Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harlan Ellison. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harlan Ellison. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 lipca 2018

Harlan Ellison


 Neil napisał w piątek, 29 czerwca 2018 r. o 10.33



Dwa tygodnie temu byłem w LA, żeby nagrać osobę, która będzie Głosem Boga w Dobrym omenie. Miałem nadzieję, że wypad będzie na tyle długi, żebym zdążył odwiedzić starych przyjaciół i nadrobić zaległości ze świata, ale musiałem go nagle skrócić,  bo potrzebowali mnie w Toronto na wydarzeniach prasowych związanych z nastepną serią Amerykańskich bogów. Między lotniskiem a hotelem miałem tylko tyle czasu, żeby odwiedzić przyjaciela.

Odwiedziłem Harlana i Susan Ellisonów. Przyjaźniłem się z Harlanem od 33 lat. Poznaliśmy się w 1985 roku w hotelu  Central w Glasgow, gdzie był Gościem Honorowym Easterconu. Pojechałem tam jako młody dziennikarz, żeby przeprowadzić z nim wywiad dla magazynu, który zamknął się między moim spotkaniem a oddaniem tekstu do druku. Wydawca zakończył jego działalność po wydrukowaniu czarno-białych stron, ale przed wydrukiem kolorowych (które są droższe). Sprzedałem wywiad innemu pismu, bo czym redaktora natychmiast zwolniono i nikt się nie chciał dotknąć do niczego, co przeszło przez jego ręce. Wtedy schowałem swój artykuł do szuflady w przekonaniu, że jest Jonaszem.

Parę lat później, kiedy zaczynałem właśnie pisać komiksy, Harlan zadzwonił, żeby nawrzeszczeć na mnie za sprawienie, że Batman złamał prawo, wchodząc do pokoju hotelowego bez nakazu przeszukania („Ale on właśnie dlatego nosi maskę” wyjaśniłem. „Żeby mógł łamać prawo”). Skończyło się odwiedzinami u niego w domu przy mojej kolejnej wizycie w LA z okazji spotkania autorskiego, przyniosłem frytki - takie, jakie lubił. I odtąd byliśmy przyjaciółmi.

Ale wciąż telefon od Harlana to tak jakby zadzwonił do ciebie tajfun, który wkrótce przemieni się w prawdziwy huragan. Moja asystentka Lorraine panicznie się ich bała.

Przez te lata kilka razy pisałem o Harlanie. Napisałem wstęp do jego zbioru opowiadań The Beast that Shouted Love at the Heart of the World.

Poniżej kilka cytatów z tego tekstu:

Od czasu do czasu myślałem sobie, że Harlan jest zaangażowany w projekt artystyczny-widowiskowy o rozmachu Gutzona Borgluma, w coś ogromnego i trwałego. To przedsięwzięcie nosi nazwę Harlan Ellison: korpus anegdot, opowieści, przeciwników, występów, przyjaciół, artykułów, opinii, plotek, wybuchów, skarbów, ech i zwyczajnych łgarstw. Ludzie mówią o nim, piszą, niektórzy nawet spaliliby go na stosie, gdyby nie było to tak kłopotliwe, a niektórzy najchętniej padliby mu do stóp i wielbili, gdyby nie fakt, że powiedział by wtedy coś, co sprawiłoby że poczują się bardzo mali i bardzo głupi. Ludzie opowiadają o nim historie; niektóre z nich są prawdziwe, inne nie; niektóre są pochlebne, inne wręcz przeciwnie.

I taka była prawda, dopóki nie umarł. (Gutzon Borglum to człowiek, który wykuł twarze w zboczu góry Rushmore.) Pisałem w tym wstępie też o sobie i Harlanie. Tu zamieszczam kawałek:

Osobisty związek z Harlanem miałem na długo zanim go poznałem, co jest najbardziej przerażającym elementem bycia pisarzem, bo wymyślasz historie, zapisujesz je i tyle robisz ty sam. Ale ludzie je czytają, one na nich oddziałują albo umilają im upływ czasu w podróży pociągiem, czy cokolwiek innego, po czym okazuje się, że za pośrednictwem tych historii autor ich wzrusza, zmienia albo niesie pociechę – jakkolwiek się to dzieje, zachodzi dziwny, jednostronny proces komunikacji poprzez czytany tekst. A to nie jest powód, dla którego te historie zostały napisane. Ale taka jest prawda i tak się dzieje.

Miałem jedenaście lat, kiedy mój ojciec dał mi dwie antologie opowiadań Best SF Carra-Wollheima, gdzie przeczytałem I Have No Mouth and I Must Scream [Nie mam ust i muszę krzyczeć]. W ciągu kolejnych kilku lat kupiłem wszystko jego autorstwa, co udało mi się znaleźć. Wciąż mam większość tych książek.

Kiedy miałem dwadzieścia jeden lat, przytrafił mi się najgorszy dzień w życiu (Przynajmniej do tego momentu. Od tego czasu zdarzyły mi się dwa inne wyjątkowo złe dni. Ale ten był najgorszy z nich). A na lotnisku nie było do czytania nic poza Shatterday, więc kupiłem. Wsiadłem do samolotu i przeczytałem książkę nad Atlantykiem. (Jak zły był ten dzień? Tak zły, że kiedy samolot delikatnie wylądował i nie stanął w płomieniach, poczułem się nieco zawiedziony. Aż tak zły.)
W drodze przeczytałem Shatterday, zbiór w większości świetnych opowiadań – oraz wstępów do opowiadań – na temat związku pisarzy z opowieściami. Harlan opowiedział mi o marnowaniu czasu (w Count the Clock That Tells the Time) i pomyślałem: chrzanić to, mógłbym być pisarzem.
Harlan powiedział mi też, że odczuwanie osobistego bólu dłużej niż przez dwanaście minut to już zbytnie użalanie się nad sobą i nic nie pomogłoby mi bardziej wyrwać się z mojego ówczesnego stanu odrętwienia, niż to stwierdzenie. A kiedy wróciłem do domu, wziąłem cały ten ból, strach i żal, całą moc przekonania, że jestem pisarzem, do cholery, i zacząłem pisać.
Dotąd nie przestałem.

Shatterday, mniej lub bardziej odpowiada za to, kim dzisiaj jestem. To twoja wina, Ellison.

