spotkania z Ellisonem: Harlan dla początkujących"], do którego napisałem wstęp.

(Możecie kupić tę książkę z http://www.cafepress.com/harlanellison)

Miałem spotkanie w HBO w sprawie Amerykańskich Bogów. Potem poleciałem do domu. I było tam niecharakterystycznie ciepło, jak na styczeń.

Jest niecharakterystycznie ciepło, myślą psy. Ale wcale nie narzekamy.
Sezon łowiecki już się zakończył i chusteczka Cabala jest tylko na pokaz.
Od kilku miesięcy mam własnego tumblra na http://neil-gaiman.tumblr.com/ i całkiem dobrze się tam bawię: zamieszczam drobiazgi i ciekawostki, które zwróciły moją uwagę.

Wczoraj była setna rocznica urodzin Charlesa Addamsa i wrzuciłem na tumblra ten rysunek, który kupiłem sobie w prezencie po zdobyciu Medalu Newbery. Został zamówiony jako reklama dla British Telecom i po raz pierwszy zobaczyłem go w londyńskim metrze pod koniec lat 80. (W owym czasie Addams utracił prawa do tych postaci, więc rysował je tylko na zamówienie osób, które go zatrudniały i wykupiły prawa.)

Podpisy brzmią:  “Mam nadzieję, że to naprawdę on.” I drugi, “Było wspaniale, Babciu. A Fester wreszcie odnalazł swojego przodka!” Reklama miała przekonać ludzi - głównie amerykanów - że telefon do Stanów kosztuje mniej, niż im się wydaje.

...

Wszystko dotąd miało być wprowadzeniem do opowieści o książce Viriconium M. Johna Harrisona, do której napisałem wstęp w 2005 roku i którą pomogłem wydać w formie audiobooka w 2011. Ale chyba odłożę to na jutro. Viriconium zasługuje na osobny post.

(Inne wieści z Neil Gaiman Prezentuje: pojawiła się pierwsza recenzja Anity, a Swordspoint zdobyło swoją pierwszą nagrodę, "Słuchawki" magazynu AudioFile, który zrecenzował Swordspoint następująco:

Niezrównany szermierz Richard St. Vier równie często toczy pojedynki w imieniu szlachetnie urodzonych, co sowicie wynagradzających. Ale walka o honor własny i przyjaciół jest o wiele bardziej skomplikowana. W bitwie, w polityce i oczywiście w miłości obowiązuje mnóstwo zasad. Z doskonałym wyczuciem frazy Ellen Kushner stworzyła unikalne i przekonujące połączenie współczesnej fantasy i dziewiętnastowiecznej powieści obyczajowej, okraszonej serdecznym humorem. "Neil Gaiman Presents" uzupełniło powieść o oryginalną muzykę, efekty dźwiękowe i głosy najznakomitszych lektorów. Słuchanie, jak Katherine Kellgren, Dion Graham i inni ożywiają dialogi to czysta przyjemność. Zdobywca Słuchawek AudioFile.

Gratulacje dla Ellen Kushner, autorki i narratorki oraz dla obsady, a także dla niewymienionej powyżej Sue Zizzy, odpowiedzialnej za całość pani reżyser.)


Nawiasem mówiąc, podczas pobytu w Australii przeczytałem Lift Rebekki K. O'Connor. Byłem ciekaw tej książki od kiedy zobaczyłem, że gdy napisałem na twitterze o ACX, Rebecca postanowiła z niego skorzystać i wydać swoją książkę jako audiobook, a pieniądze na ten cel zgromadzić na Kickstarterze. Moim zdaniem to bardzo sprytne wykorzystanie świata, żeby powołać coś nowego do istnienia. Miałem nadzieję, że książka będzie dobra. Była i teraz nie mogę się doczekać audiobooka.

...

Powinienem już iść i jeszcze trochę popisać.

niedziela, 26 grudnia 2010

Anatomia gatunków wędrujących

Neil napisał w czwartek 9 grudnia 2010 o 12:13

Nie przeszkadza mi, że muszę wychodzić z psami na spacer. Lubię je wyprowadzać.