I to jest prawda. Naglący głosik, który jako młody pisarz słyszałem z tyłu głowy , ten, który mnie napędzał, był głosem Harlana ze wstępów i esejów: nieustraszony, bez poczucia winy, samodzielnie ukształtowany i określony. Nie byłem tym człowiekiem, ale głos Harlana podpalił lont, który wciąż się tlił. A Harlan odczarował pisanie. Według niego było to coś, co da się zrobić. Coś w zasięgu twoich możliwości. I możliwe było stawać się w tym coraz lepszym.

Był swoim największym wrogiem, co jest jeszcze bardziej imponujące, kiedy sobie uświadomić, że był jedyną znaną mi osobą posiadającą oficjalną grupę Wrogów (przez jakiś czas nazywali siebie „The Enemies of Ellison - Wrogami Ellisona). Wzbudzał silną lojalność i równie silny sprzeciw, a fakt, że naprawdę lubię większość ludzi (w tym kilku Wrogów Ellisona) i większość ludzi zdaje się lubić mnie, uważał za ogromną wadę mojego charakteru.

Harlan i ja pozostaliśmy przyjaciółmi przez najróżniejsze wzloty i upadki. Ostatnim takim dołkiem był jego udar trzy lata temu. Położył się do łóżka i już nie wstał. Był waleczny, ale się poddał. Nie zawsze był z nim kontakt: tracił wspomnienia, czasami bywał zdezorientowany, ale to wciąż był Harlan.

Byłem w pełni świadomy faktu, że każde nasze spotkanie może się okazać ostatnim. Byliśmy ze sobą do bólu szczerzy. Kiedy śmierć wisi w powietrzu, nie zostawia się niedopowiedzeń.

Kiedy widziałem się z nim po raz ostatni, był sobą bardziej niż przez ostatnie parę lat. Ale był łagodniejszą wersją siebie. Chciał, żebym powtórzył początek dowcipu, który opowiedziałem mu 15 lat temu. Jak stwierdził, był to najzabawniejszy żart jaki słyszał w życiu, ale nie mógł sobie przypomnieć, od czego się zaczynał. Opowiedziałem, a on znów się uśmiał. Opowiedziałem mu o Syreniej Paradzie, o Amandzie i Ashu. (Zabrałem Amandę do Harlana, kiedy zaczęliśmy się spotykać, na takiej zasadzie jak przedstawia się kogoś swojej rodzinie.) Powiedział, że od Susan nauczył się, jak godzić się z wydarzeniami, a ona, podczas 32 lat małżeństwa, nauczyła się złościć.

Wczoraj wyszedłem z montażowni Dobrego omenu i zobaczyłem kilka nieodebranych połączeń. Oddzwoniłem do Susan Ellison, która przekazała mi wiadomość, że Harlan zmarł we śnie.

Cieszę się, że odszedł w spokoju.

Kochałem go. Był dla mnie rodziną i będzie mi go bardzo brakowało.

Pozostawił po sobie mnóstwo opowieści. Ale sądząc po liczbie osób, które się do mnie odzywają i opowiadają, że ich zainspirował, że zajęli się pisaniem dzięki jego twórczości albo wystąpieniuvw radio czy na żywo (czasem mam wrażenie, że jakieś 90% ludzi, którzy przyszli posłuchać Harlana, Petera Davida i mnie po 9/11 na MIT zostało pisarzami), jego prawdziwą spuściznę stanowią pisarze, twórcy opowieści i ludzie odmienieni przez jego twórczość.

sobota, 4 lutego 2012

Za dużo powrotu do domu

Neil napisał w poniedziałek 9 stycznia 2012 o 12:14

Wróciłem do domu i cóż, wciąż nie jest tak zimno jak powinno być. (W razie gdyby Was to interesowało) To był najcieplejszy 5 stycznia w tej części świata. A mnie ta ciepła pogoda odpowiada chyba o wiele bardziej, niż powinna.

Ostatnio pisałem w sylwestra z Melbourne.

Nowy Rok był dniem cichym i wyjątkowo upalnym. Amanda skończyła post na temat naszego ślubu, który zaczęła pisać prawie rok wcześniej. (Możecie go przeczytać na http://blog.amandapalmer.net/post/15120706154/the-wedding-blog.
Po pierwszym przeczytaniu trochę pociągałem nosem. Zostaliście ostrzeżeni.)

Dla zainteresowanych: moja własna relacja ze ślubu jest do przeczytania na http://neilgaiman-pl.blogspot.com/2011/01/tak.html. Jest znacznie krótsza, niż Amandy, ale powstała tuż po ślubie. Kończy się parafrazą zdania z dramatu Oscara Wilde'a Bądźmy poważni na serio.

W ramach niesamowitego zbiegu okoliczności obchodziliśmy naszą pierwszą rocznicę ślubu 2 stycznia w Melbourne, oglądając właśnie tę sztukę, z Geoffreyem Rushem w roli Lady Bracknell. Bilety zdobyliśmy dzięki aktorowi Toby'emu Schmitzowi, który grał w sztuce rolę Jacka Worthinga i zauważył, że pytałem na twitterze o pomysły na spędzenie wieczoru w Melbourne. Znakomita obsada, wspaniała inscenizacja, pięknie wystawiona produkcja. Sprawiła, że zacząłem myśleć o tym, co na powierzchni, o Oscarze Wildzie  oraz o tym, co znaczy i czego dokonuje sztuka i jak się te kwestie łączą. Następnie nieco przygnębieni, bo wreszcie dotarło do nas, że ja lecę do domu, a Amanda zostaje, zjedliśmy kolację i udaliśmy się na spoczynek do luksusowego hotelu. Rano ruszyłem na lotnisko. Nie zobaczę Amandy przed około 3 miesiące. Spodziewajcie się zatem przez najbliższe trzy miesiące okazjonalnych tęsknych wpisów.

W drodze do domu zrobiłem sobie przystanek w Los Angeles. Spotkałem się ze Scottem i Ivy McCloudami oraz z ich córkami, Sky i Winter, moimi córkami chrzestnymi. Za rzadko ich widuję. W moim wieku najlepsze jest to, że zna się ludzi Od Dawna. Od tak dawna, że maja już swoje dzieci. Od tak dawna, że te dzieci są już dorosłymi, albo prawie dorosłymi.


Spotkałem się z Harlanem Ellisonem i wyraziłem niekryty zachwyt zbiorem jego opowiadań i esejów zatytułowanym Encountering Ellison: Harlan 101 ["Spotkania z Ellisonem: Harlan dla początkujących"], do którego napisałem wstęp.

(Możecie kupić tę książkę z http://www.cafepress.com/harlanellison)

Miałem spotkanie w HBO w sprawie Amerykańskich Bogów. Potem poleciałem do domu. I było tam niecharakterystycznie ciepło, jak na styczeń.

Jest niecharakterystycznie ciepło, myślą psy. Ale wcale nie narzekamy.
Sezon łowiecki już się zakończył i chusteczka Cabala jest tylko na pokaz.
Od kilku miesięcy mam własnego tumblra na http://neil-gaiman.tumblr.com/ i całkiem dobrze się tam bawię: zamieszczam drobiazgi i ciekawostki, które zwróciły moją uwagę.

Wczoraj była setna rocznica urodzin Charlesa Addamsa i wrzuciłem na tumblra ten rysunek, który kupiłem sobie w prezencie po zdobyciu Medalu Newbery. Został zamówiony jako reklama dla British Telecom i po raz pierwszy zobaczyłem go w londyńskim metrze pod koniec lat 80. (W owym czasie Addams utracił prawa do tych postaci, więc rysował je tylko na zamówienie osób, które go zatrudniały i wykupiły prawa.)

Podpisy brzmią:  “Mam nadzieję, że to naprawdę on.” I drugi, “Było wspaniale, Babciu. A Fester wreszcie odnalazł swojego przodka!” Reklama miała przekonać ludzi - głównie amerykanów - że telefon do Stanów kosztuje mniej, niż im się wydaje.

...

Wszystko dotąd miało być wprowadzeniem do opowieści o książce Viriconium M. Johna Harrisona, do której napisałem wstęp w 2005 roku i którą pomogłem wydać w formie audiobooka w 2011. Ale chyba odłożę to na jutro. Viriconium zasługuje na osobny post.

(Inne wieści z Neil Gaiman Prezentuje: pojawiła się pierwsza recenzja Anity, a Swordspoint zdobyło swoją pierwszą nagrodę, "Słuchawki" magazynu AudioFile, który zrecenzował Swordspoint następująco:

Niezrównany szermierz Richard St. Vier równie często toczy pojedynki w imieniu szlachetnie urodzonych, co sowicie wynagradzających. Ale walka o honor własny i przyjaciół jest o wiele bardziej skomplikowana. W bitwie, w polityce i oczywiście w miłości obowiązuje mnóstwo zasad. Z doskonałym wyczuciem frazy Ellen Kushner stworzyła unikalne i przekonujące połączenie współczesnej fantasy i dziewiętnastowiecznej powieści obyczajowej, okraszonej serdecznym humorem. "Neil Gaiman Presents" uzupełniło powieść o oryginalną muzykę, efekty dźwiękowe i głosy najznakomitszych lektorów. Słuchanie, jak Katherine Kellgren, Dion Graham i inni ożywiają dialogi to czysta przyjemność. Zdobywca Słuchawek AudioFile.

Gratulacje dla Ellen Kushner, autorki i narratorki oraz dla obsady, a także dla niewymienionej powyżej Sue Zizzy, odpowiedzialnej za całość pani reżyser.)


Nawiasem mówiąc, podczas pobytu w Australii przeczytałem Lift Rebekki K. O'Connor. Byłem ciekaw tej książki od kiedy zobaczyłem, że gdy napisałem na twitterze o ACX, Rebecca postanowiła z niego skorzystać i wydać swoją książkę jako audiobook, a pieniądze na ten cel zgromadzić na Kickstarterze. Moim zdaniem to bardzo sprytne wykorzystanie świata, żeby powołać coś nowego do istnienia. Miałem nadzieję, że książka będzie dobra. Była i teraz nie mogę się doczekać audiobooka.

...

Powinienem już iść i jeszcze trochę popisać.

środa, 14 września 2011

Poplątany niczym bluszcz

Neil napisał w piątek, 15 lipca 2011 o 15:43

Piszę to siedząc w kuchni Amandy, w Bostonie. Okna zarasta bluszcz (w łazience nawet wdarł się do środka i w ramach magicznej plątaniny wnętrza i zewnętrza zaczął porastać prysznic) i światło zdaje się zielone.


Przygotowywałem listę ważnych rzeczy, o których muszę napisać na blogu i zapominałem o nich, głównie dlatego, że spędzenie kilku dni z żoną było ważniejsze. A w wolnym czasie wymyślałem różne rzeczy i zapisywałem je i nie pisałem bloga.


Ale on do mnie woła...


Postaram się umieścić dziś tutaj dziś wszystko, co najważniejsze.

...

Dołączyłem do Google+ i uznałem, że na razie nie potrzebuję kolejnego publicznego kanału informacyjnego.


Lubię Twitter. Znoszę Facebook. Google+ wydaje się (przynajmniej dla mnie) osobliwą mieszanką obydwu rzeczy. Niekończący się ciąg powiadomień, że kolejne 500 nieznajomych osób umieściło mnie w swoich kręgach i że mnóstwo innych o mnie wspominało, był irytujący i rozpraszający. Nie dało się ich łatwo wyłączyć, ani odnaleźć sygnału w szumie (ani odnaleźć przyjaciół w tłumie osób, które gdzieś mnie umieściły). A kiedy zacząłem nieco narzekać (zgadzając się z Warenem Ellisem, że wśród tysięcy ludzi, którzy umieścili mnie w jakimś kręgu nie sposób odnaleźć tych znajomych, których ja chcę gdzieś umieścić) kilkaset osób pospieszyło z wyjaśnieniem, że Robię To Źle.

Dopiero te wiadomości przelały czarę goryczy. Dla mnie wyznacznikiem dobrej platformy społecznościowej jest fakt, że albo spełnia swoje zadanie w sposób łatwy i przejrzysty albo jest na tyle elastyczna, że można ją do swoich potrzeb dostosować. A czytanie, że „próbuję tego używać jak Facebooka, a tak naprawdę to jest jak Twitter” sprawiło, że zatęskniłem za Twitterem. A ponieważ Twitter nadal działa, usunąłem swoje konto Google+ z przekonaniem, że nie potrzebny mi kolejny złodziej czasu, kolejne miejsce do którego trzeba zaglądać i jeszcze jedna rzecz, która odciąga mnie od pracy i życia.