Przeszkadza mi natomiast wszystko, co muszę przed takim spacerem zrobić, gdy temperatura, jak teraz, spada poniżej 0 °F (-18 °C). Ciepłą bieliznę i dwa swetry zakładam tak czy inaczej. Na to kombinezon narciarski, ciepłe rękawiczki i ciężkie buciory. Do tego maska narciarska i wielka ujgurska czapka... Wyglądam jak nieudany żydowski ninja.


Nawet kiedy pracuję w swojej altance, przy tej temperaturze mimo włączonych grzejników będę siedział w znoszonej skórzanej kurtce i ogromnym szaliku w stylu Doctora Who...



Kiedy 18 lat temu zamieszkałem w tej części świata zauważyłem dziwne zjawisko. Znajomi, którzy stąd pochodzili i bardzo im się tu podobało, którzy tworzyli również tutejszą scenę i światek artystyczny Minneapolis nagle, zupełnie niespodziewanie ogłaszali, że wyjeżdżają i to na dobre. Sprzedawali wszystko i wyruszali Na Południe. Zawsze Na Południe.

Pomyślałem, że to bardzo dziwne. Przecież byli tu tacy szczęśliwi.

Wydawało się to nieco złowieszcze.

Dziś na spacerze z psami dotarło to do mnie wreszcie. Nagle zimno i myśl, że każdy spacer z psami w ciągu najbliższych dwóch, trzech, czy nawet pięciu miesięcy, czy to za dnia...

czy w nocy...


...będzie wymagał przygotowań godnych kosmonauty wyruszającego na powierzchnię planety niesprzyjającej ludzkiemu życiu. Za każdym razem. I będę niecierpliwie oczekiwał chwili, kiedy temperatura wzrośnie do 0 °F, bo wtedy oddychanie nie sprawia bólu i nie potrzeba stosować absurdalnych warstw przed wyjściem na zewnątrz, a psy też świetnie się na dworze czują.

Pomyślałem sobie: założę się, że Karaiby o tej porze roku muszą być naprawdę przyjemne.

I poczułem, że pod kombinezonem przeszedł mnie dreszcz, który nie miał nic wspólnego z niską temperaturą. Pomyślałem: na pewno oni myśleli dokładnie to samo. Ci, którzy Wyruszyli Na Południe.

Nie sądzę, żebym miał do nich dołączyć. Jeszcze nie teraz. Ale zdecydowanie ich rozumiem.
...

Skrzynka FAQ jest kompletnie zapchana. Zaznaczyłem sobie kilkaset pytań. Spróbujmy odpowiedzieć na kilka z nich:

Razem z moją żoną, Kestrell (która ma oczy Delirium), wybieram się za kilka miesięcy do Nowego Orleanu. Ona chciałaby zajrzeć do sklepu, w którym kupiłeś swój urodzinowo-ślubny cylinder. Mógłbyś podać jego nazwę?

To był sklep Fleur de Paris (http://www.fleurdeparis.net). Wspaniałe kapelusze, uroczy ludzie, Holly kupiła tam również prześliczną sukienkę. Natomiast Amanda kupiła sobie sukienkę, a także inne rzeczy, w Trashy Diva, który jest sklepem o wiele bardziej eleganckim, niż sugerowałaby jego "tandetna" nazwa.

Mój cylinder (i wiele innych kapeluszy zakupionych w tym samym czasie, tak że pod koniec wyglądało to jak jakiś zjazd kapeluszników) jest marki Meyer the Hatter - http://www.meyerthehatter.com/meyer/. Naprawdę bardzo mi się tam podobało, mają naprawdę świetną obsługę. Po zakupie kapelusza (który musieli dla mnie nieco dopasować) wróciłem do tego sklepu ze znajomymi i właściciel, Sam Meyer, zabrał mi mój kapelusz i wręczył inny, jeszcze lepiej dopasowany do mojej głowy, bo właśnie przyszła do nich świeża dostawa. Idealne dopasowanie mojego kapelusza było dla niego kwestią dumy zawodowej.
...