Po usunięciu konta Google+ zaczyna przysyłać pomocne powiadomienia o tym, że ktoś o tobie wspomniał lub dołączył cię do jakiegoś kręgu, nawet jeśli wcześniej wszystkie powiadomienia e-mailowe były wyłączone. Można temu zaradzić klikając w opcję „wypisz się” widoczną na dole e-maila, której nie było widać przy odczytywaniu go z telefonu, ale i tak nie powinienem być zmuszony wypisywać się z czegoś, do czego się w ogóle nie zapisywałem.)


W każdym razie życzę Google+ jak najlepiej. Pewnie za jakiś rok sprawdzę, jak wygląda, jeśli w dalszym ciągu będę korzystał z Internetu. A jeżeli nie będzie już można prowadzić bez tego bloga – pewnie nawet szybciej. I pewnie w końcu ma szansę stać się znakomitym portalem społecznościowym. Ale póki co jest to wersja beta, a większość użytkowników nie zdobędzie natychmiast tłumu osób śledzących (zakreślających?).


I tak oto z tym portalem się pożegnałem.

Zapoznałem się natomiast z Turntable.fm, serwisem (dostępnym na razie niestety tylko w USA) umożliwiającym stworzenie lub dołączenie do „pokoju” i zabawę w DJ-a. W jednym pokoju muzykę z obszernej bazy Turntable lub załadowaną przez siebie mogą puszczać w tym samym czasie cztery osoby. Ogromnie podobało mi się bycie DJ-em, zwłaszcza odkąd uznałem, że powinno się tam znaleźć więcej słowa mówionego i może się to nawet spodoba, więc stworzyłem http://turntable.fm/neilhimselfs_house_of_poetry [dom poezji]. Wpadam tam od czasu do czasu włączyć jakąś poezję i cieszy mnie niezmiernie, że inni też to robią.

...

Pojawił się The Nerdist Podcast:Oto link do wpisu http://www.nerdist.com/2011/07/nerdist-podcast-106-neil-gaiman/


Rozmawialiśmy z Chrisem o Craigu Fergusonie i wieczornych programach telewizyjnych. Rozmawialiśmy oDoctorze Who. Rozmawialiśmy o Johnie Hodgmanie, jego wyjątkowym spojrzeniu na świat i przerażających wąsach. Na koniec rozmawialiśmy o pisaniu i o tym, jak pisać. Wydaje mi się, że to naprawdę dobre.

Co więcej...


Opublikowano WITS z Fizgerald Theatre: Jeśli jeszcze nie słuchaliście, proszę bardzo:

Sporo linków do klipów i fragmentów, które nie zostały wyemitowane na http://minnesota.publicradio.org/radio/programs/wits/

...

W ubiegłą niedzielę pojechałem do Madison, by pojawić się niezapowiedziany i – miałem nadzieję – niespodziewany ma Konwencie Świata Dysku. Przez prawie dwie godziny rozmawiałem na scenie z Terrym Pratchettem o Dobrym omenie. Tak naprawdę był to pretekst, by spędzić trochę czasu z Terrym przed, w czasie i po panelu. Oznaczało to również, że rozmowa i ten niedługi czas, jaki mieliśmy do dyspozycji sprawił, iż nasz panel był o wiele „prawdziwszy” (w każdym znaczeniu tego słowa) niż zwykłe panele. Nie sypaliśmy z rękami przygotowanymi zawczasu anegdotkami, nie staraliśmy się uszczęśliwić widowni. Wystąpiliśmy jako para starych przyjaciół wspominających wydarzenia sprzed ponad 20 lat, którzy przypominają sobie nawzajem rzeczy, o których zdążyliśmy zapomnieć. Zaśpiewaliśmy też wspólnie piosenkę They Might Be Giants "Shoehorn With Teeth" [„Zębata łyżka do butów”] i okazało się, że pamiętamy prawie cały tekst.


Zdjęcie panelu podkradzione z bloga Pata Rothfussa:


Oraz zdjęcie, na którym Terry, ja i skrzydlata Emily Whitten (przewodnicząca NADWcon). Wskazuję na jej imponujące rajstopy.



A na tym zdjęciu Terry i ja zaskakujemy parę osób wchodząc razem na panel „Dobrego omenu”:



(Podziękowania dla fotografów.)


...


Jestem niewiarygodnie dumny z książki, którą napisałem, a którą Adam Rex teraz ilustruje. Powstała z myślą o najmłodszych czytelnikach. Można o niej przeczytać na blogu Adama: http://adamrex.blogspot.com/search/label/chu. Poniżej pierwsza ukończona ilustracja z książki, scena w Jadłodajni Moby'ego. Nasz bohater siedzi w prawym dolnym rogu, plecami do nas.


Ojoj. Mnóstwo pieprzu w powietrzu...


...

I na koniec coś od J. Michaela Straczynskiego... zamieścił ten tekst na swojej stronie na Facebooku, ale za jego zgodą wklejam tekst tutaj, żeby można go było poza Facebookiem przeczytać, zalinkować, pokazać innym i zgłosić się po książkę, zanim się skończą.


Nie muszę wam tłumaczyć kim jest Harlan Ellison, ani że napisał niektóre spośród najważniejszych odcinków seriali science-fiction. Jego scenariusze do „Po tamtej stronie”, „Star Treka”, „Strefy Mroku” i innych produkcji wygrały niezliczone nagrody i są uważane za kanon gatunku.

Jakiś czas temu zaangażowałem się w supertajny projekt przygotowywany przez wydawnictwo Publishing 180, które wydaje scenariusze z „Babylonu 5”. Dotyczył on scenariuszy, które napisał do tego serialu Harlan. (Uwaga: nie jestem właścicielem żadnej części P180, nie otrzymuję wynagrodzenia za udział w projekcie, robię to jako fan i wielbiciel.) Trzymam teraz w ręku wstępna wersję książki i chciałbym wszystkich uprzedzić, bo to coś naprawdę nie z tej ziemi.

Książka zatytułowana jest BRAIN MOVIES [„Filmy mózgu”] i zawiera scenariusze Harlana do odcinków “Soldier”[Żołnierz] i “Demon With a Glass Hand” [Demon o ręce ze szkła] serialu PO TAMTEJ STRONIE; “Paladin of the Lost Hour”[Paladyn Zaginionej Godziny] i “Crazy as a Soup Sandwich” ze STREFY MROKU, “Memo from Purgatory” [Notatka z czyśćca] z ALFRED HITCHCOCK PRZEDSTAWIA, “The Face of Helen Bournouw” [Twarz Helen Bournouw] i legendarny już manifest Harlana na temat pisania dobrej SF napisany specjalnie dla następnych scenarzystów BABYLONU 5. (Scenariusze „Paladyna” i „Demona” otrzymały prestiżową nagrodę Gildii Scenarzystów.)
W wielu przypadkach oprócz scenariusza jego plany, które zazwyczaj nie wychodzą w ogóle ze studia. Ale najbardziej zadziwiające, że do książki trafiła nie tylko ostateczna wersja odcinka HITCHCOCKA, ale i jego wcześniejsze wersje wraz z odręcznymi notatkami i poprawkami.

W czasie emisji odcinka nie mamy wglądu w umysł scenarzysty przy pracy, nie mamy szansy doświadczyć tej chwili, kiedy postanawia umieścić w nim jakąś kwestię lub ukształtować w dany sposób określoną scenę. Jak w ostatniej chwili zmieniło się jedno istotne zdanie. Widzimy tylko produkt końcowy. Dzięki szkicom z odręcznymi notatkami proces tworzenia rozgrywa się przed naszymi oczami. Możliwość zajrzenia do wnętrza umysłu pisarza jest niezmiernie rzadka.

Co najlepsze, nie są to złożone i łamane na nowo wersje. Scenariusze zostały zeskanowane i odtworzone dokładnie tak, jak zostały napisane.

A co może być lepszego dla przyszłych autorów SF, niż wskazówki samego Harlana Ellisona, jak pisać dobrze w tym gatunku, jak unikać pułapek i ulepszyć swoja twórczość?

Wartość tej książki dla aspirujących pisarzy, naukowców, kolekcjonerów, fanów i zwykłych ludzi, którzy uwielbiają SF w telewizji, jest nie do przecenienia. To nie jest po prostu zbiór scenariuszy, to ważny fragment historii.

Kiedy dowiedziałem się, że Harlan chce włączyć do książki manifest B5 (zatytułowany „Przerażająca Lista Rzeczy Których Nie Wolno Robić Pisząc Babylon 5”), zaproponowałem, że napiszę do niej wstęp. Wprowadzenie pt. „Dotknąć magii” znalazło się ostatecznie w książce.

I ostatnia, być może najfajniejsza wiadomość: ze względu na materiały dotyczące B5, wypuszczona zostanie pewna liczba książek podpisanych zarówno przeze mnie, jak i przez Harlana. Z jednym wyjątkiem, to JEDYNY raz, kiedy wspólnie z Harlanem podpisaliśmy książkę. Kiedy ta seria się skończy... więcej takich nie będzie.

Publishing 180 to niewielkie wydawnictwo, które nie ogłasza zapowiedzi na długo przed datą premiery, ale ta książka jest na tyle ważna i tak wyjątkowa, że poprosiłem o pozwolenie na poinformowanie o niej fanów B5 i fanów Harlana Ellisona. W ten sposób nikt zainteresowany nie przegapi okazji zdobycia egzemplarza z dwoma autografami.

Książka trafi do sprzedaży za parę tygodni, około 20. i automatycznie powiadomieni o tym zostaną subskrybenci listy mailingowej B5. Ale tutaj na pewno też o tym napiszę, jak tylko znajdzie się online. Jeśli nie chcecie tego przegapić – zapisy trwają na stronie www.harlanbooks.com


...

I właśnie zorientowałem się, że to jeszcze nie wszystko. Wygląda na to, że w moim domu zamieszkał nowy, obecnie bezimienny kot. Opowiem o nim w następnej notce.


I prawie zapomniałem – coś dla tym, którzy wytrzymali do końca - Steve Cleff namalował mój portret z przeznaczeniem na aukcję CBLDF. Potrwa jeszcze kilka godzin. Oto link.

sobota, 26 kwietnia 2008

Kilka końcowych przemyśleń na temat praw autorskich zanim ostatecznie zostawimy ten temat

Powinienem teraz czytać korektę "Księgi cmentarnej". Kiedyś uwielbiałem to robić, ale to było wiele lat temu. Teraz mam do przejrzenia zarówno wersję amerykańską, jak i angielską, więc wszystko, co zostało wybrane dla jednej, muszę rozpatrzyć dla drugiej, muszę przeczytać obydwie wersje od deski do deski, nie dlatego, że są różne, ale by zobaczyć, co wykombinowali korektorzy po dwóch stronach Atlantyku. (Ze smutniem kręci głową...)

Bilety na majowe wydarzenie w MIT nie są wyprzedane, po prostu najpierw były dostępne tylko dla studentów i pracowników instytutu. Tak podają moi znajomi z Pandemonium i The Million Year Picnic, które obydwa teraz sprzedają bilety.

Po szybkim szukaniu znalazłem http://community.livejournal.com/millionyear/33091.html z mnóstwem informacji na temat wydarzenia w MIT.

Jeśli chcecie złożyć rezerwację telefonicznie (617-492-6763), musicie odebrać bilety w trakcie 48 godzin. Po 14 maja nie będzie już można rezerwować przez telefon. Maksymalnie cztery bilety.

Zauważyłem, że jesteś na liście mówców w trakcie australijskiej konferencji Children's Book Council w maju. Zastanawiam się, czy będziesz miał czas rozdawać autografy między Twoimi dwoma wystąpieniami.

A jeśli nie na CBCA, czy masz w ogóle zamiar zorganizować podpisywanie podczas tegorocznej wizyty w Melbourne?

Z góry dzięki,

-S

Jeśli klikniesz na GDZIE JEST NEIL, przeniesie Cię do http://www.neilgaiman.com/where/ i dowiesz się o trzech wystąpieniach w Melbourne, dwóch w Sydney i jednym w Hobart, któe odbędą się w przyszłym tygodniu. A odpowiadając na parę często zadawanych pytań, doprawdy wiem, że minęło dwanaście lat odkąd byłem w Perth i dziesięć odkąd podpisywałem książki w Nowej Zelandii, tak. Mam rónież świadomość, że to nie fair dla ludzi z Brisbane i Adelaide, że tam nie będzie podpisywania, a jeszcze ciężej jest ludziom z Canberry, ponieważ mając tylko jedno ciało i dwa potencjalne miejsca, w których mógłbym się znaleźć, wybrałem Hobart (w którym nie byłem od dziesięciu lat) zamiast Canberry (w której byłem w lipcu 2005r.).