W archiwum Twojej strony znalazłem wpis na temat tego, czy college jest konieczny, jeśli ktoś chce zostać pisarzem, ale moje pytanie sięga nieco dalej. W szkole średniej znany byłem z tego, że piszę. Dostałem kilka nagród (choć nie są one znaczące, w końcu to tylko liceum), a w ostatniej klasie ogłoszono mnie Największym Intelektualistą spośród ponad 650 uczniów z mojego rocznika, gdzie średnia oceną było "C".

W tej chwili jestem nieszczęśliwym studentem
Middle Tennessee State University i po jednym semestrze zastanawiam się, czy nie rzucić studiów. Przez nie kompletnie zniknęła moja miłość do pisania i co nawet gorsze - do czytania. Od dwóch miesięcy nie przeczytałem ani jednej książki, niczego się nie nauczyłem i nie napisałem niczego, co by mi się podobało. Usunięto mnie z grupy zajęć pisarskich po tym, jak profesor (który rzekomo mnie faworyzował) upomniał mnie w e-mailu na temat nieobecności. Mam prawie dwadzieścia lat, nigdy nic nie wydałem, nie mogę znaleźć pracy, a kiedy przekonałem się na czym polega praca wykładowcy, nie chcę już nim zostać.

Zastanawianie się nad rzuceniem studiów sprawiło, że wiele straciłem. Wielu znajomych i członków rodziny (w tym moja matka), a także mój niegdysiejszy mentor (nauczyciel łaciny i mitologii z ogólniaka) praktycznie nie chcą mnie znać. Również dlatego rzuciła mnie dziewczyna (nie jest mi bardzo przykro z tego powodu, ale to istotny fakt) i jeśli ostatecznie podejmę tę decyzję, prawdopodobnie zostanę wyrzucony z domu.

Moim ratunkiem jest, i było od zawsze, opowiadanie nad którym pracuje od pięciu lat. Jestem w nim kompletnie zakochany i jestem pewien, że będzie szło świetnie, dopóki jego powstanie napędza ta właśnie miłość.

Doskonale rozumiem, że życie będzie o wiele trudniejsze bez dyplomu i pamiętam, że pisałeś: "jeśli redaktorowi spodoba się pierwsza strona, przewróci ją i będzie czytać dalej" niezależnie od tego, czy mam dyplom. Jednak moje pytanie brzmi...

Czy w takich okolicznościach rzucenie studiów to słuszna decyzja? Czy jestem raczej leniwym, zarozumiałym dzieciakiem, który uważa, że pozjadał wszystkie rozumy? Czy niezrozumianym pisarzem, który podąża własną ścieżką? Albo jeszcze lepiej - kimś w pełni przekonanym, że sprawiedliwość jego pieśni oddać może tylko jego własny głos (lub pióro). (Czytałem ponownie "Chłopaków Anansiego")

Pytałem swoich wykładowców; oni obiektywnie widzą moją sytuację. Pomyślałem, że zapytam Ciebie, skoro zawsze tak chętnie odpowiadasz na pytania na blogu i osobiście oraz dlatego, że w tym, co piszę często stosuję bogów i mitologię jako metaforę. Wiem dobrze, że nie masz odpowiedzi na wszystko, ale będę dozgonnie wdzięczny za Twoją opinię.

Niezależnie od tego, czy odpowiesz, dziękuję, że zechciałeś poświęcić mi swój czas i niecierpliwie oczekuję Amerykańskich bogów na srebrnym ekranie.
-Levi


Pytasz, czy powinieneś rzucić studia albo zrobić sobie przerwę? Brzmi, jakbyś już zadecydował.

Myśl o pisarzu, który traci zainteresowanie pisaniem i czytaniem niezwykle mnie smuci. A oprócz tego mam jeszcze dwie uwagi. Pierwsza to, jak sam powiedziałeś (a i ja o tym wspominałem w przeszłości), nikt nie będzie pytał cię o wykształcenie zanim sięgnie po twoją książkę.
Może powinieneś przez jakiś czas zająć się czymś innym lub postudiować coś innego. Spróbuj popracować jako dziennikarz albo pojeździj po świecie. Nazbieraj doświadczeń, o których pewnego dnia będziesz pisać. (Niewielu jest dwudziestolatków, którym poradziłbym rzucić wszystko i pisać książki.)
Druga uwaga jest taka, że cieszę się, że poniższy list przyszedł kilka dni po twoim. Jak Diane sama napisała, jest długi. A także fascynujący.