Przeczytanie Twojej opinii na temat sprawy leksykonu J. K. Rowling skłoniło mnie do próby porównania, czy ta sprawa nie jest przypadkiem podobna do Twoich działań w sprawie postaci, które stworzyłeś dla serii Spawn MacFarlane'a. Oczywiście odbydwa przypadki się różnią, ale jednak widzę pewne niewyraźne podobieństwa.

Podczas gdy on (leksykon) istniał tylko na stronie i nikt nie czerpał z niego korzyści, naturalnie nie widzę żadnego problemu. W momencie, gdy zostaje opublikowany w formie książkowej, jest szansa, że zarobi na nim masę pieniedzy. Spójrzmy prawdzie w oczy, ludzie kupowaliby go na pęczki. W takim przypadku uważam, że autor albo MA na to pozwolenie albo nie. Jeśli nie (a najwyraźniej tak jest) to czy to nie stawia go w pozycji winnego? Czyż nie potrzebuje jej pozwolenia, by zarabiać na postaciach, miejscach i ideach, które ona stworzyła? Czyż nie powinien spróbować z nią o tym porozmawiać na samym początku?


Po prostu zobaczyłem te niewyraźne podobieństwa. Zdaję sobie sprawę, że nie używa istniejących postaci, nie umieszcza ich we własnych historiach (w przeciwieństwie do MacFarlane'a) i nie zbiera za to zasług ...... to po prostu wydaje mi się złe. Jeśli książka jest kiepsko zrobiona to oddziałuje to nie tylko na nią, ale też na jej świat, prawda?

Podejrzewam, że są podobne tylko pod tym względem, że ostatecznie nie polegają na tym na czym ludzie (włącznie z osobami, które były zaangażowane w proces) myśleli, że polegają. Myślałem, że w sprawie MacFarlane'a chodziło tylko o prawa autora, o zmuszenie Todda, by dotrzymywał obietnic, o wpisy do dokumentów, gdzie twierdził, że napisał numery, które ja napisałem i o tym podobne rzeczy. Myślę, że dla Todda chodziło tylko, by dowieść, że On Ustalił Swoje Zasady I Był Naprawdę Przebiegły I Każdy Musiał Robić Co On Rozkazał, czy o coś w tym stylu.

Ale tak naprawdę w sądzie apelacyjnym, po tym jak ława przysięgłych ogłosiła wyrok i wygrałem wszystkie 17 podpunktów rozprawy, wszystko sprowadziło się do tego: czy w sprawie pogwałcenia praw autorskich czas zaczyna się odliczać od momentu, gdy pogwałcenie zostaje dokonane czy też może kiedy jest odkryte. Czas przedawnienia dla roszczeń praw autorskich wynosi trzy lata. W 1996r. złożył swoje roszczenia, podając że napisał Spawn 9 i serię Angela, po czym trzy lata później, w 1999r. oznajmił mi, się nie zamierza przestrzegać umów, które ze mną zawarł w sprawie rzeczy, które stworzyłem. Czy mój czas już się wyczerpał? Jego prawnicy byli przekonani, że tak, nawet niektórzy z moich myśleli, że stoję na grząskim terenie.

Ostatecznie decyzja Posnera w sądzie apelacyjnym brzmiała w skrócie: po nikim nie oczekuje się kontrolowania urzędu praw autorskich w poszukiwaniu naruszeń, a czas zaczął się odliczać w momencie, kiedy się o tym dowiedziałem. (Całe orzeczenie Posnera jest na http://www.ca7.uscourts.gov/tmp/CR1FGCDA.pdf i naprawdę całkiem ciekawie się je czyta.)

W sprawie Time-Warner-Rowling-Vander Ark nie chodzi o "czy on zarabia na jej pomysłach?" lub "czy to ukróci powstawanie stron fanów?" lub całą resztę domysłów, o których się mówi w Internecie. Z prawnego punktu widzenia nie ma znaczenia, że pani Rowling pisała lub planowała swoją własną encyklopedię, że dochody idą na cele charytatywne i tak dalej, chociaż jestem przekonany, że pani Rowling uważa, że tak jest (ponieważ ja bym tak uważał na jej miejscu).

Z tego co wiem, chodzi tylko o parę prawdziwych białych plam w dziedzinie praw autorskich-- podejrzewam, chociaż NAPRAWDĘ nie jestem prawnikiem, że sprowadzi się to do tego, czy dzieło pana Vander Arka było wystarczająco "przekształcone", by uważać je za oddzielną pracę.

Isnieje internetowy zbiór objaśnień do Sandmana. Gdyby jego twórcy-- lub ktoś inny-- zdecydowałby się go wydać, nie mógłbym ich powstrzymać, gdybym nie chciał, żeby wyszedł na rynek, nawet gdyby Les Klinger w końcu przekonał mnie, bym namówił DC Comics, by pozwoliły mu stworzyć oficjalnego Sandmana z objaśnieniami. (Ktoś pytał, kiedy wychodzi Drakula z objaśnieniami Lesa-- będzie w październiku 2008r.) To dlatego, że oczywiście jest to praca przekształcona-- jest oparta na moim dziele, ale od niego odchodzi.

Gdyby ktoś utworzył stronę internetową, na której zgromadziłby wszystko z Sandmana w kolejności alfabetycznej, w formie skorowidza lub leksykonu... kwestia czy sam zamierzałem taki zrobić nie miałaby znaczenia. Kwestia czy ktoś zarabia na mojej pracy, słowach i pieniądzach nie ma znaczenia. Kwestia czy to dobry czy zły leksykon nie ma znaczenia. Kwestia czy często mnie cytuje może albo może nie mieć znaczenia (jak obszernie mnie cytuje zależy od reguł dozwolonego użytku, ale wystarczy mnie sparafrazować i już się wychodzi na czysto). Prawdziwe znaczenie ma to, czy ten ktoś wystarczająco przekształca moje dzieło w coś innego poprzez gromadzenie wpisów i ułożenie ich w kolejności alfabetycznej. Jak dużo pracy twórczej się wykonuje? Biblia Króla Jakuba jest dobrem publicznym. Jeśli napisałbyś leksykon lub skorowidz Biblii Króla Jakuba, spisując każdą wspomnianą osobę i miejsce, co zajęłoby ci mnóstwo czasu- wtedy mógłbyś mieć do tego prawa autorskie. Jeśli ktoś by to skopiował-- zwyczajnie wziął twój Leksykon Biblii Króla Jakuba i napisał przy nim swoje nazwisko-- czy mógłbyś go pozwać do sądu? Czy powinieneś?