Cześć Neil,
Wybacz, że to będzie długi list, ale myślę o tym już od dawna.

Od czasu do czasu początkujący pisarze pytają cię w listach, czy warto iść do college'u i studiować pisanie [creative writing]. Radzisz im i mówisz, co trzeba robić, by zostać pisarzem, ale z zastrzeżeniem, że nie możesz nic powiedzieć o kursie, na którym sam nigdy nie byłeś. Chciałabym dołożyć swoje trzy grosze i ponad 20 lat doświadczenia. Dyplom [BA] z creative writing otrzymałam w 1987, w zeszłym roku uzyskałam stopień MFA z pisania prozy. Jestem asystentką z przedmiotu, który muszą zaliczyć wszyscy studenci pisania, aby otrzymać dyplom z creative writing.

Po pierwsze, wielu prowadzących uniwersyteckie kursy z tego przedmiotu pracuje w ten sposób, bo jako pisarze nie mogą się utrzymać. Praktycznie wszyscy poeci są zmuszeni do pracy jako nauczyciele, aby mogli się zajmować pisaniem, bo za poezję już nikt nie płaci. Ale wielu pisarzy/wykładowców zajmuje się tym przedmiotem, bo ich dzieła nie mają szansy znaleźć odpowiednio szerokiej publiczności. Istnieją wyjątki, np. Zadie Smith i Jane Smiley. Prowadzenie takich zajęć może być też atrakcyjne dla uznanych pisarzy (czyt. tych, którzy osiągnęli sukces finansowy) na jeden, czy dwa semestry, ale utrzymanie ich na stanowisku na stałe (na etacie) jest trudne ze względu na wymogi stanowiska, konieczność udziału w komisjach egzaminacyjnych itd. Potrzeba siedmiu lat, aby zostać stałym członkiem kadry wykładowców. Jedna z moich wykładowczyń opuściła właśnie uniwersytet, bo podpisała kontrakt na swoją pierwszą powieść, opiewający na sumę z sześcioma zerami. Nie spodziewam się, żeby miała jeszcze wrócić do tej pracy, bo już zwyczajnie nie musi, choć jest znakomitym wykładowcą i lubiła uczyć.

Jednym słowem, personel interesuje się przede wszystkim artystyczną stroną prac, które powstają. Na tym się znają i tego uczą. Jednym z głównych produktów kursów pisania nie są wzięci pisarze, ale nauczyciele prowadzący takie właśnie kursy - dla szkół podstawowych i średnich, lokalnych college'ów i uniwersytetów. Są jednak wyjątki! Wielu pisarzy po kursach w Iowa i Teksasie, stypendiach Stegnera na Stanford i innych renomowanych programach (ale są one zazwyczaj podyplomowe) mogą wykorzystać takie uprawnienia, gdy szukają agentów i wydawców. Pozostali nie zyskują wiele poważania ze względu na ukończenie takiego kierunku i nawet tytuł niewiele pomoże, bo nie wymaga się go przy przyjmowaniu na te studia. Przychodzi się na zajęcia i dostaje tytuł niezależnie od jakości tego, co się pisze.

Na kursie creative writing można nauczyć się bardzo wiele na temat warsztatu: jak rozwijać postaci, jak pracować nad poszczególnymi elementami narracji i otrzymać od innych pisarzy konstruktywną krytykę własnej twórczości. Najczęściej forma kursu to warsztaty, na których rozdaje się wszystkim do przeczytanie swoje opowiadanie i na następnym spotkaniu jest ono omawiane. W zależności od prowadzącego może to być doświadczenie wartościowe lub miażdżące. Jeśli osoby z twojej grupy pragną zniszczyć każdego innego pisarza, bo postrzegają go jako konkurencję, taki warsztat może mieć destrukcyjny wpływ na młodego pisarza, który dopiero zaczyna szukać własnego głosu. Czy będą to dobre warsztaty, czy nie, trafisz na grupę ludzi, którzy chcą tworzyć SZTUKĘ i będą szydzić ze wszystkiego, co nie ma literackich aspiracji.

Kursy takie nie nauczą za to, jak zostać pisarzem, którego dzieła są wydawane. Większość programów nie wspomina słowem o biznesowej stronie pisarstwa. Nie uczą jak czytać umowy, szukać publikacji, które zechcą przyjąć to, co piszemy, szukać agentów lub w jakikolwiek sposób zarabiać na pisaniu. Co prawda niewielu pisarzy utrzymuje się wyłącznie z pisania, to programy creative writing nie planują przygotować swoich uczestników do rynku pracy. Myślę, że to właśnie tabu sprawia, iż na większości tego typu kursów niemile widziane są gatunki typu s-f, fantasy, powieść historyczna, romanse, czy literatura młodzieżowa (choć ostatnio zaczynają powstawać kursy pisania poświęcone temu właśnie gatunkowi). Pisanie wszystkiego, co nie mogłoby się znaleźć w księgarni na półce z literaturą piękną będzie odradzane, a w niektórych przypadkach wręcz zabronione na zajęciach.

Nie rozumiem skąd te uprzedzenia, skoro jest tyle wspaniałych opowiadań należących do rozmaitych "gatunków", które trafiły do kanonu literatury: Nowy wspaniały świat, Rok 1984, Sto lat samotności, praktycznie wszystko, co napisała Ursula LeGuin. Również Twoja twórczość, Neil, szybko staje się częścią kanonu. Nie mam pojęcia skąd biorą się takie uprzedzenia w programie kursów pisarskich. Są oczywiście wyjątki - kursy, w których wspiera się pisarzy niezależnie od gatunku, który tworzą, ale trzeba się ich naszukać i pytać "czy inne gatunki są dozwolone".

W młodości pisałam sporo science fiction i fantasy. W wieku 13 lat napisałam ponad dwustustronicową powieść fantasy, a jeszcze przed pójściem do college'u wysyłałam swoje opowiadania do Asimova i innym magazynów. Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że interesuje mnie creative writing i tego chcę się uczyć, ale już podczas pierwszych zajęć prowadząca ustaliła zasady. Interesowała ją tylko tradycyjna proza, żadne odmiany. Tak było przez cały okres moich studiów i chyba z tego powodu jeszcze przez kilka lat po skończeniu uczelni nie mogłam się odnaleźć jako pisarka. Nie wiedziałam już, co chcę pisać, a nie chciałam pisać tego, czego oczekiwali ode mnie i co chwalili wykładowcy.

Piszę o tym ze względu na prowadzącą i to, co zrobiła w ciągu ostatnich paru miesięcy. Tytuł MFA otrzymałam w maju, ale w semestrze jesiennym jestem asystentką prowadzącej zajęcia. Jeden ze studentów w jej grupie pisał powieść fantasy, moim zdaniem całkiem niezłą. W połowie semestru prowadząca zaczęła powtarzać asystentom: "czy nie mówiłam, że nie toleruję innych gatunków" i mówić o tym, jak okropne jest to, co ów student napisał. Wraz z innym asystentem broniłam jego pracy, nam obojgu bardzo się podobała. Na wczorajszym spotkaniu przed zajęciami profesor opowiedziała nam o swoim pomyśle, aby studenci musieli podpisać swego rodzaju umowę, że nie będą pisać nic poza "zwykłą" prozą. Jeden z powodów, które podała brzmiał: są za młodzi, żeby tworzyć w innych gatunkach. Pomyślałam sobie: "za młodzi? Neil Gaiman napisał Sandmana mając dwadzieścia parę lat i dzięki temu zmienił całą branżę. Dlaczego oni mieliby być za młodzi?" Po zajęciach rozmawiałam w tym studentem, jak pisarz z pisarzem i powiedziałam mu, że jeśli prowadząca rzeczywiście zrobi, co zamierzała, powinien ją zignorować i nie brać tego do siebie, bo nikt nie ma prawa mówić pisarzowi, co pisać.