A odkładając na bok sprawy osobiste- wszystkie te komentarze prasowe i większość blogowych i internetowych opinii to właśnie to, do czego ta cała sprawa się w końcu sprowadzi.

Cześć Neil,

Tak jak Ty, jestem fanką Harlana Ellisona. Jednakże jako feministka, mam już naprawdę dosyć jego mizoginii.

Zastanawiałam się jak godzisz fakt, że Ellison jest Twoim przyjacielem i wspaniałym pisarzem z faktem, że potrafi być naprawdę seksistowski. Jestem szczególnie ciekawa, ponieważ masz dwie córki. (A jedna z nich uczęszczała do żeńskiego koledżu! Sama chodziłam do Mount Holyoke.) Co im mówisz, gdy Ellison oczernia kobiety? Mam szczerą nadzieję, że nie ograniczasz się do śmiechu i stwierdzenia, że "Harlan to Harlan". Chociaż jest piekielnie zabawny, jego nastawienie jest naprawdę szkodliwe. Poza tym opieranie się na seksistowskim humorze to nie jego poziom, więc naprawdę nie rozumiem, dlaczego to robi. Nie lubię, kiedy Ellison twierdzi, że używa takiego humoru w sposób nawróceniowy. Jest białym mężczyzną-- nie może nawracać z seksizmu w imieniu kobiet.

Jestem wdzięczna, że poświęcasz swój czas, by odpowiedzieć na moje pytanie.

Najlepszego,

Emily Neal

Wiesz, przez lata Harlan wypowiedział w mojej obecności parę zdumiewająco oczerniającyh uwag co do kierowników studia, firmy Walt Disney, licznych restauracji, w których jadaliśmy, kilkunastu europejskich wydawców, jedzenia w Anglii, Anglików (oprócz-- czasami -- mnie i jego żony), edytorów, innych wydawców, (męskiego) krytyka science fiction, producentów telewizyjnych, Fantagraphics, moich przyjaciół, producentów filmowych... lista ciągnie się jeszcze dłużej. Kiedy Harlan jest niemiły w stosunku do moich znajomych w mojej obecności, zwykle zwracam mu uwagę, że to moi znajomi, a on zachowuje się jak dureń. Wtedy albo robi skruszoną minę albo mówi mi, że jestem idiotą, bo lubię tylu ludzi. Istnieje wielu ludzi i niektóre kategorie ludzi, takie jak księgowi studia, na temat których Harlan bywa mniej niż uprzejmy. Nie pamiętam, żeby na liście była taka kategoria jak "kobiety". (Pamiętam jak raz powiedział coś straszliwie niemiłego o kobiecie w roli dyrektorki studia, ale chodziło o jej rolę jako dyrektorka studia, a nie o to, że była kobietą.) Co oznacza, że czytając Twój list jestem tak zdezorientowany jak gdybyś pytała o to jak mogę znosić ataki Harlana na kolorowych ludzi, leworęcznych lub jazzmanów.

Co do "Harlan to Harlan", przypomina mi się co powiedział producent filmu dokumentalnego "Sny o ostrych zębach", Erik Nelson, gdy powiedziałem mu, że sądzę, że film jest niezwyważony i że powinien był przeprowadzić wywiady z paroma wrogami Harlana. Powiedział: "To właśnie powiedział Harlan. Odpowiedziałem mu 'Harlan, ty sam jesteś swoim najgorszym wrogiem'".

...

W sobotę do Australii...

piątek, 25 kwietnia 2008

rada

Neil napisał we wtorek 22 kwietnia 2008 o 11:47

Porządnie denerwuję się na myśl o wykładaniu na Clarion w tym roku. Zapraszany od lat zawsze odmawiałem, bo nie byłem pewien czy mam czego uczyć na temat pisania. Wydaje mi się, że przede wszystkim sam nadal próbuję to wszystko zrozumieć. W końcu się zgodziłem, ale nadal uważam, żebym wiedział wystarczająco dużo aby ośmielić się uczyć kogokolwiek.

Dziś pod prysznicem zastanawiałem się jaką najlepszą radę otrzymałem kiedykolwiek od innego pisarza. Podczas mojego pierwszego Milford ktoś powiedział mi coś o używaniu stylu jako okrycia ale prędzej czy później będziesz musiał przejść się ulicą nago, to było przydatne...

I wtedy sobie przypomniałem. To był Harlan Ellison, jakieś dziesięć lat temu.

Powiedział "Hej. Gaiman. Co z tą szczeciną? Za każdym razem gdy Cię widzę jesteś zarośnięty. Co to ma być? Jakaś angielska ekstrawagancja?"

"Niezupełnie."

"A więc? Czy nie mają w Anglii maszynek do golenia na litość boską?"

"Skoro musisz wiedzieć to nie lubię się golić, bo mam naprawdę twardy zarost i wrażliwą skórę. Czyli zanim zdążę się ogolić zazwyczaj mam już podrapaną twarz. Dlatego robię to tak rzadko jak tylko mogę."

"Och." Zamilkł na chwilę. "Też tak mam. Musisz tylko wmasować w swoją szczecinę trochę odżywki do włosów. Zostawić na parę minut, potem spłukać. I już możesz golić się normalnie. Wtedy to naprawdę proste. Bez zadrapań."

Wypróbowałem. Działa, istne czary. Najlepsza rada jaką kiedykolwiek dostałem od pisarza.
...