Pisze o tym ze względu na pytania o kursy pisarskie, które zadają Ci młodzi pisarze i chcę zwrócić uwagę na dyskryminację wobec pewnych gatunków. Jeśli ktoś potrafi odsunąć na bok swoje opowiadanie fantasy i pracować nad nim samodzielnie, a na zajęcia pisać realistyczną prozę - świetnie, college i kierunek creative writing jest właśnie dla niego. Patrząc na obecna sytuację, nie ma co spodziewać się pozytywnego feedbacku na temat swojej twórczości. Z mojego doświadczenia wynika, że jeśli chce się stać lepszym pisarzem tworzącym te "inne" gatunki, najlepsze co można zrobić to dużo czytać i dużo pisać. Jeśli ktoś chce koniecznie pomocy z zewnątrz musi poszukać warsztatów, grup, konferencji i spotkań z pisarzami, gdzie będą oni opowiadać o swoim rzemiośle. Stopień naukowy lepiej zdobyć w interesującej go dziedzinie, jak historia lub psychologia, która dostarczy materiału do pisania.

Dzięki za wysłuchanie,
Diane Glazman


Dziękuję, że napisałaś i to tak wyczerpująco.

Myślę, że dla osób piszących SF czy fantasy niezły będzie Clarion. http://clarionfoundation.wordpress.com/). Kilka lat temu uczyłem u nich, a John Scalzi, który będzie prowadził zajęcia w tym roku pisze o tym na http://whatever.scalzi.com/2010/12/02/clarion-submission-period-open/. Kat Howard, uczestniczka zajęć w roku, kiedy tam uczyłem opisała swoje wrażenia na blogu http://strangeink.blogspot.com/2010/12/most-wonderful-time-of-year.html i powinni go przeczytać wszyscy zainteresowani warsztatami.

Nie prowadziłem zajęć na Clarion West - http://www.clarionwest.org/ - ale zestawienie tegorocznych prowadzących jest niesamowite.

A na tej stronie można znaleźć zestawienie wszystkich warsztatów/obozów treningowych dla pisarzy SF/fantasy: http://www.johnjosephadams.com/2007/10/article-basic-training-for-writers/

...
Właśnie wysiadł prąd. Potem się włączył. Znów wysiadł, wrócił, wysiadł ponownie. I wrócił.
Kiedy w ciepłych miejscach wysiada prąd, ludzie specjalnie się nie przejmują, prawda?

...
Jutro będę opowiadał o komiksach na TALK OF THE NATION. Właściwie to już dzisiaj.

Wywiad Kevina Smitha ze Smodcastle, jest w dwóch trzecich dostępny:
część pierwsza na http://smodcast.bandcamp.com/track/chapter-1-the-neil-amanda-interview
(To jest sam wywiad).


Już za moment zamieszczona zostanie ostatnia część, w której czytam "Being an Experiment..." i z pomocą Kevina i Amandy przedstawiam scenkę z Bilquis z pierwszego rozdziału Amerykańskich bogów.
...
Na koniec artykuł z Boing Boing o Kairze, nie tym w Egipcie, tylko tym w stanie Illinois, o którym ostatnio często myślę przy okazji przygotowywania jubileuszowego wydania Amerykańskich bogów. Choć uważam, że nazwanie przez Cory'ego miasta "wymarłym" jest przesadą, to sytuacja rzeczywiście nie wygląda najlepiej. A z tego wpisu dowiedziałem się o problemach, na jakie natknęli się ludzie chcący otworzyć tam punkową kawiarnię (teraz jest na sprzedaż).

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

Zimowy Dzień

Neil napisał w poniedziałek 4 sierpnia o 3:10



(To jest zdjęcie z Clarion, gdzie Scott miał wykład, a przyjechał z nim cały klan McCloudów)

Naprawdę ciężko mi uwierzyć, że minęło już całe trzynaście lat i kilka dni od kiedy całkiem przypadkiem i zupełnie niespodziewanie znalazłem się na porodówce, gdzie Scott, Krystal, przyjaciółka Ivy, i ja mieliśmy zająć się Sky McCloud (podczas gdy Kurt Busiek jeździł po okolicy w poszukiwaniu piwa imbirowego z przyczyn, które zaginęły w pomroce dziejów). Krystal i ja odkryliśmy, że jest bardzo niewiele piosenek, które znamy oboje, więc zabawialiśmy dwulatkę śpiewając jej "Balladę o Sweeney'u Toddzie" podczas gdy kawałek dalej Ivy odwalała naprawdę ciężką robotę. A Scott albo pomagał, albo wymyślał znakomite teorie dotyczące rodzenia. Albo i jedno i drugie.

I potem pojawiła się Winter. Której urodziny były w ubiegły piątek. Wszystkiego najlepszego, Winter!

[Winter - po ang. "zima", stąd tytuł notki -przyp. noita]

czwartek, 27 grudnia 2007

Bałwany później

Na zewnątrz znajduje się magiczna zimowa kraina. Spójrzcie:



Dostałem wspaniałe prezenty od mojej rodziny. Mój ulubiony to album, który zrobiła Maddy z tegorocznych zdjęć rodzinnych oraz wypełniony krótkimi rozprawkami w stylu Maddy oraz komentarzami do zdjęć (“Cóż tato, nawet mimo tego, że wyglądamy na tym zdjęciu jak dwugłowy człowiek, chciałam powiedzieć, że to naprawdę dobrze wyglądający dwugłowy człowiek. Ha :). Uroczystość rozdania świadectw u Mike była wpaniałą rodzinną wycieczką!!). To mnie rozbroiło.

Obawiam się, że w jakiś sposób zapomniałem kto wysłał mi linka do przybudówki-do-ula-zrobionej-z-klosza na http://www.hemmy.net/2007/09/16/bees-makes-hive-in-a-jar/, ale już planuję zakup klosza lub innego podobnego szklanego czegoś i sprawdzenie co zrobią z tym pszczoły.

Cześć Neil!
Wesołych Świąt! Tak się zastanawiałam, zgodnie z obecną porą roku i w uznaniu dla roju Twoich zółto-czarnych bzyczących przyjaciół, czy nie zechciałbyś podać linka do złośliwej inicjatywy charitatywnej Something Awful, by zalać Trzeci Świat pszczołami przez heifer.org. http://www.somethingawful.com/d/news/bee-charity-drive.php. Za jedyne $30 w czasie tego czasu świątecznego możesz wysłać 12, 500 pszczół, by sterroryzować niepodejrzewających nic obywateli miejsc takich jak Uganda i El Salvador, gdzie dzielni ludzie mogą spróbować zawrzeć porozumienie z pszczołami za ich słodki, słodki nektar. Do południa daliśmy potrzebującym już milion pszczół, a ja pomyślałam, że byłbyś w stanie pomóc nam zdobyć dziesięć milionów. Dzięki,
Laura

Zrobię co mogę. W końcu nie można mieć kraju mlekiem i miodem płynącego bez pszczół. I, hm, ssaków dających mleko.

(Tak się składa, że właśnie dostałem wspaniały prezent Świąteczny od przyjaciela z Heifer.org w postaci darowizny na rzecz pszczół w moim imieniu.)

...

Na http://www.rottentomatoes.com/m/hellboy_2_the_golden_army/trailers.php znajduje się zapowiedź filmu “Hellboy: The Golden Army” (“Hellboy: Złota Armia” przyp. Varali). Hurra.
(I to może oznaczać, że mogę umieścić parę zdjęć z mojej wizyty na planie, które do tej pory chowałem w sekrecie.)

...

Właśnie odkryłem tę stronę, wybacz jeśli to stare wieści, ale zastanawiałem się, czy pomysł zaczął się od Koryntczyka, czy rozwinąłeś wcześniej istniejący “obraz rodem z koszmarów”, gdy go stworzyłeś.
http://www.freakingnews.com/Mouth-Eyes-Pictures--1741.asp

Dobre pytanie. Myślę, że Koryntczyk był prawie na pewno pierwszą postacią komiksową, która miała usta zamiast oczu, chociaż Steve Bissette (tak myślę) narysował okładkę do “Sagi o potworze z bagien” ukazującą potwora z bagien z ustami zamiast oczu kilka lat przed “Sadmanem”. I jestem pewien, że można by poszukać i w końcu znaleźć inn przypadki, w których ludzie posługiwali się tym obrazem na przestrzeni lat-- jeśli chcecie poszukać, dajcie znać co się pojawiło. Usta zamiast Oczu stały się zdecydowanie bardziej popularne odkąd pojawił się Koryntczyk, ale to ma prawdopodobnie bardziej związek z modyfikacją zdjęć niż z postacią wkradającą się do powszechnej świadomości.