Drogi Panie Gaiman,
czy Bill Hader i Doug Jones są naprawdę tak wysocy, czy to Pan jest dużo (dużo) niższy, niż sobie wyobrażałem?
Wszystkiego dobrego,
J.V

Bill Hader jest odde mnie wyższy o kilka cali, ale jest normalnego ludzkiego wzrostu (a w dodatku na zdjęciu stoi bliżej obiektywu, niż ja i Doug). Natomiast Doug Jones jest nieludzko wysoki - jako Abe Sapiens górował nad Hellboyem, jako Silver Surfer górował nad Benem Grimmem, jako faun w "Labiryncie Fauna" górował nad, cóż, małą dziewczynką, ale i tak jest absolutnie, absurdalnie i wybitnie wysoki. Jest też zdumiewająco sympatyczny.

sobota, 31 marca 2007

Z powrotem spać, z powrotem do rzeczywistości

Neil napisał w piątek, 30 marca 2007 o 18:14


Obudziłem się dziś rano i uświadomiłem sobie, że trasa już skończona. Poszedłem z powrotem spać.



Naprawdę lubię to „z powrotem spać”. Mógłbym się nawet przyzwyczaić.

Dziękuję wszystkim, którzy przyszli wczoraj na podpisywanie. Przykro mi z powodu deszczu.

Przed chwilą dzwoniłem do hotelu, żeby zapytać kiedy powinienem się wymeldować i powiedzieli, że godzinę temu, ale nie chcieli mnie niepokoić. Lubię ten hotel…

Drogi Neilu,

Pomyśleliśmy, że chciałbyś wiedzieć iż w dzisiejszym wydaniu Friday Night with Jonathan Ross twój kumpel pan Jonathan Ross był przekonany, że to jego ŻONA napisała „Gwiezdny pył”…

Może powinieneś go poprawić zanim wszyscy widzowie BBC będą w błędzie… ale trailer wygląda naprawdę wspaniale.

Pozdrowienia,

Clair i Jim



Ale jego żona napisała „Gwiezdny pył”, a przynajmniej jego najnowsze wcielenie i zrobiła to bardzo dobrze. Na stronie Friens of English Magic odpowiada na wiele pytań na temat filmu „Gwiezdny pył” który napisała.

http://www.foem.org.uk/?p=161

Wiele informacji prosto od Jane Goldman


Wywiad z Jane zawiera też takie zabawne fragmenty:

FoEM: Myślałem o różnych porównaniach pojawiających się w prasie (głownie zdanie widzów pokazów przedpremierowych) że „Gwiezdny pył” przypomina „Piratów z Karaibów”. Gdyby do pojedynku zmierzyli się Tristran Thorn, Inigo Montoya i Kapitan Jack Sparrow - który z nich zwyciężyłby?

Muszę przyznać, że raczej nie Tristran. Nie wyobrażam sobie nawet, że mógłby stanąć do pojedynku na miecze, o ile nie naprawdę nie musiał, chyba że na czymś mu okropnie zależało.

Jeśli chodzi o ich umiejętności, pieniądze pewnie postawiłabym na Inigo, szczególnie, że Kapitan Sparrow pije. Chociaż Jack wydaje się jednym z tych facetów, którym szczęście zawsze sprzyja, więc jakiś szczególnie ciężki mebel mógłby spaść na Inigo w ostatniej chwili.

Ale w sumie nie chciałabym widzeć jak ze sobą walczą. Nie zniosłabym, gdyby któremuś cokolwiek się stało. Za bardzo ich wszystkich lubię. Czy zamiast tego mogliby uprawiać zapasy? Na to popatrzę bardzo chętnie.


Hej,

Wiem, że jesteś fanem Lemony Snicketa i projektu 826 Valencia. Czy mógłbyś wspomnieć ludziom coś na temat 5. Corocznej Nocy Komedii i akcji zbierania pieniędzy którą robią jutro w San Francisco? (Daniel Handler też tam będzie, choć jego zdjęcia nie ma na plakacie)

Szczegóły tutaj http://www.826valencia.org/comedy/

dzięki,

squeaks


Zrobione



Witam, Panie Gaiman. W ostatnim wydaniu miejscowej gazety alternatywnej zauważyłem na pierwszej stronie nagłówek: "Sci-fi Geeks Battle Comics Dorks" [„Fanatycy science fiction walczą z komiksomaniakami”]
http://www.seattleweekly.com/2007-03-28/news/from-hell-s-heart-i-litigate-at-thee.php
Myślę, że jako autora zarówno komiksów, jak i pisarza fantasy/sci-fi może
to pana zainteresować. Wydaje mi się też, że zna pan Harlana Ellisona (nie mam pewności co do ludzi z Fantagraphics) Jednak najbardziej dziwi mnie nie to, że Gary Groth i Harlan Ellison nie mogą się porozumieć, ale to jak bardzo artykuł podkreśla waśń pomiędzy fanami komisksów i prozy fantastycznej. Jeśli nawet taka waśń istnieje, nigdy o niej nie słyszałem: jestem zapalonym czytelnikiem obu, a wszyscy moi przyjaciele – czy to wielbiciele komiksów, czy powieści sci-fi także czytają rzeczy tego drugiego typu. Czy coś mnie ominęło?
David Lev

To raczej dziwny artykuł … wygląda jakby ktoś napisał bardzo rzetelny artykuł o sprawie Groth-Ellison a potem ktoś inny postanowił zrobić z niego coś humorystycznego i to w naprawdę kiepskim stylu. Nie, nigdy nie spotkałem się, ani nie słyszałem o takim konflikcie.


Myślę, że to kwestia konkretnego problemu kierownictwa Fantagraphics i Harlana który psuje im krew już od 20 lat, a który nie ma nic wspólnego z nikim, poza samymi zainteresowanymi.

(Moja własna opinia? Myślę, że całe zdarzenie jest dość niefortunne. Jako długoletni przyjaciel Harlana a także długoletni przyjaciel Fantagraphics oraz Kim i Gary’ego wycofałem się z procesu gdy Fantagraphics poprosiło o wsparcie CBLDF [Comic Book Legal Defense Fund – fundacja ochrony prawnej komiksów], którą to prośbę zarząd CBLDF odrzucił – moim zdaniem słusznie – jako wykraczającą poza zakres ich działalności, bo pozwano nie wydawnictwo komiksowe, ale dziennikarskie, a tym zajmują się inne organizacje. W ogóle życzyłbym sobie, żeby energia marnowana na to, była raczej wykorzystana na coś bardziej pozytywnego)