Szczerze mówiąc, z przyjemnością widzę, jak bardzo jest to niepokojące.

(Co przypomniało mi, że rozdział Steve'a Bissetta z Towarzystwa Golden/Wagner/Bissette związany z kolekcją PÓŁNOCNE DNI NEILA GAIMANA jest na http://srbissette.blogspot.com/2007/12/save-me-from-myself-i-am-going.html)

Co uważasz o fakcie, że Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych zalicza wszystkich szkockich pisarzy do kategorii angielskiej literatury? Rozumiem, że mniejsze biblioteki próbują oszczędzić miejsce, ale czy tak duża i respektowana biblioteka nie powinna zająć się tym z większą dokładnością? Poniżej załączyłam link do artykułu BBC.
http://news.bbc.co.uk/1/hi/scotland/7157708.stm
Z poważaniem,
Christiana

Z jednej strony to głupie: Szkocja to oddzielny kraj, z własnymi tradycjami i własną literaturą, literacką tradycją w jezyku angielskim i celtyckim. Z drugiej strony, to mniej roboty dla Biblioteki Kongresu. Ale w takimr azie, mieliby jeszcze mniej roboty, gdyby wszystko oznaczyli jako “Książki”.

Re: zmimowe motyle To właściwie nie pytanie. Twoja notka ze zdjęciem motyla z 20 grudnia to właściwie nie motyl, ale ćma. Ćmy rozkładają skrzydła, gdy spoczywają w miejscu, podczas gdy motyle tak jakby składają je pionowo.

Nie, obawiem się, że to był motyl... a pierwszą osobą, która go zidentyfikowała, była Heather, któa napisała,

Drogi Neilu,
Zaintrygowana przez motyle, przeprowadziłam małe poszukiwania. Wygląda mi na samca rusałki pokrzywnika, która jest najwyraźniej bardzo powszechna w Wielkiej Brytanii. Zdaje się, że lubi zapadać w stan hibernacji w domach i może wyjść, jeśli ściany są wystarczająco ciepłe. Mnóstwo informacji i wspaniałych zdjęć poczwarek tutaj:
http://www.ukbutterflies.co.uk/species.php?vernacular_name=Small%20Tortoiseshell
Miłego pisania!
-Heather

...

Cześć Neil,
Jestem reżyserem animacji Koraliny. Spotkaliśmy się przez chwilę, gdy jakiś czas temu odwiedziłeś studio Koraliny.
W każdym razie, klim, który umieściłeś wzbudza dosyć silne (pozytywne) poruszenie na mojej stronie.
Wsprawdź co mówią tutaj:
http://www.stopmotionanimation.com/dc/dcboard.php?az=show_topic&forum=25&topic_id=4688&mesg_id=4688&listing_type=read .
Obecnie zatrudniamy około 25 animatorów przy ponad 37 etapach w tworzeniu.
Kiedy/jeśli będziesz miał czas, możesz wpaść i zobaczyć plany. W tym etapie pro produkcji jest wiele fajnych rzeczy do obejrzenia. Wesołych Świąt i dzięki za umieszczenie klipu na swojej stronie.
-Anthony

Cudownie zobaczyć, że ludzie zaczynają o tym rozmawiać. Minął już ponad rok odkąd wybrałem się do studia Laika i zobaczyłem, jak zaczynają pracować nad “Koraliną”. Jestem naprawdę pod wrażeniem wszystkiego, co od tamtej pory widziałem.

...

A w domu, czekając na mój powrót, jedynie około roku spóźnione, były dwa egzemplarze limitowanej edycji “Chłopców Anansiego” Hill House. Są absolutnie cudowne. Możliwe, że nawet warte czekania...